• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Pokątna Dziurawy Kocioł v
1 2 Dalej »
[11.10.1972] it smells like Yule | Prue, Benjy

[11.10.1972] it smells like Yule | Prue, Benjy
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#11
18.12.2025, 18:04  ✶  

Mieli całkiem wygodne miejsce, niby znajdowali się wśród ludzi, ale i tak byli w stanie wyrwać kawałek tego miejsca tylko dla siebie. Benjy oddzielał ich skutecznie od innych gości tego przybytku. Nie musieli przejmować się tym, że ktoś postanowi wejść w ich przestrzeń, nie wydawało jej się, aby ktokolwiek z tutaj obecnych miał ochotę zadrzeć z jej mężem. Pewnie sama by nie chciała tego robić, bałaby się do niego podejść, gdyby go nie znała, w sumie chyba nie było to do końca prawdą, bo przecież kiedy spotkali się tamtego wrześniowego dnia w zaułku nie wiedziała, że jest tym, kogo miała w swojej pamięci. w Prue było więcej odwagi, niż zakładała, jednakże nie sądziła, że znalazłoby się wiele osób, które postanowiłoby im przerwać tę wspólną chwilę.

- Strach stawać z Tobą w szranki, nie wiem, czy trzy do jednego wystarczą, podejrzewam, że po moich trzech będę już chwiać się na nogach i opowiadać żarty na poziomie bardzo pijanego wujka na weselu, tymczasem Ty nadal nie dobijesz do dziesięciu. Źle to wygląda. Nigdy nie miałam szczególnie mocnej głowy. - Co wcale nie oznaczało, że unikała alkoholu, od czasu do czasu lubiła wypić butelkę wina, albo dwie, w jakimś miłym towarzystwie (najlepiej w swoim), chociaż w sumie teraz miała jeszcze lepsze towarzystwo niż to zwyczajowe, nie zmieniało to jednak faktu, że nie był chyba do końca przekonana do nawalania się w Dziurawym Kotle. - Skoro jednak mówisz, że jesteśmy w stanie zrealizować ten plan, to czemu nie. - Nie wiadomo, kiedy nadarzy się kolejna okazja, to znaczy teraz mieli mieć ich wiele, jednak dorosłe życie bywało nieco intensywne, czekało na nich trochę spraw do ogarnięcia, więc być może minie trochę czasu, kiedy znowu pojawi się taka możliwość.

- Myślę, że po trzech takich można już zupełnie ignorować ten smak alkoholu, nie jest nazbyt intensywny. - Dorzuciła swoją ekspercką opinię. Grzaniec nie był najgorszy, nie był też najlepszy, jednak całkiem przyjemnie rozgrzewał, chociaż tę rolę spełniał. - Miałeś ambicję dzisiaj zapisać się jako legenda? Jeśli tak, to zdecydowanie grzaniec nie wystarczy, obawiam się, że trudno będzie Ci się doprowadzić do takiego stanu, no grzaniec nie sprzyja zapisywaniu się na kartach historii. - Nie wydawało jej się zresztą, że ktoś był w stanie wlać w siebie więcej niż trzy kubki tego trunku, nawet jeśli bardzo chciał, był słodki, może nawet bardziej mdły, nie sądziła, że da się tego wypić więcej.

Czuła na sobie jego spojrzenie, wiedziała, że ją obserwował, zupełnie jej to jednak nie przeszkadzało, mógł na nią patrzeć, kiedy tylko miał na to ochotę, robiło jej się przez to jakoś tak cieplej na sercu, bo był tutaj z nią i wpatrywał się w jej osobę tak bardzo intensywnie, jakby nic wokół poza nią się nie liczyło. Nigdy jeszcze nikt nie patrzył na nią w ten sposób.

- Ja wiadro, a Ty pięć, minimum. - Pewnie i więcej, zważając na jego gabaryty. Z każdym kolejnym upijanym łykiem utwierdzała się w myśli, że ktoś pożałował alkoholu w tym grzańcu.

Czuła, że już ma pomysł co mogą z tym zrobić, jak na to zaradzić. Miał tę swoją minę, która sugerowała, że był krok przed nią. Czekała więc, aż podzieli się z nią swoim sprytnym planem, spoglądała na niego, nawet na moment nie opuszczając wzroku.

Nie musiała długo czekać, bo zaczął mówić, oczywiście, że już wymyślił im dużo lepsze otoczenie, w którym mogli się upić, do tego trunkami o zdecydowanie lepszej jakości. Jakże mogłaby mu odmówić takiej propozycji, wszystko wydawało się być bardzo dobrze przemyślane.

- Hmm. - Zaczęła, jakby faktycznie zastanawiała się nad tym, czy jest to dobry pomysł. - Te butelki nie mogą tak stać w nieskończoność, myślę, że ta okazja jest wystarczająca. - Co tak właściwie czyniło wartość okazji? Nie miała pojęcia, jeśli jednak i ona i on uważali, że była ona odpowiednia do tego, by sięgnąć po tamte butelki, to chyba tak było.

- O, to jest prawdziwa okazja, skoro mówisz, że dom jest pusty, to pewnie szybko się to nie powtórzy. - raczej nie zdarzało się to zbyt często, warto więc było wykorzystać taką możliwość, nie przejmując się tym, że ktoś może im przeszkodzić.

- W garażu? - Uniosła pytająco brew, bo chcąc nie chcąc pojawiły jej się przed oczami wspomnienia związane z tamtym miejscem, nie spodziewała się, że będzie darzyła sentymentem jakikolwiek garaż, a jednak tak się stało. - Twoje argumenty do mnie przemawiają, to doskonały pomysł, nie wypada pozostawiać za sobą niedokończonych spraw. - Nie, żeby przejmowali się tym, co wypada, ale w tym wypadku mogło to być jakimś argumentem, tak właściwie to nie potrzebowali już żadnych, bo to wyglądało jak doskonały plan.

- Czyli mamy plan, kończymy tego grzańca i idziemy zrobić swojego, lepszego, mocniejszego, w dużo przyjemniejszym otoczeniu, gdzie nikt nie będzie nam przeszkadzał, doskonale. - Nie mogło być lepiej, nie potrzebowała do szczęścia przecież nic więcej, niż jego towarzystwa.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#12
19.12.2025, 02:04  ✶  
Słuchałem jej, oparty całkiem wygodnie, nawet jeśli plecami do sali, z kubkiem grzańca w dłoni, i miałem to ciche, niepodrabialne poczucie, że świat naprawdę dał się na chwilę odsunąć barkiem. Ludzie krążyli za mną, ktoś się śmiał, ktoś przeklinał, szkło brzęczało, ale to wszystko było daleko, jak zza szyby, między mną a Prudence była przestrzeń, którą znałem na pamięć i której pilnowałem bez wysiłku. Uśmiechnąłem się, kiedy zaczęliśmy liczyć - trzy do jednego, pięć, dziesięć - moja żona patrzyła na mnie z tą swoją miną stratega, który wiedział, że i tak przegra, ale musiał przejść przez symulację porażki. Doskonale pamiętałem jej słabą głowę, zbyt dobrze, jak na kogoś, kto teoretycznie nie prowadził skrupulatnych notatek na temat cudzych reakcji na alkohol. To nie była wiedza teoretyczna, tylko empiryczna, wydeptana, zapamiętana w szczegółach, z całą mapą konsekwencji, jak zaklętego układu gwiazd na sklepieniu wieży astronomicznej. Wiedziałem, po którym łyku zaczynała się śmiać z rzeczy, które nie były śmieszne, po którym mówiła szybciej, a po którym patrzyła na świat z tą miękką, lekko rozmazaną czułością, jakby wszystko było odrobinę lepsze, niż w rzeczywistości. Wiedziałem też, gdzie leżała granica, za którą robiła się chwiejna, ale szczęśliwa, ufna, kompletnie bezbronna w sposób, który brałem na siebie bez gadania. Pamiętałem doskonale, jak łatwo potrafiła przejść od „nic nie czuję” do „świat jest cudowny, a ty masz bardzo zabawną twarz”, tym razem wiedząc jednak, że to nigdy nie było niebezpieczne, tylko… Intensywne.
- Fakt. Jeśli nic się nie zmieniło, po tszecim zaczynasz się śmiaś s szeczy, któle nolmalnie uznałabyś za zblodnię pszeciwko inteligencji, a po czwaltym masz fazę filozoficzną. Baldzo uloczą, swoją dlogą. - Mruknąłem z rozbawieniem. - S molałem, dyglesjami i obowiązkowym wątkiem o tym, jak balso mnie lubisz, gdy nie jestem kutasem… - Chrząknąłem znacząco, nie mówiłem tego złośliwie, wręcz przeciwnie, było w tym coś ciepłego, coś, co wynikało z pamięci. Nikłej, bo nikłej, trochę zamglonej, ale tak - znałem ją, wiedziałem, jak reaguje, w jaki sposób alkohol obchodzi się z jej układem nerwowym, jak szybko przechodzi z „jest mi miło” do „jest mi cudownie”.
- Jeśli tszeba, wypiję więcej. Albo szybciej. Albo obie te szeszy naraz. Nie zostawię cię samej w stanie „balso pijanego wujka na weselu”. Ma byś splawiedliwie, nie? - Uniosłem brew, kącik ust drgnął mi lekko. Mój łeb był teraz znacznie mocniejszy niż wtedy, kiedy byliśmy młodsi, kiedy alkohol potrafił mnie zaskoczyć, teraz musiałbym się naprawdę postarać, lata zrobiły swoje, ciało przyzwyczaiło się do rzeczy, do których nie powinno, a ja przestałem się łudzić, że alkohol działa na mnie jak na normalnych ludzi. Nie widziałem w tym żadnego problemu, po prostu brałem to pod uwagę.
Uniosłem kubek, zakręciłem nim lekko, obserwując, jak płyn chlupotał o ścianki - ciepły, słodki, bardziej przyjazny niż niebezpieczny, zbyt grzeczny, rozgrzewający, ale bez pazura, taki, który obiecuje, a potem nie dowozi. Upiłem kolejny łyk i tylko utwierdziłem się w swoim zdaniu, to było przyjemne, ale dalekie od ambicji, zdecydowanie nie coś, co mogłoby zapisać się w kronikach czy choćby w pamięci na zasadzie „o, to był błąd”. Bardziej nadawał się do opowieści typu „było ciepło i pachniało goździkami” niż „i wtedy wszystko się rozpadło”.
- Widzisz - powiedziałem wolniej, nachylając się minimalnie w jej stronę - ja nie mam ambicji zapisywaś się dziś na kaltach histolii publicznej. Wystalczy mi histolia plywatna. Taka, któlej nikt poza nami nie będzie świadkiem. - Oparłem łokieć o stół, pochyliłem się jeszcze trochę bliżej, głos wciąż miałem spokojny, rzeczowy, jakbym omawiał plan działania, a nie wieczór, który miał się bardzo szybko wymknąć spod kontroli. Nie spieszyłem się z nim, lubiłem ten moment zawieszenia, to ciche porozumienie, kiedy wiedzieliśmy, że zaraz dojdziemy do tego samego wniosku.
- Te butelki naplawdę nie powinny staś i się kuszyś. - Przytaknąłem spokojnie, jakbym rozważał coś absolutnie racjonalnego. Jej „hmm” było jak zapalnik. Uśmiechnąłem się pod nosem, bo już wiedziałem, że wygrałem. - To byłoby zwykłe malnotlawstwo. A ja zostałem wychowany w duchu… Plaktysznym. - Nie powiedziałem tego głośno, ale w głowie już widziałem ten wieczór, garaż rozświetlony bladym, ciepłym światłem, butelki wyciągane z piwniczki, śmiech odbijający się od ścian, brak potrzeby ściszania głosu, brak potrzeby pilnowania się, my, pozwalający sobie na bycie dokładnie tacy, jacy chcemy.
Jej reakcja na garaż nie umknęła mi - uniesiona brew, to krótkie zawieszenie, wspomnienie, które przemknęło jej przez twarz - wiedziałem, co tam widzi, wiedziałem, co ja tam widzę. Nie dopowiedziałem wszystkiego, nie musiałem, wystarczyło, że spojrzałem na nią tym spojrzeniem, które mówiło „pamiętam dokładnie to samo, co ty”, obrazy same pojawiły się w mojej głowie - beton, chłód, zapach oleju, to specyficzne echo, które sprawiało, że każdy dźwięk był głośniejszy, bardziej wyraźny - miejsce, które nie bez powodu zapisało się między nami na długo. „Niedokończone sprawy” to było bardzo łagodne określenie.
- Mam zawodową słabość do miejsc, w któlych zostało coś niedomkniętego. - Przytaknąłem na pytanie, nie ukrywając zadowolenia z uzyskanej odpowiedzi. Gdzieś z tyłu głowy czaiła się świadomość jutra - teściowie, rozmowy, które będą wymagały powagi, decyzje o mieszkaniu, o przyszłości, o tym, jak poukładać to wszystko „jak dorośli”. Tym bardziej ten wieczór wydawał się potrzebny, jak oddech przed zanurzeniem. Kiedy podsumowała nasze ustalenia, powstałe zadziwiająco szybko, jak wszystko ostatnio, uśmiechnąłem się szerzej.
- Dokładnie tak. - Zgodziłem się. - Kończymy tego gszańca, udajemy, sze był względnie doblym punktem proglamu, a potem lobimy swój własny. Taki dla dolosłych. - Uniosłem kubek jeszcze raz, wziąłem ostatni łyk, symbolicznie domykając etap „publiczny”, i odstawiłem go na stół. Plan był doskonały.

Koniec sesji


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (5787), Prudence Fenwick (4533)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa