• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Little Hangleton v
1 2 3 4 Dalej »
[9/10/72] You got a reaction, didn’t you? | Benjy, Geraldine

[9/10/72] You got a reaction, didn’t you? | Benjy, Geraldine
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#11
01.12.2025, 17:36  ✶  
Wygiąłem kącik ust, bo jej ton był tak lekki, że aż absurdalny, biorąc pod uwagę, jacy byliśmy jeszcze kilka dni temu.
- Och, wiem. - Odpowiedziałem, przechylając głowę z udawaną powagą. - Ty nie zauwasas znaków, ja nie zauwasam subtelności, oboje mamy swoje oglaniczenia. Jakoś musimy s tym szyś.
Właściwie to zaczynałem rozumieć, jak bardzo byliśmy podobni - ten sam sarkazm, to samo przywiązanie do bycia nieustępliwym, ta sama potrzeba udowadniania wszystkiego czynami, nie słowami. Tego nie dało się nie dostrzec, szczególnie po Rumunii. Najpierw trzeszczeliśmy jak dwie stalowe płyty trące o siebie pod złym kątem, a teraz… No, jakoś to działało.
- Jusz nie mogę się doczekaś tej palady twoich talentów. - Odparłem, lekko przechylając głowę. To, że tak swobodnie sobie dogryzaliśmy, było… Sziwnie naturalne. Jeszcze chwilę wcześniej każde słowo między nami wyglądało jak próba wycelowania ostrzem w słaby punkt przeciwnika. Teraz? Jakbyśmy oboje odłożyli noże, chociaż każdy z nas trzymał jeden w rękawie - na wszelki wypadek. Yaxleyowie tak mają, Rookwoodowie też - a, mimo wszystko, wciąż byłem z nich - zła kombinacja na konflikty, świetna na współpracę.
Kiedy rzuciła, że dziś zdecydowanie nie jest najlepszy dzień na kłamanie, uśmiechnąłem się szerzej, znacznie szerzej, niż planowałem.
- Będę pamiętał, szeby dziś tszymaś się plawdy, zanim powiesz całej Anglii, sze zakochany Fenwick nie potlafi panowaś nad mimiką. - Tu kącik ust drgnął mi nieznacznie.
Na słowa o metaforycznych cegłach kiwnąłem głową.
- Spokojnie. Tym lasem było ich wystarczająco, szeby zlobiś posządek s tym, co tszeba. Nauczyłem się pszyjmowaś je na klatę. Po tszeciej lobi się to plawie lelaksujące. - Wzruszyłem lekko ramionami. Nie musiała wiedzieć, że „porządek” obejmował luksusowy apartament, odsłonięte zasłony okien z widokiem na Tamizę nocą, rozpiętą koszulę, zapach hotelowej pościeli i usta mojej żony na mojej szyi - to, jak cholernie dobrze było wrócić do niej jako ktoś, kto już nie musi się wahać, byliśmy „my”, w końcu bez łańcuchów wątpliwości.
Kiedy zniknęła do kuchni, zostałem sam ze Znajdą, która usadowiła się przy moim boku jak wierny strażnik. Dziwne uczucie - ktoś, nawet jeśli pies, pamiętał, że mu pomogłem. Może właśnie dlatego tyle rzeczy dzisiaj we mnie miękło. Ująłem kubek pewniej, a druga dłoń oparła się swobodnie na kolanie, obrączka błysnęła, nawet o tym nie pomyślałem - po prostu tam była, widoczna, oczywista, jakby to, co wydarzyło się ostatniej nocy, było teraz częścią mojej naturalnej postawy, oddechu, ruchu.
Pytanie zadane przez Geraldine było rzeczowe, konkretne, takie, jakie powinno paść na początku współpracy, a nie na końcu rozmowy o prywatnych sprawach.
- Dobla. - Powiedziałem spokojnie, przysuwając się nieco do przodu, opierając łokieć o kolano. - To jak ja to widzę. - Zacząłem, przesuwając dłonią po brodzie. Pozwoliłem sekundzie ciszy wybrzmieć. - Nie zamieszam wybszydzaś. Nie jestem s tych, któszy jęczą, sze coś im nie pasuje. Dokumenty mosemy podpisaś, jeśli tego chcesz, ale ja tego nie potszebuję. Jeśli mówisz, sze chcesz współplacowaś, ja to pszyjmuję. Twoje słowo jest dla mnie umową. - To nie był komplement, to było stwierdzenie faktu. Spojrzałem jej prosto w oczy, poważniej niż przez cały dzień. - Jeśli chcesz coś spisaś, podpiszę. - Przesunąłem dłonią po karku. Spojrzałem na nią poważniej, ale bez utraty tej naturalnej lekkości, która trzymała mnie od rana. - Mogę blaś wsystko. Dosłownie wsystko. - Powiedziałem jasno. - Niezalesznie od losaju, lokalizacji, poziomu komplikacji, stwoszeń, bytów,  ludzi, s któlymi tszeba gadaś albo któlych tszeba… Pszekonaś. - Zawiesiłem głos, ale tylko na sekundę. - Nie mam szeszy „poniszej” mnie, nie mam takich, któle uwaszam za „za dusze”. Jak masz coś, co wymaga dlugiej paly ląk, zaufania albo kogoś, kto nie ulodził się, szeby być miłym, jestem do dyspozycji. - Przesunąłem palcem po uchu kubka, a złota obrączka znów błysnęła, niezamierzona, niewinna, szczera. - Pytanie bszmi - dodałem, patrząc jej w oczy - czego ty właściwie ode mnie potszebujesz, Gelaldine?


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#12
01.12.2025, 23:01  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 01.12.2025, 23:23 przez Geraldine Greengrass-Yaxley.)  

- Trzeba się przyzwyczaić do takich drobnych mankamentów, na szczęście na dłuższą metę jakoś nie przeszkadzają w egzystencji. - Mogło być przecież gorzej, jeszcze nie było z nimi tak źle.

Naprawdę bawiła ją ta rozmowa, Benjy w swojej optymistycznej erze był całkiem zabawny, chociaż to nie było tylko to, wystarczyła delikatna zmiana podejścia, aby dostrzegła to podobieństwo, którego wcześniej nie chciała widzieć, miała klapki na oczach, a teraz dopiero uświadamiała sobie, jak wiele ich łączyło, mieli podobne podejście do życia, czy jej się to podobało, czy nie, właściwie najważniejsze, że przestało jej to już zupełnie przeszkadzać.

- Nie wątpię, będę Ci je dawkować, bo obawiam się, że całości możesz nie dźwignąć. - Dodała jeszcze uśmiechając się przy tym od ucha do ucha, nie mogła przesadzić, to było jasne jak słońce, bo na pewno nie był na to gotowy...

Rozmowa, którą prowadzili była bardzo lekka, nie musiała już wiecznie trzymać gardy w jego towarzystwie i czekać na cios, to znaczy nadal odrobinę sobie dogryzali, ale daleko było temu od prawdziwego gryzienia, a wiedziała, że i na to było ich stać, potrafili zostawiać rany na ciele, kiedy im na tym zależało.

- Nie jestem plotkarą Benjy, nikomu nic nie powiem. - Jego tajemnice były z nią bezpieczne, i wiedziała, że ma tego świadomość, należała do osób, które milczały jak grób, chyba, że konieczne było włączenie w problem osób trzecich dla dobra tej drugiej osoby, w tym wypadku jednak Benjy tego zupełnie nie potrzebował. Nic mu nie groziło, no chyba, że komuś nie spodoba się ten jego uśmiech, który nie chciał zejść mu z twarzy. Nie umknęło jej słowo zakochany, ale nie odezwała się nawet słowem na ten temat. Najwyraźniej te jego negocjacje przebiegły dużo bardziej optymistycznie niż się spodziewała, dobrze dla niego.

- Przeraża mnie twoja wizja relaksu. - Nie powinna jednak wnikać w jego upodobania, prawda? Każdy miał coś, co sprawiało mu przyjemność, jeśli dawały mu ją cegły spadające na łeb... no to tylko i wyłącznie jego sprawa. Nikt nie miał prawa mu tego zabronić.

Rozsiedli się w salonie, jak przystało na porządną gospodynię przyniosła mu kawę, mogli zacząć rozmawiać o rzeczach, które go do niej sprowadziły, dobrze, warto było to mieć za sobą, zwłaszcza, że chyba i jej i jemu zależało na tej współpracy, zresztą wcale tego nie ukrywała.

- Dobra, więc umowa słowna wystarcza i Tobie i mi, gdyby kiedyś się to zmieniło, to powiedz. - Kto wie, jak będzie wyglądało jego podejście, kiedy faktycznie postanowi z nią współpracować, to nie tak, że w niego wątpiła, ale miała świadomość, że to czym się zajmowała nie zawsze było łatwe, często angażowała się w podobne sprawy, bardzo proste zlecenia, które dawały jej stały dochód, ale dzięki temu mogła od czasu do czasu zajmować się tym, co naprawdę było warte świeczki, monotonia za przygodę.

Cóż, wydawał się nie mieć problemu z niczym, co było sporym plusem. Miała wrażenie, że ludzie myśleli, że jej praca polega na ciągłych, niesamowitych zleceniach, że nie była powtarzalna, a to nie do końca było prawdą.

- Potrzebuję drugiej mnie. - Od tego zaczęła, to mogło mu nic nie mówić, ale musiała jakoś przedstawić mu swój punkt widzenia. - Zajmuję się wszystkim potrzebuję kogoś, kto tak jak ja nie będzie miał z tym problemu, kto dostanie zlecenie i pójdzie je zrealizować bez zbędnych pytań, nie będzie przeżywał, że to jest nudne, następne za bardzo ryzykowne, będzie się zastanawiał nad tym, co ludzie powiedzą. Potrzebuję drugiej ręki, mamy coraz więcej zleceń, nie jestem w stanie sobie ze wszystkim poradzić sama, zresztą teraz nie mogę do tego dopuszczać, muszę mieć kogoś przy sobie, kogoś na kim można polegać. - Nie mogła w tym stanie zbytnio ryzykować, wybierać się na samodzielne wyprawy, potrzebowała kompana, który nie będzie zadawał pytań, tylko będzie z nią szedł w ogień.

Coś błysnęło jej w świetle, zmrużyła oczy, przeniosła wzrok na dłoń Benjy'ego. Mrugnęła. Nie. To nie mogło być to, co jej się wydawało. Zareagowała odruchowo, uniosła się z fotela i znalazła się tuz przy nim, aby złapać go za tę rękę i bardziej się przyjrzeć tej błyskotce na jego palcu. - CO TO JEST? - Doskonale wiedziała, co to jest, ale liczyła na to, że sam jej powie. - Fewnick, jakim chujem zdążyłeś się ożenić w pierdolony jeden dzień - Nie panowała już zupełnie nad słowami, które wypływały z jej ust. Minął jeden dzień od kiedy się widzieli, jeden, jebany dzień, a ten zdążył przeprosić tę swoją pannę, oświadczyć się jej i jeszcze wziąć ślub. Mrugnęła, nie mogła uwierzyć w absurd tej całej sytuacji. - Jak, możesz mi wyjaśnić jak? Miałeś ją przeprosić, a Ty zdążyłeś już jej włożyć obrączkę na palec? - No co za typ.

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#13
02.12.2025, 19:32  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.12.2025, 20:22 przez Benjy Fenwick.)  
Życie było pełne mankamentów, ale jakoś funkcjonowaliśmy, nie? Jedni nie widzieli znaków, drudzy nie widzieli konsekwencji… Ostatecznie jakoś wszyscy żyli. Wyjątkiem mógłby być Astaroth, ale tego tematu raczej nie mieliśmy dziś poruszać, nie po to tu byłem. Jej uwaga o tym, że nie dźwignę wszystkich jej talentów naraz, sprawiła, że parsknąłem cicho, unosząc brew tak wysoko, jakby próbowała mnie właśnie obrazić.
- Dawkowaś? - Powtórzyłem tonem udawanego oburzenia. - Myślałem, sze jesteś typem „wszystko albo nic”, ale dobsze, skolo uwaszasz, sze szucenie wszystkich nalas mogłoby mnie przygnieść, to ci uwieszę. Byłoby szkoda, bo dopiero co wróciłem do szywych. - Wypowiedziałem to tonem człowieka, który dobrze wiedział, że jego psychika była raczej taranem niż porcelaną. To było łatwe, naturalne, wręcz idiotycznie przyjemne. Nie sądziłem, że nasza rozmowa może kiedykolwiek mieć taką temperaturę - ciepłą, żartobliwą, bez gniewu.
Jej stwierdzenie, że „nie jest plotkarą”, sprawiło, że kiwnąłem głową z pewną powagą.
- Wiem, sze nie jesteś plotkalą. - Przyznałem, pozornie poważnie. - Gdybyś była, jusz dawno miałbym pszypał na pół Londynu. A jednak jakoś wciąsz jestem tylko lokalną katastlofą.
Na komentarz o mojej przerażającej wizji relaksu przewróciłem oczami i tylko wzruszyłem ramionami.
- Wiesz, nie kaszdy musi mieś subtelne spaczenie. Co poladzę, sze mam szczególne upodobania. Jedni lubią masasz alomatysznymi olejkami, inni wolą wpieldol od szycia, metafolyczną cegłę spuszczoną s dachu. Ja jestem otwalty na doświadczenia. - Zrobiłem niewinną minę, która w moim wykonaniu wyglądała absolutnie nielegalnie. Równie dobrze, jak ja, wiedziała, że coś takiego mógł rzucić tylko ktoś, kto miał bardzo dobry humor i kompletnie stracił ochotę na udawanie lodowatego skurwysyna.
Siedziałem wygodnie, już całkiem zakorzeniony w jej salonie, z kubkiem kawy w dłoni, gdy zaczęła tłumaczyć zasady współpracy.
- Dla mnie słowo zawsze wystalsza, jeśli coś się zmieni, powiem, ale na lasie, ufam, sze oboje mamy czyste zamialy. - Stwierdziłem. Słuchałem uważnie, naprawdę uważnie, bo to, co mówiła o tej „drugiej niej”, pasowało mi jak ulał. Nie miałem zamiaru jej przerywać, wtrącać komentarzy, dopóki nie skończy, dopiero kiedy rzuciła, że nie chce drugiej osoby, która będzie marudzić, przeżywać, zastanawiać się nad opiniami innych…
- To dobsze. - Mruknąłem z lekkim uśmiechem. - Jak masz coś nudnego, lobię. Coś ryzykownego, lobię. Coś, co inni uwaszają za „niepszyjemne”… Tesz lobię. Wiesz, sze opinie ludzi mam w dupie jusz od lat. Nie jestem wybledny. Nie jestem delikatny. Jest lobota, ja idę. - Oparłem się wygodniej, przesuwając kubek w dłoniach.
Wtedy to się stało - jej wzrok zeskoczył nagle w dół, na moją dłoń, na obrączkę, która od kilku godzin była częścią mnie tak naturalną, że zapomniałem, że ktoś może nie wiedzieć, skąd się wzięła. Nawet nie zareagowałem od razu, dopiero gdy uniosła się z fotela jak wystrzelona z kuszy i dopadła mnie w dwóch krokach, łapiąc mnie za rękę, poczułem, jak cały ten spokojny ton rozmowy wyparowuje.  Wypuściłem powietrze, powoli, przynajmniej próbowałem, Znajda, ta mała zdrajczyni, nawet nie drgnęła, tylko położyła łeb na moim udzie, jakby specjalnie eksponując moją rękę, żeby Geraldine miała jeszcze lepszy widok.
- To się nazywa „obląszka”, Gelaldine. - Odparłem z przesadnym tonem, jakbym tłumaczył komuś różnicę między miotłą a kijem. - Złota. Oklągła. Zazwyczaj symbolizuje jedno.
Wybuchła. Absolutnie - jej głos odbił się echem od ścian salonu, Cukier aż uniósł łeb, Pierdoła sapnęła, a Znajda spojrzała na mnie wzrokiem „stary, zrób coś, ona cię zaraz zje” - nie zrobiłem, brnąłem w to, po bandzie, jak zwykle.
- Wiesz, zazwyczaj to ludzie mówią „glatulacje”, a nie analizują matematyczną niemoszliwość… - Mruknąłem, ale nie wyrwałem ręki. Patrzyłem jej prosto w oczy, bez krzywego uśmiechu, bez próby ucieczki. Przyłożyłem wolną rękę do twarzy, przeciągnąłem ją po zmarszczkach między brwiami i wypuściłem powietrze. - „Jakim chujem zdąszyłem się oszeniś?” …balso splawnym. - Tak, to był cały romantyczny speedrun od przeprosin do ślubu. - Powiedziałaś, szebym poszedł i to naplawił. - Dodałem tonem oczywistego faktu. - No to poszedłem, naplawiłem. Wyszło… Hm. Balsiej skutecznie, nisz oboje pszewidywaliśmy. - Nie sądziłem, by to miało wystarczyć, więc od razu przeszedłem do faktów, no, powiedzmy. - Zacznę tak: wychodziłem s balu. Wiwelny. Wychodziłem, nolmalnie, jak cywilizowany człowiek. Jusz miałem dszwi za plecami, i nagle jakiś wielki inteligent wylewa na mnie piwo, a jego kolega, stlateg szyciowy łapie mnie za płaszcz, więc ja mu gszesznie wyjąłem dłoń s mojej kieszeni i powiedziałem „pszyjacielu, nie dotykaj mnie, bo gly bitewne mam w genach. Poza tym, jeśli celowałeś w sakiewkę, to pudło, jeśli natomiast celowałeś w coś naplawdę duszego… To podziwiam odwagę, ale tesz źle, zupełnie chybiasz, mój dlogi, bo to niszej.”
On: „Dawaj, co masz.”
Ja: „Mam dusze szeszy, ale nie dla ciebie, mój, nie twój inteles.” No, bo wiesz, jestem wstydliwy i nie lubię, jak mi obcy faceci wkładają lęce tam, gdzie powinna lobiś to moja sona.
On: „Dawaj kasę albo cię pszetszepię.”
No, nie był w moim typie. Ani on, ani jego kolega.
Ja: „Ty mnie? Pszez kieszeń? To nie jest ani lomantyczne, ani skuteczne. Oddal się zatem, ploszę, w tlybie natychmiastowym.”
Nie skumał szaltu. Szkoda, bo był dobly.
On: „Chodź tu, cwaniaku.”
Zanim zdąszył coś więcej bulknąć, podniosłem go do góly. Gszesznie. Bes emocji. Jak kotka.
I wtedy Sun staje w dszwiach. Idealny timing, wybitny, jakby miała ladal ustawiony na „Benjy lobi głupotę”.
Powiedziała tylko: „Fenwick.” I to wystalszyło, szebym zgubił cały instynkt samozachowawczy.
Powiedziałem jednak: „Sunny, kochanie, daj mi pięś minut.”
Ona: „Daję ci pięś sekund, szebyś pszestał byś idiotą i wyjaśnił mi, co tu lobisz.”
Typ to wykoszystał, wylwał mi się, a potem szusił kuflem we mnie s taką plecyzją, sze pomyślałem, sze mosze jesteśmy lodziną, laszej Yaxley, nie Lookwood, ale nie miał twoich oczu. Tak czy siak, jebnął mi nim w łapę tak, sze asz mi zęby zadzwoniły, ale go połoszyłem.
Sun westchnęła, złapała mnie za lękaw i powiedziała: „Wychodzimy.”
Ja: „Za włosy byłoby szybciej.”
Ona: „Za włosy cię ciągnę, jak dszwi są zamknięte.”
Te, niestety, nie były, więc pociągnęła mnie na zewnątsz, mocniej nisz myślałem, sze ma siły.
No, więc wyszedłem.
Na ulicy powiedziała: „Benjy… „Biznesy w balach? Bójki? A spotkania ze mną to co, fanabelia?”
Ja: „Po plostu szedłem oklęszną dlogą, kochanie, znalazłaś mnie szybciej, nisz ja znalazłem ciebie.”
„Miałeś być w Lumunii. Nie tu. Nie w tej spelunie.”
Ja: „Niby byłem.”
Ona: „Niby?”
Ja: „No, fizycznie byłem. Emocjonalnie byłem… Gdzie indziej.”
„Benjy, napisałeś mi list, w któlym twieldziłeś, sze wyjechałeś s Anglii na zawsze, a ja cię znajduję w melinie na Noktulnie.”
Ja: „To była… Pomyłka geoglaficzna.”
„Pomyłka geoglaficzna? BENJY?”
Ja: „Noktuln tesz jest za granicą. Tak jakby.”
„Zostawiłeś mnie tutaj. Bes słowa. Po tygodniach, w któlych mnie nie opuszczałeś ani na chwilę. Naplawdę? Bez słowa? Bez jednego słowa?”
„Wiesz, sze nie jestem biegły w poszegnaniach.”
A ona mówi do mnie na to: „Benjy Fenwick. Czy ty masz odwlócone płaty mósgowe?”
„Nie? To tylko lekkie wstsząśnienie? Nie pytaj. Wiem. Sun… Myślałem, sze mnie nie chcesz widzieś, wysłałem ci list, a ty nie odpisałaś.”
Ona mi na to: „Jaki kulwa list? Nic nie dostałam, a posa tym, gdybym cię nie chciała widzieć, nie wyciągałabym cię s balów. Widzisz mnie? Jestem. Nadal.”
Ja: „Po tym wszystkim… Nadal?”
Ona: „Benjy, jak jusz kogoś kocham, to do globowej deski. Dosłownie.”
„Ty nie powinnaś chcieś kogoś takiego. Ja się nie zmieniam.”
Ona: „Ja chcę dokładnie twojej popieldolonej welsji. Jesteś w moim klimacie.”
Powiedziałem jej jeszcze: „Nie chcę cię w to wciągaś.”
A ona: „Za póśno. Jusz w to wlazłam.”
Powiedziałem: „Ale ja jestem popieldolony.”
Ona: „Wiem. I?”
Ja: „Łatwo się ode mnie odchodzi, łatwo przy mnie umiela. Nie jestem w stanie być nolmalny, Sun. Mam szeszy, któle mnie glyzą.”
A ona: „Glatulacje, Fenwick, nie jesteś specjalny. Ja tesz mam swoje demony.”
„Sun… Ja mam duszo tlupów wokół siebie.”
Na co ona spojrzała tak, jakby się uśmiechnęła w ślodku i mówi: „To zajebiście. Ja placuję w kostnicy, lubię zwłoki. Posa tym mam szpadel i umiem kopaś.”
A potem jeszcze: „Benjy, ja naplawdę… Ja naprawdę nie wiem, co mam s tobą zlobiś. Odszedłeś, nie wyblałeś mnie, telas tesz odchodzisz.”
Ja: „Zawsze cię wybielam. Tylko czasem źle.”
Ona: „Źle to twoje dlugie imię, mhm.”
Ja: „Technicznie to Benjamin.”
Ona: „Ty mnie doplowadzisz do wczesnej śmielsi.”
Ja: „To moszemy być złoszeni lasem. Wyjdziesz za mnie?”
Ona dosłownie zamalła, jakby ktoś odciął jej dostęp do szeczywistości, a potem: „Powtósz.”
Więc powtószyłem: „Wyjdziesz. Za. Mnie?”
Cisza. Długa. Tak długa, sze poczułem, sze mosze tszeba zacząś kopaś ten glób, tylko jednoosobowy.
W końcu: „…tak.”
No i potem jusz poszło coś na zasadzie: „Tak- tak? Natychmiastowe tak, czy takie s gwalancją zwlotu, bo moszemy poczekaś?”
Ale no, wiesz. Czekanie nie jest moją mocną stloną. Pół szycia na nią czekałem.
No to poszliśmy do stalej baby na Noktulnie. Takiej co wygląda, jakby szyła od czasów Melina, i zanim powiesz „Benjy, dlaczego?”, odpowiadam: to była jedyna osoba, któla mogła nas zarejestlowaś o tej posze, od lęki.
Spytała: „Pala chce ślub s klątwą czy bez?”
Sun: „Bez.”
Ja: „Bez.”
Babka była zawiedziona. Powiedziała: „To pierwszy ślub bes klątwy od tszech lat, nie wiem, co jest s wami nie tak, ale duszo, w gluncie szeszy gówno mnie to jednak obchodzi. To chociasz klopla klwi, tlochę bólu i mały pentagram s szacunku dla nie-Matki?” Bogini laszej nie pszyjaśni się s takimi kapłanami, wiesz.
Sun spojszała na mnie, ja wzluszyłem lamionami: „Pentagram wygląda ładnie na zdjęciach.”
Babka: „Galeony poploszę.”
Gel, jak mówię, sze wywaliłem na to wszystko, całe jebane oszczędności, jakie miałem przy sobie, to nie kololyzuję. Sun tesz dała swoje, cały mieszek. Nie pytaj, ile. W kaszdym lasie… Włoszyliśmy w ten lytuał tyle kasy, sze pewnie byłoby nas staś na dom w Dolset albo gdzieś tlochę dalej, ale szczesze? Celemonia była walta więcej nisz wszystkie galeony lasem. W takim pszypadku dlogo znaczy całkiem uczciwie. Gdyby ta stara baba była tańsza, to bym się zaczął maltwiś. Myślę, sze właśnie dzięki temu nie zapszedaliśmy duszy pielwolodnego czy coś na tej zasadzie. No i był pentagram, świeczki, złote kielichy. Piłem krew mojej sony s kielicha, ona moją, stala baba mluczała coś w staloangielskim i po łacinie, tlochę bolało, tlochę nie, ale wszystko w świetle plawa, to najwaszniejsze. Dała nam papiel do Ministelstwa, co plawda kazała podpisaś klwią, ale potem ta klew zmieniła się w atlament, by to było legalne, nie demoniczne, więc luz. No. Leszty moszesz się domyślaś, nie?
- Posłałem jej uśmiech, tym razem wymowny, jednoznaczny.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#14
02.12.2025, 21:30  ✶  

- Nie chciałabym Cię zabić, jeszcze zacząłbyś mnie nawiedzać jako ducha, a to mogłoby być dla mnie zbyt wiele. - Zdecydowanie wolałaby go nie mieć na sumieniu, wiedziała, że był kurewsko zawzięty, jeszcze by jej uprzykrzał życie, tego wolała uniknąć, bo to miało być już raczej bezproblemowe.

Wiedziała, że był w stanie dźwignąć wiele, byli ulepieni z podobnej gliny, ciężko było ich ruszyć, ale nawet takie osoby miały bardzo głęboko ukryte uczucia, które dało się zranić. Nie o tym teraz jednak rozmawiali, a o wachlarzu jej umiejętności i talentów, które były zachwycające, jeszcze będzie miał je wszystkie szansę poznać i docenić, była tego pewna.

- Nie wyglądasz mi na katastrofę, Fenwick. - Nie tym razem, jeszcze wczoraj faktycznie wyglądał, jak jedno, bardzo wielkie nieszczęście, dzisiaj jednak to się zmieniło. Był swoim zupełnym przeciwieństwem, to było naprawdę niesamowite zjawisko móc porównywać te dwie wersje do siebie w tak krótkim czasie. Yaxley chyba jeszcze się z czymś takim nie spotkała.

- Zapamiętam to sobie na przyszłość. - Skoro mieli współpracować to będzie mogła to wykorzystać, Yaxley może nie miała najlepszej pamięci, jednak istotne fakty potrafiła jakoś z niej wygrzebać. Pewnie zbyt wiele razy uderzyła się w głowę, aby pamiętać każdy szczegół rozmowy, który przeprowadziła.

Nie mogła się nadziwić, w jak dobrym był nastroju, nie dało się bowiem tego nie wyczuć, nie pasowało to do tego Fenwicka, którego miała szansę poznać nieco bliżej, ale dobrze, dobrze było widzieć, że on też miewał lepsze momenty, chociaż był odrobinę przerażający w takiej wersji, brr cieszył się jak głupi do sera.

Geraldine rozsiadła się w fotelu, Cukier siedział na jej kolanach, nie przestawała go smyrać po sierści, w takich warunkach mogła przeprowadzać rozmowy biznesowe. - Nie tylko na razie, serio, za bardzo Cię potrzebuję, żeby coś odjebać, zresztą nie mam w zwyczaju odpierdalać. - Mówiła wprost, nie miała oporu, aby przyznać przed nim, że aktualnie była trochę w dupie i naprawdę brakowało jej kogoś doświadczonego u swojego boku. Żaden z jej braci nie nadawał się do współpracy, Thes też wyjechał, została zupełnie sama, a nie była w stanie w pojedynkę ogarnąć wszystkich zleceń. Pewnie jeszcze z miesiąc temu mówiłaby, że jest inaczej, ale teraz wypadało podchodzić do tego racjonalniej, bo nie chodziło tylko o jej zdrowie i życie, odpowiedzialnie podchodziła do tej nowej funkcji, którą miała pełnić, a przynajmniej na tyle na ile się dało, bo pewna była, że póki jej gabaryty będą na to pozwalały to nie odpuści sobie polowań, nie poradziłaby sobie zamknięta w czterech ścianach na pół roku, to byłoby dla niej zbyt wiele.

- Kolejna rzecz, która nas łączy. - Greengrass-Yaxley również nie przejmowała się opinią ludzi i właśnie na kimś takim jej zależało, wiedziała jak to jest, kiedy patrzą na Ciebie jak na największe zło, bo zabiłeś coś przez to, że zagrażało życiu niewinnych ludzi, trafiali się tacy, którzy porównywali to do morderstwa, spoglądali na nią, jakby zabijała niewinne szczeniaczki, co było gówno prawdą. Musieli mieć twardą skórę, i nie przejmować się takim pierdoleniem.

- Plus, jak będzie coś wyjątkowo interesującego i fajnego, to też my to bierzemy, wiesz jak jest za całą gównianą robotę należy nam się nagroda. - To też było dość ważne, coś za coś, wszystkie najgorsze zlecenia powodowały, ze mogli też kraść te najlepsza, było to całkiem logiczne, co nie?

Tak, wtedy zauważyła to błyśnięcie, które spowodowało, że podniosła się z fotela bardzo szybko, Cukier nieco przez to oberwał, bo znalazł się na podłodze w bardzo drastyczny sposób, spojrzał nawet na nią z dezaprobatą, jednak się tym nie przejęła, była teraz zajęta, oglądaniem z bliska tego świecidełka na palcu Fenwicka. O KURWA.

- Nie łap mnie za słówka! WIDZE PRZECIEŻ, tylko nie rozumiem, nie wiem, jak? - Nie do końca panowała nad swoją reakcją, Geraldine była porywcza, dosyć często jej się to zdarzało, entuzjazm... ten entuzjazm potrafił zabijać, jeśli ktoś nie był na niego przygotowany.

- Nie jestem zwyczajnym człowiekiem, im możesz wciskać jakieś bajeczki, ja się kurwa serio pytam jak do tego doszło, jakim cudem? - Jej mózg nie potrafił tego ogarnąć, nic jej się nie zgadzało, przecież ledwie wczoraj rano... ja pierdole, on wyglądał jak chodzący trup, trzy dni temu rozkleił się i jęczał, że panna go nie będzie chciała, że zjebał, a teraz? Teraz siedział tuż przed nią i najwyraźniej w kilkanaście godzin zdążył zmienić stan cywilny. Prawdziwy z niego łowca... potrafił szybko usidlić ofiarę.

- Tak, mówiłam, żebyś to naprawił, a Ty się z nią ożeniłeś. - Mrugnęła, no niesamowite, chciał uciec, a jednak wybrał zupełnie inną drogę, pozwolił się usidlić, albo to on usidlił ją? Może zrobili to sobie nawzajem?

- Bardziej skutecznie chyba nie mogło wyjść, no, nieźle Ci to wyszło, potrafisz zaskoczyć. - Miała chęć powiedzieć, że jest z niego dumna, dumna, że poszedł po rozum do głowy, ale nie była przecież jego matką.

O, sam zaczął mówić, niesamowite, nie musiała go nawet ciągnąć za język, wspaniale, zaspokoi swoją ciekawość.

Słuchała go uważnie, oczy miała szeroko otwarte, jakby to mogło jej pomóc w jakikolwiek sposób rejestrować to, co mówił. Oczywiście, że musiał najpierw poleźć na Nokturn, westchnęła ciężko, kiedy to usłyszała, no, nieładnie, powinien najpierw poszukać tej swojej dziewczyny, a później iść do jakiejś speluny, cóż, grunt, że to nie przeszkodziło mu w tym, żeby dopiąć swego. Wraz z tym jak brnął dalej, opowiadał coraz to więcej Geraldine zaczęła chodzić po salonie, w kółko, musiała to rozchodzić. Niesamowite, pobił się z kimś w barze, tam go znalazła ta jego piękna, wyprowadziła go za fraki, co za historia, a później od słowa do słowa, zaczęli się przepraszać, gadać i skończyło się na tym (a może dopiero zaczęło), że wzięli ślub na Nokturnie, którego udzieliła im jakaś stara baba, która kazała im pić swoją krew. JAPIERDOLEKURWA, że też nie ogarnęła sobie popcornu zanim zaczął opowiadać jej to wszystko.

Zatrzymała się w końcu, gdy skończył, przyglądała mu się dłuższą chwilę, pełna podziwu, tak mógł go dostrzec w jej oczach, NO URZEKŁA ją jego historia, niesamowite.

- Mówiłam Ci kurwa, że możesz zostać bohaterem romansidła, ja pierdole, to brzmi jak jakaś wymyślona historia, ale nie mogę Ci nie uwierzyć, bo masz na palcu pierdoloną obrączkę. - Zresztą pewnie trudno byłoby mu coś takiego wymyślić na poczekaniu, zbyt wiele szczegółów padło.

- Potrafisz zdziałać cuda Fenwick, nie wiem co i jak jej robiłeś, że postanowiła w to wejść, może lepiej, żebym nie wiedziała, ale no, nieźle, naprawdę nieźle, potrafisz jednak wziąć się w garść i jak to robisz to na pełnej piździe. - Dobrze, że w jego towarzystwie nie musiała uważać na słowa.

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#15
03.12.2025, 19:28  ✶  
W pierwszej chwili tylko na nią popatrzyłem - na ten jej intensywny, nieprzyzwoicie wnikliwy wzrok, którym potrafiła przeciąć człowieka jak zaklęciem. Stałem jeszcze w ogrodzie, psy kręciły się przy moich nogach, a skórzany płaszcz łopotał na wietrze. Byłem szczęśliwy, idiotycznie, boleśnie wręcz szczęśliwy. Powietrze na zewnątrz było zimne i surowe, pachniało mokrą ziemią, dymem i jakąś cholernie znajomą nutą brytyjskiej jesieni, która zawsze kleiła się do płaszcza. Ruszyliśmy powoli w stronę nowej posiadłości Geraldine, a ja wciąż miałem to idiotyczne poczucie, że wyglądam… Inaczej. Może dlatego, że czułem się inaczej - lekki, spokojny. Bardzo… Ożeniony, kurwa.
Parsknąłem śmiechem. Nie takim delikatnym, tylko tym pełnym, szczerym, który mnie aż zabolał w żebrach, bo jeszcze wczoraj czułem jakby mnie ktoś bił od środka. W każdym razie - uniosłem brew, patrząc na nią z tym dzisiejszym, nieprzystojnie lekkim nastrojem, i parsknąłem pod nosem, kiedy rzuciła, że nie chciałaby mnie zabijać, bo bym ją nawiedzał. Podniosłem wzrok, wiatr znów rozgarnął mi włosy. Powinienem wyglądać poważnie, groźnie, tak zwykle wyglądałem, ale teraz? Gówno z tego zostało. Tego dnia mogłem co najwyżej straszyć pszczoły swoim uśmiechem. Ja. Kurwa. Śmiałem się. Nie sądziłem, że kiedykolwiek będę się tak uśmiechał, idąc obok Geraldine po ścieżce prowadzącej do jej nowego, odklątwionego domu. Jeszcze wczoraj wyglądałem jak wrak, a dziś… No, dziś wyglądałem jak typ, który zrobił coś kompletnie popierdolonego i był z tego dumny.
Kiedy powiedziała, że nie chciałaby mnie zabijać, bo „zacząłbym ją nawiedzać jako duch”, parsknąłem, bo wyobrażenie mnie, łażącego za nią przez wieczność i komentującego jej decyzje zawodowe, było tak trafione, że aż poczułem ukłucie dumy. Faktycznie - za bardzo lubiłem komentować, prowokować, a nawet zza grobu nie mógłbym sobie odmówić.
- Spokojnie. Szadnego nawiedzania. Sun by mnie nie puściła, nawet po śmielsi. Powiedziałaby coś w stylu „jak masz stlaszyś, to stlasz we właściwym domu”. - Wzruszyłem ramionami. Nauczyłem się, że niektóre kobiety mają w sobie głos, który lepiej traktować jak prawo natury.
A potem walnęła tekst „nie wyglądasz mi na katastrofę, Fenwick.” To mnie autentycznie rozbroiło. No. Ujęło mnie to. Nie powiem, że nie. Pokazałem zęby w uśmiechu - prawdziwym, naturalnym, ostatnie dni zrobiły ze mnie coś między ruiną a cmentarzyskiem, dzisiejszy dzień był anomalią, rzadką, ale moja twarz trzymała się tak uporczywie tej euforii, że nie byłem w stanie jej zgasić.
- Wiesz, to jeden s najdziwniejszych komplementów, jakie w szyciu dostałem. - Mój głos był lżejszy, niż powinien. - Dziś akulat ją nie jestem. - Odpowiedziałem, przeciągając się i czując, jak obrączka ociera mi się o skórę. Nie patrzyłem na nią - wiedziałem, że tam była. Wiedziałem też, co robiłem, mając ją na palcu. - Czasem jestem katastlofą kontlolowaną, jak planowany wybuch. Czasem po prostu katastlofą. - W moim była ta twarda, półżartobliwa analiza człowieka, który dopiero co wrócił z własnego piekła i udaje, że ma wszystko pod kontrolą.
- Mhm. Zapamiętaj to na pszyszłość, skoro chcesz, ale pamiętaj jedno, ja tesz pamiętam wszystko. Nawet to, czego nie powinienem.
Ruszyliśmy do środka. Psy biegły obok. Geraldine otworzyła drzwi, weszliśmy do środka, a ja zdjąłem płaszcz, jakby to był najzwyklejszy dzień w pracy. Tak jakby to, że wziąłem ślub na Nokturnie po bójce w barze, było czymś normalnym.
- Doskonale, bo ja tesz nie mam w zwyczaju odpieldalaś, chyba sze dla zabawy, ale to w godzinach wolnych. - Kiwnąłem głową, nie dodając, że były od tego pewne wyjątki, bo to chyba było jasne - jak jeszcze jeden idiota nazwie mnie mordercą, bo zdjąłem coś, co próbowało mu przegryźć tchawicę, to osobiście mu pokażę, jak wygląda alternatywa, ale to tyle.
A potem, no, właśnie - przeszliśmy do tego mojego czasu wolnego.
Podniosła się z fotela w sekundę, pies spadł na podłogę jak worek ziemniaków, a zanim zdążyłem się cofnąć, trzymała mnie za dłoń i wpatrywała się w mój palec. Nie mogłem nie zauważyć, że ta „kurwa” to było niemal pierwsze, co powiedziała. Nie „gratulacje”, nie „ależ piękna obrączka” - nie. „O kurwa.” Słuchałem tych wszystkich „jak?” „co?” „cudem?” i prawdę mówiąc, rozumiałem ją. Sam bym się na jej miejscu zastanawiał, jak to możliwe, jakim cudem, jakim pierdolonym tempem ja pracuję, jak mogłem w kilkanaście godzin przejść z „moja dziewczyna mnie chyba nienawidzi” do „to moja żona, proszę bardzo”. Gdybym zobaczył kogoś wczorajszego - mnie, kurwa - a potem zobaczył mnie dzisiejszego, też bym uznał, że po drodze wydarzyło się coś nierealnego.
- Tak, mówiłaś, szebym to naplawił. Jednocześnie sama mi sugelowałaś, sze to muszą byś powaszne pszeplosiny. - Uśmiechnąłem się z tym cholernie głupim entuzjazmem. - Chciałaś, szebym poszedł, przeplosił, ogalnął się, więc poszedłem, pszeplosiłem, ogalnąłem się i oświadczyłem. Kolejność mosze nie była podlęsznikowa, ale nie zapszeczysz, lesultat jest zajebiście skuteczny.
Zrobiła krok w tył, spojrzała na mnie jak na przeterminowaną gwiazdę kina akcji, po czym zaczęła chodzić po salonie jak pies tropiący, więc mówiłem. Byłem w nastroju, żeby opowiedzieć jej wszystko. Każdy element tej szalonej, popieprzonej, nokturnowej epopei. „Jak?” To było dobre pytanie, cholernie dobre. Sam wciąż nie wiedziałem, jak to się, kurwa, stało, ale skoro już mnie cisnęła, to opowiedziałem - wszystko, bez cięć, bez wybielania. Od Nokturnu, przez mordobicie, przez to jak piękna kobieta wyciągnęła mnie za fraki jak nadpobudliwego psa, który zaszczał dywan, aż po starą wiedźmę, która kazała nam pić krew. Aż po wydanie całej kasy, bo jak rytuał na Nokturnie jest tani, to znaczy, że ktoś chce twojej krwi bardziej niż ty chcesz czyjejś miłości. To było tak popierdolone, że aż logiczne. Tak, to było… Również romantyczne. W popierdolonym, nokturnowym stylu. Geraldine słuchała z oczami jak galeony, były jak dwa księżyce, rozświetlone tak, że czułem się jak performer na scenie. Krążyła po salonie jakby odprawiała jakiś rytuał przywołania, i klęła tak często, że czułem się jak w domu. Było w tym coś… Rozkosznego. Szczególnie wtedy, kiedy zawiesiła na mnie spojrzenie, w którym zobaczyłem pełne „ty skurwysynu”, wymieszane z czystą fascynacją, „no, słucham dalej, cwaniaku.” Nie przyznawałem się do tego głośno, ale Geraldine w trybie „emocjonalny pożar” była moim ulubionym widowiskiem. Śledziłem ją wzrokiem z przyzwyczajenia, tak jak śledzi się drapieżnika, nie wiedząc, w którą stronę skoczy. Geraldine rosła w oczach jak dobrobyt na czarnym rynku. Przechodziła od szoku, przez rozbawienie, po absolutne, czyste rozkoszne niedowierzanie. Przechyliłem głowę, przyglądając się jej reakcji, obserwowałem ją z mieszaniną rozbawienia i zadowolenia, bo nieczęsto można było doprowadzić Geraldine Greengrass-Yaxley do takiego stanu, że wyglądała jakby jej mózg gotował się od nadmiaru informacji. Jej mina, kiedy skończyłem, była bezcenna, gapiła się na mnie jak na jakiegoś bohatera z taniej książki, tylko że z większą ilością kurw na stronę, kiedy rzuciła, że mówiła mi, że mogę być bohaterem romansidła, po prostu się zaśmiałem - głęboko, cholernie szczerze.
- Lomansidła, Gelaldine? Ja? Widzisz moją moldę? - Dotknąłem policzka. - Ja się nadaję do kloniki klyminalnej, nie lomansu. - Dotknąłem obrączki kciukiem. Ciężko było jeszcze uwierzyć. - Wiem. - Powiedziałem, zanim zdążyła rzucić kolejnym komentarzem. - To bszmi jak gówno s kiosku na dwolcu, ale tak było. Widzisz? Słucham cię czasem. - Mruknąłem. - Nawet jak to plowadzi do… No, tego.
Usiadłem ciężej na kanapie, przetarłem dłonią kark i spojrzałem na nią z lekkością, która jeszcze wczoraj była nieosiągalna.
- Wiem, sze to szybkie. - Powiedziałem szczerze. - Ale to było… Właściwe, jakkolwiek to zabszmi. Tak, wiem, sze tszy dni temu wyglądałem jak tlup i jęczałem, sze nie chcę jej stlaciś, ale nie umiem tego ogalnąś. A telas jestem tutaj. Inny. O wiele balsej inny, nisz powinienem byś, ale kulwa… Gelaldine, ja ją kocham. - To zabrzmiało spokojnie, zbyt spokojnie. A potem dodałem, uśmiechając się szerzej. - Zapamiętaj sobie na pszyszłość, sze jak mi coś wbijesz do głowy, to ja to lobię na pełnej piździe. - Mruknąłem, podnosząc brew. - Nie wiem, czy to mądle, ale mądly nigdy nie byłem. Mnie nie musisz owijaś w bawełnę. Mówisz „idziemy”, ja idę. Mówisz „lobimy”, lobimy. Mówisz „zabij”, pytam tylko „tego czy tamtego”. Mówisz „powinieneś ją pszeplosiś”, ja mówię „ok, ale pamiętaj, sze jestem człowiekiem czynu, nie słowa”. - Uśmiechnąłem się jeszcze szerzej, przesuwając po nadkruszonym zębie. - Wiesz… Plofesja zobowiązuje, więc tludno, szebym był besnadziejny w plaktycznej części pszeplosin. - Oparłem się wygodniej, rzucając jej krzywy półuśmiech. - Tak między nami… Potlafię tesz byś balso gszeczną dziewczynką, jeśli sytuacja tego wymaga. - Mrugnąłem do niej bezwstydnie. - Mam wtedy te swoje dusze, bląsowe oczy, te gęste szęsy… Wyglądam podobno wyjątkowo pszekonująco, zwłaszcza kiedy klęczę. - Parsknąłem cicho, bo ten żart brzmiał absolutnie idiotycznie, ale nie mogłem sobie odmówić. - No co? - Rozłożyłem ręce. Mój głos obniżył się instynktownie, bo prawda była taka, że Sun… Sun była jedyną osobą, która potrafiła mnie zatrzymać, trzymając mnie za nadgarstek.
Za ramię.
Za włosy.
Za cokolwiek.
Każde jej „nie rób tak” brzmiało bardziej jak „zrób to jeszcze raz”.
- Nie moja wina, sze działa. I sze wygląda tak, jak wygląda. - Uśmiechnąłem się szerzej, już w pełni świadomy, że daję jej dokładnie ten rodzaj informacji, który potem będzie mi wypominać latami. - Pszynajmniej telas mam pletekst, szeby wyglądaś jak człowiek, a nie jak wlak. Wiesz, sony działają motywująco. - Pochyliłem głowę i uśmiechnąłem się w sposób, który mówił więcej niż powinienem.
Cukier przeszedł mi pod nogami, jakby próbował odzyskać honor po upadku, a ja nachyliłem się i podrapałem go po łbie.
- No. - Zakończyłem, rozkładając ręce. - To tyle. Twój paltnel do loboty jest telas męszem. Ale spokojnie, nie zamieszam się lobiś miękki. Dalej będę zapieldalał tak, jak tszeba.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#16
03.12.2025, 21:21  ✶  

- To całkiem urocze, że zamierzasz się jej słuchać nawet po śmierci. - Cholera, nie sądziła, że kiedykolwiek powie mu, że jest uroczy, stał przed nią ten wielki typ, którego bała się pewnie większość Nokturnu, nie wspominając nawet o zwyczajnych ludziach, a wydawał się być teraz niczym mały, słodki szczeniaczek, gdy wspominał o tym, że jego panna nie pozwoliłaby mu nawiedzać kogoś innego niż jej, więc ona nie musiała się martwić o to, że będzie zawracał jej dupę jak umrze. Całkiem dobrze było to wiedzieć, bo zdawała sobie sprawę, że jakby się na coś uparł, to na pewno by to  zrealizował, potrafił być okrutnie  nieustępliwy.

Nie przywykła do dźwięku jego śmiechu, nie robił tego często w jej towarzystwie, teraz śmiał się tak głośno, że było to, aż nienaturalne, widzieć go w takim nastroju. Chyba musiała się przyzwyczaić do tej nowej, optymistycznej wersji Fenwicka.

Nie wyglądał na katastrofę... to znaczy nadal miał obitą mordę, pękniętą jedynkę, ale jednak daleko mu było do katastrofy, bo nie chodziło tu o aparycję, ale o tę aurę, uśmiech, który co chwila, mimowolnie wpełzał mu na usta, ten śmiech, całościowo zdecydowanie było mu daleko do katastrofy, więc wspomniała o tym, że nie wyglądał jej na jedną z nich. Mówiła prawdę, jak zawsze zresztą, bo Greengrass-Yaxley nie miała w zwyczaju sięgać po kłamstwo.

- To czyni mnie trochę wyjątkową. - Skoro był to jeden z najdziwniejszych komplementów jaki usłyszał... dla niej te słowa też były komplementem, bo Geraldine lubiła odbiegać od normalności. Traktowała inność, jako zaletę.

- Bycie katastrofą od czasu do czasu to nie jest nic złego, dobrze jest czasem pozwolić sobie na takie momenty. - Kto nie był chodzącą katastrofą chociaż raz niech pierwszy rzuci kamieniem, ona całe lato ledwie ciągnęła nogi, bo była taka rozwalona, ale nie było bagna, z którego nie dałoby się wydostać, doskonale zdawała sobie z tego sprawę.

- Jasne, skoro ja pamiętam i Ty pamiętasz, to będziemy mogli sobie wszystko wyciągać, a wiem, że Ty też nie należysz do tych, którzy lubią oszczędzać innych. - No i dobrze, dobrze było mieć przy sobie kogoś takiego, kto nie miał oporu przed tym, aby od czasu do czasu uderzyć tak, żeby zabolało.

- To, co robisz w wolnym czasie mnie nie interesuje, no chyba, że z moim mężem, bo wtedy odrobinę. - Oczywiście, że nie należała do tych ograniczających małżonek, jednak lubiła wiedzieć, co się dzieje, żeby przygotować się na każdą ewentualność. Roise i Benjy przyjaźnili się od lat, nie było więc niczym dziwnym to, że ich drogi będą się krzyżować nie tylko na tej zawodowej ścieżce, no byli swoją rodziną z krwi, czy tam wybraną, tak właściwie to jedno i drugie.

Później, później wszystko potoczyło się zaskakująco, bo dostrzegła tę obrączkę na jego palcu i nie umiała usiedzieć w miejscu, zareagowała odruchowo, zresztą przy nim nie musiała udawać, że jest jej to obojętne, bo nie było. po tym jak spędzili razem noc w Rumunii zainteresowała się nieco tą historią, była ciekawa jak się zakończy, nie przewidziałaby jednak nigdy takiego zakończenia, to był dopiero niesamowity zwrot akcji.

- Dobra poważne przeprosiny to jedno, Ty postanowiłeś się oświadczyć, kurwa to jest dopiero grube. - No było grube, bardziej niż mogłaby założyć. Myślała, że kupi jej kwiatki, powie, że był debilem, a ona albo go przyjmie, albo nie, a ten postanowił poprosić ją o rękę, z taką obitą mordą, ze złamanym zębem, co śmieszne najwyraźniej pannie to w niczym nie przeszkadzało. Musiała być w nim kurewsko zakochana i dobrze, zasługiwał na taką miłość.

- Prawda, nie można Ci zarzucić braku skuteczności, to było kurewsko skuteczne. Zresztą widzę, że służy Ci bycie mężem, nie wyglądasz już jak zbity pies. - Oczywiście, że i to musiała poruszyć, że też zmiana stanu cywilnego mogła całkowicie odmienić człowieka. To powinna być jakaś oficjalna metoda dla wszystkich ludzi, jest ci chujowo - weź ślub, wtedy zobaczysz, że życie jest piękne.

Miała spore szczęście, że postanowił się z nią podzielić tą szczegółową historią, bo naprawdę było co opowiadać. W życiu niektórych osób nie wydarzyło się pewnie tyle, co u niego przez jedną noc. Teraz to jej zaimponował. Nie mogła ustać w miejscu, chodziła więc w kółko próbując to wszystko przetrawiać na bieżąco. Oczywiście, że wybrał Nokturn, jakąś starą zaklinaczkę, i jeszcze doprowadził wszystko do skutku, przecież nie mógł mieć pewności, że to się uda, a jednak działało, wszystko jakoś mu się ułożyło. Co jakiś czas potakiwała, czy szeroko otwierała oczy słysząc kolejne szczegóły, ta historia była niesamowita.

Widziała w życiu naprawdę wiele, mało co było ją w stanie zaskoczyć, nigdy jednak nie słyszała czegoś takiego. Kurwa, Benjy Fenwick zrobił na niej wrażenie swoją determinacją, wiedziała, że dobrze jest mieć go po swojej stronie, po czymś takim? No kurwa, nie chciałaby być jego wrogiem, jeśli do nich również podchodził w ten sposób.

Na szczęście przy nim nie musiała nad sobą panować, reagowała tak jak czuła, na każde słowo, z niedowierzaniem, zaskoczeniem, radością, co za pierdolone zwroty akcji, no nic tylko ktoś musiał to opisać, przełożyć na papier, a później może na mugolski film? Na pewno trafiłby do wielu odbiorców.

- Widzę Twoją mordę, ale laski na takich lecą, nie wiesz? Lubią bad boy'ów, idealnie się wpasowujesz w taki typowy schemat. - Zmierzyła go przy tym wzrokiem od stóp do głów, jak nic była to sobie w stanie wyobrazić. - Zresztą to ma być książka, można napisać, że byłeś kurewsko przystojny, kto to zweryfikuje? - Trochę fikcji literackiej wystarczy, aby to się sprzedało. - No, nie powiem, jestem zaskoczona, że posłuchałeś, ale w życiu nie spodziewałam się, że skończysz jako jej mąż, kurwa, dobra robota. - Dodała jeszcze. Pewnie znalazłyby się osoby, które nieco negowałyby taką spontaniczną decyzję, szybką akcję, ale do niego to pasowało, reagował od razu na to, co przynosił mu los, pięknie to rozegrał, nie mógł piękniej.

- Musisz ją kurewsko kochać, nie robi się takich rzeczy, jak się nie jest tego pewnym. - Nie spodziewała się, że przyjdzie im kiedykolwiek jeszcze rozmawiać o miłości, jak widać niczego nie można być do końca pewnym, dobrze, że teraz robili to w zupełnie innym kontekście.

- To brzmi obiecująco Benjy, tylko jedna sprawa, jeśli będziesz widział, że przeginam, że robię coś, czego nie powinnam, to nie bój się mnie zatrzymać, trzasnąć jak trzeba będzie, bo czasem nie myślę logicznie, a muszę zacząć, za bardzo jednak kocham ryzyko, a teraz nie mogę sobie na to pozwalać. - Ton jej głosu nieco się zmienił, jeśli mieli współpracować, musiał wiedzieć, że potrzebowała od niego również tego, że jak pojawi się taki moment, to zareaguje, nie będzie miał obaw, żeby nią potrząsnąć, tak jak ona ostatnio potrząsnęła nim, mogło być przecież różnie.

- Tego chyba wolałabym nie wiedzieć, bo teraz mam przed oczami Twój obraz w sukience Fenwick. - Parsknęła śmiechem, wiedziała, że nie o to mu chodziło, ale była prostym człowiekiem, mówił dziewczynka, ona widziała sukienkę.

- Nie mnie to oceniać, ale skoro to przyniosło takie skutki, to te Twoje klęczenie mówi samo za siebie. - Bo był tu teraz u niej, zupełnie odmieniony, szczęśliwy, jakby pozbył się bardzo niewygodnego ciężaru, który ciągnął go w dół.

- Przecież wiem, to, że masz żonę nie oznacza, że nagle zmieniłeś charakter. - Chociaż może trochę, odrobinkę, skoro nie dusił już tego w sobie, tylko pozwolił sobie sięgnąć po swoje to coś musiało się zmienić.

- A, wiesz co? Tak w ogóle to gratulacje. - Powinna była od tego zacząć, powinna, ale dopiero teraz, kiedy usłyszała całą historię mogła mu pogratulować.

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#17
04.12.2025, 13:23  ✶  
Patrzyłem, jak przygląda mi się tak, jakby zastanawiała się, gdzie podział się typ, który trzy dni temu wyglądał jak porzucona brudna szmata. Zerknąłem na nią spod oka, bo wyglądała tak, jakby faktycznie wyobrażała sobie moją upierdliwą zjawoformę siedzącą jej na kanapie, a kiedy powiedziała, że to „urocze”, że zamierzałem słuchać swojej żony nawet po śmierci, spojrzałem na nią jak na osobę, która właśnie zdiagnozowała u mnie coś śmiertelnego.
- No tak, tak, „ulosze”. - Parsknąłem. - Jakbyś wiedziała, ile lasy ja się jusz na śmielsi pszejechałem, to na moim miejscu tesz doceniłabyś, sze pszynajmniej jedna kobieta tszyma cię za moldę nawet w zaświatach. - Zmrużyłem oczy, bo musiała zrozumieć, że nie rzucam tego lekko.
Patrzyła na mnie jak na jakiegoś jebanego wielkiego psa, który próbował udawać groźnego, a kończył szczęśliwie machając ogonem, co było samo w sobie tak absurdalne, że aż poczułem, jak zmienia mi się mina - szczeniak, ja? - co gorsza, poza tym spojrzeniem, nie mogłem nic z tym zrobić, bo humor miałem tak dobry, że aż nienaturalny - ona też to zauważyła, nie dało się tego uniknąć, za żadne skarby. Patrzyła na mnie jak na jakiegoś jebanego optymistę z przeceny.
I wtedy padło to jej „to czyni mnie trochę wyjątkową”.
- Wyjątkowa to ty byłaś zawsze. - Prychnąłem. Rodzinna tradycja pasywnej agresji - tęskniłem za tym.
Prychnąłem znowu - dziś dużo prychałem - kiedy zaczęła filozofować o katastrofach i o tym, że czasem warto być rozpierdolonym. Usłyszałem jej tłumaczenie o byciu takim od czasu do czasu, oczywiście, że mogłem się z nią zgodzić - każdy z nas miał swoje pieprzone dna, jakoś mnie to nawet uspokajało.
- Wszyscy czasem wyglądamy jak gówno wyciągnięte s szeki. - Wzruszyłem ramionami. - Lósnisa polega na tym, sze nie kaszdy potlafi s tego wyjść. Ty potlafis. Ja tesz. Zawsze byliśmy tlochę nie do zajebania. - Było w tym dużo prawdy, zawsze działała intensywnością, którą dało się pomylić z autodestrukcją, a ja byłem nie lepszy. Kiedy mówiła, że pamiętamy rzeczy „do wyciągania sobie nawzajem”, kiwnąłem głową z udawanym namysłem.
- Nie po to mam język, szeby go glyść. - Uniosłem głowę, zmrużyłem oczy, uśmiechnąłem się kątem ust. - Pamiętam. Ty pamiętasz. Oboje jesteśmy pamiętliwi jak stale baby na talgu. - Powiedziałem, zerkając na nią spod uniesionych brwi. - I właśnie dlatego ta współplaca s nami to dla innych koszmal. Idealnie. Supel pelspektywa, dziękuję balso. - Wyszczerzyłem się, prezentując tę nieszczęsną jedynkę, która faktycznie wyglądała jak wyjęta z komedii.
A kiedy dodała to swoje, że „nie interesuje jej, co robię w wolnym czasie, chyba że z jej mężem”, uniosłem brwi.
- Nie maltw się. Najgolsze szeszy lobiłem s nim za młodu, więc nic nowego cię nie czeka. Jak będę lobił s twoim męszem coś niewłaściwego, to ci napiszę list. „Dloga Gelaldine, dziś s twoim męszem piliśmy, paliliśmy, pszeklinaliśmy i szaltowaliśmy s tlupów. S powaszaniem, Benjy”. - Uniosłem palec. - I nalysuję seldusko. - Geraldine lubiła serduszka.
Usiadłem na kanapie jak u siebie w domu, w końcu znałem gospodynię wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, że albo tego nie skomentuje, albo skomentuje w charakterystycznie paskudny sposób - jej wybór.
Ale cała gadka prysła w sekundę, kiedy dostrzegła obrączkę. A potem… Och, kurwa, potem zaczęła się część z patrzeniem na mnie, jak jastrząb. Widziałem, jak jej oczy rozszerzają się, jakby właśnie zobaczyła smoka w ich salonie, a nie metalowy krążek na moim palcu. Wybuchła jak bombarda, a ja wiedziałem, że nie ma odwrotu, ale kiedy powiedziała, że to „grube”, wciąż parsknąłem.
- Dziękuję, doceniam. Lobię wszystko na glubą skalę. Ty tesz byś nie poszła do niej s kwiatkami, gdybyś była pewna, nie pieldol. - Spojrzałem na nią z politowaniem. Potem słuchała, kiwała, przetwarzała wszystko jak alchemiczną recepturę, a ja patrzyłem na nią z rosnącym rozbawieniem, bo naprawdę wyglądała na kogoś, kto właśnie usłyszał o nowym gatunku magicznego stworzenia. Chodziła po salonie jak jakaś rozkręcona zaklinaczka deszczu, próbująca przetworzyć zlecenie, które dostała zbyt wcześnie. Słuchałem, jak mówi, że nie wyglądam już na truposza na krawędzi - jasne, nadal miałem obitą twarz i tę cholerna jedynkę wyłamaną, ale… Miała rację, czułem się inaczej, jakby ktoś mi wyciągnął gwóźdź z mostka. Worek gwoździ, właściwie.
„Nie wyglądasz już jak zbity pies” - na to prychnąłem.
- Dzięki, balso plofesjonalna opinia. Naplawdę, twoje wspalsie jest jak balsam na duszę. Cieszę się, sze nie wyglądam jak pies. Uff, ulga. - Na jej reakcję parsknąłem śmiechem - rzadko to robiłem, nie przy niej, ale teraz było inaczej - śmiałem się za głośno, naturalniej, jakbym dopiero uczył się oddychać po raz drugi, a ona patrzyła na mnie tak, jakby nie mogła uwierzyć, że jestem tą samą osobą, którą widziała wcześniej, może nie byłem.
- No co poladzę? Zawsze miałem doble pledyspozycje. Stabilność emocjonalna, wysoka wytszymałość, silne lęce, a do tego potlafię lobiś śniadania i pszeplaszaś tak, sze nogi miękną. To się nazywa „pakiet małszeński.” - Wyciągnąłem nogi przed siebie i odchyliłem głowę. - Usiąś w końcu, bo zaczniesz mi pszypominaś mojego ojca, kiedy liczył, ile podatków mu zablali, a jebaniec i tak uklywał większość dochodów, bo by był na jakimś szóstym plogu podatkowym. - Mruknąłem, chociaż widok jej w tej formie naprawdę mnie bawił.
Potem przyszło jej stwierdzenie o „bad boy’ach”. W końcu padło „widzę twoją mordę, ale laski na takich lecą.”
- Stop, stop, stop. - Opowiedziałem, unosząc rękę, jakbym zatrzymywał rozpędzoną miotłę
Wypuściłem powietrze przez nos, oparłem przedramię o kolano, pochyliłem się lekko w jej stronę - że niby nie jestem przystojny, trzeba mnie „podrasować” w książce. Tu już mi ręce opadły.
- Weś spieldalaj, Gelda, naplawdę. - Przygryzłem policzek, patrząc na nią z udawanym wyrzutem, chociaż ten pierdolony błysk w moich oczach zepsuł cały efekt. - Jestem, kulwa, pszystojny. Wyplaszam sobie. - Prychnąłem, bo sama sugestia, że mogłem kiedykolwiek uchodzić za nieatrakcyjnego, była absurdem. - Telas i w młodości tesz. Widziałaś mnie w Hogwalsie. I, pszeplasam balso, ale miałem wtedy większe powodzenie nisz połowa twojego loku szeńskiego, a jusz na pewno więcej nisz ci wszyscy nadęci debile, któszy myśleli, że spolt i pieniądze wylównają blak osobowości. - Wskazałem na siebie dłonią, powoli. - Nie jestem szadnym maszkalonem, nie wyglądam jak galgulec ani troll. A to, sze moja sona jest spoza mojej ligi, to świadczy tylko o tym, sze mam dobly gust i potlafię podejmowaś ambitne wyzwania. Miałem zawsze powodzenie, tylko byłem zbyt zajęty lobieniem głupich szeszy, szeby się tym chwaliś. Wiesz, jak to działa. - Prychnąłem, poprawiając kołnierz, jakby miał mi dać dodatkowe pięć punktów do urody.
A potem wyskoczyła z tym, że mam ją zatrzymać, jak będzie przeginać, mam ją trzaskać, jak trzeba. Powiodłem spojrzeniem po jej salonie, jakbym szukał odpowiednich słów.
- Zatszymam cię. - Powiedziałem twardo. - Bo nie potszebuję kolejnego tlupa do kolekcji, posa tym lubię cię całą i żywą, jak będziesz lobiś sklajne głupoty, to cię otsząsnę tak, jak ty mnie ostatnio. Dzięki. - Oparłem ramię na oparciu kanapy, waląc jej spojrzenie pełnenagłej powagi.
A gdy wspomniała o kiecce…
- Och, w sukience to ja wyglądałem zajebiście. - Mruknąłem z absolutnym brakiem wstydu. Zamknąłem oczy, parsknąłem i potrząsnąłem głową. - Zlesztą to była jakaś piepszona punkowa spódnica, nie sukienka. Wyglądałem świetnie. Zdecydowanie miałem nogi. - Wzruszyłem ramionami, jakby to była najmniej żenująca rzecz na świecie. - To było dla jaj. Zakład, gówno wale zasady, McGonagall plawie dostała zawału, no i było po splawie, ale nie mów, sze cię to asz tak szokuje. Nie lobiłem s tego tajemnicy. W sumie… Ty wtedy byłaś ze tszy lata niszej, więc mosze ci umknęło. - Wzruszyłem ramionami i parsknąłem. - Więc jak mówisz, sze masz telas pszed oczami mnie w sukience… Śmiało. To nie pielwszy las, kiedy ktoś ma to w głowie. Niektószy mają nawet zdjęcia. - Wzruszyłem ramionami z bezczelną prostotą.
Gdy skończyła, kiedy w końcu wypowiedziała „gratulacje”, poczułem coś dziwnie miękkiego pod żebrami. Nieczęsto słyszałem gratulacje, które brzmiały tak, jakby naprawdę je myślała.
- Dzięki, kuzynko. - Powiedziałem spokojniej niż kiedykolwiek wcześniej. - Doceniam. - W końcu wiedziałem, że nie była od takich rzeczy, to faktycznie miało znaczenie.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#18
05.12.2025, 18:04  ✶  

Trochę nie mogła przywyknąć do tego widoku, bo był zaskakujący. Nie ma się co oszukiwać. Ledwie wczoraj przecież widziała go w tej innej wersji, mocno depresyjnej, a dzisiaj siedział przed nią nie móc się powstrzymać przed uśmiechaniem. To było nieco popierdolone, ale nie zamierzała za bardzo się nad tym zastanawiać, najwyraźniej tak właśnie miało być. Zresztą lepiej się na niego patrzyło kiedy tak zacieszał, szczeniak merdający ogonem był dużo lepszym widokiem od zbitego, starego psa, który nie chciał się uczyć nowych sztuczek.

- Nie wątpię to, że bym to doceniła, dobrze, że trafiła się taka, która jest w stanie to zrobić. - Bo Fenwick nie był najłatwiejszy w obsłudze, co do tego nie miała wątpliwości, ta jego wybranka musiała mieć jakieś specjalne umiejętności.

Prychnęła słysząc jego komentarz. Oczywiście, że była wyjątkowa, tylko on chyba nie do końca widział to w ten sam sposób, co ona. Musiała mu to jednak wybaczyć, na pewno doceni jej walory, kiedy zaczną razem współpracować, jeszcze się zdziwi.

- Byliśmy, będziemy i jesteśmy nie do zajebania, co do tego nie mam najmniejszych wątpliwości. - To nigdy się miało nie zmienić, nie wszyscy potrafili radzić sobie z każdym gównem, jakie trafiało się w ich życiu, oni jednak wyciągali z tego jak najwięcej i stawali się coraz silniejsi, wraz z upływem czasu... cóż będzie tylko lepiej. Doświadczenie przecież robiło swoje, może było to nieco zarozumiałe, jednak przecież takie były fakty.

- Oczywiście, żadnego gryzienia się w język, to nie przystoi. - Wiele razy miała przez to problemy, ale nigdy nie nauczyła się milczeć, kiedy wypadało. Wiedziała, że on ma podobnie, ogólnie bardzo wiele ich łączyło, co było całkiem zabawne, bo czuła się trochę jakby patrzyła w lustro.

- Dla innych koszmar, ale dla nas może być to niezłą rozrywką. - Mieli kurewsko silne charaktery, podejrzewała, że było przed nimi wiele kłótni, jednak przynajmniej miała pewność, że ani on, ani ona nie spierdolą z podkulonym ogonem, jakoś będą musieli się dotrzeć, ale nie obawiała się tego, że nie będzie mu mogła powiedzieć wszystkiego, co jej ślina na język przyniesie. Kijowo było pracować z delikatniejszymi osobnikami, bo zdarzało się, że nie byli w stanie wtrzymać z jej bezpośredniością jednego dnia. Nie miała wątpliwości co do tego, że Benjy sobie ze wszystkim poradzi, tak samo jak ona miała sobie poradzić z jego niewyparzoną gębą.

- Jak narysujesz serduszko to będzie Ci to wybaczone, rozgryzłeś mnie. - Nie spodziewała się, że kiedykolwiek uda im się dojść do takiego porozumienia, że będą się tak lekko zachowywać w swoim towarzystwie, jak widać - wspólne doświadczenia potrafiły nieco topić lody. Zabawne, bo przecież wypchnęła go przez balkon, przez nią miał pękniętego zęba, a jednak jakoś udało im się wyciągnąć z tego coś dobrego, czasem były potrzebne nieco drastyczniejsze środki.

- Nie wiem, może kwiatki to faktycznie trochę za mało, ale czy byłabym skłonna wyskoczyć z oświadczynami? Chuj wie, to naprawdę gruba akcja, ale najwyraźniej opłacało się zaryzykować. - Bo miał w końcu obrączkę na palcu, był na tyle zdeterminowany, że oświadczył się i wziął ślub jednej nocy, to musiała być miłość, a ona go nie odrzuciła, co też świadczyło samo za siebie. Cóż, jak widać w dwadzieścia cztery godziny może się naprawdę wiele zmienić.

- Moje wsparcie jest jak dym z kadzidła, niby się dusisz, ale jednak pomaga. - Uśmiechnęła się do niego pokazując niemalże wszystkie zęby. Nie należała do delikatnych osób, ale przynajmniej była skuteczna, coś za coś, najważniejsze, że metody z których korzystała działały, nie?

Prychnęła, kiedy znowu się odezwał. Ta, stabilność emocjonalna, na pewno. - Pakiet małżeński, nie spodziewałam się, że taki posiadasz, ale życie potrafi zaskakiwać. - Zapewne było to bardzo głęboko ukryte, chociaż widziała, że mu zależało i mogła się spodziewać, że jeśli się postarał to naprawdę był w stanie wiele z siebie wykrzesać.

- Nie mów mi co mam robić, musiałam to rozchodzić, nie lubię siedzieć w miejscu. - No, szczególnie kiedy tyle się działo, musiała być w ruchu, bo inaczej by ją ten nadmiar informacji rozsadził. Powoli jednak się z tym wszystkim oswajała i faktycznie klapnęła znowu na fotelu, Cukier spojrzał na nią spode łba i nie wskoczył jej na kolana chyba się nieco obraził za to, że wcześniej go tak drastycznie zrzuciła.

Zaśmiała się w głos, nie wytrzymała, kiedy się tak słodko oburzył, gdy wspomniała o tym, że trzeba by nieco podrasować jego opis w książce, nie mogła przestać rechotać. Nie spodziewałaby się, że aparycja jest dla niego taka ważna, a jednak.

- No, widziałam Cię, ale nie patrzyłam, bo jesteś moim kuzynem, widziałam Cię raczej jako szkolnego błazna, soreczka. - Oczywiście, że musiał się za nim ustawiać wianuszek fanek, większość dziewcząt chciała, żeby ktoś taki jak on się nimi zainteresował. Zawsze ją to bawiło, bo widziała wiele, kiedy należała do drużyny quidditcha, w której to raczej większość zawodników była męskiej płci.

- Jak tak o niej mówisz, to widać, że jesteś w niej kurewsko zakochany. - Dodała jeszcze, naprawdę miło się go słuchało w tym wydaniu, no nie mogła przestać się zachwycać.

Poprawił ten kołnierz, przez co znowu się zaśmiała, puszył się niczym paw. - Dobra, dobra, niech Ci będzie, nie jesteś maszkarą. - Nie, żeby sądziła, że zależało mu na jej opinii, a jednak powiedziała to w głos.

Zamrugała, gdy się odezwał. Musiała wspomnieć o tym, że czasem potrzebowała kogoś, kto będzie ją hamował, bo wiedziała, że miewa czasem takie pomysły, które nie należały do szczególnie rozsądnych i nie do końca potrafiła z tym walczyć, dobrze więc było mieć przy sobie kogoś, kto spojrzy na nią i powie, ze wystarczy. Tylko on powiedział, że ją lubi. Niesamowite. - Kurwa, powiedziałeś, że mnie lubisz, zaraz się tu zrobi naprawdę ckliwie. - Musiała nieco rozładować atmosferę, bo robiła się zbyt ciężka, dobrze jednak było wiedzieć, że jakby co to zareaguje, nie wątpiła w to, że będzie inaczej.

- Ta, nie do końca interesowałam się tym, co robiliście, chociaż pewnie któreś z moich koleżanek to pamiętają. - One zdecydowanie podziwiały ich szkolną ekipę, Geraldine zajmowała się wtedy innymi rzeczami - na przykład wpierdalaniem Ślizgonom na korytarzach, co było jej ulubionym hobby.

- Możesz być pewny, że poszukam tych zdjęć. - To brzmiało jak wyzwanie, które musiała przyjąć, jeśli istniało jakieś zdjęcie, to na pewno trafi w jej łapska, wywierci o to dziurę w brzuchu Ambroise'a.

Naprawdę była dumna z tego, co udało mu się osiągnąć w ostatnim czasie, była całkiem prostym człowiekiem, jeśli już coś myślała, to się tym dzieliła, chciała, żeby wiedział, naprawdę doceniała jego samozaparcie i to, co udało mu się osiągnąć.

- Polecam się kuzynie. - Nie spodziewała się, że kiedyś się do siebie zbliżą chociaż odrobinę, a jednak czasem można było się nieco zaskoczyć tym, co przygotowała przyszłość, dobrze było wiedzieć, że jej kuzyn był szczęśliwy.


Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (9033), Geraldine Greengrass-Yaxley (7354)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa