• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Śmiertelnego Nokturnu v
1 2 3 4 Dalej »
[8/10/72] Something was there in the dark | Benjy, Prudence

[8/10/72] Something was there in the dark | Benjy, Prudence
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#1
28.11.2025, 23:38  ✶  
Wieczór na Nokturnie miał w sobie tę znajomą wilgoć, która przesiąkała przez kołnierz i zostawała na skórze, rzęsach, brwiach i włosach, jak obcy dotyk, ale ja czułem tylko jej dłoń - ciepłą, pewną - i nasze złączone palce, trzymające się tak, jakbyśmy zrobili to już setki razy, chociaż dopiero teraz miało to właściwą wagę. Jesienny chłód wpełzał pod ubrania, znacznie głębiej niż tylko pod wierzchnie okrycia, ale i tak czułem to przyjemne ciepło - zupełnie inne, niż zazwyczaj, rozlewające się gdzieś pod mostkiem, w dłoni, którą trzymałem splecioną z palcami mojej narzeczonej. Mżyło tak drobno, że krople wyglądały raczej jak coś pomiędzy mgłą a parą unoszącą się w świetle lamp gazowych, nie rozświetlając tego ponurego miejsca.
Szliśmy wolniej, niż tu przyszliśmy - nie dlatego, że coś w nas ostygło, wręcz przeciwnie, nadal byłem rozbudzony, nawet mimo późnej godziny, nadal czułem w sobie przypływ witalności, ożywienia - już nie jako ktoś, kto spróbował rozerwać się na dwie strony, tylko jako ktoś, odkrył, że jego historia i tak kończy w jednym punkcie, bo musi, inaczej wszystko się spierdoli. Weszliśmy tu zagubieni we własnym gniewie, rozpieprzeni, bez sensu uparci, prawie się rozeszliśmy, chociaż nawet nie byliśmy już razem, ja sam prawie pozwoliłem, żeby jedno słowo za dużo przecięło resztę na pół. Wtedy niemal wbiegliśmy po tych schodach, ja z sercem w gardle, z gniewem palącym mi trzewia, ona z tym swoim spojrzeniem, które potrafiło mi przerżnąć kręgosłup na pół. Teraz wszystko było inne, napięcie dalej wisiało między nami, ale nie to złe, nie to, które paliło od środka. Jej palce były chłodniejsze od moich, moje pewnie nadal były gorące po wszystkim, po tej kłótni, po tym, co mogło się skończyć naprawdę źle, a skończyło się czymś, czego nawet nie wiedziałem, że chcę tak bardzo. Było w tym coś absolutnie popierdolonego i absolutnie właściwego.
Nie miałem pierścionka. Jasne, że nie miałem, nie planowałem tego aż do chwili, gdy po prostu wiedziałem, ale miałem nóż - mój nóż - athamé, grawerowany, stary, ciężki, z historią. Był lepszy niż jakiekolwiek teatralne, bazarowe błyskotki - to było coś, co naprawdę powinno trafić wprost do rąk czarnoksiężnicy, która potrafiła go używać. To było więcej niż pierścionek, to było złamanie konwenansów, tradycji, w pewnym sensie profanacja, środkowy palec pokazany w kierunku ludzi z fachu, w którym takie rzeczy trafiały wyłącznie od mistrza do ucznia - nie do kogoś, kogo się kochało, oboje to wiedzieliśmy, chociaż nigdy bym się do tego nie przyznał na głos.
Puściłem jej rękę na sekundę, tylko tyle, ile potrzebowałem, żeby wsunąć palce do kieszeni. Sakiewka nadal tam była - ciężka, nietknięta, żaden skurwiel jej nie zabrał, więc od razu poczułem ulgę.
- Dobla. - Wypuściłem powietrze. - Nie zajebał. - Mruknąłem bardziej do siebie, niż do niej, mimo to kierując do niej wzrok i wyszczerzając zęby w uśmiechu.
Latarnia naprzeciwko nas zamigotała, potem zrobiła to kolejna, tak jak to tylko Nokturn potrafił - mignięcia światła były krótkie, niestabilne, jakby sam klimat tego miejsca miał coś przeciwko oświetlaniu kątów i zaułków, które po prostu musiały być mroczne. Zamknąłem dłoń na sakiewce jeszcze na sekundę, a potem znów sięgnąłem po rękę Prue, bo jakoś głupio było iść bez niej, to była przerwa, której nie chciałem przeciągać. Noc pachniała dymem, mokrym brukiem i czymś, co mogłem spokojnie nazwać naszym nowym początkiem, chociaż brzmiało to zbyt ckliwie jak na Nokturn, ale pieprzyć to - tak właśnie było.
- Jest tu jubilel. - Wyjaśniłem, schodząc kolejny stopień, by wreszcie opuścić wewnętrzne podwórko między kamienicami. - Szemlany, ale… - Uśmiechnąłem się krzywo. - Kogo ja oszukuję, tu kaszdy jest szemlany. Chcę nam kupiś oblączki. Pielścionka mose nie miałem, ale to… To chcę zlobiś. Dziś. - Powiedziałem to spokojnie, jakby to było coś normalnego na Nokturnie o tej porze nocy, kiedy latarnie migoczą, a ciemność ma kły.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#2
29.11.2025, 00:23  ✶  

Nadal nie czuła się tutaj do końca swojo. Nie wydawało jej się, że kiedykolwiek będzie. Nokturn był bardzo specyficznym miejscem, gdzie można było znaleźć wszystko i nic, jeśli tylko się chciało. Specyficzny zapach, a może smród tego miejsca uderzył ją w nozdrza kiedy znaleźli się na zewnątrz, mieszał się z wonią jesieni, tą charakterystyczną, wilgotną, póki co jednak nie padało, więc nie było, aż tak źle. Palce mieli splecione, jakby to było najbardziej normalną rzeczą na świecie, bo przecież robili tak wiele razy, tylko, że teraz niosło to za sobą zupełnie inny ciężar. Została narzeczoną, a za chwilę miała stać się jego żoną. Oczywiście, że była podekscytowana, chociaż starała się zachowywać całkiem normalnie, to jednak nie było wcale takie proste, nie w sytuacji, w której się znaleźli.

Nie różniło się to jakoś specjalnie od tego, jak szli w stronę tego feralnego mieszania, w którym wszystko sobie wyjaśnili, chociaż może, było jednak zupełnie inaczej. Nie towarzyszyła jej wściekłość, czy rozczarowanie, pod skórą czuła raczej spokój i ulgę, bo jakoś udało im się wszystko wyjaśnić, znaleźć rozwiązanie, wybrać nową drogę, pomimo tego, że kiedy jeszcze szli tędy jakiś czas temu nie istnieli jako para. Niezbadane były koleje losu.

Dostała nóż, nie chciała pierścionka, więc dostała jego nóż. Czy było w tym coś dziwnego? Być może, chociaż oni zawsze przecież przekraczali wszelkie możliwe granice, także Prudence zamiast pierścionka zaręczynowego została właścicielką noża rytualnego, co swoją drogą uważała za dużo bardziej praktyczne, było to oczywiście też symbolem, który mówił sam za siebie.

Puścił jej dłoń na krótką chwilę, od razu poczuła chłód na swojej ręce, nie miała ochoty chociaż na chwilę zaprzestawać go dotykać, jakby bała się, że może to spowodować, że jeszcze faktycznie jej się wymknie, było to irracjonalne, bo przecież właśnie szli szukać kogoś kto udzieli im ślubu, od ręki, bo tak sobie założyli, bo tego chcieli.

Odwzajemniła jego uśmiech, dostrzegła go mimo tego półmroku, drogę oświetlały im przecież tylko latarnie i światło księżyca, który chował się za chmurami. Miał sakiewkę, to był chyba dobry znak, zwłaszcza, że faktycznie mógł ją stracić w Wiwernie.

Co do latarni... zamigotała jedna z nich, później następna. Prue nie wydawało się to niczym dziwnym, to był Nokturn, tutaj chyba po prostu działy się takie rzeczy, szła nadal przed siebie, tuż u jego boku, dziękowała Morganie, że już się tak nie spieszył jak wcześniej, kiedy była niemalże pewna, że skończy uderzając albo twarzą, albo tyłkiem o krawężnik.

Wysunął znowu dłoń w jej kierunku, sięgnęła po nią, kiedy tylko zobaczyła ten gest, mimo, że ledwie na chwile je rozłączyli to brakowało jej pod skórą jego ciepła. Tylko, że dotarło do niej, że to nie ta ręka, którą wcześniej trzymała. - Nie ta ręka. - Powiedziała cicho, bo mógł zapomnieć, ale ona nie zapominała, widziała przecież, co mu się przytrafiło kilka godzin wcześniej.

- Dobrze, skoro tu jest to do niego pójdziemy, chcesz obrączek, będą obrączki. - To było całkiem proste, zresztą nie widziała powodu, aby nie mieli sobie jakichś zorganizować, będą przecież symbolem ich małżeństwa, nie spodziewała się po Nokturnie cudów, chociaż wiedziała, że można było tutaj czasem trafić na wyjątkowe przedmioty, być może i z tym będą mieli szczęście.

Nie udało jej się jeszcze złapać jego dłoni, nie wyciągnął do niej tej drugiej, ale nagle, nagle te latarnie, które jeszcze przed chwilą oświetlały im drogę - zgasły. Ciemność ogarnęła okolicę. Poczuła zimny dreszcz przechodzący jej po plecach, bo było to niespodziewane.

Zatrzymała się w miejscu. - Benjy, jesteś tu. - Mówiła szeptem, aby nie zwracać na nich uwagi, mimo, że czuła obok jego obecność, ciepła jego ciała nie dało się zignorować, to wolała się upewnić, że naprawdę tutaj jest.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#3
29.11.2025, 03:11  ✶  
Mżyło tak lekko, że krople bardziej unosiły się w powietrzu niż spadały. Nokturn nigdy nie pachniał dobrze, ale kiedy wyszliśmy z mieszkania, uderzyło mnie to bardziej niż zwykle. Smród ulicy uderzył mnie w nozdrza zaraz po wyjściu na zewnątrz, ten cały koktajl wilgotnej jesieni, mokrego kurzu i czegoś, co nie było już do końca identyfikowalne, ale ona była obok mnie, oddychała tym samym powietrzem, więc nie było aż tak źle. Palce mieliśmy splecione - tak, jak robiliśmy to wiele razy wcześniej, tylko że teraz niosło to inny ciężar - prawdziwy, namacalny. Mój kciuk ocierał się o jej, niby od niechcenia, przypadkowo, ale czułem pod skórą, że to było… Coś - coś, czego nie dało się już odwrócić, ani zignorować. Weszliśmy tam jako praktycznie-byli, wyszliśmy jako narzeczeni, to wcale nie było najdziwniejszą rzeczą, jaka mnie spotkała w życiu, ale było zdecydowanie najlepszą.
Nie spieszyłem się już tak jak wcześniej. Szliśmy wolniej niż wtedy, kiedy wpadliśmy tu jak burza, gotowi się pozabijać słowami albo rozstać ostatecznie, albo jedno i drugie naraz. Dałem jej athamé, bo pierścionek byłby przy tym śmiesznym błyskotem, a nie symbolem, mój nóż był częścią mnie, teraz był jej - uznawałem to za bardziej realne niż cokolwiek, co mógłbym jej kupić.
Puściłem jej dłoń tylko na sekundę, żeby sprawdzić sakiewkę. Wilgoć przesiąkała materiał płaszcza, a szorstki sznurek sakiewki był zimny pod palcami - ale był. Nikt mi jej nie zabrał. Kiwnąłem do siebie, zadowolony. Nie czułem już tej złości pod skórą, tego spięcia, które prawie doprowadziło nas do końca. Teraz było… Spokojniej. W dziwny sposób jaśniej, mimo że ulicę oświetlało ledwie kilka chwiejących się na wietrze lamp. Kiedy latarnie zaczęły migać, nie przejąłem się tym, tutaj zawsze migały, zawsze gasły, zawsze wracały, czasem z opóźnieniem, jakby bały się świecić, bo mogłoby to kogoś wkurzyć. To był Nokturn - tu migotanie świateł ulicznych mogło być oznaką czarów, awarii, duchów albo tego, że ktoś rzucił zaklęcie obok - nic, co by mnie ruszyło. Mogło się tu zdarzyć wszystko, ale gasnące światło nikogo nie dziwiło. Zatrzymałem się na sekundę, żeby spojrzeć jej w oczy, chociaż światło było słabe.
Przechyliłem głowę, patrząc na nią spod mokrych rzęs, kiedy powiedziała “chcesz obrączek, będą obrączki”. Zerknąłem na nią spod brwi, jakby to było coś absolutnie oczywistego.
- Oczywiście, sze chcę nosiś obląszkę. - Powiedziałem cicho, ale bez wahania. - Nie po to się szenię, szeby wyglądaś jak cholelny kawalel. - Zerknąłem na nią z ukosa, takim spojrzeniem, które samo mówiło, jak bardzo to byłoby absurdalne. - Jestem męszczyzną jednej kobiety, Sun. Zawsze byłem, wszystko albo nic, nie zamieszam udawaś, sze to coś skomplikowanego.
Wyciągnąłem rękę, by znowu ją złapać, myśląc tylko o tym, żeby już jej nie puszczać, ale zanim nasze palce się spotkały, usłyszałem jej ciche słowa. Spojrzałem na nią i zmarszczyłem brwi, trochę zdezorientowany, dopóki nie dotarło do mnie, o co chodzi - parsknąłem pod nosem, pół rozbawiony, pół zakłopotany. Uśmiechnęła się, a ten uśmiech mógłby przywrócić światło w uliczce, gdyby latarnie zdecydowały się w końcu umrzeć. Zerknąłem w dół - rzeczywiście - wyciągnąłem tę rękę, na której miałem porządną ranę po wcześniejszym zamieszaniu, dłoń była spuchnięta, być może nawet częściowo coś złamałem. Podejrzewałem, że Prue tego nie zapomni, nawet jeśli ja bym chciał udawać, że już nie boli.
Latarnie zgasły, wszystkie, jedna po drugiej, jakby ktoś przeciął kabel nożem. Nokturn w nocy był inny - martwy, cichy, nieprzewidywalny. Poczułem, jak mięśnie napinają mi się automatycznie, jak ciało wchodzi w ten tryb, który znało całe życie - czujność, gotowość, reakcja przed myślą. Moja wolna dłoń odruchowo powędrowała w kierunku płaszcza, tam, gdzie była różdżka. Nie wyciągnąłem jej, jeszcze nie, najpierw musiałem wiedzieć, czy to tylko nokturnowy foch infrastruktury… Czy ktoś lub, co gorsza, coś patrzyło na nas z tej ciemności. Schyliłem głowę bliżej niej. Tak, żeby nie musiała zgadywać, czując jej dłoń zaciskającą się na mojej.
- Jestem. - Odpowiedziałem równie cicho. - Jestem tutaj, chodź bliszej. - Przesunąłem kciukiem po jej dłoni, powoli, uspokajająco, ale oczy miałem już otwarte szerzej, przyzwyczajone do mroku, wyczulone na każdy ruch, każdy szmer, bo Nokturn nie gasł bez powodu. Obróciłem głowę, nasłuchując dźwięków w mroku - kropli, oddechów, czegoś, co nie powinno być tu z nami, wypatrując w ciemności jakichkolwiek ruchów, kształtów, drgnień powietrza. Nokturn umiał robić takie numery. Gasnące latarnie zwiastowały zwykle jedno - albo magia, albo kłopoty, albo obie rzeczy naraz. Zacisnąłem mocniej palce na jej dłoni.
- Nie puszczę cię. - Dodałem szeptem, twardszym niż przed chwilą. - Niezalesznie od tego, co tu się dzieje. - Zrobiłem krok w przód, osłaniając ją bokiem ciała, gotowy na wszystko, co wyjdzie z ciemnych zaułków. - Tszymaj się blisko. - Zawsze miała się trzymać blisko mnie, a ja niej, bo byliśmy w tym razem.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#4
29.11.2025, 10:26  ✶  

Powoli zmierzali w kierunku jej nie do końca znanym, ale Benjy wiedział dokąd szli, kojarzył jubilera. Od tego mieli zacząć. Było późno i chłodno, zwyczajny jesienny wieczór, jednak coś w środku wyjątkowo tej nocy ją ogrzewało. Czuła ogromną ekscytację, bo nie zakładała, że tej nocy wydarzy się tak wiele. Pojawiła się tu przecież tylko po to, aby wykonać dobrą przysługę, skończyło się na tym, że miała zostać panną młodą, w jej wypadku nie do końca te słowa miały sens, bo nie była już szczególnie młoda, jednakże ważniejsze było to, że mieli się pobrać, za chwilę. Niesamowite ile mogło się zmienić podczas jednego wieczoru, ile dało się sobie wyjaśnić, i dojść do tego, że nie było nic bardziej właściwego od spędzenia ze sobą reszty życia.

Tak długo uciekali przed tym, co do siebie czuli, że naprawdę czuła ogromną ulgę, że w końcu poszli po rozum do głowy i postępowali właściwie. Fakt, może to był Nokturn, może mieli dostać obrączki po jakichś trupach, kto wie bowiem skąd ten szemrany jubiler miał brać biżuterię, jednak nieszczególnie ją to interesowało, to miał być symbol, znak tego, że stali się rodziną.

- Mam nadzieję, że ten Twój jubiler będzie faktycznie je miał, powiedzmy, że nie mamy zbyt wielu możliwości. - Widziała, że mu na tym zależało, ale był późny wieczór, to była jedna z trudniejszych misji do realizacji, oczywiście na pewno dało się to jakoś zorganizować, jednak spodziewała się, że to wcale nie będzie takie łatwe. Póki co jednak wierzyła w to, że im się uda. To był ich dzień, wzięli sprawy w swoje ręce, wszystko zaczęło się układać, powinni dalej mieć tyle szczęścia.

- Zawsze byłeś i zawsze będziesz, to brzmi wyjątkowo dobrze. - Zawsze kiedyś ją przerażało, wiązało się raczej z tym, że przez całe życie będzie musiała się męczyć, w tym przypadku jednak brzmiało jak nadzieja na to, że już do końca będzie szczęśliwa, bo być może byli nienormalni, popierdoleni, jednak to co ich łączyło było silne, prawdziwe, trwałe. Nic nie było w stanie tego popsuć, nic, ani nikt nie mogło stanąć między nimi, a teraz oficjalnie staną się małżeństwem, był to dla nich nowy początek, którego chcieli i potrzebowali, przed nimi było nowe życie.

Oczywiście, że nie zapomniała o tym, w jakim stanie znajdowała się jego ręka, nadal uważała, że powinna była się nią zająć, ale wszystko działo się tak szybko, że nie nadarzyła się ku temu okazja, po wszystkim na pewno dokładnie ją obejrzy i doprowadzi do porządku, miała nadzieję, że nie wedrze się tam żadne zakażenie, no - będzie musiała się o to postarać.

Nagle wszystkie latarnie zgasły, wiedziała, że nie stało się to bez przyczyny, coś musiało to spowodować, mrok ich otoczył, czuła jednak jego obecność, znajdował się tuż obok, wiedziała, że będzie bezpieczna, że nic się jej nie stanie. Nachylił się nad nią, był tuż obok, nic jej nie groziło. Niby nie obawiała się tego, co czai się w mroku, ale z nim czuła się jeszcze bardziej bezpiecznie. Czuła jego oddech nad uchem, dzięki czemu była spokojna.

Jego dłoń zacisnęła się na jej, ścisnęła ją mocno, wszystko było na swoim miejscu. Wokół panowała cisza, jeśli ktoś chciałby ich zaatakować, to już by to zrobił, skorzystałby z tego chwilowego zaskoczenia, bo na moment rozproszyli się kiedy nastała ciemność. Teraz już byli czujni.

Przesunęła się bliżej, tak jak powiedział, chciała być tuż obok, aby nie zgubić go w mroku, trzymali się jednak za ręce, więc  to nie powinno się wydarzyć. - Wiem, że mnie nie puścisz. - Nie miała co do tego najmniejszej wątpliwości, jak zawsze jej pilnował, jak zawsze miał nie pozwolić na to, aby stała się jej jakakolwiek krzywda, nie bała się zupełnie, jak na to, co się działo była wyjątkowo spokojna. - Może się ruszmy, nie ma sensu tutaj zostawać, daleko mamy do tego jubilera? - Zdecydowanie na ich korzyść byłaby zmiana lokalizacji, mogli zresztą sprawdzić, czy w innej z alejek, również światło nagle zgasło.

Przeniosła wzrok na ich splecione ręce, mrugnęła, bo coś jej nie pasowało. Dłoń choć ciepła, nie należała do Benjy'ego. Wzdrygnęła się, był to odruch bezwarunkowy. Benjy powiedział, że jej nie puści, co mówiło o tym, że ją złapał, tylko, że to nie była jego ręka, ta która zaciskała jej się na dłoni była samotną dłonią bez właściciela. - Benjy, czy trzymasz mnie teraz za rękę? - Zapytała, nie panikowała, chciała to sprawdzić.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#5
29.11.2025, 14:44  ✶  
Powoli kierowaliśmy się w stronę jubilera, którego znałem wystarczająco, by ufać mu tylko tyle, ile trzeba - czyli wcale, ale miał towar, zwykle, i o tej porze wciąż bywał przy życiu, co na Nokturnie kwalifikowało go jako „solidnego dostawcę”. Spojrzałem na Prue z ukosa, na jej spokojny krok, na ten blask, którym emanowała pod skórą od momentu, gdy wyszliśmy z mieszkania. Uśmiechnąłem się pod nosem.
Powietrze było ciężkie, wilgotne, pachniało jesienią i brudem, tym charakterystycznym kwaśnym oddechem szemranej części magicznego Londynu, do którego człowiek się przyzwyczajał tylko dlatego, że nie miał wyboru. Nokturn nie był miejscem dla ludzi o delikatnym żołądku, na szczęście ani ja, ani ona do takich nie należeliśmy. Szliśmy powoli, jej kroki stawiane tuż przy moich, palce splecione z moimi tak pewnie, jakby to rzeczywiście było najbardziej normalne na świecie. A nawet dla mnie - człowieka, którego życie lubiło robić salto w najmniej oczekiwanym momencie - to był wieczór jak z kompletnie innej rzeczywistości.
- Tak, będzie je miał. - Mruknąłem. Znałem ten typ człowieka. Handel po trupach? Możliwe. Uśmiechał się zawsze jak ktoś, kto wie, że mógłby sprzedać obrączkę jeszcze ciepłą po zdjęciu z palca, ale robił rzeczy solidnie, bo robił je szybko i bez zbędnych pytań. - A jeśli nie… To i tak je zdobędę. Nie pozwolę, szebyś nosiła byle co. - To było proste, nie symboliczne pierdolenie o romantyzmie, tylko fakt - chciałem, żeby każdy widział, że jest moja, ja jestem jej. Bez cienia wątpliwości. Bez przestrzeni dla innych. To było może trochę toporne, ale klarowne, lubiłem symbole, te trwałe - nie zamierzałem ukrywać podjętej decyzji, skoro braliśmy ślub, byliśmy swoi, obrączki były naturalne.
Była tuż obok, blisko, tak jak chciałem, tak jak sobie życzyłem od dawna, jeszcze zanim potrafiłem to nazwać. Nigdy bym się nie przyznał na głos, ale… Czułem to samo, co prawdopodobnie i ona - podskórne gorąco, przyjemne drgnienie emocji, ekscytację, cholernie dziwny spokój wymieszany z czymś, co przypominało przeznaczenie - Prudence była moją żoną. Nie „prawie”. Nie „zobaczymy”. Nie „może kiedyś”. Spojrzałem na nią kątem oka, kiedy powiedziała „zawsze będziesz” i coś drgnęło mi w klatce, coś, co rzadko dopuszczałem do głosu. "Zawsze" zwykle kojarzyło mi się z czymś, od czego ludzie uciekają - z tym, czego ja unikałem przez większość życia, ale przy niej… Zanim dotarliśmy do zakrętu, zbliżyłem się do niej jeszcze trochę, tak żeby moje słowa zostały tylko między nami.
- Bszmi tak, jak powinno. - Mój głos był niski, łagodniejszy niż zwykle. - Nie zniknę. Nie mam dokąd. Ty jesteś moim miejscem. - Nie powiedziałem tego na wyrost, nie żartowałem, to zawsze było dla mnie proste - jeśli się angażuję, to na całego, jeśli kogoś kocham, to nie ma drugiej osoby na świecie. Kochałem to, że jest przy mnie, i o ile wcześniej cholernie mnie to przerażało, teraz czułem już głównie spokój. Nie wiedziałem, jakim cudem do tego doszliśmy jednego wieczoru, nie byłem pewien, czy w ogóle musiałem to rozumieć.
Latarnie nad nami zamigotały pierwszy raz, zignorowałem to - to miejsce robiło takie rzeczy, czasem magia siadała, czasem ktoś kombinował przy kablach, czasem to były zwykłe anomalie, ale kiedy zgasły wszystkie - jednocześnie, brutalnie - wiedziałem, że to nie przypadek. Zanim ruszyliśmy dalej, zanim latarnie zaczęły wariować, zanim Nokturn postanowił pokazać nam swoje prawdziwe zęby, nachyliłem się do niej lekko, żeby słyszała to tylko ona.
- Hej… Słuchaj… Jest coś, co muszę wiedzieś. - Zacząłem, bo zwykle nie robiłem zakupów z kategorii „romantyczne”, ale tej nocy to nie były zwykłe zakupy. Patrzyłem na nią kątem oka, na to, jak szła blisko mnie. Na to, jak jej dłoń trzymała moją mocno, pewnie, jakbyśmy od dziesięciu lat, a nie od dziesięciu minut robili plany na resztę życia. - Powinienem o to spytaś jusz pszedtem. - Tak, miałem tę świadomość, właściwie to mieliśmy jeszcze całkiem sporo takich tematów, rzeczy niewypowiedzianych, słów i rozmów, które na nas czekały, bo do tej pory nie było okazji, by je poruszyć, a sztuczne odhaczanie punktów z listy „wspólne życie” nie powinno pasować ani do mnie, ani do niej, a już zdecydowanie nie do tego, czym i kim dla siebie byliśmy. - Jest jakaś mosliwość, szebyś wyczuła wcześniej, zanim cię udeszy? Zanim coś cię polusy… Tak jak potlafi? Wiem, sze to kontlolujes, ale nie chcę ci kupowaś niczego, co mogłoby zlobiś ci kszywdę. - Powiedziałem to ciszej, bardziej miękko, niż powinienem brzmieć na Nokturnie, ale to była Prue. Naprawdę liczyłem, że ten mój jubiler będzie miał coś, co nie pochodziło z martwej ręki, ale też… Nie byłbym sobą, gdybym nie brał pod uwagę, że może być odwrotnie. Nokturn był pełen gówna, którego nawet ja nie chciałem wkładać w dłonie, a już na pewno nie jako drugi symbol naszego małżeństwa, pierwszym było athamé.
Chciałem już z powrotem ją ująć, tą właściwą ręką, spleść palce z jej palcami, bo moja dłoń bez jej wyglądała nie na miejscu. I wtedy - pieprzone Nokturnowe „wtedy” - latarnie zaczęły gasnąć. Najpierw mignęły, potem zdechły całkowicie. Wpierw jedna, potem druga, potem wszystkie. Po kolei, jakby ktoś przeciągnął palcem po ich płomieniach. Gęsty, niemal namacalny mrok spadł na nas jak zasłona, ciężka kotara, nie jak brak światła, jak obecność czegoś, co połknęło je jednym kłapnięciem pyska. Instynkt kazał mi przybliżyć się do niej natychmiast. Automatycznie ścisnąłem jej dłoń, tą zdrową, tą silniejszą.
- Niedaleko. Dwie kamienice dalej, za zaklętem. - Nachyliłem się do jej ucha, tak, żeby nikt poza nią tego nie mógł usłyszeć, mój bark niemal dotykał jej barku, a oddech miałem przy jej uchu. Nie po to, żeby ją straszyć, po to, żeby wszystko inne miało się czego bać. Usłyszałem to jej ciche „wiem, że mnie nie puścisz.” Nie puściłbym, nawet gdybym umierał. - Tak, chodźmy. - Mruknąłem, zaciskając palce mocniej na jej dłoni, gdy przesunęła się bliżej. Zrobiła to tak naturalnie, jakbyśmy robili to od lat.  Nokturn milczał, jeśli ktoś chciałby nas zaatakować, zrobiłby to właśnie w tej sekundzie, ale nic się nie wydarzyło, poza narastającym napięciem.
Potrzebowałem tylko kilku sekund - tyle, by mózg dogonił to, co czuła moja dłoń. Jej pytanie zawisło w powietrzu, a ja próbowałem po omacku złożyć fakty. Automatycznie chciałem odpowiedzieć „oczywiście, że tak”, bo to było najnaturalniejsze - przecież jej nie puszczałem, nie zamierzałem. Jej głos był tuż obok. Jej ciało - tuż przy mnie. Jej dłoń… Coś mi nie grało w uścisku, w układzie palców, w ciężarze tej ręki, Prue nigdy nie miała tak szorstkiej skóry.
Na początku myślałem, że to tylko mrok płatał mi figle, Nokturn potrafił robić takie rzeczy - rozmiękczać kontury, łączyć jedną sylwetkę z drugą, mylić kształty. Prudence była tuż obok, czułem jej obecność, jej oddech poniżej wysokości mojego ramienia. Logika podpowiadała, że skoro jest przy mnie, to dłoń w mojej dłoni należy do niej. Dopiero potem zrozumiałem, dlaczego jej uścisk był tak nieruchomy.
Bo nie był niczyj.
- No zajebiście… - Wysyczałem pod nosem, nie puszczając, ale czując, jak mięśnie w mojej twarzy drgnęły w krótkim, ostrym grymasie.
To nie była jej ręka.
Nie ta smukła, nie ta znajoma, nie ta, którą znałem na pamięć.
To nawet nie była czyjaś ręka.
To była ręka - oderwana, przecięta równo, jakby ktoś odseparował ją od właściciela jednym, perfekcyjnym ruchem.
Martwa.
Martwa, ale ciepła.
Ciepła.
C H O L E R A C Z E M U C I E P Ł A ?
Nie było krwi, ani jednej kropli, jakby ktoś wypłukał ją do sucha i zostawił jako prezent. Palce miała nienaturalnie proste, a skóra… Skóra była zbyt szorstka, ale jednocześnie napięta, jakby pod nią przestało istnieć cokolwiek ludzkiego. Nie rozumiałem, czemu ta ręka była miękka, jak świeże ciało, dlaczego nie stwardniała, nie ostygła, dlaczego w ogóle wyglądała, jakby… Moment temu jeszcze należała do kogoś, kto oddychał. Jeszcze nie puściłem, jeszcze nie, najpierw chciałem wiedzieć, kto kurwa pozostawił mi w dłoń rękę, która powinna leżeć jakieś sześć stóp pod ziemią, bo to nie było przypadkowe, to nigdy nie było przypadkowe na Nokturnie.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#6
29.11.2025, 18:09  ✶  

- Lubię, jak jesteś taki zdeterminowany. - Odezwała się cicho, aby niepotrzebnie nie zwracać na nich uwagi, kto wiedział, kto właściwie mógł się czaić za rogiem, jednym, czy drugim.

Mieli włożyć sobie dzisiaj obrączki na palec i nic nie miało im w tym przeszkodzić. Podobało jej się takie nastawienie, ten symbol w tym przypadku mówił wszystko, nie pozostawiał żadnego pola na niedopowiedzenia. Miał świadczyć o ich przynależności, nie było już od tego odwrotu, co napawało ją optymizmem, bo przecież tego chciała. Przeszli z tego śmiesznego, letniego romansu jak to na początku nazywali do relacji, która miała istnieć zawsze. Było to zaskakujące, ale nie do końca, wiedziała, że jeśli kiedykolwiek chciałaby z kimś resztę życia to właśnie on miał być tą osobą, była to całkiem prosta sprawa.

Uśmiechnęła się sama do siebie, kiedy usłyszała jego kolejne słowa. Brzmiało jak powinno, oczywiście, w końcu wybrali właściwą drogę. - Trochę na to czekałam. - Nie było w tym jednak ani odrobiny goryczy, te słowa zabrzmiały bardziej jak ulga, że wreszcie wszystko zmierzało w odpowiednim kierunku. Nie mogło w lepszym, bo mieli dzisiaj wziąć ślub, to niosło ze sobą zupełnie nową rzeczywistość, w której będą musieli się odnaleźć, ale na myśl o tym czuła nadzieję. Była to ogromna zmiana, z którą będą musieli sobie poradzić, chociaż ten czas, który razem spędzili sugerował jej jak może wyglądać przyszłość i rysowało się to wyjątkowo dobrze. Wiedziała bowiem, jak to jest mieć go blisko siebie, budzić się i zasypiać w jego objęciach, nic wspanialszego nie mogło jej spotkać i od teraz ciągle będzie mogła to robić. Warto było czekać, zdecydowanie warto było czekać tyle lat.

Zwróciła uwagę na migoczące światło, jednak trwało to bardzo krótko, przez co zupełnie się tym nie przejęła, bo przecież takie rzeczy się zdarzały, zwłaszcza w miejscu jak to. Nokturn był przecież bardzo specyficzny, tutaj nigdy nie dało się czegokolwiek przewidzieć.

- Hmm? - Uniosła głowę, aby na niego spojrzeć, ton głosu Benjy'ego był spokojny, czekała, aż zada właściwie pytanie, po chwili to zrobił. W sumie powinna się spodziewać czegoś podobnego, przejmował się tym, co mogło nieść ze sobą kupno obrączek wątpliwego pochodzenia, to jasne, że jeśli ktoś je wcześniej nosił to zostawił na nich wspomnienia, ona żyła przeszłością innych, nie była na to obojętna, przedmioty potrafiły na nią oddziaływać.

- Tak właściwie to bardzo rzadko zdarza mi się, żeby coś we mnie uderzało tak znienacka. - Zaczęła mówić, musiała mu co nieco o tym powiedzieć, bo być może już widział to jak reagowała, ale nie do końca wyjaśniła mu jak w jej przypadku to działało. - Zazwyczaj to wygląda jak z Twoim notesem, kiedy mam chęć to sama proszę o wspomnienia, palę świece, zasiadam w kręgu i czekam na to, aż we mnie uderzą, dzieje się to na moje własne życzenie. - Nauczyła się panować nad swoimi zdolnościami, poświęciła sporo czasu, aby mieć nad tym praktycznie pełną kontrolę. - To, co wtedy, w kromlechu zdarza mi się sporadycznie, kiedy nad sobą nie panuje, kiedy się zapominam. - W tamtej chwili nie myślała o niczym, bo przecież znajdowała się w jego ramionach, kradli sobie kolejne pocałunki, bardzo skutecznie odwrócił jej uwagę od całego świata, przez co nie wszystko wydarzyło się tak, jakby chciała.

- Więc jeśli nie będziesz mnie zbyt mocno rozpraszał, to dopóki sama nie będę chciała to we mnie nie uderzy, gdy zacznę nosić obrączkę na palcu przyzwyczaję się do jej ciężaru, do tego, że należy do mnie, nic nie powinno mnie poruszyć. - Starała mu się to wytłumaczyć, jak najdokładniej, bo wiedziała, że to mogło wzbudzać pytania, miała nadzieję, że wszystko było dla niego jasne.

Nie mieli zbyt wiele czasu, aby dyskutować o wszystkich swoich przypadłościach, to miało być dopiero przed nimi, zresztą raczej nie było to coś, co powinni zrobić w jednej chwili, nauczą się tego wszystkiego powoli, bo przecież już zadecydowali o tym, że zaczną nowe, wspólne życie.

Latarnie znowu zamigotały, tym razem jednak światła zgasły na dłużej. Nie wiedziała, czego powinni się spodziewać, wsłuchiwała się w tę otaczającą ich ciszę, ale nie nadchodziły żadne dźwięki, słyszała tylko swój i jego oddech, nic więcej. Być może był to tylko zbieg okoliczności, jakieś chwilowe problemy? Kto to właściwie mógł wiedzieć.

- To dobrze, mam wrażenie, że lepiej będzie jak stąd pójdziemy. - Nie było sensu kusić losu, kiedy właściwie nie wiedzieli, co się wokół nich dzieje. Strzeżonego Merlin strzeże, czy coś. Trzymała go za rękę, mogli więc bardzo sprawnie, razem ruszyć przed siebie. Benjy znajdował się bardzo blisko niej, czuła jego oddech na szyi, dobrze, naprawdę wolała kiedy był tuż obok.

No i wtedy przeniosła na chwilę wzrok na ich splecione ręce i okazało się właśnie, że chyba coś było nie tak. Właśnie dlatego zadała to nieszczęsne pytanie, które mógł uznać za naprawdę głupie i bezsensowne... a jednak wcale takie nie było, bo ściskała rękę, która nie była czyjaś, była samotną, wędrującą ręką, która kiedyś na pewno była czyjaś, może nawet całkiem niedawno zważając na to, że jeszcze emanowała ciepłem.

- Czekaj. - Przystanęła na moment, wolała sprawdzić, to co właściwie się działo. Uniosła swoją dłoń, palce miała splecione z tą nieznajomą ręką, przyglądała się jej uważnie.

- Ty masz swoją? - Zadała to pytanie, właściwie jeszcze w trakcie tego, jak to robiła spojrzała w dół, żeby to sprawdzić. Benjy miał swoją własną, samotną rękę. To było dziwne, bardzo dziwne.

- Musiały mieć kiedyś właściciela, podejrzewam, że całkiem niedawno, Twoja też jest taka ciepła? - W tym momencie w końcu rozplotła swoje palce z tą obcą rękę, podtrzymywała ją drugą dłonią, aby nie spadła jej na ziemię.

Otaksowała wzrokiem okolicę, żeby sprawdzić, czy gdzieś nie było widać właściciela tych nieszczęsnych dłoni, nic jednak nie rzuciło jej się w oczy. - Nie widać właściciela, myślę, że możemy je zabrać. - Bardzo chętnie przyjrzałaby im się bliżej w domowym zaciszu, a później może zabrała na wycieczkę do ministerstwa. - Nie wypada ich chyba tak porzucić na ulicy? Co myślisz? - Szkoda by było marnować taką szansę, oczy jej błyszczały, bo naprawdę chciała się tym zająć.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#7
29.11.2025, 21:43  ✶  
W półmroku widziałem, jak lekko drgnęły jej kąciki ust. Szła przy mnie równo, krok w krok, jakbyśmy robili to całe życie, a jednak dopiero co wyszliśmy z mieszkania, w którym prawie się rozpadliśmy. Prawie, bo jednak zamiast się rozpaść, poskładaliśmy się w coś kompletnie nowego. W coś trwałego - coś, co trzymałem w ręce teraz, splatając jej palce z moimi tak, jakbyśmy byli już po wszystkim, a nie dopiero przed ślubem. Szła obok mnie spokojnie, z tą dziwną jednoczesną lekkością i pewnością kobiety, która właśnie zdecydowała się wywrócić swoje życie do góry nogami, moje też, byłem cholernie wdzięczny za to, że robiła to ze mną.
Latarnia zamigotała, ale nic jeszcze nie zwiastowało tego, co miało zaraz nadejść. Nie było tu żywej duszy, przynajmniej żadnej, którą widziałem, ale Nokturn nigdy nie był pusty naprawdę, zawsze coś się czaiło, w szczelinach, za rogami, pod balkonami - nawet jeśli żadne oczy nie błyszczały w mroku.
Na jej „lubię, jak jesteś taki zdeterminowany” tylko nachyliłem się lekko w jej stronę, tak jakbyśmy wymieniali się sekretem, którego nikt nie powinien podsłuchać, spojrzałem na nią spod brwi.
- Dobsze, bo dziś nie ma odwlotu. Nikt, absolutnie nikt nam nie pszeszkodzi. - Brzmiało to dziwnie czuło jak na mnie, ale trudno, prawda jest prawdą. Podobało mi się, jak to powiedziała - miękko i cicho, jakbyśmy mieli jakąkolwiek szansę na dyskrecję w tym miejscu, gdzie mrok słuchał uważniej niż ludzie. Uśmiechnąłem się pod nosem - krótko, krzywo, jak to zwykle u mnie - bo lubiłem, kiedy ona doceniała we mnie coś tak prostego. Determinację, coś, czego miałem w sobie za dużo, za głupio, czasem do brawury, a co przy niej przestawało być wadą, a zaczynało być… Cholera wie czym.
Poprawiłem wolną ręką poły płaszcza i rękaw, żeby mieć łatwy dostęp do różdżki. Nie brakowało mi humoru, ale ostrożność była ważniejsza.
- Wiem, że czekałaś. - Odpowiedziałem cicho. - I pszeplasam, sze zajęło mi to tyle czasu. Byłem… No. Debilem. Jestem świadomy. Dlatego mam zamial całym sobą ci to dziś i nie tylko… Odplacowaś. - Ostatnie słowo powiedziałem niżej, z lekkim, obiecującym mruknięciem, które wiedziałem, że wyczuje.
Światło latarni zamigotało - jedna, potem druga lampa, nie przystanąłem, na Nokturnie światło gasło częściej niż płonęło. Prue spojrzała na mnie, unosząc brodę. Jej „Hmm?” oznaczało, że czeka na pytanie, więc zapytałem.
- Nie chcę wsadzaś ci na palec obląszki, któla wepchnie ci w głowę cudzy koszmal. Nie dziś. Nie kiedykolwiek. Nie tego wieczolu. I nie szadnego innego, jeśli mam coś do gadania. - Zadeklarowałem, nawet jeśli wiedziałem, że czasami nie dało się uniknąć takich sytuacji, jak tamta w kromlechu.
Wyjaśniła mi cały mechanizm swojego daru, uderzenia wspomnień, kontrolę, świece, kręgi - ten cały rytuał, który dla niej był codziennością, a dla kogoś innego brzmiałby jak pretekst do pogrzebu. Słuchałem uważnie, bo to dotyczyło jej, a wszystko, co dotyczyło jej, dotyczyło mnie.
- Dobsze. To znaczy, sze obląszka cię nie lusy, zlesztą, nawet jakby miała, znajdę ci inną. I inną, i kolejną. Asz tlafię na taką, któla będzie chciała nalesześ do ciebie. - Stwierdziłem krótko.
A potem pojawiło się to nieszczęsne „jeśli nie będziesz mnie zbyt mocno rozpraszał”. Spojrzałem na nią jak ktoś, kto właśnie usłyszał bardzo zabawną rzecz i postanowił odpowiedzieć poważnie. Zacisnąłem lekko usta, żeby nie parsknąć śmiechem, ale nie powstrzymałem się przed komentarzem - nachyliłem się do jej ucha, głos miałem miękki, niski, cholernie czytelny.
- Tego jednego ci nie obiecam. - Mogła mnie klepnąć w ramię, mogła powiedzieć, że jestem niemożliwy, ale była moja, ja byłem jej. - Mało tego. Zlobię to s plemedytacją. Noc poślubna to noc poślubna. - Nie miałem zamiaru udawać, że nie planuję dokładnie tego, co planuję.
Latarnie zgasły, totalna ciemność, jej głos sugerował, że powinniśmy iść dalej - miała rację.
- Tak. - Mruknąłem. - Idziemy. Nie dam się zasadziś jak gówniasz, co pielwszy las wyszedł s domu.
Po jej pytaniu, czy trzymam ją za rękę, nie odpowiedziałem od razu, to trwało zaledwie kilkanaście sekund, ale w nokturnowej ciemności wszystko wydawało się dłuższe, bardziej rozciągnięte, jakby powietrze samo chciało nas ostrzec, że coś jest nie tak. Najpierw ruszyłem głową, próbując wyczuć jej ruch obok, oddech, obecność - była tu, po mojej lewej stronie. Czułem ciepło jej ramienia, delikatny ruch włosów na moim przedramieniu, gdy obróciła głowę. A jednocześnie… Czułem uścisk dłoni w ręce. Zbyt mocny jak na jej drobne palce, zbyt ciężki, zbyt nieruchomy - coś we mnie w końcu kliknęło, opuściłem spojrzenie. Wypuściłem powietrze przez zęby.
- No, świetnie. - Mruknąłem, wcale nie odskakując. - Dlugi las dzisiaj stoję i tszymam nie tę lękę, co tszeba. - Syknąłem przez zęby, nie do końca z frustracją, raczej z politowaniem wobec sytuacji i losu.
Zapytanie, czy „mam swoją”, skwitowałem milczeniem przez sekundę, a potem świadomie podniosłem dłoń - tę, która wciąż była moja, żywa, posłuszna, dość sprawna jak na to, co dziś przeszła.
- Mam. Nadal pszymocowana do leszty mnie. Zaskakująco. - A potem dotknąłem palcami mojej zmasakrowanej ręki i prychnąłem sucho, bardziej do siebie niż do niej. - Obiecuję, nic mi nie odpadło. Jeszcze. - W półmroku skrzywiłem usta. - To tylko złamanie. Pogluchotanie. Mose lekkie zmiaszczenie. Episkey to załatwi. - Wiedziałem, że ją tym wkurzę, chciałem, jej uzdrowicielska wściekłość była jedną z moich ulubionych rzeczy.
- Tak, moja dodatkowa tesz jest ciepła. -Odpowiedziałem. - Co jest absolutnie popieldolone, bioląs pod uwagę, sze ta lęka nie ma kląszenia. - Przez chwilę byłem cicho.
„Możemy je zabrać? Nie wypada ich tak porzucić. Co myślisz?”
Westchnąłem, długim, przeciągłym oddechem człowieka, który właśnie widzi, jak jego noc poślubna zaczyna się od dwóch odciętych rąk, ale w gruncie rzeczy, nawet nie zamierza negować sensu tego, co mówi jego przyszła żona. Nachyliłem się do niej, naprawdę blisko, spojrzałem na nią tak, jakbyśmy oboje byli już po pięćdziesięciu takich akcjach. Pruey patrzyła na to wszystko z błyskiem w oczach, z tą dziwną ciekawością, którą zawsze miała wobec rzeczy, które normalnych ludzi przyprawiłyby o torsje. Jej oczy błyszczały jak cholera.
- Na Noktulnie nie ma „wypada”, kotku, jest tylko „czy to nam się pszyda”. - Wzruszyłem ramionami, nieświadomie machając ręką z ręką, co potem powtórzyłem już w pełni celowo. - A tobie się pszyda. Jak ktoś będzie je chciał odzyskaś… No, to świetnie. Będę miał komu zadaś kilka baldzo plostych pytań.
A kiedy zaczęła rozplątywać palce z tej martwej dłoni, przysunąłem się odruchowo, gotów zneutralizować i zdeptać to coś, jeśli tylko ruszy się w podejrzany sposób.
- Dobsze. Weś je, jeśli chcesz. Ale… Pluey? - Spojrzałem na nią w mroku, poważnie. - Dlugi las dzisiaj muszę zadaś ci to nieszczęsne pytanie na stojąco, zamiast klęknąś jak naleszy, ale… - Krótka pauza. - Dasz mi swoją lękę? Jedną i dlugą? Mogę wziąś pakiet? - Spojrzałem na nią poważnie, niewzruszenie, jakbym naprawdę podejmował decyzję o czymś ważniejszym niż dwie martwe dłonie. Może to nie był idealny moment, biorąc pod uwagę jedną i drugą odciętą dłoń między nami, ale tak działał Nokturn - jeśli życie dawało ci trupie rączki, brałeś je i i tak szedłeś do jubilera po obrączki.
Wyciągnąłem rękę - tę prawdziwą - i spojrzałem jej w oczy. Nie chciałem, by w razie czego martwa łapa rzuciła jej się do gardła na ulicy.
- Myślę, sze jeśli mają iść s nami, to ja je poniosę, ok? No, dawaj, kochanie. Jeśli te gówna mają komuś skoczyś do galdła, to najpielw mnie. Jestem większy. Mam szelszy obwód szyi. W domu będą całe twoje. -Uśmiechnąłem się do niej półgębkiem, z tą odrobiną humoru, która zawsze pojawiała się, gdy sytuacja była odrobinę zbyt poważna. A potem powoli, ostrożnie, przygotowałem się, żeby przejąć tę cholerną dłoń, jednocześnie zerkając w ciemność, bo wiedziałem, że martwe rzeczy nigdy nie są naprawdę same.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#8
29.11.2025, 23:26  ✶  

- Wspaniale. - Dodała jeszcze, bo wiedziała, że jeśli tak mówił, to nie mogło być inaczej. Benjy był słowny, na pewno nie pozwoli na to, aby ktoś lub coś stanęło im na drodze, i dobrze, bo bardzo, ale to bardzo chciała to zrobić dzisiaj, tej jesiennej nocy. Jej również nie brakowało determinacji, bo słowo się rzekło i nie było już odwrotu. Mieli wziąć ślub, całkiem prosta sprawa, no, tylko, że była noc, a oni byli na Nokturnie - nie miało im to jednak przeszkodzić.

- Nie przepraszaj mnie za to, grunt, że w końcu sobie to ułożyliśmy. - Sobie również miała nieco do zarzucenia, bo przecież sporo rzeczy dusiła w sobie, nie mówiła o nich wprost, wystarczył im jeden wieczór szczerości, aby wszystko ułożyli, więc i tak nie było z nimi, aż tak źle. To mogło trwać dużo dłużej. - Odpracować? Trzymam Cię za słowo. - Nie umknął jej jego ton, oczywiście, że zrozumiała do czego zmierza, potwierdzeniem tego były jej różane policzki, które nabrały koloru gdy tylko o tym wspomniał.

- Oczywiście, że masz coś do gadania, w końcu jesteś moim narzeczonym. - Pierwszy raz powiedziała to słowo w głos i uśmiechnęła się sama do siebie, to brzmiało wyjątkowo dobrze, nie mogło lepiej, naprawdę cieszyło ją to, że wszystko zmierzało w odpowiednim kierunku, trudno jej było zapanować nad tym uśmiechem, który co chwila pojawiał się na jej twarzy, więc przestała z tym walczyć, chociaż miejsce nie sprzyjało takim wybuchom radości, to trudno.

- Tak, nie powinna mnie ruszyć. - Panowała nad swoim darem, jednak nigdy nie mogła mieć pewności, że nie dojdą jakieś czynniku, które nieco mogłyby jej to utrudnić, dlatego właśnie wolała być szczera, i wszystko mu wyjaśnić, żeby wiedział, czego może się spodziewać. Nie zrobiła tego wcześniej, a może powinna, chociaż Benjy i tak był bardzo świadomy, jak na kogoś kto sam nie został obdarzony podobnym talentem. Dużo wiedział, ale czy mogła spodziewać się czegoś innego? Zawsze interesował się otaczającym go światem.

Jego głos zabrzmiał jej wprost do ucha. Dreszcz przeszedł jej po plecach, kiedy się odezwał i tak, wiedziała, że jeśli coś jej obiecał, to na pewno dotrzyma słowa. Westchnęła cicho, powinna się tego spodziewać, prawda, sama go do tego sprowokowała. - To prawda, noc poślubna rządzi się swoimi prawami, więc będę musiała Ci to wybaczyć. - Nie zamierzała przecież mu utrudniać spełnienia tej powinności. Noc poślubna w końcu nie była czymś, co zdarzało się zbyt często, być może Benjy miał już jedną za sobą, jednak ona nie, miało to być dla niej wyjątkowe, zresztą zamierzała zrobić wszystko, aby dla niego również była.

Kiwnęła głową, gdy potwierdził, że ruszą dalej. To był najlepszy pomysł, jaki mogli zrealizować w zaistniałej sytuacji. Nie wiadomo bowiem, czemu światła zgasły, z racji na to, że mieli bardzo konkretne plany na dalszą część wieczoru lepiej dla nich, aby tego nie sprawdzali.

Zupełnie przypadkiem zauważyła, że to nie jego rękę trzyma, dlatego właśnie zadała to pytanie, całkiem spokojnie, bo nie widziała sensu w tym aby panikować, na Nokturnie zdarzały się różne rzeczy... może i to był pierwszy raz kiedy zupełnie obca, samodzielna dłoń trzymała ją za rękę, jednak nie był to powód do tego, aby panikować. To tylko ręka... Gorzej gdyby znalazł się ich właściciel i pomyślał, że to oni mu je odebrali.

- Jeden raz to przypadek, dwa razy zbieg okoliczności, oby nie było trzeciego... - Bo to byłby schemat, a jednak wolała go uniknąć, zresztą to naprawdę był jakiś dziwny przypadek, nie miała pojęcia bowiem, jak mogło dojść do tego, że w ich ręce trafiły ręce... no brzmiało to naprawdę zagmatwanie.

- Zajmę się tym później, znam lepsze sztuczki od Episkey. - Oczywiście, że zamierzał skorzystać z ulubionego zaklęcia każdego uzdrowiciela, na szczęście już niedługo nie będzie mógł nic robić z tym, że będzie chciała leczyć go swoimi metodami, na pewno wyłoży mu odpowiednie argumenty... przez które nawet przez moment nie będzie się wahał nad tym, w jaki sposób i czy w ogóle zamierza się leczyć.

- Tak, to jest dziwne, nie powinny być ciepłe, chętnie sprawdzę dlaczego tak jest. - Oczywiście, że sądziła, że trzeba to zbadać, nie zamierzała przechodzić wokół tego obojętnie, materiał do prowadzenia badań sam wpadł jej w ręce, musiała wykorzystać taką okazję.

- Zdecydowanie mi się przyda. - Na szczęście nie musiała nic mówić, bo Benjy doskonale wiedział, że bardzo tego potrzebuje, znał ją jak nikt inny. - Doskonale, to jesteśmy dogadani, ręce będą moje, a jeśli odnajdzie się ich właściciel to będzie rozmawiał z Tobą. - Nie wydawało jej się to do końca sprawiedliwe, ale nie mogła nie skorzystać z okazji, zresztą wiedziała, że Fenwick potrafiłby bardzo skutecznie przeprowadzić taką konwersację.

Parsknęła śmiechem, nie mogła się powstrzymać, wypowiedział to pytanie takim poważnym tonem, a ta cała sytuacja była okropnie absurdalna, to jakiś cud, chichot losu, zwał jak zwał, że coś takiego ich spotkało. - Możesz wziąć moje wszystkie ręce Benjy. - Odpowiedziała starając się być poważną, ale średnio jej to wychodziło.

- Dobrze, chociaż mam nadzieję, że obejdzie się bez takich... - Wolałaby nie musieć mu ich ściągać z gardła, bo ledwie do niego dosięgała... Oddała mu więc swoją nową rękę, aby się nią zajął, a później ruszyli dalej, mieli bardzo jasny cel, te dwie dodatkowe ręce nie miały im przeszkodzić w jego realizacji.


Koniec sesji


Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (3970), Prudence Fenwick (3187)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa