• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Śmiertelnego Nokturnu v
1 2 3 4 Dalej »
[08.10.1972] Better together | Prudence & Benjy

[08.10.1972] Better together | Prudence & Benjy
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#1
29.11.2025, 22:55  ✶  

Ten dzień... brakowało jej słów, aby go opisać, a miała ich naprawdę wiele w swojej głowie, na każdą okazję była w stanie coś z niej wyciągnąć, jednak nie tym razem. Nadal znajdowali się na Nokturnie, miejscu, które było dalekie od jej ulubionych, a jednak dzisiaj nieco zmieniła opinię na ten temat. Nie miało jej się już kojarzyć tylko ze smrodem, czy ludźmi o wątpliwych zamiarach. Trochę odczarowała sobie swoją opinię na temat tej wyjątkowej, magicznej części Londynu. Na zawsze pozostanie jej w oczach obraz Benjy'ego, tego małego, obskurnego mieszkanka, i noża, który znalazł się w jej dłoni jako symbol czegoś, co miało być ich nowym początkiem.

Decyzja, którą podjęli była spontaniczna, nieprzemyślana, irracjonalna, ale przy tym właściwa i nie miała, co do tego najmniejszych wątpliwości, wręcz przeciwnie - niczego nie była tak pewna, jak tego, nigdy w swoim życiu, a to mówiło samo za siebie. Już zaraz, już niedługo miała zostać jego żoną. To było coś, czego zupełnie nie zakładała, nie żeby tego nie chciała, wręcz przeciwnie, ale nie sądziła, że będą w stanie dojść do tego podczas jednej kłótni, życie potrafiło zaskakiwać.

Nadal mżyło, w powietrzu można było wyczuć ten specyficzny zapach tego miejsca wymieszany z wilgocią, spodziewała się, że długo będzie go z siebie dzisiaj zmywać, miała wrażenie że przesiąkły nim jej ubrania, włosy, całe ciało, być może nawet i dusza, oblepiał człowieka zupełnie znienacka. Nie było to jednak w tej chwili istotne. Szli przed siebie bardzo pewnym krokiem, znajdowali się coraz bliżej miejsca, w którym wszystko miało się zmienić, gdzie czekał na nich nowy początek. Benjy prowadził, ona szła za nim, właściwie to tuż obok niego, trzymając go za rękę - nie chciała jej wypuszczać, bo kto wie, czy jakaś kolejna zagubiona dłoń nie postanowiłaby się do nich przyczepić, ale nie był to jedyny powód, lubiła czuć jego ciepło na swojej skórze.

Zaliczyli wizytę u jubilera, tak jak mówił jej narzeczony, faktycznie dało się o tej porze na Nokturnie zdobyć obrączki. Nie były wymyślne, wręcz przeciwnie, ale wydawało jej się, że właśnie tego potrzebowali, pasowały do nich - nieco zniszczone upływem czasu, ale lśniły całkiem ładne w świetle, dokładnie tak jak oni. Zaliczyli sporo wzlotów i upadków, aż wreszcie mieli zacząć podążać nową drogą, razem. Uśmiechała się sama do siebie, bo wiedziała, że są blisko, że jeszcze chwila, a faktycznie do tego dojdzie, zostanie jego żoną, a on jej mężem, bez świadków, mieli stanąć przed sobą i przyrzec, że będą razem mimo wszystko i na zawsze.

Pragnęła tego, jak niczego innego. Kochała go, on kochał ją, więc decyzja, którą podjęli była całkiem prosta. Dosyć dużo czasu zajęło im krążenie wokół siebie, ale to nie było istotne, najważniejsze, że w końcu postępowali właściwie.

- Mam nadzieję, że nie pomylisz ręki... - Mruknęła jeszcze cicho nawiązując do sytuacji sprzed kilkunastu minut, kiedy stali się właścicielami dwóch nowych rąk, które Benjy aktualnie miał gdzieś przy sobie.

Nie do końca wiedziała, czego powinna się spodziewać, gdzie właściwie prowadził mu Benjy, ufała mu jednak i wierzyła w to, że faktycznie doprowadzi ich do kogoś kto udzieli im ślubu, bo chciała zostać jego żoną od razu, gdy tylko padła ta propozycja, widziała w nim determinację, więc nie wątpiła, że on również tego pragnął i nic nie mogło im w tym przeszkodzić, kiedy współpracowali potrafili być naprawdę skuteczni w realizacji swoich celów i tym razem nie mogło być inaczej.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#2
29.11.2025, 23:59  ✶  
Zaciągnąłem powietrze, to wilgotne, lepkawe, z tym charakterystycznym posmakiem Nokturnu, który zawsze osiadał na języku, jak coś, czego człowiek nigdy nie zamawiał, a i tak dostawał w gratisie. Ten kontrast uderzył mnie znienacka i aż chciało mi się śmiać, cicho, pod nosem, z niedowierzania, że właśnie tutaj, w tym syfie, w tej wilgoci, wśród zapachu mrocznej magii i mokrego kamienia, miało się wydarzyć coś tak jasnego, jakby to parszywe miejsce postanowiło zrobić nam przysługę, choćby jedną w całym swoim zgniłym życiu. Dziś nie miałem w sobie nawet cienia obrzydzenia, ten syf pod butami, mokre cegły, migoczące światła latarni, stare, częściowo zabarykadowane okna łypiące jak oczy kogoś, kto wiedział o tobie za dużo - to wszystko zmieniało kontury, bo ona szła obok mnie, trzymając mnie tak pewnie, jakbyśmy już od dawna wiedzieli, że tym razem nie spadniemy. Ten wieczór uderzył mnie w klatkę piersiową jak grom, bez ostrzeżenia, bez uprzedzenia, a jednak wszystko w moim wnętrzu układało się spokojnie, jakby ktoś wreszcie dopasował ostatni puzzel w ukrytym obrazie.
Szliśmy razem, nasze kroki odbijały się od mokrych kamieni, a jej dłoń w mojej była miękka i stanowcza jednocześnie, ciepła jak obietnica. Prowadziłem, chociaż prawda była taka, że to ona trzymała mnie na właściwym torze, bo gdyby puściła, pewnie ruszyłbym prosto w ogień, żeby sobie udowodnić, że mogę. Z nią nie musiałem niczego udowadniać, już nie. Ten dzień, cholera…, ja też nie potrafiłem go objąć myślą. Nie istniało w moim słowniku nic, co byłoby na tyle szerokie, żeby pomieścić ten dziwny spokój, jaki we mnie wsiąkał od chwili, kiedy wzięła ode mnie ten nóż w tym małym mieszkanku. Symbol, nowy początek, nigdy nie wierzyłem w takie słowa, dopóki nie zobaczyłem, jak trzymała go w dłoni.
Wsunąłem jej palce między swoje trochę mocniej, prowadząc nas między zamglonymi uliczkami. Byłem cholernie zakochany, pierwszy raz pozwalając sobie na tę myśl bez potrzeby ukrywania tego, tak po prostu, tak idiotycznie, tak nienormalnie jak na kogoś, kto całe życie mówił, że nic go nie zatrzyma. A teraz szedłem do kogoś, kto miał powiedzieć, że jesteśmy związani na zawsze, bez świadków, bez kwiatów, bez fanfar, tylko my i noc - to było właściwe, czułem to w kościach. Ta decyzja była irracjonalna tylko dla tych, którzy nigdy nie stali na krawędzi razem z kimś, kogo kochają.
Była we mnie determinacja, taka, której nie byłem w stanie zdusić nawet, gdybym próbował. Po tej kłótni, po tym wszystkim, co między nami buzowało, zostawało już tylko jedno - zrobić to, co i tak od dawna wisiało nad nami. Bez świadków, bez plotek, bez tych wszystkich spojrzeń, które zawsze próbowały rozszarpać każdy związek, gdy tylko zaczynał wyglądać zbyt poważnie. Dziś miała zostać moją żoną, a ja jej mężem, to wszystko, całe to zaskoczenie, cała irracjonalność, cała wilgoć Nokturnu, wyglądały nagle jak najlogiczniejsza decyzja mojego życia. Zdecydowanie bardziej logiczna niż przechowywanie cudzych rąk w płaszczu, ale cóż, Sun je chciała, ja byłem tylko tymczasowym tragarzem.
- Jeśli pomylę lękę, to tylko dlatego, sze mam ich dzisiaj w asoltymencie tlochę więcej nisz pszeciętny naszeczony, ale spokojnie, twoja jest jedyną, któlą chcę zatszymaś. - To chyba nawet była całkiem romantyczna deklaracja? Miałem je przy sobie, te dwie zgubione łapy obcego idioty, nokturnowe pamiątki, absurd dnia, który i tak znikał pod innymi symbolami - jej spojrzeniem, tym nożem, który wzięła ode mnie jak coś wręcz intymnego, i obrączkami, które były do nas podobne - zniszczone czasem, ale uparte w swoim blasku.
Im dalej szliśmy, tym mocniej czułem, jak coś we mnie uspokaja się, paradoksalnie właśnie tu, gdzie sens i logika zwykle umierały pierwsze. Może dlatego, że to był ten moment, którego nigdy nie planowałem, a którego potrzebowałem jak tlenu. Szedłem pewnie, nie oglądałem się za siebie. Wiedziałem, gdzie iść. Nie myślałem, czy świat istnieje poza tym zakrętem, do którego ją prowadziłem, ale było mi to obojętne - wszystko, co miało się liczyć, było obok nas lub czekało zaraz przed nami.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#3
30.11.2025, 00:28  ✶  

Gdzie indziej, jeśli nie tutaj mieli znaleźć kogoś, kto o tej porze będzie w stanie im udzielić ślubu? No chyba nie w kowenie... podejrzewała, że tam już dawno wszyscy kapłani wpadli w objęcia Morfeusza. Nie, żeby należała do osób, które często odwiedzały to miejsce, miała jednak swoje podejrzenia. Zresztą wydawało jej się, że wbrew pozorom ten Nokturn do nich pasował. Może i był nie do końca przyjemny, pełen czarnoksiężników, czy typów spod ciemnej gwiazdy, jednak oni poniekąd byli jego częścią. Nie był to ich dom, ale bywali tutaj, mieli swoje znajomości. Nie spodziewała się, że kiedyś będzie korzystać z podobnych protekcji po to, aby coś na tym ugrać. Chodziło jednak o spontaniczny ślub, a więc nie za bardzo mieli inny wybór, w tym przypadku Benjy musiał skorzystać ze swoich układów, żeby ktoś im go udzielił.

To było całkiem zabawne, bo nie wydawało jej się, aby to była jedna z najbardziej pilnych usług, które ktoś mógł oferować w tym miejscu. Zresztą nie sądziła, aby to było główne zajęcie zainteresowanego, bądź zainteresowanej, raczej jakiś drobny dodatek do oferowanych usług. Nie było to jednak istotne, nie było ważne, kto udzieli im ślubu, liczyło się tylko to, że postanowili w końcu zostać ze sobą na zawsze. Na dobre i na złe, bez względu na wszystko. Nic więcej nie mogli sobie zaoferować i byli gotowi zrobić to bez żadnego zawahania, od razu, gdy tylko zostało powiedziane to w głos.

Więc szli przed siebie, w tym mroku, światła latarni nieco rozświetlały im drogę, jednak Nokturn zawsze wydawał jej się nieco bardziej okryty ciemnością, był to chyba urok tego miejsca, chociaż, czy w ogóle można było uznać je za urocze? No nie do końca, ale mniejsza o to, od dzisiaj miało jej się kojarzyć zdecydowanie lepiej - ze zmianą, która miała odmienić jej życie.

Nie wypuszczała dłoni Benjy'ego, raczej kurczowo się jej trzymała, dobrze było mieć go znowu blisko siebie, nie czuć było już napięcia w powietrzu, raczej ulgę i spokój, byli pewni podjętych przez siebie decyzji, zdeterminowani, aby zrealizować swój plan od ręki. Nic nie mogło stanąć im na przeszkodzie, już niedługo, za krótką chwilę wszystko się zmieni. Przeznaczenie miało na nich swój plan, wiedziała, że jej wybranek pewnie tylko parsknąłby śmiechem, gdyby wspomniała o przeznaczeniu, jednak w oczach Prue wszystko świadczyło o tym, że świat chciał im coś pokazać, a może to oni światu? Tak właściwie przecież walczyli razem przeciwko niemu.

- Bardzo dobrze, byłoby mi przykro, jakby się okazało, że któraś z zagubionych, samotnych dłoni wygrała z moją. - To był naprawdę dziwny zbieg okoliczności, że spotkało ich coś podobnego. Znaleźli dwie ciepłe ręce, bez ciała, nikt ich nie szukał, ale to nie był ich problem na ten moment, teraz mieli coś ważniejszego do załatwienia, oczywiście zamierzała do tego wrócić, ale skoro Benjy się nimi zaopiekował, to raczej im nie uciekną. Będzie miała czas, aby się tym zająć. Najpierw te najbardziej istotne i palące rzeczy.

Zbliżali się powoli do miejsca, w którym miała rozpocząć się ich nowe życie, wspólne. Czuła ogromną ekscytację, ale też ulgę, że wreszcie wszystko jest takie, jakie powinno. Trzymała za rękę mężczyznę, którego kochała, a za chwilę miała oficjalnie stać się jego żoną, to naprawdę było wszystkim, co mogła sobie wymarzyć.

- Już blisko? Nie mogę się doczekać... - Może nie powinna tego mówić, ale na pewno nie umykał mu jej entuzjazm, naprawdę cieszyła się z tego, co zaraz miało się wydarzyć i było to widać w każdym jej geście.

Nie do końca wiedziała, czego się spodziewać, jak będzie wyglądała ceremonia, bo przecież nie mieli zaplanowane zupełnie nic, wszystko działo się spontanicznie, ale nie było sensu zwlekać, nie potrzebowali planów, mieli powiedzieć sobie tak, ona miała przyjąć jego nazwisko i mogli zacząć wspólne życie, to wydawało się być całkiem proste do realizacji.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#4
30.11.2025, 03:28  ✶  
Całe życie patrzyłem na przeznaczenie jak na bajkę dla ludzi, którzy bali się własnych decyzji, za dużo widziałem, zbyt wiele osób zrzucało winę na los, kiedy po prostu nie mieli odwagi ruszyć czegokolwiek własną ręką, ale kiedy szła obok mnie, ta wiara, że świat od dawna pchał nas w jedną stronę… Cholera, może coś w tym było, a może po prostu nie chciałem tego deptać - ja, który zawsze brałem nogi za pas, kiedy coś zaczynało pachnieć stabilnością, zawsze stojący okrakiem między wolnością a spierdoloną potrzebą bliskości, teraz prowadziłem ją do ślubu o drugiej w nocy na Nokturnie i czułem się bardziej sobą niż kiedykolwiek. Ta decyzja może i została podjęta w gniewie, ale była podparta prawdą, która była między nami od dawna, chociaż oboje mieliśmy talent do chowania jej za maskami, lodem i ogniem, słowami, żartami, walką, wszystkim. Była w tym, jak potrafiliśmy się zranić, jak potrafiliśmy się uleczyć, i jak potrafiliśmy się znaleźć w pół kroku między jednym a drugim upadkiem, ale nigdy w sposób, który przekroczyłby ostateczną granicę, ona stała sztywno.
Prawda była taka, że ten ktoś, kto przewinął mi się przez myśl, raczej nigdy nie planował zostać „kapłanką”, to był jej dodatkowy fach. Nokturnowi zawsze przydawał się ktoś, kto potrafił zawiązać więź magiczną, nawet jeśli zazwyczaj robił to dla pokątnych układów, nie dla miłości, ale dzisiaj, przez te kilka minut, być może miał związać coś dla nas. Ludzie od „porządnych, boskich rytuałów” o tej godzinie spali w pomieszczeniach pachnących kowenowym kadzidłem, ona raczej niekoniecznie, a nawet jeśli, prawdopodobnie śmierdziała mocno, intensywnie, słodko aż do bólu głowy, maskowaną czarną magią, niczym miłym, niczym przyjemnym dla nosa, niczym zbożnym. Nie przejmowało mnie to jakoś szczególnie.
Nigdzie indziej o tej porze nie znaleźlibyśmy nikogo, kto udzieli nam ślubu - kowen spał, ministerialni spali, cały świat spał. A Nokturn? Nokturn żył. Czasem cuchnął, czasem zabijał, czasem podsuwał komuś w dłonie dwie odłączone ręce, ale nigdy nie spał. Był domem dla desperatów, dla tych, którzy chcieli załatwić coś szybko, po cichu i bez gadania, dzisiejszej nocy należeliśmy do tej drugiej kategorii. Świat zewnętrzny odpoczywał, zgaszony, czysty, przepisowy, a my potrzebowaliśmy czegoś, co działa po ciemku, cicho, bez zbędnych pytań, bez świadków. Czegoś, co nie oceni, bo samo nie ma prawa oceniać nikogo. Tak, byliśmy z tej części miasta, nawet jeśli tylko pośrednio. Nie planowaliśmy nic, nie mieliśmy świadków, dekoracji, zapowiedzi, niczego, a mimo to czułem, jakbyśmy przygotowywali się do tego całe życie. Zobaczyłem w niej wszystko, co chciałem mieć przy sobie, a czego przez lata odpychałem od siebie jak ogień.
Zatrzymałem się na sekundę, tylko po to, żeby popatrzeć na nią, na tę jej twarz pełną światła, które nijak nie pasowało do brudnych szyb i mroku wokół. Świat mógł się walić, Nokturn mógł nas otaczać swoim brudem, ale mieliśmy wszystko, czego potrzebowaliśmy - siebie, obrączki, tę cholerną pewność, że wbrew rozsądkowi robiliśmy rzecz właściwą. Koniec jednego życia, początek drugiego, obok siebie, wspólnego.
- Nawet jeśli wszystkie te odcięte łapy technicznie są telas wspólną własnością, wiesz - plawo znalazcy, szadna nigdy nie wygla s twoją. Zlesztą, szadnej, jakiejkolwiek innej, maltwej czy nie, nie pozwolę dotknąś mnie w taki sposób, w jaki robi to ta jedna. - Wzruszyłem ramionami i dotknąłem kciukiem jej palców, to miało podkreślić wszystko, czego nie musiałem mówić na głos. Te konkretne chłodnawe dłonie - i nie tylko - odpowiadały mi za bardzo, żebym chciał rozważać jakąkolwiek konkurencję, odłączoną czy nie, były wszystkim, czego chciałem - nawet prosząc ją o drugą, martwą rękę.
Nie miałem pojęcia, skąd się wzięły tamte dwie nieszczęsne kończyny, czemu były ciepłe, czemu nie było właściciela. Szemrane miejsca lubiły zostawiać ludziom dziwne prezenty, jeśli nie uważało się na kroki, chociaż ten był całkiem specyficzny, jedyny w swoim rodzaju, ale to nie był czas, żeby o tym myśleć - teraz mieliśmy jeden cel. Nie kazałem jej czekać na odpowiedź ani sekundy, nachyliłem się lekko, żeby mówić tylko do niej, głosem niższym, pewniejszym, takim, który miał jej pokazać, że nie tylko ona czuła ten dreszcz pod skórą. Mogła to usłyszeć w moim tonie, nie było tam wątpliwości, ani dystansu, ani tego głupiego oporu, który zdarzał mi się czasem, gdy rzeczy zaczynały być zbyt… Prawdziwe.
- Ja tesz nie. Cholelnie. - Żadnych podchodów, żadnych żartów, żadnego chowania się za zgrywą. Tej nocy nie uciekałem, tej nocy prowadziłem ją dokładnie tam, gdzie chciałem być. - Tszydzieści, mosze tszydzieści pięś kloków. - Dopowiedziałem po chwili, tym razem luźniej, raczej średnio udając powagę, jak wtedy w lesie, tuż nad jeziorem. - Sześćdziesiąt, jeśli pszeliczamy na twoje. - No, nie mogłem inaczej. Przyspieszyłem kroku, by zostało nam ich tylko kilkanaście, mgła zgęstniała, światła latarni przygasły, chociaż już nie zgasły całkiem, i nagle zostaliśmy tylko my, bruk pod stopami i wejście, które wyglądało jak coś pomiędzy herbaciarnią staruszki a szulernią. Szyld wisiał krzywo, światło nad wejściem drgało, jakby lampka próbowała umrzeć, ale nie była pewna, czy już pora.
Magdalene Vane nie była żadną świętą kobietą od błogosławieństw, miała serce twardsze niż bruk pod naszymi stopami i dłonie, które pamiętały więcej przekleństw niż modlitw. Znała rytuały jak rzemieślnik znał narzędzia, nie jak kapłanka znała sacrum. Nazywali ją czasem babcią Vane, mimo że nie miała ani wnuków, ani dzieci, ani nawet kota, który by przy niej wytrzymał. Mówili też, że kiedyś rozwiązała małżeństwo, które istniało już tylko na papierze, jednym szybkim ruchem noża, a potem powtórzyła to dla paru innych osób, już na odległość, chociaż w moim odczuciu było to przesadzone - pogłoska, plotka, makabryczna legenda, nie fakt. Z drugiej strony osobiście podejrzewałem, że gdyby kazano jej udzielać ślubów codziennie, to zaczęłaby pobierać opłaty w duszach pierworodnych, nie w galeonach, ale dzisiaj była nam potrzebna, dokładnie taka, jaka była - nieprzyjemna, skuteczna i czujna jak szczur w kanałach.
Zatrzymałem się tuż przed progiem, wziąłem oddech, pełen wilgoci i tego maskowanego słodyczą swądu czarnej magii, i miałem ochotę parsknąć śmiechem, bo to wszystko było tak niedorzecznie właściwe. Trochę makabryczne, mroczne, otulone wilgocią Nokturnu, ale nasze wspólne.
- To tutaj. - Powiedziałem cicho, ściskając jej dłoń tak, jakby wypuszczenie jej mogło odwrócić los. - Gotowa? - Zapytałem, chociaż wiedziałem, że była, była gotowa od chwili, w której rzuciliśmy w siebie tym samym, tylko innymi słowami. Nie musieliśmy nawet pukać, drzwi otworzyły się same - skrzypnęły, jakby ktoś ich od wieków nie oliwił, chociaż wiedziałem, że to tylko efekt iluzji, którą Magdalene lubiła rzucać, żeby ludzie czuli się bardziej nieswojo - takie jej prywatne poczucie humoru, a może sposób na to, żeby każdy, kto przekraczał jej próg, pamiętał, że robi to na jej zasadach, nie swoich. Wnętrze pachniało jak przeterminowane eliksiry, spalona mirra i ciasto, które ktoś zapomniał wyjąć z pieca - idealna kombinacja dla zaklinaczki, która ponoć potrafiła pokazać, jak związać duszę z przedmiotem, jeśli klient przyniósł odpowiednią ilość złota. Mogliśmy zrobić krok dalej - ten ostateczny, nie było, na co czekać.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#5
30.11.2025, 18:35  ✶  

- Oby, bo inaczej to ja musiałabym się zająć ręką, która chciałaby mnie wygryźć, żywą lub martwą. - To nie tak, że wątpiła w słowa Benjy'ego jednak wiadomo, że czasem niektórzy lubią wsadzać łapska tam, gdzie nie powinni, aktualnie już mogła okazywać swoje niezadowolenie jeśli ktoś postanowi na nim położyć swoje. Mieli zostać małżeństwem, należeć do siebie, co mówiło wszystko.

To, że do tego doszło było bardzo wyjątkowym zbiegiem okoliczności, że w ogóle wpadli dzisiaj tutaj na siebie, dali upust wszystkim emocjom, wszystkim niedopowiedzeniom, dobrze się stało, że to się wydarzyło, bo doszli do momentu, w którym mieli wyjątkową jasność, kiedy wiedzieli, co powinno być następnym krokiem.

Nie zwlekali, postanowili zrealizować ten krok od razu, właśnie dlatego szli przez Nokturn w środku nocy, byli naprawdę zdeterminowani, aby doprowadzić ich plan do końca. Chcieli się pobrać dzisiaj, więc szli do tej, która mogła im tego ślubu udzielić. Może faktycznie dobrze, że znajdowali się właśnie na Nokturnie, bo tutaj było to możliwe.

Poniekąd należeli do tego świata, właściwie to można było uznać, że byli trochę łącznikami między jednym, a drugim, przemykali między najgorszymi szumowinami, a elitą, znajdowali się gdzieś pomiędzy, mogli więc odnaleźć się tu i tu, w zależności od potrzeb, ta dzisiaj wyjątkowo prosiła się o to, aby zostać w tym miejscu.

Być może Nokturn nie był wymarzonym miejscem do wzięcia ślubu, ale nie mogli trafić lepiej, nikt tutaj nie będzie wypytywał ich o nic, nie będą musieli się tłumaczyć, nie potrzebowali świadków, wystarczy to, że pojawią się razem przed tą kobietą. Dostaną papier, dzięki czemu będzie mogła oficjalnie zmienić nazwisko, włożą sobie na palce obrączki i szybko będą mieli to za sobą. Nie potrzebowali niczego więcej, a skoro mogli załatwić to wszystko tak szybko, to warto było skorzystać z tej okazji, kiedy wreszcie zdecydowali się na taki poważny krok.

Uśmiechnęła się, kiedy powiedział, że również nie może się tego doczekać, uścisnęła nieco mocniej jego dłoń. Teraz to wszystko wydawało się być takie proste i oczywiste, a przecież jeszcze kilka godzin temu... kilka godzin temu jej życie nie miało żadnego sensu, wydawało jej się, że wszystko się skończyło i raczej nie było dla niej żadnej nadziei na jakiekolwiek pozytywne zakończenie. Jak widać los potrafił zaskakiwać, no, trochę mu pomogli, bo nie można było ignorować ich wpływu na to wszystko, ale jakaś siła wyższa musiała im pomóc trafić na siebie po raz kolejny, kiedy wydawało się, że już nic nie pozostało, kiedy pojawiły się wątpliwości. Dosyć szybko je wszystkie rozwiali, chociaż wymagało to ogromnej szczerości, po którą raczej nie sięgali zbyt często.

Cicho parsknęła pod nosem, kiedy wspomniał o ilości kroków, którą mieli pokonać, to był ich stały przelicznik. Cóż, bardzo mocno różnili się gabarytowo, miała wrażenie, że dość mocno go opóźniała, bo Benjy stawiał ogromne kroki, przy niej musiał zawsze zwalniać, bo nie była w stanie za nim nadążyć - nigdy, zwłaszcza w tych swoich błyszczących pantofelkach, które pasowały do Nokturnu jak pięść do nosa.

Miejsce przed którym się znaleźli nie wyglądało najgorzej, no jak na Nokturn. Można było tutaj znaleźć okropne speluny, do niektórych z nich nawet obawiała się wejść, bo miała odczucie, że mogłaby to być droga w jedną stronę. Tutaj nie towarzyszyło jej podobne uczucie, co było całkiem pozytywnym pierwszym wrażeniem.

Szyld był nieco przekrzywiony, światło mrugało, jednak jeszcze nie zgasło, więc nie było tak źle.

Nigdy wcześniej nie była w tym miejscu, więc zastanawiała się, co zastaną w środku, nie spodziewała się cudów, jednak nadal całkiem optymistycznie podchodziła do tego wszystkiego. Mieli bardzo jasny cel, znaleźli się tutaj, aby złączyć oficjalnie swoje życia, to było najbardziej istotne. Nic innego nie obchodziło Bletchley.

- Nigdy nie byłam bardziej gotowa. - Zatrzymała się tuż obok niego przed wejściem do środka. Serce biło jej jak oszalałe, naprawdę nie mogła się doczekać, aż ich plany dojdą do skutku. Teraz właściwie już nic nie mogło im przeszkodzić, no może kobieta, którą mieli prosić o usługę, nie sądziła jednak, że pogardzi galeonami, szczególnie, że to nie było zbyt skomplikowanym zadaniem. Nie chcieli nikogo zabić, czy przekląć, a tylko wziąć ślub, wydawało jej się, że będzie to dla niej łatwo zarobiony pieniądz, a kto takiego nie lubił?

Drzwi same się przed nimi otworzyły, jakby zapraszały ich do środka. Zapewne właścicielka tego przybytku zadbała o to, aby zakląć je w odpowiedni sposób. Nie było już innej możliwości, mieli znaleźć się w środku, poprosić o udzielenie rytuału. Weszli do środka.

Prue rozglądała się uważnie, zawsze to robiła, kiedy trafiała do nowych miejsc, w nozdrza uderzył ją specyficzny zapach, który tam panował, starała się go dopasować do tego co znała, mirra - to była w stanie rozpoznać, spalenizna, jakby ktoś zbyt długo trzymał coś w piecu, no i eliksiry nie najlepszej świeżości. Nie było jeszcze widać właścicielki tego miejsca, ale musiała kryć się gdzieś w cieniu, nie wydawało jej się, aby drzwi wpuściłyby ich do środka, gdyby jej tutaj nie było.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#6
30.11.2025, 23:08  ✶  
Jej groźba skierowana do dłoni była makabrycznie słodka, jak trucizna w kryształowym flakonie, dedykowana każdemu, tylko nie nam nawzajem - wszystkim, którzy postanowiliby wmieszać się w coś, co nie było ich sprawą, tylko naszą i miało być nią już na zawsze - podobało mi się to. Podobało mi się, że w końcu zdawała sobie sprawę z tego, że mogła mówić mi takie rzeczy - wszystko, o czym myślała - bez obawy o zrobienie z siebie kogoś, kim nigdy dla mnie nie była i nie miała być, bo już za chwilę miała nosić moje nazwisko, nasze nazwisko, i nic innego nie miało znaczenia. Kilka godzin temu życie waliło nam się w dłoniach, ciężar spoczywający na nas przygniatał nas do ziemi, a teraz szła obok mnie, gotowa wypowiedzieć słowa, które zmienią wszystko - idealny dowód na to, iż czasem, tylko czasem, trzeba było coś rozbić, żeby mogło się poskładać z powrotem w lepszą wersję. Nie to, bym kiedykolwiek chciał powtarzać te błędy, były niesłuszne, ciężkie i krzywdzące, przyniosły nam wiele gorzkich słów i jeszcze gorszych chwil rozłąki, a jednak doprowadziły do najlepszego z rozwiązań.
Patrzyłem na nią z boku, w półmroku, i wiedziałem, co miała na myśli, mówiąc o ekscytacji, bo ja też miałem tę cholerną wyrwę pod żebrami - tę, która się zamykała dopiero wtedy, gdy była obok - ta noc była wynikiem dwóch katastrof, które zamiast wybuchnąć osobno, zderzyły się i stworzyły coś, co nagle zaczęło wyglądać jak przyszłość. Ta pewność w jej głosie - szybka, czysta, taka, której nie trzeba było podpierać wielkimi gestami - była wszystkim, czego potrzebowałem. Mroczne uliczki, mżawka, mgła, obce ręce i emocje, które zwykle grzebałem w żartach - wszystko to złożyło się w obraz czegoś dziwnie właściwego.
- Szywa, maltwa, półmaltwa, półszywa, jestem pewien, sze wszystkie pszeglałyby to stalcie. - Powiedziałem to lekko, prawie żartem, ale oboje wiedzieliśmy, że wcale nie żartowałem, takie a nie inne życie nauczyło mnie wielu rzeczy, jednej przede wszystkim - lojalości wobec tych nielicznych ludzi, którzy naprawdę mieli dla mnie znaczenie, a ja dla nich. Miałem jej rękę w swojej, ciepłą, pewną. W środku przebiegał mi prąd, coś między śmiechem a gorącą pewnością, że byłbym gotów stanąć między nią a całym pierdolonym światem, nawet gdyby świat dysponował dodatkowymi kończynami, a ona zrobiłaby to samo dla mnie.
Prue. Prudence… Zawsze była tym, kogo chciałem mieć przy sobie, chociaż długo udawałem, że nie. Teraz jej dłoń w mojej była jednak dużo bardziej ostateczna niż jakiekolwiek słowa, sztylet w płaszczu również, już byliśmy tylko swoi, zanim jeszcze ktokolwiek to spisał na pergaminie. Zdawało się, że cały świat zsuwał się z osi, przez te wszystkie lata, ale to jedno trzymało się jak skała - należeliśmy do siebie, nie było w tym nic miękkiego ani czułostkowego, to była decyzja, słowo zaciśnięte jak palce na rękojeści, duch i ciało w jednym kierunku. Ten rodzaj gorąca, który przechodził mi po kręgosłupie, przypominał bardziej obietnicę niż groźbę - coś we mnie drgnęło, może nawet zabolało, ale w ten dobry sposób, ten, który mówił człowiekowi „żyjesz, idioto, naprawdę żyjesz”. Nie było to uczucie, do którego byłem przyzwyczajony, ale nie zamierzałem z tym walczyć. Już nie. Wszystko, co mówiła, wszystko, co robiła, sprawiało, że czułem się, jakbym szedł nie w stronę rytuału, tylko w stronę czegoś, co od dawna było nasze, tylko czekało na właściwy moment, by się ujawnić.
Parsknęła przy mojej uwadze o krokach, więc uśmiechnąłem się pod nosem, nie mogąc tego nie skomentować.
- Wiesz doskonale, sze gdyby chcieli lobiś mapę naszych spacelów, to musieliby lobiś osobne linie, jedną twoją, klótką i plecysyjną, i dlugą moją, wyglądającą jakbym odbywał wyplawę tlanskontynentalną, ale ilość kloków byłaby ta sama. - Powiedziałem to całkiem spokojnie, jakbym stwierdzał fakt równie zwyczajny, co kolor nieba. Spojrzałem na jej małe, błyszczące pantofelki, które wyglądały, jakby mogły podpisać pakt o nieagresji z każdą kałużą brudu, która rozlewała im się na drodze, wywracając oczami. W rzeczywistości zwalniałem dla niej zawsze, naprawdę zawsze, chociaż nigdy nie mówiłem tego na głos.
W końcu stanęliśmy przed drzwiami Vane. To nie była speluna, ale też daleko jej było do czegokolwiek, co uczciwy czarodziej nazwałby „przykładnym lokalem”, nawet w standardach Las Vegas nie byłoby to niczyje pierwsze miejsce na wzięcie ślubu. Szyld wisiał tak krzywo, jakby ktoś próbował go poprawić zaklęciem i w połowie roboty stracił zainteresowanie, światło mrugało w rytmie, który kojarzył mi się bardziej z kryptydą niż latarnią, a jednak to właśnie tutaj zmierzaliśmy - nie inaczej. To miejsce, które dziś stało się przypadkową bramą do naszego „zawsze”, nagle wyglądało jak najlogiczniejszy przystanek w życiu. Mogliśmy wylądować w Ministerstwie albo przed kaplicą kowenu, ale podświadomie wiedziałem, że w innym przypadku i tak wybralibyśmy ten syf, ten mrok, te przekrzywione szyldy i światła, bo tu nikt nie zadawał pytań, tu nikt nie oczekiwał odpowiedzi.
Odwróciłem się do niej jeszcze zanim przekroczyliśmy próg. Kiedy uścisnęła moją dłoń mocniej, odwzajemniłem uścisk instynktownie, jej słowa, oddech, ciepło wbite pod moje ramię - wszystko to mówiło jasno, że nie była już tą, która kilka godzin temu spadała w ciemność bez dna. Znów była światłem świec, była sobą, a ja miałem nadzieję być tym, przy którym ten płomień nie zgaśnie. Nachyliłem się, aż nasze czoła zetknęły się na moment, ledwo, na dotknięcie oddechu. Nic nie powiedziałem, chociaż zwykle wyrzucałem z siebie słowa jak naboje, ale te jedno jedyne „nigdy nie byłam bardziej gotowa” zacisnęło mi gardło - czas rozciągnął się na długą sekundę, gęstą, pełną niewypowiedzianych znaczeń i słów, które wcale nie musiały padać na głos, byśmy je znali, zawisły w powietrzu jak ciężki dym, który chwilę później rozmyły skrzypiące zawiasy. Oczekiwałem, że prędzej czy później coś zaskrzypi, zajęczy, zamruczy, zażąda krwi albo podpisu. Drzwi, które otwierały się same, były najmniejszą ekstrawagancją w tym przybytku, zapraszając nas do wnętrza, tak jakby to miejsce od dawna wiedziało, po co tu przychodzimy i że w ogóle to zrobimy.
Wnętrze przypominało coś pomiędzy starym sklepikiem a laboratorium kogoś, kto dawno przekroczył granice zdrowego rozsądku, wszystko wyglądało jak pracownia kogoś, kto znał rytualną magię na wylot i jednocześnie kompletnie ją lekceważył. Pomieszczenie było niskie, wymuszając na mnie przygarbienie barków, pełne półek, butelek, zaklętych przedmiotów, pająków o rozmiarze, którego wolałbym nie komentować. Mrok nie był tu przeszkodą, lecz elementem wystroju. Stoły były zawalone słoikami, księgami, zwitkami sznurów z runami na zawieszkach, na jednym z nich leżał węzeł czarnych nici, pulsujących lekko jak żywa tkanka. Mirra uderzyła nas pierwsza, słodka i ciężka, potem spalenizna, ta typowa dla miejsc, gdzie nikt nie zapominał wyjąć coś z pieca, tylko zajmował się czarną magią, ale na tyle pseudo-dyskretnie, by nikt nie mógł otwarcie go na tym przyłapać. Eliksiry, które przekroczyły datę przydatności, ale nadal były w użytkowaniu, też nie dawały o sobie zapomnieć - ich kwaśna woń kojarzyła mi się ze starymi kociołkami, przeżartymi rdzą, ledwo działającym piecykiem i być może jednym nieszczęśliwym klientem. Gdzieś w tle kryła się stęchlizna starych ksiąg, których sama obecność mogłaby sprowadzić na człowieka siedem rodzajów pecha. Urocze miejsce - przeurocze.
- Dobly wieczól, pani Vane. - Odezwałem się, idąc z Prue dalej w głąb pomieszczenia. Postawiłem jeden krok do przodu, przyciągnąłem ją do swojego boku, tak żebyśmy wyglądali jak jedno ciało, jeden front, jeden wybór, Nokturn szanował tylko to.
W kącie coś się poruszyło, z głębi pomieszczenia coś zaszeleściło, powietrze zgęstniało, kandelabr zapłonął sam. Starucha nigdy nie wychodziła na środek od razu, lubowała się w momencie, kiedy klient zaczynał się zastanawiać, czy przyszedł po usługę, czy po własny pogrzeb. Najpierw dźwięk - szuranie, jakby ktoś przesuwał miotłę po starych deskach. Potem światło, które odbiło się od okularów albo szkła, trudno było ocenić. Wreszcie głos, zbyt wysoki jak na staruszkę, zbyt niski jak na młodą kobietę.
- Przyszliście późno. - Ton był bezbarwny, lecz nie wrogi. - I przyszliście razem, to już połowa roboty.
Uśmiechnąłem się kątem ust, nie żeby było to szczególnie zabawnie, ale jej sposób witania gości zawsze mnie zaskakiwał. Cichy chichot dobiegł nas rogu pomieszczenia, zanim Vane wysunęła się z cienia jak wąż, który nauczył się chodzić. Zbliżała się powoli, w długiej, ciężkiej szacie, której materiał przypominał skórę, oczy błyszczały jej jak dwie małe lampki. Włosy miała upięte wysoko, tak starannie, że wyglądały jak konstrukcja architektoniczna, a nie uczesanie. Jej oczy były jasne, przeszywające, zimne, szare do nienormalności. Nigdy nie wiedziałem, czy to naturalne, czy efekt uboczny jakiejś klątwy. Spojrzała na mnie, a potem na Prue, przesunęła wzrokiem po naszych dłoniach splecionych razem.
- Domyślam się, czego chcecie. - Jej spojrzenie znowu przesunęło się po Prue, potem po mnie. - Bez świadków? Bez czystego światła? Bez błogosławieństwa kowenu?
- Bez pieldolenia. - Poprawiłem, sucho. - Wszystko, co jest potrzebne, stoi pszed tobą. - Zrobiłem jeszcze pół kroku do przodu, trzymając Prue za rękę jak kotwicę, jak deklarację.
Vane westchnęła, jakby była zmęczona ludźmi, którzy chcą od niej rzeczy prostych, kiedy ona specjalizuje się w skomplikowaniu. Magdalene parsknęła cicho, zawiesiła spojrzenie na naszych dłoniach, a potem przesunęła je wyżej - na oczy, ramiona, na wszystko, co mogło zdradzić wahanie. Niczego nie powiedziała, przez chwilę, tylko patrzyła, jakby próbowała nas oceniać pod względem przydatności rytualnej, jakby oceniała, czy ta więź nadaje się do tego, by połączyć ją klątwą albo ślubem, u niej różnica była płynna.
- Łatwo to związać. Trudniej rozwiązać. - Uśmiechnęła się, ale bez krztyny ciepła. Podparła się lekko laską, choć nie wyglądała na kogoś, kto faktycznie jej potrzebował. Podniosła jedną dłoń, cienkie palce układając w gest, który wyglądał jak coś pomiędzy błogosławieństwem a groźbą. Jej twarz nie zmiękła, lecz spoważniała w sposób, który oznaczał, że przeszliśmy z etapu „dziwni klienci” do „powinni wiedzieć, w co wchodzą”.
- Ale żeby związać coś nowego, trzeba rozsupłać to, co cuchnie. A wy oboje śmierdzicie przeszłością, która nie potrafiła umrzeć na czas. Obietnicami, których ktoś nie dotrzymał. Złamaniami, które nie zarosły się właściwie, ranami, które zostały zaszyte pospiesznie i byle jak. Umarłymi, którzy nie chcą odejść. I żywymi, co wracają jak zadra. - Zbliżyła się tak, że prawie poczułem słodko-gorzki oddech na policzku. Zatrzymała się tuż przed nami, milcząca przez ułamek sekundy, a potem… - Ty. - Wskazała mnie podbródkiem. - Związałeś się z kimś, z kim nie powinieneś. Nie z czystej miłości, tylko z paniki, bez myślenia, bez serca, z popędu, z lęku. Brzmi jak coś, co nie chciało umrzeć, ale musiało. Takie więzi śmierdzą najbardziej. Brudzą rytuał, jeśli się ich nie rozpruje. - Jej palec przesunął się w przestrzeni, jakby rozcinał powietrze. - A ty. - Spojrzała na Prue z chłodną precyzją. - Twoja przeszłość nie jest brudna. Jest pusta. Dźwigasz kogoś, kto już nie oddycha, z wygody, nie miłości. Kogoś, kto trzymał cię za gardło nawet po śmierci. Ta, której los odebrał kogoś, zanim zdążyła powiedzieć „tak”. Niedokończony rytuał. Niedomknięta pętla. Smród żałoby, który nie jest twój, ale wsiąkł w ciebie. - Wyciągnęła dłoń, bladą, chudą, jakby splecioną z martwych włókien. - Jeśli was połączę, to w pełni. We właściwy sposób. Stary. Mocny. Nie taki do odwrócenia po jednym podpisie, nie taka ministerialna popierdółka na pergaminie, którą można spalić i nazwać błędem młodości. - Szare oczy przecięły nas jak ostrze. Zrobiła krok w tył. Leciutko stuknęła laską, a świeca na półce zaświeciła mocniej. - Mogę dać wam papierek. Od ręki. Za kilka galeonów. - Wzruszyła ramionami teatralnie, jak ktoś, kto ma prawa do wszystkiego. - Za parę sykli więcej mogę wam nawet powiedzieć, że jesteście sobie przeznaczeni, gwiazdy od wieków szeptały wasze imiona, więc to ma trwać wiecznie. - Zmrużyła oczy, zatrzymała spojrzenie na nas jak ostrze na gardle. - Pytanie brzmi - płacicie za więź… Czy tylko za papier? - Przesunęła palcami po wnętrzu dłoni, niczym lichwiarz wodzący po złocie. - Galeony, kochani. Pieniądze. Ile przynieśliście? - Wreszcie wyciągnęła rękę, suchą jak pergamin, dłoń otwartą, ale nigdy przyjazną. - Nie zaczynam, póki nie zobaczę błysku złota. Krew wasza jest wasza, ale mój czas kosztuje.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#7
01.12.2025, 01:06  ✶  

Nie miała już żadnych obaw związanych z wypowiadaniem tego, co siedziało w jej głowie. Wcześniej nie do końca była pewna, czy mogła sobie na to pozwolić, bo nie do końca chciała narzucać swoją własną wizję, w której miała prawo zażądać od niego, by czuł do niej to wszystko, co ona czuła do niego. Teraz już nie miała najmniejszych wątpliwości, że byli w tym razem, mogła więc pozwolić sobie na te wszystkie komentarze, które od dawna siedziały jej w głowie.

- Gwarantuję Ci, że przegrałyby przed startem, tak właściwie to chyba nie dopuściłabym ich do tych zawodów. - Już ona by się postarała, aby właśnie tak się stało, a jak wiadomo Prue potrafiła być wyjątkowo zawzięta, kiedy jej na czymś zależało. To nie tak, że wątpiła w lojalność Benjy'ego, jednak nie było sensu jej sprawdzać, czy coś.

Tak właściwie to była pewna, że byli gotowi razem stanąć do każdej, ewentualnej walki. Ramię w ramię, różdżka w różdżkę, bo w końcu znajdowali się po tej samej stronie i nic nie mogło już tego zmienić. Mieli związać się na zawsze, nie było nic silniejszego od tego. Zresztą wiedziała, że łączyło ich coś bardzo głębokiego, stałego, co już dawno w nich kiełkowało, tylko nie miało możliwości urosnąć, wreszcie na to pozwolili, wreszcie przekroczyli granice, pozwolili sobie sięgnąć po to, co faktycznie do nich należało.

Od zawsze reagowali na siebie bardzo intensywnie, od zawsze coś ich do siebie przyciągało, teraz nie musieli już z tym walczyć, mogli podjąć świadomą decyzję o tym, że chcą spleść ze sobą swój los. Decyzja była bardzo prosta, najbardziej naturalna jaka mogła być, nie widziała innej możliwości, nie jeśli chciała być szczęśliwa. Wiedziała, że bez niego u jej boku nie będzie to możliwe.

Ostatnie tygodnie, te które razem spędzili spowodowały, że zaczęła żyć. Przez lata miała wrażenie o tym, że egzystuje, to było nic więcej, jak tylko przetrwanie, niezbyt przyjemne, nie niosące ze sobą niczego, jej życie było puste. Kiedy Benjy się w nim pojawił wszystko się zmieniło, obudził w niej coś, co dawno nie wychodziło na powierzchnię, wiedziała, że tak będzie już zawsze, bo przy nim była najlepszą wersją siebie, tą, której naprawdę chciało się sięgać po więcej, przekraczać granice, żyć.

Rytuał miał być tylko dopełnieniem tego, co wisiało między nimi od lat, czegoś co kiedyś nie miało racji bytu, ale jednak udało im się doprowadzić to do skutku, co tylko i wyłącznie świadczyło o tym, że razem byli w stanie sprostać wszystkiemu, co stawało im na drodze.

- Tak, wiem, niestety będziesz się tak musiał męczyć do końca życia. - Rzuciła jeszcze bardzo lekko. Jakoś musieli znaleźć sposób na to, aby się do siebie dostosować, chociaż już dawno to zrobili, Benjy nigdy nie narzekał na to, że musi przy niej zwalniać, chociaż nie sądziła, aby to było dla niego całkiem naturalne, przy niej jednak zawsze miał dużo cierpliwości.

Miejsce, w którym się znaleźli... nie było wymarzonym miejscem do zmiany stanu cywilnego, przynajmniej dla normalnych ludzi, ale oni ustalili już dawno, że nie należeli do tych normalnych. Nie powinno więc za bardzo dziwić to, że właśnie tutaj się znaleźli. To pasowało do nich, pasowało do tej decyzji którą podjęli, do pewności, która im towarzyszyła, bo pewnie każdy inny wahałby się, żeby w ogóle tutaj wejść i prosić o to, aby właścicielka połączyła ich ze sobą rytuałem, ale nie oni.

- Dobry wieczór. - Powiedziała tuż za nim, pewnym głosem, chociaż nie wiedziała do końca kogo powinna się spodziewać, nie miała pojęcia kim była pani Vane, ale wypadało się z nią przecież przywitać. Benjy przyciągnął ją do siebie, całkiem naturalnie zajęła miejsce tuż przy jego boku, jakby naprawdę byli jednym ciałem, czuła się dzięki temu bezpieczniej, chociaż chyba nic im tutaj nie groziło. Nigdy jednak nie można być pewnym, bo przecież Nokturn był miejscem, w którym nie trzeba było się odwracać, aby ktoś wbił ci nóż w plecy.

Coś poruszyło się w kącie, świece zapłonęły same. Nie można było odmówić kobiecie tego, że potrafiła zadbać o odpowiedni nastrój. Prue wiedziała, że niektórzy podchodzili bardzo skrupulatnie do najdrobniejszych szczegółów, otoczka była dla nich ważna.  Usłyszała głos, nie potrafiła do końca stwierdzić z której strony dochodził, ale kobieta w końcu wyłoniła się z kąta, Bletchley nawet nie drgnęła, chociaż nie wyglądała ona zbyt przyjemnie. Starała się jednak nie wpatrywać w nią zbyt intensywnie, wiedziała, że ludzie na Nokturnie tego nie lubią.

Jej uwaga, cóż, była bardzo konkretna. Nie dało się nie zauważyć, że był środek nocy i że byli tutaj razem. Dosyć szybko jednak domyśliła się jaki był powód ich wizyty, czy aż tak było to po nich widać, czy kobieta potrafiła wyczuć więcej, niż zwyczajny człowiek? Obie opcje były prawdopodobne, chociaż Bletchley nie wydawało się, aby często ktoś przychodził tutaj po taką usługę, jakiej oni potrzebowali.

Powstrzymała się przed parsknięciem, kiedy Benjy był no cóż - Benjy'm. Jak zawsze sięgał po najbardziej proste i dosadne wytłumaczenie. Kobieta lustrowała ich wzrokiem, Prudence miała wrażenie, że widziała więcej, niż tylko ich sylwetki, jakby była w stanie zajrzeć do ich dusz, umysłów, przejrzeć ich na wylot.

Nie musiała czekać długo, aby mieć pewność, że tak właśnie było. Dotarła do sedna, o czym im powiedziała. Nie dało się ukryć i ona i on byli dość mocno doświadczeni jeśli chodzi o swoje poprzednie relacje. Nie były one właściwe, ich wybory ciągnęły się za nimi do dzisiaj, co musiało być bardzo widoczne, skoro ta kobieta od razu była w stanie wszystko wyczuć, a może wcale nie, może naprawdę wiedziała więcej, musiała wiedzieć więcej skoro tak łatwo przyszło jej powiedzenie tego wszystkiego. Wiedziała z czym się mierzyli, wiedziała, że niosą za sobą piętno, ale dzięki temu wiedzieli już, czego unikać, na co sobie nie pozwalać, mieli świadomość, jak powinna faktycznie wyglądać taka więź. Rychło w czas...

Nie byli już młodzi, więc raczej nie miały ich dotyczyć żadne błędy młodości. Nie przestraszyła się tego, co powiedziała, brzmiało to dla Prue bardziej, jak obietnica, niż groźba, bo przecież tego chcieli, zależało im na tym, aby to co ich połączy było najsilniejsze, nie chodziło im tylko o papier, to miało być coś więcej. To zawsze było wszystko, nie jakiś pierwszy, lepszy dokument.

- Więź. - Odpowiedziała krótko, to było przecież najbardziej oczywistym wyborem z możliwych. Nie sądziła, że jej słowa zaskoczą Vane, na pewno potrafiła przewidzieć to, czego będą chcieli, skoro tak łatwo ich czytała. Nie przyszli tu po papier, tak, jasne również powinni go dostać, ale to był najmniejszy problem, najmniej istotna sprawa. Potrzebowali rytuału, który splecie ich drogi ze sobą na zawsze.

Galeony, oczywiście, że były najważniejszą częścią tej rozmowy. Prudence nosiła ze sobą sakiewkę, w której miała całkiem sporo złota, nie sądziła jednak, że to będzie wystarczająco, razem jednak powinni odpowiednio wynagrodzić kobietę, spojrzała tylko na Benjy'ego, jakby dając mu znak, że chyba powinni oddać jej wszystko, co aktualnie mieli przy sobie, to chyba było najlepszym rozwiązaniem. Sama wyciągnęła dłoń z kieszeni ze swoją sakiewką i wręczyła ją kobiecie. Nie sądziła, że musiała pokazywać jej zawartość, ona na pewno doskonale wiedziała ile jest w środku. Wyglądała, jakby wiedziała wszystko.

Kiedy Magdalene otrzymała obydwie sakiewki spojrzała jeszcze raz na nich swoimi szarymi oczami. Nie odezwała się już słowem. Zamiast tego wyciągnęła różdżkę, trzymała ją mocno swoimi chudymi, pomarszczonymi palcami i zaczęła kreślić znaki na podłodze, był to pentagram, w kręgu, a przynajmniej tak się wydawało Prudence. Znajdowali się w jego środku, po chwili zupełnie znienacka nadleciały czarne świece, pięć, każda znalazła się na jednym z wierzchołków znaku. W pomieszczeniu panowała cisza, którą zakłócał tylko dźwięk różdżki kobiety, która doskonale wiedziała co robi. Gdzieś w powietrzu mignęły dwa, złote kielichy, które zastygły tuż przed zaklinaczką. Czekały na to, aż po nie sięgnie, nie był to jednak jeszcze ten moment. Ona mruczała coś pod nosem, Bletchley nie była w stanie zrozumieć nic z tego, co mówiła, zapewne były to znane tylko jej formułki, które miały mieć wpływ na siłę więzi.

Prue odwróciła się do Benjy'ego, czuła, że jest to odpowiedni moment, bo coś zaczęło się zmieniać, atmosfera była cięższa, jakby wcale nie byli tu zupełnie sami, tylko towarzyszyć im zaczęły jakieś siły, które nie do końca znała.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#8
01.12.2025, 14:35  ✶  
To, co powiedziała, trafiło we mnie w sposób, którego nie próbowałem już odsuwać. Przez lata myślałem, że nie wolno mi słuchać takich słów, brać ich za dobrą monetę, powinienem odbijać wszystko, co brzmiało zbyt prawdziwie - teraz już nie próbowałem, nie miała żadnych obaw, ja też nie. Mogliśmy w końcu mówić do siebie tak, jak powinniśmy byli zawsze. A kiedy rzuciła tę swoją słodką groźbę, tę makabryczną deklarację, że nie dopuści żadnej ręki do zawodów, zrobiłem coś w rodzaju półśmiechu. Uśmiechnąłem się jednym kącikiem ust, nie drwiąco, nie lekko, po prostu z tą cholerną świadomością, że mówiła całkowicie właściwie, miałem wszelkie podstawy, by wierzyć w jej deklaracje. Wiedziałem to - znałem ten błysk w jej oczach, tę zawziętość, która wcześniej kłóciła się z moją zawziętością, a teraz idealnie ją uzupełniała. Przy niej to nie było chorobliwe, nigdy nie, było właściwe, naturalne, instynktowne, jak oddychanie.
- Losszalpałabyś je samym spojszeniem, zanim zdąszłyby podnieść palec. - Odchrząknąłem, bo to uczucie w klatce piersiowej było zbyt intensywne i zbyt znajome jednocześnie. Nie znosiłem czułych rzeczy, bo rozrywały mnie od środka, ale od niej nigdy nie były słabością. Od niej były… Prawem. Patrzyłem na nią i ta noc, ta mgła, te przeklęte obce ręce i całe to nokturnowe szlamowisko traciło znaczenie. Szliśmy ramię w ramię, w ciemności, w tym ciężkim powietrzu Nokturnu, i nie miałem wątpliwości, że jeśli ktokolwiek spróbowałby nas rozdzielić, musiałby najpierw przejść przez nią. A przeze mnie potem. Niezależnie od tego, czy trzeba by było rzucać zaklęcie, czy podnosić nóż. Ona miała swoją wersję lojalności - cichą, ale ostrą - a ja swoją, gwałtowną, bezwarunkową. Razem tworzyliśmy coś, czego nie dało się nauczyć ani odtworzyć. Jej dłonie, jej głos, jej obecność - dokładnie to, co mówiła w mieszkaniu o przeszłych walkach i przyszłych bitwach - było bardzo proste - „idziemy razem albo świat idzie w cholerę.”
A kiedy rzuciła, że będę musiał się ze mną męczyć do końca życia, uniosłem lekko brew, uśmiechając się szerzej, niż Nokturn lubił widzieć. Parsknąłem, zerknąłem w dół na te jej pantofelki, potem na jej twarz, i wypuściłem z siebie krótkie, głębokie westchnięcie, które tylko brzmiało jak udawane zmęczenie.
- Męczyś? Sun, kochanie, ja cię niosłem w tych pantofelkach pszes pół miasta, pamiętasz?
Przez sekundę miałem przed oczami tamten wieczór - płonące miasto za naszymi plecami, gorąco odbijające się od mokrej kostki, krzyk ludzi, trzask pożaru, ja niosący teoretycznie obcą kobietę, chociaż wszystko waliło się nam nad głowami. Nie miało to sensu, a jednocześnie było jedyną rzeczą, która mogła mieć sens.
- Laszej tego jusz nie pszebijemy. A wtedy nawet nie naszekałem. Jestem ucieleśnieniem cielpliwości… - Co było największym kłamstwem, bo jeśli cierpliwość miała twarz, to na pewno nie moją - byłem jej zaprzeczeniem w czystej, nieoszlifowanej formie, ale cóż, naprawdę się wtedy starałem. A potem, wtedy na placu, dotknęła moich ust, zamykając mi je tamtym szybkim, zdecydowanym pocałunkiem i poczułem się jak największy farciarz na tamtej spalonej ziemi, nawet jeśli obiła mi już wcześniej obite żebra, zostawiła odciski palców na barkach i nigdy nie dała tamtego nieszczęsnego, obiecanego lizaka.
To była różnica między nami dawniej i nami teraz, teraz nic nie było zakazane, nic nie było zbyt ciężkie, zbyt ostre, zbyt szczere. Wszystko mogło zostać wypowiedziane, bo wszystko należało do nas. Nigdy nie byliśmy ludźmi, którzy chowają się za kimkolwiek. Każde z nas walczyło samo, ale razem… Razem byliśmy czymś innym - czymś nie do ruszenia, tamta noc była dowodem. Oboje mieliśmy za sobą lata złych decyzji, niefortunnych więzi, iluzji, które rozsypywały się przy pierwszym podmuchu. A jednak wtedy i teraz potrafiliśmy nareszcie sięgnąć po to, co było właściwe.
Miejsce, w którym stanęliśmy, pachniało jak koniec i początek jednocześnie, jakby ściany pamiętały tysiące cudzych sekretów, a podłoga domagała się kolejnych. Nigdy nie myślałem, że trafię gdziekolwiek z kimś takim jak ona, z kimś, kto znał moje światła i moje ciemności, z kimś, kto potrafił spojrzeć na to całe nokturnowe gówno jak na naturalną scenerię do czegoś, co miało zmienić nasze życia. Normalni ludzie nie braliby tu ślubu, normalni ludzie w ogóle nie powinni tu wchodzić, chyba że mieli w ręku broń albo dług do spłacenia. My byliśmy czymś pomiędzy - za czyści dla Nokturnu, za brudni dla kowenu, to miejsce było pomostem, dokładnie takim, jakiego potrzebowaliśmy.
Z kąta wypełzła ona - Magdalene Vane, jak wąż albo pająk, który postanowił przyjąć ludzką formę tylko na chwilę, bo tak było wygodniej do prowadzenia biznesu. Vane wysunęła się z cienia tak, jakby od lat czekała, aż ktoś zrobi tę głupotę i poprosi ją o coś więcej niż klątwę na sąsiadkę. Przeczytała nas w sekundę, wciągając przy tym  powietrze tak, jakby mogła poczuć naszą przeszłość w samym zapachu. Przynajmniej nie czuła smrodu naszego strachu - to z pewnością - nie było go. Moja dziewczyna, moja narzeczona, moja przyszła żona - kobieta, która potrafiła wejść tu jak do własnego domu,  Prue z pewnością wiedziała, że nie wolno na Nokturnie dawać po sobie poznać lęku, ale była tak niesamowicie spokojna, jakbyśmy stali nie w norze wiedźmy od rytuałów, ale przed ołtarzem w jakiejś eleganckiej sali. Nokturn nigdy nie był uprzejmy, ale był uczciwy w sposób, który rozumiałem - płacisz, dostajesz, nie płacisz - spierdalasz albo zdychasz, więc nie było powodu do lęku, ale nie każdy by to wiedział, niektórzy by panikowali, ona nie. Ona była opanowana, nawet wtedy, gdy Vane zaczęła opisywać wszystko - moje błędy, jej rany, te wszystkie niedokończone sprawy z ludźmi, których dawno powinno nie być. Nie zaprzeczyłem, nie musiałem, mówiła prawdę, a my byliśmy tutaj po to, żeby już niczego nie zamiatać pod dywan. Magdalene wpatrywała się w nas z tym swoim przenikliwym spojrzeniem, które czułem pod żebrami, jakby przenikało mi przez skórę, mięśnie i dotykało miejsc, o których nie mówiłem nawet pijany.
Kiedy Prue odpowiedziała krótkim „więź”, nie drgnąłem nawet o milimetr, to było najbardziej oczywiste słowo tej nocy, bo tak, byłem z tych, którzy znikali. Z tych, którzy uciekali, jeśli ktoś próbował ich zatrzymać. Ale z nią… Z nią pierwszy raz w życiu czułem, że mogę się zatrzymać - że chcę. Całe ostatnie tygodnie były jak powrót do własnej skóry po latach bycia kimś, kto jedynie udawał, że żyje. Ona oddychała obok mnie i ja oddychałem razem z nią - głośniej, mocniej, prawdziwiej, a teraz mieliśmy to przypieczętować.
Magdalene uśmiechnęła się, bez radości, bez złośliwości, jak ktoś, kto spodziewał się dokładnie takiej odpowiedzi.
Pewne rzeczy przychodziły z głośnym trzaskiem, jak miażdżona dłoń w spotkaniu z barowym kuflem ze szkła, a pewne - jak to, co zrobiliśmy później tej nocy - były ciche, ostateczne, bez wahania. Najpierw sakiewka - Vane czekała niecierpliwie, z dłonią wyciągniętą jak lichwiarka, której palce same liczyły pieniądze, zanim jeszcze je dotknęły - ciężka, wypchana, pełna. Wyjąłem ją z wewnętrznej kieszeni płaszcza i położyłem na otwartej dłoni kobiety, tuż obok tej, którą dała jej Prue. Ani nie przeliczałem zawartości, ani nie oglądałem się na to, ile z tego już nie zobaczę. Nie mieliśmy zobaczyć niczego, ani knuta, ale to się nie liczyło - już nie miało znaczenia. Gdy nasze złoto zniknęło u Vane, nawet się nie skrzywiłem, to nie była transakcja, to było złożenie daru -  czegoś, co miało ustąpić miejsca czemuś większemu. Zaklinaczka nie powiedziała ani słowa, jedynie skinęła głową, jak ktoś, kto potrafił ocenić wartość rzeczy nie po wadze metalu, tylko po wadze intencji. Złoto miało znaczyć tyle, ile znaczyła decyzja, a nasze znaczyły wszystko.
Rytuał zaczął się od ciszy - ciężkiej, lepkiej, takiej, która nie była pustką, tylko obecnością. Taką, która sprawiała, że skóra na karku zaczynała drżeć, bo miało się wrażenie, że ktoś jeszcze stoi tuż za plecami, nawet jeśli nikogo tam nie było.
- Nulla vox intrat, nulla vox exit. - Mruknęła. - Żeby nie uciekło nic, co nie powinno. - Głos staruchy przeciął przestrzeń, odbił się echem od ścian, gdy machnęła różdżką, i od tej chwili nic z zewnątrz nie mogło już się przebić. Wszystko za drzwiami - Nokturn, pijacy, zaklęcia, koty, krzyki i kłótnie - zniknęło. Dźwięk świata został odcięty, pomieszczenie zostało wygłuszone jednym, prostym, zdecydowanym zaklęciem, które miało odizolować świat tutaj od świata na zewnątrz - zostaliśmy tylko my, cienie świec i rytm oddechu, zbyt głośny w tej nienaturalnej ciszy.
Czarownica stanęła przed nami, lekko pochylona, z różdżką drgającą w dłoni, jej oczy nie mrugały, jakby patrzyły przez nas - na wszystko, czym byliśmy, na to, co w nas jeszcze gniło. Magdalene Vane patrzyła na nas z tym swoim spojrzeniem, które mogło przeciąć człowieka na pół.
- Żeby coś związać, trzeba coś rozwiązać. Powiedziała to miękko, powtarzając swoją wcześniejszą myśl, jakby tłumaczyła dziecku, że ogień parzy. - Żeby coś mogło się narodzić, trzeba coś uśmiercić. - Zbliżyła się, aż poczułem mdląco słodki zapach jej szaty. - Będzie bolało.
W pierwszej chwili chciałem parsknąć - życie bolało, coś takiego to z pewnością było nic. Nie było to zakazane, ale nie było też bezbolesne, to na pewno, ale jak bardzo nieprzyjemne mogło być? Rytuał nie był czarnomagiczny, to nie było nic, co próbowałoby nas skrzywić, zmusić, zbrudzić. Był starą magią - tą, która kazała płacić uczciwie za to, co chce się dostać. Najpierw posprzątać resztki przeszłości, potem splatać przyszłość, boląca prawda zamiast tanich wzruszeń.
Vane zaczęła kreślić różdżką na podłodze znak - pentagram, ale nie taki, jaki dzieciaki rysują sobie na pergaminie, żeby poczuć się mrocznie. To był stary symbol - stary jak pierwsze takie rytuały, które miały coś naprawiać, zanim nauczyły się niszczyć. Krąg zamknął się bezszelestnie pod naszymi stopami, a w jego punktach jednocześnie zapłonęły czarne świece. Ich ogień był dziwny - nie rzucał światła, tylko pogłębiał cień, płomień nie był zwykły, miał kolor atramentu, z lekką poświatą fioletu. Czułem jego ciepło, ale czułem też coś jeszcze, jakby magiczna nić owijała mi się wokół nadgarstków, delikatnie, ale stanowczo. Poczułem pieczenie, jakby ktoś wypalał na nich niewidzialne znaki, to nie była czarna magia - znałem jej smak - to było coś pierwotniejszego, jak rytuały sprzed wieków, kiedy magia była jeszcze dzika i nie miała etykiety. Krew wystąpiła na powierzchnię skóry, cienka linia po obu moich dłoniach. Ogień tańczył leniwie, płomienie poruszały się nie w górę, lecz w bok, jakby chciały do siebie nawzajem dosięgnąć. Powietrze przesyciło się ciężkim aromatem mirry i czegoś metalicznego, co przypominało zapach rozgrzanego żelaza albo starego srebra. Złote kielichy, przywołane ruchem dłoni, zawisły przed Vane w powietrzu, ruch później wewnątrz połyskiwała ciemna ciecz, gęsta jak krew, ale nie była nią - jeszcze. Nie dotknęła ich, najpierw miało zostać zdjęte to, co zbierało się na nas od lat, co ciążyło, cuchnęło, pętało niewidzialnymi nićmi - to było jasne.
Magdalene zaczęła kreślić ruchy w powietrzu, coraz szybciej, coraz precyzyjniej, niskie, gardłowe dźwięki łacińskich formuł posypały się z jej ust, słumione, ledwo słyszalne. Zaczęła mówić, najpierw językiem, który rozpoznawałem, potem takim, który rozumiałem tylko przez intuicję, w końcu językiem wielu rytuałów - łaciną.
- Et quod ligatum fuit iniuste… Solvatur.
„A co niesłusznie związane… Niech będzie rozwiązane.”
- Et quod fractum est… Reveletur.
„A co złamane… Niech będzie ujawnione.”
- Et quod tacitum erat… Loquatur.
„A co milczało… Niech przemówi.”
Z każdą sylabą coś ciemnego zaczęło się zbierać nad naszymi głowami, jak mgła, ale cięższa, gęstsza.
Poczułem to, najpierw jak nagłe szarpnięcie w środku, jakby ktoś złapał mnie za kręgosłup od wewnątrz i pociągnął. Potem pieczenie pod żebrami. A później…
Kurwa.
To było jak wydobywanie starego śrutu, który wrósł przez lata w kość, czułem, jakby ktoś otworzył ranę, która dawno się zabliźniła, i wsadził do środka palce, nie fizycznie - gorzej - w miejscu, którego nikt nie powinien dotykać. Ten przetarty, beszta­ny przez los kawałek mnie, który kiedyś pomylił panikę z potrzebą i oddał obietnicę nie tej osobie, co powinien. Vane nie musiała tego mówić, wiedziała, rozpoznawała zapach przeszłości lepiej niż zapach kadzidła.
- Kulwa... - Wymsknęło mi się półgłosem. - To boli balsiej nisz wygląda.
Magdalene spojrzała na mnie kątem oka.
- Dolebit, sed purgat. Ból oczyszcza, panie Fenwick. - Powiedziała tonem, w którym było coś z ironii, uniosła brew. - Kto jak kto, pan powinien to wiedzieć. - Magdalene podeszła bliżej i spojrzała na nas niczym ktoś, kto miał rozsupłać nie jedną, lecz dwie poplątane dusze. Dwie przeszłości rozrywane jednocześnie, dwie blizny otwierane po to, żeby wreszcie się zagoiły, i coś jeszcze - świadomość, że robiła to z nią obok mnie, razem. Ja, który uciekłem kiedyś w ramiona niewłaściwej osoby. Ona, którą życie przygniotło cudzym mitem miłości, której nigdy nie dostała.
I wtedy zobaczyłem ją - nie tę kobietę przede mną. Pierwszą. Prudence z korytarzy Hogwartu, z włosami trochę za długimi, trochę za bardzo zasłaniającymi twarz, z oczami, które wtedy były ostrzejsze, mniej zmęczone światem. Dokładnie tę, którą pamiętałem - moją dawną koleżankę, rywalkę, dziewczynę, na którą leciałem jak debil i z której jednocześnie szydziłem.
To nie była wizja - to było jak nałożenie kliszy na rzeczywistość. Obraz prześwietlony światłem, jakby moje oczy nie mogły się zdecydować, którą wersję jej uznać za rzeczywistą. Dwie wersje nałożone na siebie, przesuwające się po twarzy tej jednej, prawdziwej - jedna migotała, druga gasła, zmienialiśmy się nawzajem, tylko jeszcze o tym nie wiedzieliśmy. Obraz zamigotał, a potem zmienił się.
Zobaczyłem ją w wersji, której nigdy nie widziałem, nigdy nie mogłem zobaczyć - kobieta dwudziestokilkuletnia, o gładszej skórze, z drobnymi zmianami w spojrzeniu. Włosy krótsze, inaczej ścięte - bardziej praktyczne, mniej teatralne, ale wciąż cholernie piękne. Starsza niż tamta, młodsza niż ta prawdziwa. Kobieta z czasu, kiedy była zaręczona z kimś, kogo nie powinna była wybrać. Miała w sobie coś bardziej sztywnego, nie tę prostotę z tej chwili, tylko czyjąś przeszłość, która nie była moja. To była Prue z okresu, który minąłem. Prue, której nie dotknąłem ani jednym słowem. Prue, której nie widziałem, bo wtedy byłem daleko - zbyt zajęty ucieczką od samego siebie, od własnego nazwiska, od własnej historii. Była cholernie prawdziwa, tak prawdziwa, że aż mnie zabolało - ten rodzaj bólu, w którym człowiek nagle widzi wszystko, co mogło się wydarzyć, a się nie wydarzyło.
Nie wiedziałem, że ona w tej samej chwili widziała mnie. Nie trzydziestotrzyletniego, nie tego teraz, nie obitego doświadczeniem. Osiemnaście lat, falowane włosy, rozczochrane jak zawsze, potargane wiatrem i własnymi palcami, gęste piegi rozsypane po nosie i twarzy, spojrzenie buntownika, który myśli, że zna świat. Taki, jakim byłem, zanim nauczyłem się miotać zaklęciami i klnąć w kreolskim - bez blizn zdobytych po wyjeździe, bez zmęczenia wyrysowanego w wyrazie twarzy, ze światem, który był jeszcze prosty, choć nigdy nie był. Chłopak, który udawał, że nic nie czuje, bo świat był za wielki, a on za głupi, żeby powiedzieć prawdę. Takiego mnie już nie było, ale w tej chwili wróciłem, jakby ktoś cofnął czas.
Ten drugi był inny. Włosy krótsze niż teraz, wciąż falujące, ale przycięte tak, jakby ktoś, kto nie zna się na strzyżeniu, zrobił to sam nad umywalką w tanim mieszkaniu, bo dokładnie tak było. Zarost istniał, owszem, lecz był to cień, nie pełna broda. Taki, który nadawał twarzy powagi, ale nie ciężkości. Skóra na szyi gładka, jeszcze nie poparzona, była nienaruszona, nie miałem jeszcze tych oparzeń, które później nosiłem jak personalne epitafium. Klątwa, która zostawiła później ślad, w tych wizjach dopiero czaiła się gdzieś daleko w przyszłości. Twarz… Młoda, ale nie chłopięca. Rysy ostrzejsze w tym lisim sensie, nos ten sam, lecz bez lekkiej asymetrii, którą zyskałem później po jednym z pojedynków. Pod oczami nie było jeszcze tych głębokich cieni, które miałem teraz, tylko delikatne linie świadczące o bezsenności. Ramiona szersze niż w szkolnych czasach, ciało wytrenowane - nie na siłowni, tylko w terenie, w grotach, ruinach, w miejscach, gdzie człowiek musiał być szybki, albo nie wracał wcale. Byłem lżejszy niż teraz, ale bardziej elastyczny, jak stal, która dopiero się wykuwa, ale jest już twarda na tyle, by nie dać się złamać. Ubrania ciemne - jak zawsze - ale jeszcze nie tak ciężkie, jak te, które nosiłem teraz, lżejsze materiały, bojówki z milionem kieszeni, koszula niedopięta pod szyją, wilgotna od upału obcych krajów. Wyglądałem jak człowiek, który już coś widział, ale jeszcze nie widział wszystkiego.
To trwało pół uderzenia serca, ale wystarczyło, żeby poczuć, jak coś naprawdę umiera. Chciałem coś powiedzieć, ale wtedy… Poczułem rwący ból pod żebrami, aż ugięły mi się nogi, język palił mnie gorzej niż wtedy po pierwszym łyku rumuńskiej gorzały. Głos zamarł, zaklęty w gardle. Łacina Vane zrobiła się głęboka, zbyt niska jak na jej wiek, potem przeszła w coś, co brzmiało jak bełkot. Wszystko zaczęło się nakładać, sklejać, rozdzierać, potem pękło.
Wróciłem, ona wróciła.
Zostaliśmy już tylko my - ci właściwi.
- Zostało zdjęte. - Powiedziała Magdalene takim tonem, jakby informowała nas o pogodzie, a nie o tym, że przed chwilą wyrwała z naszych dusz więzy, które trzymały się nas latami.
- Rozsupłane. Rozprute. To, co cuchniało, odeszło. To, co miało umrzeć, umarło. Trup został pochowany. - To mówiąc, uśmiechnęła się lekko, ale nie miło, bardziej drapieżnie, całkowicie pewna tego, co mówiła i w jaki sposób chciała to sformułować.
Czułem echo bólu jeszcze w kościach, jakby ktoś zgniótł mnie od środka i dopiero przed chwilą pozwolił wyprostować kręgosłup, oddychałem płytko, krąg wokół nas pulsował bladym światłem, świece drżały, a ich płomienie wydawały się odchylać w stronę naszych dłoni, jakby czekały. Złote kielichy uniosły się, ich wewnętrzne powierzchnie odbijały światło jak dwie studnie bez dna.
- Teraz zwiążemy nowe. Nie papier, nie obietnicę. Życie przy życiu. Krew przy krwi. Ból za ból. Tak działa stara magia, musi wgryźć się w to, co żywe. - Vane uniosła dłoń, żeby nasze spojrzenia skupiły się tylko na niej. - Kropla w kielichu obudzi to, co ma zostać obudzone. - Wzięła nóż ze stołu - krótki, srebrny, cienki i zakrzywiony, stworzony do precyzji, ale nie w zabijaniu, nie w krzywdzie - i podała mi go rękojeścią do przodu.
- Lewą dłoń, Rookwood.
Serce przestało mi bić na pół sekundy, bo nie użyła mojego nazwiska przypadkiem, przed chwilą nazwała mnie Fenwickiem, spojrzałem na nią ostrzej, ale w jej oczach nie było ani drwiny, ani ciekawości.
Z pewnością wiedziała, co działo się w mojej głowie, gdy otworzyłem usta.
- Fen—
Ręka Magdalene uniosła się szybko, ostro, uciszająco.
- Nie. Tak cię nazywają, ale nie tak się urodziłeś. Przedstaw się jako ten, kto ma składać przysięgę. Nie jako ten, kogo sobie stworzyłeś, by przetrwać, pamiętaj, skąd wyszedłeś, żebyś wiedział, dokąd idziesz. - Głos miała spokojny, lecz zimny, bez litości. - Tak, wiem, kim jesteś, wiem, co siedzi we wszystkich, którzy przestępują moje progi. Cudze sekrety nie stanowią dla mnie waluty, nie mają wartości, nie zaprzątają mi głowy ani nie opuszczają ust. - Schyliła głowę odrobinę. - A teraz przestań kłamać, chłopcze. Rytuał wymaga prawdy.
Słowo „chłopcze” uderzyło we mnie mocniej, niż powinno, jakby coś, co było ściągane z nas przed chwilą, zostawiło szczelinę, do której łatwo było trafić. Nie walczyłem, nie teraz, pochyliłem głowę minimalnie, a wtedy zrobiłem to, co musiałem.
- Pozwól. - Powiedziałem cicho, obracając dłoń, którą trzymałem splątaną palcami z ręką Prudence i puszczając ją po to, aby ująć jej wierzch od dołu, wnętrzem do góry. Ręka Prue była drobna, chłodna, w porównaniu do mojej, ale kiedy chwyciłem ją w swoją, miała w sobie siłę. Nóż był lekki, zbyt lekki, biorąc pod uwagę to, co miał zrobić. Delikatnie przeciąłem jej skórę - nie głęboko, ale wystarczająco, strużka krwi wypłynęła, ciemna, gęsta, błyszcząca w blasku kołyszących się płomieni. Ogień świec uniósł się nagle, jakby ktoś dmuchnął przez cały krąg, pentagram zamigotał lekko, a powietrze zgęstniało tak bardzo, że można je było kroić ostrzem tak samo dokładnie jak skórę. Kropla oderwała się od jej skóry i spadła prosto do pierwszego kielicha, zasyczała, jakby złoto było rozgrzane od wewnątrz, płyn w kielichu pociemniał, moment później pojaśniał. Podałem jej nóż, delikatnie, ale bez wahania.
Wzięła moją dłoń, odwróciła ją wnętrzem ku górze i przecięła tę samą linię życia, tuż pod palcami. Ból był szybki i ostry, jak iskra, która wskutek tarcia zapala ogień. Kropla upadła do drugiego kielicha tak samo,  Płyn w obu naczyniach zmienił kolor, ciemne tony mieszały się z jasnymi, tworząc coś żywego, pulsującego.
- Do dna. - Poleciła Vane, bez cienia zawahania. Podniosłem kielich, metal był chłodny, ale płyn w środku - odwrotnie.
Był gorzki jak żal.
A potem słodki jak przysięga.
Ciepły jak krew.
Zimny jak noc, jak mgła spowijająca Nokturn.
Kielichy uniosły się powoli, jakby ktoś podniósł je niewidzialną dłonią, nie zatrzęsły się ani odrobinę, oderwały się od naszych dłoni, łagodnie, płynnie, tak, jak odlatywało coś, co znało swoje miejsce w rytuale i wraca tam, skąd zostało przywołane.
Zaklinaczka skinęła głową - krótko, ostro, z tą dziwną mieszaniną aprobaty i czegoś, co mogło być staroangielskim „no, wreszcie”.
- Powtarzaj po mnie. - Powiedziała.
Kiedy otworzyłem usta, spodziewałem się swojego normalnego głosu, tego chropowatego, z lekko zachrypniętą krawędzią, obciążonego nocą i życiem, ale to, co wyszło, było czyste.
Brzmiałem tak, jakbym nigdy nie kłamał.
Jakbym nigdy nie uciekał.
Jakbym nigdy nie musiał być nikim innym.
- In nomine vitae et voluntatis… Ego Aloysius Benjamin Rookwood oddaję ci siebie od pierwszego imienia, od pierwszego oddechu, od pierwszej krwi zapisanej w księgach mojego rodu. Per nomen quod ortum est in tenebris et luce, składam ci to, co zostało mi nadane, zanim stałem się kimś innym. Aeternum tibi trado et alterum meum nomen… Oddaję ci także Benjy’ego Fenwicka, tego, którego wybrałem, którego stworzyłem, którego nosiłem, i wszystkie moje drogi, maski, cienie i odbicia. Prudence Madison Bletchley, przyjmij mnie całego, niepodzielonego, starego i nowego, tego, którym byłem, tego, którym jestem, i tego, którym się stanę przy tobie. Na świadomą drogę, na los obrany, in nocte, in luce, in dolore, in fortitudine, w życiu, w śmierci, w powrotach i odejściach, łącząc mój oddech z twoim, moją krew z twoją, moje słowo z twoim, tak długo, jak długo magia będzie znała moje imię. Custos animae meae eris, strażniczko mojego życia, minionego i przyszłego, tej duszy, którą noszę, i tej, którą oddaję w twoje ręce. Przyrzekam ci, Prudence Madison Bletchley, że to, co łączę z tobą teraz, pozostanie związane na wieczność, in vita et ultra, tak długo, jak długo będę istnieć, w magii, w pamięci, w świecie lub poza nim. Hoc iuro. Hoc statuo. Hoc tibi dico, in aeternum. - Słowa płynęły ze mnie, jakby nie przechodziły przez gardło, tylko znajdowały się we mnie od zawsze i dopiero teraz dostały pozwolenie, by ujrzeć światło. Magia niosła je jak echo w komnacie - głębokie, dźwięczne, niepodważalne. Gardło paliło od mocy inkantacji, jakby każde z tych zdań wypalało nową warstwę w mojej piersi, ale głos pozostał stabilny, nieskazitelnie czysty, a kiedy wypowiedziałem ostatnie „in aeternum”, wszystkie świece zapłonęły gwałtownie, w górę, jak długie, jasne języki ognia, które chciały dotknąć sufitu.
Pentagram zadrżał.
Powietrze zgęstniało.
A rytuał uznał moją przysięgę.
W chwili, gdy mój głos ucichł, jej spojrzenie oderwało się ode mnie i przecięło powietrze wprost w Prudence, jakby wskazywała drogę ostrzem.
- Teraz ty. - Jej ton nie był prośbą. - Powtarzaj po mnie. Dokładnie. Bez wahania.
Świece wokół niej przygasły odrobinę, jakby rytuał przesunął się w kolejną fazę, pentagram zapulsował pod naszymi stopami, ledwo wyczuwalnie, jakby dostosowywał się do kogoś, kto miał właśnie wypowiedzieć własną część.
A gdy Prue wypowiedziała ostatnie zdanie, ostatnią deklarację, ostatnie słowo, które miało zamknąć jej część, światło świec nie wystrzeliło jak przy mnie - nie.
Zebrało się.
Skupiło.
Skondensowało wokół niej.
Vane skinęła głową, najgłębiej tej nocy, w jej oczach pojawił się cień czegoś w rodzaju szacunku, dopiero wtedy pentagram drgnął.
Jakby uznał słowa.
Jakby przyjął je w pełni.
A potem zgasł.
Magdalene zbliżyła się, wyglądając na starszą o kolejne lata, jej twarz jakby przesiąkła tym, co z nas wyciągnęła, a głos był suchy, pozbawiony resztek ciepła, jakby zużyła całą energię, którą miała na tę noc.
- Macie to, po co przyszliście. - powiedziała jednostajnie, jakby wypowiadała formułę, która obowiązuje od wieków. - Więź. Nie dokument. Przyrzeczenie, które nie wygaśnie, póki jedno z was oddycha. To się utrzyma, dopóki jedno z was nie zapomni imienia drugiego. A to, dzieci, nie przychodzi łatwo. - Na ułamek sekundy coś w jej oczach złagodniało, jakby w nich odbiło się światło czegoś, czego kiedyś sama doświadczyła, lub czego nigdy nie dostała. - Amor non frangitur. Miłości nie da się złamać. Można ją tylko przeżyć. - Po tych słowach odwróciła się i zgasiła wszystkie świece jednym ruchem, szybkim, precyzyjnym. Ciemność spłynęła po ścianach jak gęsty, czarny welon. Przygaszenie nie było zimne, nie było też groźne - raczej uroczyste, jak zamknięcie księgi po ostatnim zdaniu. A potem, równie płynnie, kandelabr przy drzwiach rozjarzył się na nowo, ostrym, ciepłym blaskiem, który przeciął mrok. Vane machnęła różdżką w stronę biurka  zawalonego księgami, pergaminami, pudełkami, amuletami i złomem, który wyglądał jakby pamiętał kilka epok.
- Jeśli macie sobie coś dać… - Zatrzymała spojrzenie na nas, jakby doskonale wiedziała, co mamy w kieszeni. - To teraz. Błyskotki to nie część rytuału, ale ludzie lubią symbole. Śmiało.
Vane odwróciła się od nas bez słowa, tak jakby właśnie zakończyła najbardziej skomplikowaną część nocy i teraz zostało jej już tylko odfajkować rutynę. Jej ciężkie szaty zaszeleściły o podłogę, gdy podeszła do biurka zawalonego wszystkim, co można było nazwać magicznym rupieciem. Zsunęła kilka ksiąg, trzasnęła jedną szufladą, drugą otworzyła zaklęciem i zaczęła grzebać w papierach z miną księgowej, która została zmuszona do pracy po godzinach.
- No, dobrze. Magia magią, ale Ministerstwo lubi papier. - Mruknęła, bardziej do siebie niż do nas, jakby wcale nie było „dobrze”. Zgarnęła z blatu kilka pergaminów, odsunęła księgę oprawioną w coś, co wyglądało jak wysuszona skóra, i sięgnęła po mały, niepozorny rulon. - Nie pytajcie mnie, po co im te rejestry. Tyle lat, a dalej nie potrafią przyjąć do wiadomości, że rzeczy ważne nie potrzebują atramentu. - Skrzywiła się z taką odrazą, jakby mówiła o pluskwach.
Ułożyła pergamin na blacie - ministerialny, oczywiście, sztywny, opatrzony runą rejestracyjną i znakiem wodnym, jakby mogło ją to w ogóle obchodzić - wygładziła jego kant,  po czym sięgnęła po małe, czarne pudełeczko, rzuciła je na stół z cichym stuknięciem. Spojrzała na nas kątem oka, wyraźnie zirytowana całym konceptem papierologii, jak ktoś, kto od setek lat zajmował się magią i musiał raz na jakiś czas przypomnieć sobie, że biurokracja istnieje i nie umrze tak łatwo jak ludzie. Wzdychnęła ciężko - o rany, jak ciężko - tak, jakby robiła nam ogromną łaskę, a wystawienie dokumentu było szczytem jej cierpliwości tej nocy.
- Jedno nakłucie. Bez teatralnych gestów. Jeśli zakrwawicie mi dokument, każę wam powtarzać wszystko od nowa. - Powiedziała tonem księgowej, która tłumaczy klientowi, gdzie ma wpisać numer NIP. - Panie pierwsze. - Podała igłę Prudence, bez uprzedzenia. A gdy Prue dźgnęła opuszek palca, kropla krwi spłynęła na pergamin… I w sekundę rozlała się po nim, układając się w czytelne, eleganckie „Prudence Madison Fenwick.” Magdalene uniosła brew, wyraźnie rozbawiona.
- Zmieni się po wyschnięciu. Magia lubi być szybsza niż proces biurokratyczny.
Po kolejnej sekundzie ciemniejące czerwone włókna zaczęły prześlizgiwać się, skręcać, kręcić, aż… Zamieniły się w atrament. Czysty, ciemny, ministerialny. Rzeczywiście widniało tam „Prudence Madison Bletchley.”
- Ministerstwo nie lubi krwi. - Wyjaśniła beznamiętnie Vane. - A ja nie lubię atramentu. Kompromis jest syfiasty, ale działa.
Potem podała igłę mnie - dziabnięcie było szybkie i bardziej irytujące niż bolesne, kropla krwi spadła na pergamin i zmieniła się w ten sam granatowy podpis „Benjy Fenwick.”
- Ministerstwo powie, że jesteście małżeństwem. Magia powie, że jesteście jednością. A ja powiem, że skończyłam. Gratulacje. Wyjście macie tam. - Wskazała różdżką drzwi, które otworzyły się posłusznie. Zwinęła pergamin z wprawą księgowej, która robi to po raz tysięczny, i… Wręczyła go Prudence, no, oczywiście, że Prudence - bez zdziwienia.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#9
01.12.2025, 21:35  ✶  

- Tak, dokładnie tak by się wydarzyło. - Nie należała do osób, które wybierały agresję, jednak potrafiła walczyć o swoje, co do tego nikt nie powinien mieć żadnych, nawet najmniejszych wątpliwości. Benjy doskonale zdawał sobie z tego sprawę, tak właściwie to miał przyjemność przekonać się o tym na własnej skórze. Łatwo jej było zmienić podejście, przestać przejmować się tym, co sobie myślała, co mówiła, bo teraz wiedziała, że może sobie na to pozwolić. W tak krótkim czasie wszystko się zmieniło, mieli należeć do siebie już na zawsze. Dobrze jej było z tą świadomością, nie mogło być lepiej, nigdy.

Nie wydawało jej się, aby istniała siła, która mogłaby rozdzielić, nie teraz, nie kiedy stali po jednej stronie, mogli sobie poradzić ze wszystkim kiedy mieli jedno podejście. Być może było to nieco pyszne, zarozumiałe, ale doskonale zdawała sobie sprawę z ich możliwości. Napawało ją to ogromną siłą i optymizmem, czuła, że coś się dopiero zacznie, coś, co nigdy nie powinno się wydarzyć, ale razem udało im się dojść do tego punktu, sięgnąć po to, co od zawsze należało do nich. Nie było to takie proste, ale im się udało, co było tylko potwierdzeniem tego, że razem mogli wszystko.

- Pamiętam, wiesz, że wszystko doskonale pamiętam, a poza tym mam wrażenie, że gdybym akurat to przypadkiem zapomniała, to byś mi przypomniał. - Były to jedne z tych wspomnień, które bardzo wyraźnie wdarły jej się w umysł, jeszcze wyraźniej niż cała reszta, bo takich rzeczy nie zapominali zwyczajni ludzie, a ona, ona pamiętało wszystko, a to jeszcze dokładniej.

- Chyba wolałabym nie próbować tego przebijać. - Zmusiła ich do tego tamta noc, pełna ognia, strachu, chaosu, którą przetrwała tylko dlatego, że jakimś cudem odnalazł ją wśród tych wszystkich ludzi. Nie miała pojęcia, jak do tego doszło, ale gdyby nie on pewnie nie przeżyłaby tych pożarów. Nie ma się, co oszukiwać nie miała co do tego najlepszych warunków, pewnie ktoś by ją zdeptał, albo zawiesiłaby się w najmniej odpowiednim momencie, zresztą to też prawie się wydarzyło, tyle, że ją wtedy odnalazł.

- Nadal nie mogę uwierzyć, że wtedy nie narzekałeś, bo byłam raczej nie najlepszym kompanem. - Bardziej kulą u nogi, z czego zdawała sobie sprawę. Tylko utrudniała mu wszystko, ale faktycznie miał do niej wtedy ogromną cierpliwość, nie wydawał się być jakoś specjalnie wyprowadzony z równowagi przez to, że postanowił doprowadzić ją do ministerstwa, a przecież wtedy jeszcze nie wiedzieli z kim mają do czynienia. Czasem koleje losu były naprawdę zabawne. Pocałowała go wtedy, po wszystkim, pierwszy raz od dawna postanowiła zrobić coś tak spontanicznego i do czego ich to doprowadziło? Mieli właśnie wziąć ślub, niesamowite.

Znaleźli się w tym wspaniałym przybytku, aby spleść ze sobą swoje drogi. Miejsce było specyficzne, pełne tajemnic, których pewnie wolałaby nie poznawać, a teraz to, co ich łączyło miało dołączyć to tych wszystkich historii, które się już tutaj wydarzyły. Wnikną w otoczenie i zostaną tu na zawsze. Nie wydawało jej się, że mogli lepiej trafić, pasowali tutaj, chociaż mogło wydawać się inaczej, tyle, że przecież Nokturn nie był im obcy. Bywali tutaj, po części mogli uznawać się za jego fragment, chociaż nie ten najbardziej stały. Lawirowali między światami, pojawiali się tam, gdzie ich potrzebowano, a teraz oni potrzebowali czegoś od tego miejsca i miało im to zostać dane.

Prue doskonale wiedziała o tym, że tutaj nie powinna pokazywać słabości, także nawet nie drgnęła, kiedy kobieta zaczęła wyciągać te wszystkie rzeczy z ich przeszłości, o których nikt nie powinien nic wiedzieć, które miały być tym, czego nikt nie zobaczy. Vane najwyraźniej wiedziała wszystko, jeśli twierdziła, że najpierw będą musieli się pozbyć tego, co ich niszczyło to nie było innego wyjścia, musieli to zrobić. To ona była mistrzynią ceremonii to ona wiedziała, co należy zrobić, aby wszystko przebiegło pomyślnie.

Powiedziała w głos, czego potrzebowali, nie wydawało jej się, aby to miało być w jakikolwiek sposób zaskakujące, widać było po nich determinację, nie zależało im na papierze, on miał być tylko i wyłącznie dopełnieniem, tą oficjalną częścią, z którą będą musieli podzielić się w ministerstwie, bo chciała nosić jego nazwisko, nie wyobrażała sobie, aby mogło być inaczej, mieli być jednością, wspólnotą, rodziną, już na zawsze, przed oczami wszystkich.

Kobieta nie wydawała się być zaskoczona jej słowami, Prudence spodziewała się tego, że ona widziała i czuła więcej, miała jakąś dziwną umiejętność odczytywania tego, co działo się wokół. Zapewne sporo w swoim życiu widziała, wydawała się być bardzo doświadczoną osobą, co by o niej nie mówić to potrafiła wzbudzić respekt i szacunek.

Nie odezwała się słowem, kiedy wręczyli jej sakiewki, musiała ocenić, że jej praca będzie warta swojej ceny, niemalże od razu wzięła się do działania, nie czekała, po prostu robiła to, po co tutaj przyszli.

Uprzedziła ich o tym, że to od czego zacznie może zaboleć. Prudence była gotowa na każdy ból, zrobiłaby wszystko, aby mogli faktycznie sięgnąć po ten nowy początek, skoro wymagało to uśmiercenia przeszłości - niech tak będzie. Czekała na nieuniknione.

Kiedy zapłonęły świece zrobiło się gęsto, pojawiła się jakaś niewidzialna energia, która sięgała również do jej nadgarstków. Bletchley oddychała powoli, pozwalała, aby wydarzyło się to, co było potrzebne, aby mogli ruszyć dalej. Czekała na nieuniknione.

Wszystko działo się bardzo szybko, krew pulsowała w jej żyłach coraz szybciej, jakby chciała wydostać się na powierzchnię, wyjść z jej ciała, kobieta nie przestawała recytować tych swoich inwokacji, Prue starała się skupić na jej głosie, jakby miał odciągnąć uwagę od tego, co działo się z jej ciałem, to nawet przez chwilę działało, przynajmniej dopóki nie poczuła tego szarpnięcia, zacisnęła zęby, aby nie pokazać, jak bardzo ją to boli, musiała radzić sobie z tym bólem, on był potrzebny, miał ich oczyścić, pozbyć się tego, co im zawadzało. Benjy najwyraźniej też to poczuł, o czym świadczyła ta kurwa przez niego rzucona, oczywiście, jak zawsze on reagował odruchowo, porywczo, a ona dusiła wszystko w sobie - tak już mieli.

Pojawiły się obrazy, widziała jego, w tym momencie życia, kiedy znajdowali się daleko od siebie, kiedy myśleli, że nigdy więcej się nie zobaczą, że nic ich nie miało połączyć. Starała się zapamiętać wszystkie te obrazy, bo wiedziała, że więcej nie miała mieć podobnej możliwości, chciała znać jego każdą wersję, a jednak nie miała tej szansy, umknęło jej gdzieś ponad dziesięć lat jego życia, kiedy tak jak i ona próbował jakoś ułożyć sobie życie. Tyle, że nic z tego nie wyszło, to nie była droga, którą powinien podążać. Starała się zapamiętać każdy szczegół z tych wspomnień, bo taka okazja nigdy nie miała się więcej przydarzyć.

Później przyszedł ból, zupełnie znienacka, niespodziewanie, zacisnęła jeszcze mocniej zęby, miała wrażenie, że jeśli będzie je ściskać tak mocno, to zaraz zaczną się kruszyć, jednak nie chciała drgnąć, nie chciała pokazać, że uderzył w nią ten ból. Musiała być silna, robili to przecież dla ich wspólnej przyszłości. Przestała wyłapywać pojedyncze słowa, zaczęły zmywać się w jedno, aż w końcu to poczuła, coś się skończyło, coś w niej umarło, chyba więc pierwsza część rytuały przebiegła pomyślnie - oby bo nie miała zamiaru tego powtarzać, chociaż, czy aby na pewno, jeśli byliby do tego zmuszeni to pewnie jeszcze dałaby radę przez chwilę zaciskać zęby.

Jej obawy zostały szybko rozwiane, Vane powiedziała, że się udało, przyniosło to ulgę. Przynajmniej część rytuału była za nimi, dzięki czemu zbliżali się do momentu, w którym faktycznie miała ich połączyć jakaś siła wyższa. Nie odzywała się słowem, spojrzała tylko na Benjy'ego, aby zobaczyć, jak sobie radził, nie, żeby zakładała, że miał jakiś problem, tylko to wszystko co do tej pory się wydarzyło było naprawdę bolesne.

Magdalene nie dała im nawet chwili na wzięcie oddechu, od razu przeszła do dalszej części ceremonii, Prue zobaczyła srebrny nóż, który błysnął w ciemności, kobieta podała go Fenwickowi, mieli zacząć tę główną część rytuału. Była na to gotowa.

Uniosła spojrzenie tylko na chwilę, kiedy padło to nazwisko, którego nikt nie powinien znać. Obawiała się przez moment, że wszystko może się źle skończyć, bo przecież nikt nie miał prawa tego wiedzieć, to nie mogło się wydać, Vane jednak nie wydawała się być jakoś szczególnie zainteresowana akurat tą informacją, po prostu to wiedziała, tak jak wiedziała wszystko.

Wyciągnęła dłoń, kiedy Benjy ją o to poprosił, nie skrzywiła się, gdy ostrze przebiło jej skórę, nadal stała pewnie, jakby w ogóle jej to nie ruszało, a później sama zrobiła to samo, nacięła bardzo delikatnie skórę jego dłoni.

Krople krwi trafiły do kielichów, a one po chwili poszybowały przed nich - mieli wypić ich zawartość. Bez zawahania sięgnęła po kielich, jednym haustem wypiła jego zawartość, bo była pewna, że jak okropne nie byłoby to w smaku to i tak wleje to w siebie, a im szybciej tym lepiej, będzie miała to za sobą. Smak, smak zmieniał się jednak w trakcie, nie potrafiła go określić, ale wydawało jej się, że czuje w nim wszystko, żal, słodycz, jak to w ogóle było możliwe, nie miała pojęcia, nie interesowało ją to w tej chwili, grunt że postępowali właściwie.

Przeszli do przysiąg, miała wrażenie, że Benjy mówił głosem, który pochodził z jego wnętrza, różnił się od tego, który znała. Słuchała każdego jego słowa, zapamiętała w całości wszystko, co miał jej do powiedzenia, wryło się w to jej pamięć, nigdy nie miało z niej zniknąć, była co do tego przekonana.

Płomienie świec uniosły się do góry, krąg zadrżał, najwyraźniej słowa Benjy'ego zostały zaakceptowane, wiedziała, że teraz pora na nią. Zaczęła mówić wtedy, kiedy przyszła na to pora, kiedy Vane kazała jej za sobą powtarzać. Ton jej głosu był pewny, a sam jego tembr nieco się różnił, był bardzo przejrzysty, może też nawet nieco ostrzejszy od tego naturalnego.

- In nomine vitae et voluntatis. Te integrum, veterem et novum, ut eris, accipio. W imię życia i woli. Przyjmuję Cię całego, starego i nowego, tego, którym się staniesz. Ego Prudence Madison Bletchley... Me tibi trado.. oddaję Ci się cała, w gotowości, aby trwać przy Tobie zawsze. In sæcula sæculorum. Bez względu na to, co przyniesie los. Corpus cum corpore, anima cum anima, verbum cum verbo. Ciało z ciałem, dusza z duszą, słowo ze słowem, usque ad terminos orbis terrarum dopóki świat się nie skończy, a nawet dłużej. Promitto me tecum in aeternum futurum esse. Przyrzekam trwać przy Tobie na wieki. Accipe me Aloysius Benjamin Rookwood , Benjy Feniwck et amorem meum, przyjmij mnie i moją miłość. Hoc iuro. Hoc statuo. Hoc tibi dico, in aeternum. - Wyrzuciła z siebie jednym tchem.

Światło skupiło się w chwili, w której wypowiedziała ostatnie słowa przysięgi, nie widziała tego, ale krąg drgnął dopiero wtedy, kiedy Vane skinęła głową, przyjęła to, co mieli sobie do zaoferowania. Zaakceptowała ich uczucie, a więc i krąg je przyjął.

Odezwała się w końcu do nich, poinformowała ich o tym, że dostali to, po co przyszli.

Stało się. Zostali ze sobą połączeni. Na zawsze.

Błyskotki, fakt, zdążyli je sobie zorganizować. Gdy kobieta się od nich odwróciła, świece zgasły, mogli wymienić się obrączkami, symbolem, który miał świadczyć o tym, że zostali ze sobą spleceni. Włożyła Benjy'emu na palec jego błyskotkę, przytrzymała w dłoni dłużej jego dłoń, aby móc się przyjrzeć temu symbolowi, oczy jej błyszczały, był jej mężem, został nim podczas rytuału, którego nie dało się złamać, zaczynali właśnie nowe życie.

To nie było jednak takie proste, bo musieli zająć się tą mniej spektakularną częścią, która wydawała się być bardzo irytująca dla Magdalene, jednak i to musieli jakoś przetrwać. Potrzebowali tego dokumentu, potrzebowali papierów, aby mogli oświadczyć to innym poza samymi sobą, wszyscy mieli się dowiedzieć, że nie jest już Bletchley, zmieniła nazwisko na Fenwick, stała się jego żoną przed silna, prastarą magią, której nie dało się złamać.

Prue nie zadawała zbędnych pytań, wykonywała wszystkie polecenia kobiety, chciała mieć to za sobą, chciała już stąd wyjść, aby wreszcie móc rozpocząć nowe życie, by odnaleźć się w tej nowej rzeczywistości, w której nigdy nie miała być już samotną, w której ich życia zostały ze sobą splecione.

Jeszcze ostatnie ukłucie, ostatnia kropla krwi, która miała podpisać dokument, i wszystko będzie za nimi.

Nie było sensu dyskutować z Magdalene, powiedziała, gdzie jest wyjście, a więc mogli znaleźć się na zewnątrz, póki nie miała nic przeciwko temu, aby opuścili to miejsce dobrze było faktycznie skierować się w stronę drzwi.


Koniec sesji


Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (8224), Prudence Fenwick (5315)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa