• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Poza Wyspami v
1 2 Dalej »
[5/10/1972] All that I want is to see all the things that I could be | Benjy, Gerda

[5/10/1972] All that I want is to see all the things that I could be | Benjy, Gerda
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#11
17.11.2025, 00:17  ✶  
Przesunąłem palcami po skroni, czując znajome kłucie zmęczenia. To nie było uderzenie, ona nie waliła we mnie pięściami, tylko faktami, które od dawna leżały na dnie i czekały, aż ktoś je odsłoni. Słuchałem jej bez przerywania - w tym, jak mówiła, było coś szorstkiego, ale uczciwego, a uczciwość przyjmowałem bez zastrzeżeń, nawet jeśli cięła do żywego. Wzruszyłem ramionami, wolno, jakby to była historia jakiegoś obcego człowieka - po tylu latach trochę tak się czułem. Przeniosłem ciężar ciała z pięty na śródstopie, próbując znaleźć coś, jakiś punkt stabilności, na czym w tym momencie udałoby mi się oprzeć bardziej niż na mojej własnej głowie - tam siedziało napięcie po pożarach, po całym tym syfie, po tym, jak łatwo było ostatnio coś we mnie odblokować i jednocześnie zablokować, zepsuć, wypaczyć.
- Siedemnaście. - Potwierdziłem. Chwilę patrzyłem przed siebie, w ciemność, która wyglądała jak dobre tło dla wszystkiego, czego nie mówiłem głośno przez lata. - Szesnaście. - Poprawiłem się po chwili, bo tak - mniej więcej wtedy zaczęliśmy to, czymkolwiek to było, z początku nieformalnie, bez zobowiązań, później coraz bardziej chaotycznie. - Tak, wiem, jak to bszmi. Gówniasz, holmony, impulsy, cały ten syf, któly splawia, sze człowiek działa, zanim w ogóle pomyśli. To nie jest wymówka, nie dla mnie. - Przetarłem kciukiem bliznę na dłoni, odruchowo. - To był, wiesz, ten lodzaj zafiksowania, któly człowiek ma tylko las w szyciu, kiedy nie ma jeszcze pełnej świadomości, jaki jest naplawdę i pszed czym nigdy nie mosze spieldoliś. - Mówiłem spokojnie, bez goryczy, raczej jak człowiek, który patrzył na dawno zatopiony wrak. Nie patrzyłem na nią, kiedy mówiła o czystej krwi - o tradycjach, tej całej wyhodowanej od pokoleń iluzji wartości. Znałem to, wyrastałem w tym. Kiedy wspomniała, że większość uciekłaby od ciężarnej, ledwie drgnąłem. Przez chwilę milczałem, słuchając jej uzewnętrznionego toku myśli, poplątanego, ale uderzająco szczerego, i może dlatego pozwoliłem sobie odpowiedzieć równie otwarcie.
Zwilżyłem usta językiem, chcąc zebrać z nich ten metaliczny posmak, który zawsze wracał, kiedy ktoś próbował nazwać to wszystko „błędem młodości”. Błąd to było wziąć za cienką kurtkę na mróz, a nie wdepnąć w czyjeś życie po kostki i potem ugrzęznąć tam na lata.
- Ja ją wtedy kochałem. Wiesz?  Powiedziałem cicho, prawie do mnie samego. Nie wiedziała, zapewne nie, bo inaczej to, dlaczego nie porzuciłem brzemiennej nastolatki, nie byłoby żadnym zaskoczeniem, szczególnym wyróżnieniem na tle reszty. - Na swój pojebany, plymitywny, gówniany, sposób, ale kochałem. Nie zostawia się kogoś, kogo się kocha, zwłaszcza s waszym dzieckiem. - To była oczywistość, powinna to być oczywistość, ale Geraldine miała rację, nie wszyscy tak na to patrzyli - mimo to, wydawało mi się, że szczególnie teraz, powinna zrozumieć, że nie było we mnie za knut heroizmu, to nie było poświęcenie. Nie miałem tego za nie, nawet teraz, bo za każdym razem zrobiłbym dokładnie tak samo. - Oboje byliśmy toksyczni, ale byłem tak skończonym debilem, sze uwaszałem, sze skolo oboje glysiemy, to się nie zaglysiemy na śmielś. Logika siedemnastolatka.
Mój charakter, mój sposób bycia… On nigdy nie był łatwy, oczywiście, że dopuszczałem możliwość, że może ją do tego doprowadziłem - może byłem wystarczająco zjebany, żeby mnie znienawidziła, zanim zrobiła to, co zrobiła. Geraldine nazwała to „pojebaniem”, a ja uniosłem kącik ust, ledwie - najbliżej uśmiechu, jak mogłem być tej nocy. To, że byłem zepsuty od środka, nie dawało Alice prawa, żeby robić to, co zrobiła, ale nie zamierzałem udawać, że byłem łatwy do kochania. Byliśmy dla siebie idealnie źli i idealnie dobrani, toksyna i antidotum w jednym połączeniu, w zestawie, tuż obok siebie, tyle że nikt nie wiedział, która fiolka jest którą.
- Gust? Ech. Nie zaskocz się, ale kiedy facet ma kilkanaście lat, nie wybiela selcem ani losądkiem. Wybiela tym, co w nim kszyczy najgłośniej. - Uniosłem kącik ust w krótkim, beznamiętnym grymasie - zabawne, że właśnie to mnie wjebało w bagno tak głęboko, że do dziś czułem muł pod paznokciami. Kiedy nazwała moją byłą głupią pizdą, parsknąłem krótko, sucho, moje gardło samo wyrzuciło ten dźwięk. Te słowa nie ciążyły mi już jak kiedyś, były bardziej jak stara blizna.
- Moje popieldolone leakcje, mój temperament, moja zdolność do bycia wszystkim nalas i niczym w tym samym czasie. Ona miała swoje demony, ja swoje. Tyle sze jej zdlada i te słowa… - Wypuściłem wolno powietrze. - Nie losgszesza mnie s leszty. Po plostu była tym klinczem, po któlym jusz nic nie miało plawa działaś.
A potem, przez chwilę, nie mówiłem nic. Dopiero jej ostatnie słowa zmusiły mnie do podniesienia wzroku.
- Wiem, sze nie jestem sam. Wiem, sze macie doble intencje. - Odwróciłem wzrok na ciemną linię górskich szczytów, która w nocy wyglądała jak krawędź czegoś, czego nie da się przejść. - Ale ja mam bardzo plosty bilans, i za kaszdym lasem, kiedy myślę, sze wyszedłem na plostą, dzieje się coś, co pszypomina mi, dlaczego jestem taki, jaki jestem. Sam. Nie chodzi o to, sze wam nie ufam. - Milczałem chwilę, zanim dokończyłem. - Doplowadziłem do nienawiści jedyne dwie kobiety, na któlych mi kiedykolwiek zaleszało. Jedną wtedy, dlugą telas. Jedyna kobieta przed nią i jedyna po niej, któla naplawdę się liczyła… Zjebałem, zawsze zjebię, takie fakty. - Wdawanie się w szczegóły nigdy nie miało sensu, tym bardziej, że ta rozmowa i tak nie powinna zaistnieć - prawda? Ale była noc, było deszczowo, ponuro, do tego te wszystkie wydarzenia, mieszanie w głowie, hipnozy, problemy z wampirami, a skoro nie mieliśmy się bardziej poznawać, po załatwieniu spraw w Rumunii, znacznie lepiej było samemu przedstawić fakty, niż czekać, aż zirytowany Ambroise to zrobi. - Wiem, sze chcę się stalaś, sze powinienem, sze ludzie tutaj mogą pomóc, ale zawsze kończy się tak samo, to jest pewien wzól. Powtaszalność w statystyce. - Przeciąłem powietrze krótkim, tępym parsknięciem. Coś było ze mną fundamentalnie nie tak i nie chciałem prowadzić tabeli występowania kolejnych powtarzalności jebania relacji z bliskimi mi ludźmi.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#12
17.11.2025, 10:34  ✶  

Geraldine nie do końca spodziewała się tego, że odbędą kiedyś podobną rozmowę. Nie byli sobie bliscy, ale czasem łatwiej było rozmawiać na podobne tematy z kimś obcym. Przynajmniej ona tak miała. Łatwiej jej było się otworzyć przed ludźmi, którzy nie byli jej bliscy. Nie chciała ignorować jego stanu, bo na pierwszy rzut oka widać było, że coś go męczy. Trafił na nią, trochę mu współczuła, bo wiedziała, że nie jest szczególnie delikatna, ale byli ulepieni z podobnej gliny, powinien sobie poradzić z jej komentarzami, które nie były złośliwe, nie tym razem, były po prostu szczere.

Słuchała uważnie tego co mówił. Widać było, że nie chce uciekać odpowiedzialności, zrzucać tego na błędy młodości, chociaż poniekąd przecież to tym było. Jasne, niektóre decyzje niosły za sobą większe konsekwencje niż inne, jednak ona uważała, że nie był to powód, aby siebie tak ostro traktować.

- To nie jest wymówka, ale to trochę fakt? - Przynajmniej w jej opinii. Wolała nie myśleć, co miała w głowie siedemnastoletnia ona, wiedziała jednak, że to nie było zbyt wiele. Ślepo zakochany siedemnastolatek... to mógł być podobny poziom. Naprawdę wydawało jej się dość wyjątkowe to, że wziął odpowiedzialność na swoje barki, bo nawet jeśli ktoś inny, jego pokroju pozwoliłby sobie zakochać się w kimś, kto nie do końca pasował do obrazka, to gdy dochodziłoby do wyboru raczej wybrałby porzucenie. Taki był ich świat, mało kto miał w sobie odwagę zrezygnować z tego wszystkiego i uciec, szczególnie, że nie było to mile widziane.

- Nie powinieneś mieć do siebie pretensji o to, że pozwoliłeś sobie kogoś pokochać. - Tak, rozjaśniało jej się to coraz bardziej. Miłość potrafiła doprowadzić do podejmowania naprawdę irracjonalnych decyzji. Zaślepiała, zwłaszcza w tak młodym wieku. Poniekąd zaczynała go rozumieć, przynajmniej trochę. Każdy miał kiedyś siedemnaście lat i był zakochany, w tamtym czasie mogło się to wydawać bardzo poważne, i na całe życie, szczególnie, gdy w grę wchodziło dziecko. Benjy okazał się być bardzo odważny, rzucił wszystko, by jakoś ułożyć im życie, mimo tego, że przy okazji sam stracił swoje.

- Jak na siedemnastolatka to nie brakowało Ci poczucia odpowiedzialności. To, że Wam nie wyszło, cóż zdarza się, nie mogłeś mieć pewności jak to się potoczy. Zaryzykowałeś, nie wyszło. - Czasem tak było. Ludzie wiązali się ze sobą, próbowali razem coś tworzyć, ale nie zawsze musiało się to kończyć pozytywnie. Bez tych prób jednak przecież nie było szans znaleźć właściwej osoby.

- Każdy ma swoje demony, to jednak nie upoważnia nikogo do zachowania się w ten sposób. Mogła odejść po prostu, zamiast tego odjebała, co odjebała. - Jasne, nie miała pewności, jak wyglądało ich życie, jednak doprawianie komuś rogów uznawała za skurwysyństwo. Bez względu na to, jak źle było, najpierw powinno się to zakończyć, rozejść się, później szukać szczęścia u kogoś innego. Zdawała sobie sprawę, że podczas kłótni mogły padać słowa, których nikt nie chciał wypowiedzieć, często rzucało się je tylko po to, aby kogoś mocno zranić, to było niezdrowe, jednak w tym przypadku jego była wybrała jeszcze gorszą opcję.

- Zawsze brzmi jakbyś robił to wiele razy, a mówisz o dwóch, nie sądzisz, że to trochę za mało, żeby uznać to za pewnik? - Nie do końca uważała, że mógł na tej podstawie wyciągać takie wnioski.

- Każdy wzór można złamać. - Wystarczyło nieco nad tym popracować, chociaż odrobinę. Jasne, to mogło wymagać czasu, ale jeśli chociaż trochę mu na tym zależało, to nie było nic wielkiego.

- Zresztą nie sądzę, że udało Ci się doprowadzić tą teraz do nienawiści, jakim cudem, w te kilka dni? Nie wiem, co musiałbyś jej zrobić. - Szczególnie, że przecież widziała ich razem i nie wydawało jej się, aby coś było nie tak. Jasne, Benjy potrafił być wkurwiający, ale, aż tak? Nie wydawało jej się.

- Nie chcesz dać sobie szansy, skąd możesz wiedzieć, że tym razem nie będzie inaczej, jeśli nie spróbujesz? - Najwyżej się sparzy, ale przecież warto było próbować, dopóki istniała jakaś nadzieja, warto było walczyć. Zresztą sama była tego przykładem. Jej upór przyniósł oczekiwany efekt.

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#13
17.11.2025, 18:00  ✶  
Przez chwilę milczałem, oddychałem jak ktoś, kto wrócił z długiego biegu i nadal miał w płucach piach z pobocza. Nie chciałem się bronić, nie chciałem jej tłumaczyć, że byłem młody, głupi, zakochany - to wszystko było prawdą, ale prawda w niczym nie zmieniała faktu, że spierdoliłem to po całości i na długo straciłem przez to zdolność do normalnego myślenia o sobie samym. Patrzyłem na nią, słuchając tej całej logicznej, trzeźwej układanki, i przez chwilę czułem się tak, jakbym stał naprzeciw kogoś, kto przypadkiem trafił na mój nagrobek i postanowił przeczytać napis na głos. Wciągnąłem powietrze powoli, może zbyt powoli.
- Fakt czy nie fakt. - Powiedziałem cicho. - Siedemnaście lat to był… Śmieszny wiek. Myślałem, sze jeśli coś wygląda jak losina, pachnie jak losina i obiecuje, sze będzie losiną, to wystalszy, to jest wyból, któlego nie wolno zawaliś. - Przesunąłem językiem po zębach, myśląc o tych wszystkich latach, o tej irracjonalności ubranej w wielkie słowa, poczucie obowiązku, miłość, która miała unieść cały świat, a zamiast tego wzięła mnie za kostki i przeciągnęła po bruku, kopiąc dla mnie dół, by na koniec strzelić mi w głowę, od przodu, prosto w twarz… Miałem odruch, żeby prychnąć. Nie z Geraldine, jej słów i myśli, tylko z siebie sprzed lat. Tamten dzieciak naprawdę wierzył, że własny upór da się postawić w roli fundamentu, a ten fundament się nie zawali.
Oboje byliśmy toksyczni, idealnie dobrani, żeby się nawzajem niszczyć i trzymać w miejscu jednocześnie, ale byłem tak popierdolonym optymistą, desperacko potrzebującym kogoś, kogo uważałem za dobranego do mnie na tym samym poziomie trudności charakteru, że uważałem to za dopasowanie. Miałem wrażenie, że wszystko jest proste, jeśli się wystarczająco mocno zaciśnie szczękę, bo będąc trudnym człowiekiem, powinienem być z kimś, kto to zniesie, odpyskuje, tupnie nogą, kogo nie zniszczę dominującym charakterem. A jednak. Wspomnienie tamtego mieszkania, dusznego i za małego, przylepiło mi się do karku, niczym ten deszcz, mżawka, która ogarnęła okolicę. Odwaga, honor, wyjątkowo dojrzałe, odpowiedzialne zachowanie - nie, to nie było to, to była desperacja przebrana za odwagę, młodzieńcza ślepota przekonana, że świat da się ogrzać dłonią jednego człowieka. Rzuciłem wszystko, bo w tamtym czasie „wszystko” nie znaczyło prawie nic. Rodzina, nazwisko, tradycja - nic z tego nie było moje, ona była, a potem przestała. W najgorszym możliwym stylu.
- Zdlada to nie była decyzja w afekcie. - Mruknąłem, nazywając zdradę po imieniu, nie uciekłem wzrokiem, to nie było nic nowego, ten kawałek historii przetrawiłem już dawno. Blizna po nim była gładka, zimna, ale nie wstydliwa, może tylko nadal swędziała przy zmianie pogody. Nie czułem złości, raczej czegoś o wiele brzydszego - tego, co zostaje po kimś, kto obiecał ci pół świata, a potem z czystą, uśmiechniętą twarzą poszedł dać je komuś innemu. - To było pszygotowane, powtaszalne, zimne. Tego nie da się obloniś, ale to, co ja zlobiłem póśniej… - Zaciąłem się. - Tesz nie było ładne, nie usplawiedliwiałem tego, nigdy, i nie zamieszam. Nie o to chodzi. - Zawsze wiedziałem, że byłem gówniarzem. Nawet jeśli starałem się nim nie być. Tylko… W tamtym wieku człowiek myślał, że jak kocha wystarczająco mocno, to to już wystarczy, jak w bajce o dwóch idiotach uciekających przed całym światem, bo wierzą, że sama wiara to broń. Podrapałem się po karku, czując w palcach to znane, sztywne napięcie.
- Mówisz jak ktoś, kto nigdy nie zawiódł sam siebie na tyle, szeby uznaś, sze to jedyne, co potlafi. - Mruknąłem, ale nie zaprotestowałem, gdy dodała, że dwa przypadki to za mało, żeby mówić o prawidłowości. Może dlatego, że jej słowa były suche, rzeczowe, pozbawione tonu terapeuty. Mogłem się z nimi nie zgadzać, ale nie zamierzałem się z nią kłócić - nie dziś, dziś byłem wyjątkowo spokojny. - Ja mam w tym cholelną wplawę. - Uniósł mi się kącik ust, ledwo zauważalnie, kiedy skomentowała moje dwa przypadki, jakbym kolekcjonował katastrofy. To było chyba najbliższe prawdy, jaką byłem w stanie wypowiedzieć dzisiaj. Nie chodziło o to, że zrobiłem coś złego, zanim podjąłem decyzję, by odejść. Bardziej o to, że bałem się, iż w końcu zrobię - powtórzę jakiś stary rytm, coś we mnie się uruchomi i zanim zrozumiem, będzie za późno.
Kiedy powiedziała, że wątpi, abym zdążył doprowadzić “tę teraz” do nienawiści, tylko prychnąłem cicho i przetarłem sobie twarz. Przez głowę przebiegła mi myśl, której głośno nie wypowiedziałem, bo nie chciałem, żeby zabrzmiała jak wyznanie, którego wcale nie planowałem - nawet jeśli wszystko byłoby między nami idealne, to mój sposób wyjścia był niewybaczalny. Wspomnienie wróciło ostro, nagle jakby mi ktoś odciął tlen. Najpierw odszedłem do łazienki, potem do przedpokoju, potem trzymałem już klamkę, nie wiedząc, dlaczego do cholery nie potrafię jej puścić. Coś mnie złapało od środka, sparaliżowało, uciekłem, prawdziwie.
Dopiero po chwili wsunąłem rękę do kieszeni spodni, czując znajomą fakturę papieru - zmiętolonego, wielokrotnie składnego, pokreślonego, poplamionego atramentem, który dodatkowo popłynął od wilgoci. Kartka, której nie wyrzuciłem, chociaż powinienem, brudna od dotyku, pokreślona tak, że ledwo dało się odczytać pierwsze zdanie. Nie ta osobista, prawdziwa - ta druga, a właściwie pierwsza, pierwsza wersja ogólnikowej wiadomości, przepisanej później na czysto i wysłanej z kwiatami. Wyciągnąłem ją powoli, jakby coś w środku próbowało mnie jeszcze powstrzymać.
- Wyszedłem w połowie losmowy. O kocie, kulwa. O zwykłym, piepszonym kocie. Wyszedłem, bo musiałem wyjść, bez wyjaśnienia. A potem wlósiłem, nad lanem, tylko po swoje szeczy. Myślę… Sze to mosze jednak wystalczyś, szeby ktoś, komu tego samego wieczolu mówiłem o naszych planach na następne tygodnie, mnie znienawidził, nie sądzisz? - Zamknąłem usta na chwilę, wciąż trzymając kartkę między palcami, wyciągnąłem ją powoli przed siebie. Podałem jej kartkę bez wahania - w końcu coś takiego powinno być powiedziane do końca.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#14
17.11.2025, 20:05  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.11.2025, 00:13 przez Geraldine Greengrass-Yaxley.)  

Z tego, co słyszała, a słyszała niezbyt wiele, to Benjy nie miał łatwo jako dzieciak. Roise wspomniał jej nieco o sposobie wychowywania Rookwoodów, co nie wzbudzało w niej szczególnie pozytywnych emocji. Nie miała pojęcia, czy jeśli sama nie przyszłaby na świat w takiej rodzinie, to aktualnie nie mieszkałaby gdzieś w pizdu daleko. Nie wątpiła w to, że ona sama miała dużo szczęścia, jej rodzina była na tle niektórych, innych czystokrwistych naprawdę wyrozumiała.

Sama nie należała do tych osób, które podejmowały racjonalne decyzje, jej życie również było całkiem bogate w błędy, tyle, że nie ciągnął się za nią ich cień, co sporo ułatwiało.

- Miałeś prawo się pomylić, szczególnie jeśli to był pierwszy raz, gdy poczułeś coś takiego. - Nie wątpiła, że łatwo było mu w to wejść, zwłaszcza jeśli wcześniej nie miał zbytniego doświadczenia. Spadł na niego dość spory ciężar, którego się nie pozbył, a próbował go dźwignąć, nie mógł mieć jednak wpływu na to, że coś po drodze się zjebało. Czasem tak było. Mogłoby się wydawać, że jest się w stanie z kimś coś stworzyć, a jednak rzeczywistość to weryfikowała, tym bardziej, jeśli nie miało się wcześniej szansy sprawdzić, jak może wyglądać wspólne życie. Rzucenie wszystkiego, wejście w to całym sobą to był skok na głęboką wodę, nie ma się co dziwić, że zaczął tonąć.

- Cóż, najwyraźniej doszliście do momentu, w którym ranienie siebie nawzajem było jedyną drogą. Nie zawsze jest kolorowo, dobrze byłoby się o tym przekonać wcześniej niż później, ale nie każda sytuacja na to pozwala. Tak, czy siak dobrze, że się od siebie oddaliliście. Mogliście jeszcze bardziej się zniszczyć. - Nie można było powiedzieć, że już nie było jakichś strat, bo czuła, że nadal siedziały w nim te słowa, które zostały do niego powiedziane. Jak wiadomo, słowa potrafiły ranić ostrzej niż miecze, nawet jeśli już miało się gdzieś osobę, która je powiedziała. Powodowały zwątpienie, kwestionowały własną wartość.

- Mój brat zginął na moich rękach, naprawdę chcesz kwestionować to, czy zdarzyło mi się zawieść samą siebie? -  Nie tylko siebie, ale wszystkich wokół. Ojca, matkę, Astarotha. Przez długi raz nie umiała sobie z tym poradzić, próbowała znaleźć grunt pod nogami, to nie była łatwa droga, ale jakoś udało jej się ją pokonać. Być może była to zupełnie inna sytuacja niż ta jego, ale każdy niósł swój własny krzyż.

Nie umknęło jej to prychnięcie. Powątpiewała jednak, że mógł zrobić coś co mogło spowodować nienawiść. Nie tak łatwo było kogoś znienawidzić, jasne mógł spowodować wkurzenie, ale od razu nienawiść? To były chyba zbyt duże słowa. Póki co trudno jej jednak było to stwierdzić, bo nie miała pojęcia, co się między nimi wydarzyło.

Nie spodziewała się tego, że Fenwick postanowi się tym z nią podzielić, jak widać jednak podczas tej deszczowej nocy znaleźli dziwną nić porozumienia, wymienili ze sobą chyba więcej słów, niż przez ostatni miesiąc.

- Co zrobiłeś? - Powtórzyła, chociaż nie wydawało jej się, aby się przesłyszała. Trawiła te informacje, przymknęła na moment oczy, bo wydawało jej się to dosyć znajome. Pamiętała, że kiedyś znalazła się w bardzo podobnej sytuacji, tego nie dało się zapomnieć. Ta bezsilność, brak świadomości dlaczego właściwie to się wydarzyło, skoro dzień wcześniej wszystko było w porządku, nie było żadnych znaków, które świadczyłyby o tym, że miało się to zmienić.

otworzyła oczy, wtedy dostrzegła, że wyciąga w jej stronę kartkę, która zdecydowanie przeszła już swoje. Geraldine póki co nie wysiliła się na żadne kolejny komentarz, chociaż w środku się gotowała. Benjy przypomniał jej bardzo chujowy czas w jej własnym życiu, a aktualnie nie do końca była w stanie panować nad swoimi emocjami. Przejechała wzrokiem po tym, co było tam napisane, nie ruszała się przy tym wcale. Próbowała to przetrawić, niby na spokojnie, ale nie była już wcale spokojna.

- Debile. Pierdoleni idioci. - Zaczęła mruczeć pod nosem, niezbyt wyraźnie. Widziała tutaj pewną zależność, dlaczego tak łatwo przychodziła im ucieczka, zamiast sięgać po rozmowę, jakieś wyjaśnienia, wytłumaczenia, dlaczego woleli przed tym spierdalać?

Nie zastanawiała się zbyt długo nad tym, co zamierzała zrobić. Odwróciła się w jego kierunku, wyciągnęła gwałtownie ręce przed siebie, chciała go wypchnąć przez te balustradę, może jak wyjebie się na ten głupi ryj to dotrze do niego, że tak się nie robi.


Rzut W 1d100 - 100
Krytyczny sukces!
◉◉◉◉◉ af chcę wywalić Benjy'ego przez barierki

[+]Spoiler
na ewentualne obrażenia

1. Benjy ląduje bardzo niefortunnie na schodach, uderza twarzą w kafelki. Traci przy tym jedynkę.
2. Benjy ląduje na betonie pod balustradą, słyszy przy tym chrzęst, podparł się ręką, która nie wytrzymała ciężaru jego ciała - jakaś kość w nadgarstku mu pękła.
3. Benjy wylądował w okolicznych krzakach, dość duża gałąź uderzyła go przy tym w twarz, przez co ma siniaka z dwóch stron.
4.Benjy uderzył głową w beton, przez co zaczęło mu się kręcić w głowie, to chyba wstrząs mózgu.
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#15
17.11.2025, 23:57  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.11.2025, 00:17 przez Benjy Fenwick.)  
Czasem w ludziach wybrzmiewa coś znajomego, nawet jeśli żadna nić nie łączyła ich wcześniej bezpośrednio. To, co mówiła, wbijało się we mnie z dziwną precyzją. Nie dlatego, że miała rację w każdej sylabie, tylko dlatego, iż w jej tonie nie było ani odrobiny terapeutyzowania, którego nie zniósłbym bardziej, niż potępiania i nazywania mnie uciekinierem. Nie robiła z mojej historii tragedii wszechczasów, nie próbowała mnie głaskać, nie sprzedawała frazesów o „czasie, który leczy rany”. Wysłuchałem jej komentarza o tym, że miałem prawo do tego wszystkiego, w normalnej sytuacji może bym się zaśmiał, sprowadził to do jakiejś ironii, ale dziś nie było we mnie miejsca na wygłupy. Coś w niej zabrzmiało tak, jakby mówiła z miejsca, które znałem aż za dobrze. Patrzyłem na nią uważnie, kiedy mówiła o prawie do pomyłki. Pierwszy raz, kiedy się zakochałem… Merlinie, to było jak wpadnięcie w przerębel i próba nazwania tego kąpielą. Nie miałem wtedy pojęcia, jak mają wyglądać zdrowe relacje, jak ma wyglądać normalny dom, jak wygląda cokolwiek poza tym, co wyssałem z cudzych rozmów, domów przyjaciół i książek, które czytałem, żeby rozumieć, skoro w rzeczywistości nikt nie uczył mnie, jak to działa. A mimo to ładowałem się w to wszystko tak, jakbym był do tego stworzony. Tak, tonąłem - tonąłem zanim ktokolwiek zdążył podać mi rękę. Wszedłem w to jak idiota, bez planu, bez kotwicy, bez czegokolwiek, co mogłoby mnie utrzymać, a potem tonąłem, ale nie puszczałem - człowiek czasem idzie na dno nie dlatego, że ktoś go ciągnie, tylko dlatego, że sam nie wie, jak puścić.
Jej słowa nie były czymś, co mogłem zlekceważyć - każde kolejne trafiało we mnie jak kamienie wrzucane do wody, która i tak była już mętna. Te dwa krótkie zdania o śmierci na jej rękach wywołały we mnie coś cięższego, niż chciałem dopuścić do powierzchni. Milczałem, bo nie było nic, co mógłbym powiedzieć, co nie zabrzmiałoby jak tani frazes. Wciągnąłem powietrze wolno, jakby miało to zmniejszyć to rosnące we mnie napięcie, ale nie zmniejszyło niczego.
- Po plostu wyszedłem. - Powtórzyłem cicho, tak jakby te trzy słowa miały tłumaczyć całą katastrofę - to, że mogłem komuś zawdzięczać zaufanie, bliskość, normalność, a potem po prostu wyjść, jakby nic nie miało znaczenia.
Nie spodziewałem się, że cokolwiek ją tak ruszy. Nie spodziewałem się, że będzie w stanie czytać ten list, a w środku będzie gotować się jak w tygielku. W chwili, kiedy spojrzała na kartkę, którą jej podałem, jej twarz zmrożała, ale oczy zaczęły iskrzyć - to była cisza, która poprzedzała burzę, tę prawdziwą, która zrywała dachy i łamała drzewa. Patrzyłem, jak czytała tę zapisaną, poprzecinaną skreśleniami, brzydką prawdę. Kartkę, którą zgniatałem i rozprostowywałem w dłoni przez ostatnie dni, zamiast zrobić cokolwiek, co świadczyłoby o odrobinie kręgosłupa. Widząc jej minę, pomyślałem, że może błędem było wyciąganie tego przy niej, ale nie zabrałem listu.
Deszcz dudnił jak wojenny bęben. A potem zaczęła mamrotać, to nie była tylko analiza mojego zachowania - ona znała to z autopsji, przecież powinienem być tego świadomy, ale dopiero teraz dotarło do mnie, że byłem debilem - to było wyciągnięcie noża z własnych pleców i rzucenie nim o stół. Zanim w pełni ogarnąłem, co się dzieje, jej dłonie wylądowały na mojej klatce piersiowej - gwałtownie, bez ostrzeżenia, z siłą odpowiadającą jej rozmiarom. Pchnięcie było szczere, impulsywne, raczej zatrważająco jasne w swojej intencji - udowodnić mi, że spadanie wygląda inaczej, niż w mojej głowie. Zachwiałem się, deszcz chlusnął mnie po twarzy, balustrada trzasnęła pod moimi plecami, a serce walnęło mi o żebra w sposób, którego się po sobie nie spodziewałem. W tym jednym sekundowym ułamku, mrugnięciu okiem, kiedy poczułem jej dłonie na mojej piersi, zdałem sobie sprawę, że rozumiałem to uczucie aż za dobrze - bo gdybym stał po jej stronie balustrady, też bym siebie wypierdolił.
Spróbowałem złapać ją za przedramiona, żeby nie polecieć do tyłu, nawet jeśli chciała przepchnąć mnie przez tę cholerną balustradę, zrzucić na mokrą trawę pod balkonem, żeby coś w końcu pękło we mnie tak, jak powinno było pęknąć dawno temu.

Rzut PO 1d100 - 67
Sukces!

af ◉◉◉◉○ 0,0000001% szans na złapanie Geraldine
Rzut 1d4 - 4


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#16
18.11.2025, 01:19  ✶  
Upadek wydarzył się szybciej, niż zdążyłem wygłosić jakikolwiek wewnętrzny komentarz o tym, że może jednak przesadziła. Geraldine nie była człowiekiem, który najpierw myśli, a potem reaguje. Zaskakujące - prawda? Pchnęła mnie, nie tak symbolicznie, nie tak, żeby mnie tylko postraszyć - całą sobą, a balustrada nie była przygotowana na kogoś mojego wzrostu ani mojej wagi. Od zawsze była raczej symboliczną granicą niż realnym zabezpieczeniem, a ja nie powinienem był się o nią opierać. Barierka, oczywiście, okazała się za niska, a ja byłem za duży, za ciężki, żeby utrzymać równowagę. Wybiło mnie do tyłu z siłą, której nie przewidziałem. Poleciałem przez nią jak pieprzony worek popsutych ziemniaków, uderzając z mlaśnięciem o mokre podłoże, zrobiłem salto jak stary mebel wyrzucony przez okno - jak zwał, tak zwał, porównań z pewnością było wiele i każde byłoby całkiem obrazowo właściwe.
Uderzenie w głowę było dość ostre, poczułem natychmiast pulsowanie bólu, promieniujące w stronę karku i skroni, beton przywitał mnie ochoczo - zimny, twardy i bezlitosny. Język wbił się między zęby, poczułem dziwną, ostrą falę bólu, gdy przegryzłem go z boku. Coś chrupnęło w moich ustach, zanim jeszcze zdążyłem otworzyć oczy. Nowy smak pojawił się natychmiast, gęsty, gorący, znajomy w sposób, którego nie chciałem pamiętać, ale prawdziwy szok przyszedł sekundę później. Spróbowałem zamknąć gębę, dociskając do siebie szczęki i poczułem wyraźne puste miejsce - poszarpaną, ostrą krawędź nadkruszonego fragmentu lewej jedynki. Ząb nie wypadł cały, ale pękł na pół, jak tani kryształ po upadku na kamień, tracąc jedną trzecią połówki. Krew zaczęła napływać do ust metaliczną falą, zmieniając smak powietrza, które próbowałem złapać. Syknąłem, chociaż bardziej zabrzmiało to jak bełkot, lewe oko zaczęło mi łzawić od impulsu bólowego. Spróbowałem wypluć ślinę zmieszaną z krwią.
- Ja… Pier… - Wymamrotałem, głos miałem zniekształcony przez język, który robił teraz za puchnący, częściowo przegryziony kawałek mięsa, ale ta jedna literka wybiła się wyjątkowo głośno i wyraźnie w ciszy, jaka zapadła w okolicy. - To… Było… - Odkaszlnąłem, wypluwając jeszcze więcej gorącej, krwistej śliny. - Zajebiście… Bespoślednie.
Spróbowałem się poruszyć, nieudolnie, głowa zaprotestowała tępym bólem. Przewróciłem się na bok, próbując złapać rytm oddechu. Czułem w ustach, w ciele, ten metaliczny smak, który nie pozwalał mi zapomnieć ani na sekundę, że barierka była dla niskich ludzi. A ja, niestety, nigdy do nich nie należałem. Za to upadłem już bardzo, ale to bardzo nisko. Tak się kończą szczere rozmowy o odpowiedzialności i uczuciach. Nigdy, kurwa, więcej.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#17
18.11.2025, 01:45  ✶  

Geraldine była prostym człowiekiem, sięgała po jasne, zrozumiałe słowa. Zresztą wiedziała, że takie na nią najlepiej działały, gdy znajdowała się na dnie. Nie była dobra w epitetach, pięknych mowach motywujących. To nigdy nie leżało w zasięgu jej wrażliwości, którą zresztą dosyć trudno było zauważyć, może praktycznie w ogóle nie istniała? Nie, musiała istnieć, inaczej nie przejmowałaby się losem innych, tylko, że robiła to na ten swój własny, dość toporny sposób. Coś jej jednak mówiło, że Benjy będzie potrafił zrozumieć ją i to co miała mu do przekazania. Nie musieli być ze sobą blisko, nie musieli się lubić, grunt, że mieli do siebie jakiś szacunek. Inaczej przecież nie wchodziliby w podobne dyskusje, nie otworzyliby się na swoje doświadczenia w podobny sposób, a każde z nich je miało, tak to już jest z ludźmi, którzy nie boją się żyć. Poparzenia, blizny były dla nich naturalne, nie miała co do tego najmniejszych wątpliwości.

Miała nadzieję, że jej słowa z precyzją będą w niego uderzać, nie bez powodu się tutaj produkowała, a mogła przecież wrócić do tej malutkiej sypialni, znaleźć się u boku swojego męża i całkiem słodko spać. Wybrała jednak przemoc... tak właściwie to w tej chwili nie wiedziała jeszcze jak bardzo.

To jego Po prostu wyszedłem okazało się być gwoździem do trumny, no, może jeszcze ten list, który przekazał w jej ręce zrobił swoje, można było go uznać za młotek, który wbijał te wcześniejsze gwoździe. Dosyć szybko zmieniła nastrój, może z początku trudno było to zauważyć, jednak dość szybko w jej oczach pojawił się blask, który mógł zwiastować tylko i wyłącznie gniew.

Coś przeskoczyło, wspomnienia wróciły, przypomniała sobie, jak się wtedy czuła, jak bardzo bezradna była, nie mogła nic zrobić, nic zdziałać, musiała po prostu pogodzić się z decyzją, którą ktoś podjął za nią. Nie dostała żadnej innej możliwości, szansy, niczego. Siedem lat jej życia zostało skreślone, bo tak, dla jej własnego dobra, sranie w banie. Nie znosiła nie mieć wpływu na to, co działo się w jej życiu. Nie była to wina Benjy'ego, nie zrobił jej krzywdy, jednak otworzył bardzo głęboko zakopaną szufladę w jej umyśle. Jako, że nigdy nie umiała panować nad swoimi emocjami, nie potrafiła z nimi walczyć, to jej reakcja nie powinna wydawać się kontrowersyjna.

Zbyt późno się zorientował, pewnie nawet nie zdał sobie sprawy wręczając jej ten list do ręki, że to spowoduje powrót do przeszłości. Kiedyś przecież została porzucona właśnie w ten sam sposób, znalazła list na pierdolonej poduszce, która była jeszcze ciepła i nic nie mogła z tym zrobić. Nie znosiła bezsilności, to było dla niej chyba najgorszym uczuciem z możliwych.

Reakcja była więc całkiem przewidywalna, przynajmniej dla niej. Zamierzała wbić mu w ten głupi łeb, że tak się nie robi, że każdy zasługiwał na słowa wyjaśnienia, że jakiś durny list, Merlinie, ten list był tak oficjalny, nie wyjaśniał niczego, faktycznie znienawidziłaby go, gdyby było to skierowane do niej. Nie powiedziała jednak tego w głos, zamiast tego wybrała przemoc. Najbardziej naturalną dla niej drogę, argumenty, z którymi nic nie mogło sobie poradzić. Zrobiła to szybko, udało jej się zaskoczyć, włożyła w to sporo siły, chociaż tak naprawdę nie chciała go skrzywdzić i tak wyglądał już, jak zbity pies, chociaż zasługiwał na drobną reprymendę.

Okazała się być ona nieco większa niż drobna. Włożyła w ten jeden ruch dosyć sporo siły, Benjy był duży, wysportowany, by coś poczuł musiała się przyłożyć, zamiast tego chyba przyłożyła mu trochę za bardzo. To były sekundy, jej odwrócenie się, ręce wyciągnięte przed siebie, jeden silny ruch, a on znalazł się za barierką. Wypchnęła go przez nią, chociaż nie spodziewała się tego, że jej się to uda, raczej wydawało jej się, że uchroni się przed jej nagłym atakiem przemocy. Cóż, widziała w tym póki co same pozytywy - może jak jebnie głową o posadzkę, to coś mu się przestawi w mózgu, naprawdę na to liczyła.

Obserwowała z balkonu jego upadek, dotarło do niej wtedy, że nieco przesadziła. Mogła mu zrobić faktyczną krzywdę, a zamierzała jedynie pokazać to, że bardzo nie podobał jej się ten sposób działania. Zacisnęła zęby, miała nadzieję, że zaraz się poruszy, nie do końca wiedziała, jak miałaby się wytłumaczyć swojemu mężowi, który aktualnie najprawdopodobniej w tej chwili całkiem słodko spał z tego, że przypadkiem wysłała jego kumpla za zasłonę. To mogłoby być zbyt wiele nawet dla niego, który miał do niej naprawdę wiele cierpliwości.

Ulżyło jej, kiedy się odezwał. Mogła być spokojna, tylko trochę go poturbowała. Z tej odległości ciężko jej było ocenić szkody, ale mówił, co oznaczało, że nie było, aż tak źle. Uff.

- Otrzeźwiające? - Rzuciła nim zdążył wypowiedzieć kolejne słowa. No, bezpośredniości na pewno nie można było jej odmówić. Nigdy się szczególnie nie szczypała.

Nie mogła tak stać i patrzeć się jak wół w malowane wrota, bo przecież byli tu razem, byli wspólnikami. Ten moment agresji wystarczył, by nieco ostudzić jej emocje, no i może widok jego, leżącego na ziemi... to też pomogło.

Odwróciła się w kierunku schodków i zeszła z nich całkiem zwinnie, nie zamierzała pozwolić mu tak leżeć na ziemi, mimo, że to ona doprowadziła go do tego stanu. - Chodź.- Nachyliła się jeszcze i wysunęła w jego kierunku swoje ramię, by pomóc mu wstać, musiał schować się przed deszczem, który nadal nie przestawał padać.

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#18
18.11.2025, 05:03  ✶  
Poczułem obecność Geraldine zanim podniosłem wzrok - stała tam, już trochę mokra od deszczu, z oczami rozpalonymi gniewem i tym dziwnym błyskiem, który zawsze oznaczał, że nie chodziło jej tylko o słowa. Wiedziałem, że mogłem się domyślić konsekwencji, ale i tak zaskoczyło mnie to, jak zawsze, trochę za nagle - uderzenie było zbyt mocne, nieoczekiwane, nie fizycznie złe, ale wystarczające, żeby przypomnieć mi, że konsekwencje moich działań nie zawsze zostawały w sferze usłyszanych słów, nawet częściej niż rzadziej, miały swoje fizyczne następstwa. W tym wypadku wyleciałem z przestrzeni nie jednej, a dwóch kobiet, w stosunkowo krótkim czasie. Nie było wysoko, ale wystarczająco, by poczuć zimną, surową brutalność rzeczywistości.
Chrząknąłem, próbując złapać oddech i jednocześnie nie wydać jęku bólu. Leżałem na betonie, smak krwi mieszał się z deszczem, zimny chłód przenikał przez moją coraz bardziej przemoczoną koszulkę, a puls w głowie dudnił rytmem, którego nie rozumiałem. Czułem każdą nierówność pod sobą, każdy drobny kamień wbijał mi się w ciało, a język, przegryziony, puchł coraz bardziej. Każdy ruch powodował ból, każdy oddech był walką z własnym ciałem, a jednak patrzyłem na nią, bo w jej oczach było coś, co mówiło „zrozumiesz, jeśli chcesz” - i to było całkiem absurdalnie prześmieszne. Odchyliłem głowę do tyłu, zlizując krew z języka i warg, prezentując zakrwawione zęby, wraz z nowym ubytkiem, po czym wierzchem dłoni przetarłem policzek, który zdawał się piec od uderzenia, nawet jeśli zamiast mnie spoliczkować, ta pizda wypchnęła mnie przez balkon.
- Spierdalaj. - Rzuciłem spokojnym tonem, nie było w nim gniewu, nie w klasycznym znaczeniu - brzmiało to raczej jak chore rozbawienie, obserwacja absurdu własnego życia, coś w rodzaju perwersyjnej satysfakcji. Moja dłoń drżała, czując napięcie w palcach, każdy ruch wymagał koncentracji, ale nie zamierzałem przyjąć jej pomocy. Zdecydowanie nie chciałem korzystać z wyciągniętej ręki, nie teraz, nie w tym momencie. Zbierając wszystkie możliwe siły, podniosłem się na tyle, że mogłem oprzeć się na rękach i kolanach, i spojrzałem na nią kątem oka, czując chłód mokrego betonu pod dłońmi, ból pulsujący w szczęce, a mimo wszystko - śmiech, który sam z siebie wyrwał się z gardła, wydawał się odpowiedni. Prawdopodobnie musiała wiedzieć, że to, co teraz robiłem, było odruchowe - mój charkliwy, zduszony rechot był bardziej wyrazem absurdalnej satysfakcji z własnej odporności niż radości. Nie powiedziałem nic więcej, tylko przymknąłem oczy na moment, żeby zebrać oddech. Potem otworzyłem je i spojrzałem na nią, chłodno, kalkulując. Byliśmy do siebie zbyt podobni, a to oznaczało jedno - nie mogłem jej odpuścić, musiała to wiedzieć, ale postanowiłem dodatkowo ją oświecić.
- Losliczymy się… Za pół loku. - Wyrzuciłem w końcu, głosem, który w dalszym ciągu nie miał w sobie złości, a raczej dziwnie wypaczony rodzaj satysfakcji, jakby całe to pieprzone wydarzenie było grą, którą sobie dopiero teraz rozplanowałem w głowie. Nie dodawałem nic więcej, nie patrzyłem na nią dłużej niż trzeba, jednak środku życzyłem jej powodzenia, bo wiedziałem, że jeśli się wtedy odegram, a lubiłem wyrównywać rachunki, zrobię to bez litości, i wcale nie miałem zamiaru grać czysto - a ona miała mieć naprawdę wrażliwe suty.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#19
18.11.2025, 11:37  ✶  

Nie zastanawiała się zbyt długo nad swoją reakcją. Nigdy tego nie robiła. Przez chwilę trochę bała się, że uderzyła go trochę zbyt mocno, na szczęście szybko zweryfikowała, że nie było czym się martwić. Może był trochę poobijany, ale dla takich jak oni to nie było nic wielkiego. Nie pierwszy i nie ostatni raz ktoś postanowił mu przy pomocy siły pokazać, co myśli o jego czynach, co do tego była pewna.

Nie miała sobie nic do zarzucenia. Działała może trochę za bardzo emocjonalnie, ale nigdy nie należała do chłodnych osób, jej temperament często doprowadzał ją do podobnych momentów, a słowa, które wypowiedział, list który dał jej do przeczytania przywrócił do niej wspomnienia, o których wolała zapomnieć. Nie miała pojęcia, jak wiele wiedział o tym, co ich spotkało zanim na dobre się zeszli, być może Roise nie powiedział mu wszystkiego, a jeśli powiedział i wydawało mu się, że tak po prostu zingoruje to, co sama przeżyła, to był głupcem.

Argument, którego użyła, by pokazać mu, co o tym myśli był niepodważalny, przynajmniej w jej opinii. Nie hamowała się zupełnie podczas swojej reakcji, zawsze miała z tym problem. No, ale się ruszał, nie umknęło jej też to, jak wyraźnie kazał jej spierdalać. Świadczyło to o tym, że miewał się całkiem dobrze. Ta prośba, o to, żeby zniknęła stąd szybko niespecjalnie ją ruszyła. Odsunęła się jednak, skoro wzgardził wyciągniętą do niego ręką musiał radzić sobie sam. Chciała być humanitarna, czy coś. Najwyraźniej jednak nie musiała.

- Bardzo chętnie stąd spierdolę. - Dodała jeszcze, bo trochę nie chciała na to patrzeć. Niby się śmiał, jednak co innego mu pozostawało. W jej oczach mocno się pogubił, i zupełnie sobie z tym nie radził, próbowała zrobić coś, może poległa, może nie. Nie była w stanie póki co tego stwierdzić.

- Za pół roku, jak będziesz chuj wie gdzie? - Prychnęła i pokręciła głową, bo nie do końca w to wierzyła. Nie wróciłby specjalnie po to, żeby spróbować jej się odwdzięczyć, chociaż może, być może aż tak zalazła mu za skórę.

- Jakby coś, wiesz gdzie mnie znaleźć, będę czekać. - Oczywiście, że zamierzała przyjąć wyzwanie, nie uciekała przed podobnymi sytuacjami, wręcz przeciwnie zawsze wychodziła im na przeciw, nie bała się tego, że mogłaby zostać odrobinę poturbowana, wtedy przynajmniej wiedziała, że żyje, i że wszystko z nią w porządku. Będzie go oczekiwać, liczyła wręcz na to, że się nie rozczaruje i Benjy dotrzyma słowa, bo czemu by nie.

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#20
18.11.2025, 13:46  ✶  
Deszcz zaczął padać mocniej, bębnił o metal daszku i beton, zabierając ze sobą część krwi - wyglądało to jak scena, którą zwykle kończyłem butelką ognistej, może dwoma. Podparłem się dłonią o mokry beton, kręgosłup protestował, kolana też, a jednak kiedy usłyszałem jej „bardzo chętnie stąd spierdolę”, zaśmiałem się krótko, sucho, jak ktoś, kto już dawno nauczył się oddychać, gdy wszystko wołało, by przestał. Krew spływała mi po brodzie, mieszała się z deszczem, ale nie zamierzałem jej dać nawet cienia satysfakcji, że chociaż na chwilę poczułem coś, co mogłoby być zgodne z jej założeniami - jej głos, jej ton, to niby prychnięcie, ta durna pewność, że miała mnie rozszyfrowanego od podszewki i spierdoliłem od kogoś wyjątkowego wyłącznie pod wpływem chwili… To wszystko tylko mnie bardziej rozbawiło. Nie parsknąłem drugi raz śmiechem, bo szczęka bolała zbyt mocno, ale ten uśmiech wrócił, krwawy, popękany, absurdalnie szeroki. Przetarłem krew z ust wierzchem dłoni, spojrzałem na nią z dołu, z tej swojej cudownej, godnej pożałowania pozycji, ale w moich oczach wciąż było to chore rozbawienie, które sprawiało, że mogłem równie dobrze brzmieć jak ktoś, kto właśnie wygrał jakąś groteskową rundę.
- A jak myślisz? - Mruknąłem nisko, przetaczając językiem po ostrym brzegu wyłamanej jedynki, czując kolejną falę bólu. Popatrzyłem na nią, na ustach mając ten idiotycznie rozbawiony uśmieszek, który pojawiał się zawsze wtedy, kiedy rozsądek szedł w pizdu, a ja zostawałem sam na sam z własnym gównem. - Oczywiście, sze będę chuj wie gdzie. Właśnie o to chodzi. - Była w tym jakaś chora logika, zacięcie, które człowiek wyciągał z dna samego siebie, kiedy próbował udowodnić, że jeszcze oddychał. Oparłem się o beton, zostawiając na nim smugę krwi z ust - krople deszczu natychmiast ją rozmyły, jakby noc próbowała za mnie coś zmyć, ale nie było co - wszystko dawno wsiąkło we mnie zbyt mocno.
Obserwowałem ją kątem oka, to wycofanie się o krok, honorowe, niby logiczne, ale w jej spojrzeniu wciąż palił się ten pierdolony ogień. Znałem ten wyraz twarzy, żar - widziałem go w innych, u siebie. Wbrew temu całemu pierdoleniu o emocjach, odruchach i wspomnieniach, wyglądała jak ktoś, kto po prostu odpalił lont i czekał na wybuch. Było w tym coś godnego uwagi, nie podziwu, po prostu - coś, co dało się zrozumieć.
Wstałem wolniej, niż bym chciał, ale stabilnie - plecy bolały, ramię bolało, chyba nawet najmniejsze kostki w moim ciele dostały po dupie, kiedy uderzyłem o ziemię, ale ciało wiedziało, co robić, robiło to już wiele razy. Zebrałem się w końcu do pionu, chociaż wyglądało to bardziej jak mozolne składanie rozjebanego cyrkowego namiotu po gradobiciu. Czułem jej spojrzenie, ciężkie, mimo że próbowała zachować neutralność. Nie chciałem, żeby widziała, że musiałem złapać równowagę, bo wirowało mi przed oczami, więc uparcie stanąłem w miejscu, nie miała dostać niczego za darmo.
- Wiem, gdzie cię znaleźć. - Powiedziałem w końcu, spluwając krwią w bok. - Mam balso doblą pamięś. - Nadal się uśmiechałem, to było chyba najbardziej popierdolone w całej sytuacji - nie gniew, nie wyrzut, nie urażona duma. Po prostu jakieś chore, odległe zadowolenie, że wreszcie ktoś przestał gadać i zrobił swoje. Wyszczerzyłem się jeszcze raz, krzywo, bo brakowało mi fragmentu jedynki.
Przesunąłem językiem po zębach i syknąłem, bo zapomniałem o jebanej jedynce. Wyciągnąłem rękę w jej stronę, nie po pomoc, po coś znacznie ważniejszego.
- Daj szluga.
Koniec sesji


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (6494), Geraldine Greengrass-Yaxley (5149)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa