27.05.2026, 19:13 ✶
Krzyk poniósł się po zaułku. Nie był to już wściekły wrzask człowieka gotowego rzucić się do walki. To był pisk bólu, urwany gdzieś między gardłem a zębami, zduszony paniką. Mugolak, którego Heloise dźgnęła od tyłu szkłem, szarpnął się gwałtownie i prawie stracił równowagę. Jedną ręką odruchowo sięgnął do barku, palcami trafiając na rozdartą tkaninę, ciepłą krew i poszarpaną skórę. Na jego twarzy rozlało się niedowierzanie, jakby dopiero teraz pojął, że ta noc mogła źle się skończyć również dla niego.
— Ty kurwo! — wydarł się, odwracając głowę w stronę wiedźmy.
Lukas poderwał wzrok na ten krzyk. Puścił na ułamek sekundy ciężar tego, którego trzymał przy ziemi, odwracając się gwałtownie przez ramię. Widział tylko ruch. Heloise cofającą się z różdżką w dłoni. Mugolaka z twarzą wykrzywioną strachem i bólem. Krew ciemniejącą na jego ubraniu. A tamten spanikował. Wcisnął dłoń pod poły kurtki i wyszarpnął coś małego, metalowego, zaciśniętego w pięści tak mocno, jakby od tego zależało jego życie. Nie wyglądało jak różdżka. Nie zdążyło nawet wyglądać jak cokolwiek konkretnego. W następnej chwili błysnęło. Świat eksplodował bielą. Ostry, nieludzko jasny rozbłysk wypełnił zaułek, odbił się od mokrego bruku, od szyb, od ścian i wbił się prosto pod powieki. Lukas zaklął przez zęby i odruchowo uniósł ramię do twarzy. Na moment stracił wszystko: kształty, odległość, przeciwników, Heloise, nawet własny oddech. Zostało tylko białe pieczenie w oczach. Powietrze trzasnęło. Kiedy błysk zniknął, a Lukas otarł oczy. Miejsce, w którym przed chwilą stał mugolak, było już puste. Tylko kilka kropli krwi na bruku zdradzało, że w ogóle wcześniej tam był.
— Scheiße… — wyrwało się Nottowi głucho.
Ten jeden obrót kosztował go za dużo. Mężczyzna, którego wcześniej wcisnął w mur i prawie złożył kolanem, poruszył się przy ziemi. Cicho, desperacko, na brzuchu, bardziej jak ranne zwierzę niż człowiek. Lukas dostrzegł to za późno. Palce mugolaka wyciągnęły się w stronę różdżki leżącej przy ścianie. Zacisnęły się na drewnie. Mugolak szarpnął różdżkę do siebie i wymamrotał zaklęcie przez obite usta. Brzmiało to bardziej jak plucie krwią niż inkantacja, ale wystarczyło. Przestrzeń zgięła się wokół niego brzydko, jakby zaułek na moment połknął jego ciało. I zniknął. Po prostu. Pozostała tylko niezręczna cisza. Lukas zatrzymał się w miejscu. Oddychał ciężko, z barkami uniesionymi, z rękoma wciąż gotowymi do walki, jakby ciało nie przyjęło jeszcze do wiadomości, że nie ma już z kim wejść w szranki. Zamrugał kilka razy, próbując wygonić spod powiek białe plamy. Dopiero wtedy odwrócił głowę w stronę Heloise. Przez krótką chwilę patrzyli na siebie bez słowa.
— Wszystko w porządku? — zapytał szorstko.
Nie brzmiało to delikatnie. Bardziej jak szybkie sprawdzenie, czy stoi, oddycha i zaraz nie runie na bruk. Na więcej nie było czasu. Dopiero wtedy przypomniał sobie o kobiecie. Tej bitej wcześniej. Odwrócił się gwałtownie i pobiegł do niej. Leżała przy ścianie, półprzytomna, skulona, z jedną dłonią zaciśniętą na materiale własnego płaszcza. Próbowała się podnieść, ale ciało nie słuchało jej tak, jak powinno. Lukas dopadł do niej, przykucnął i przez sekundę zawahał się tylko po to, żeby nie przestraszyć jej jeszcze bardziej.
— Hej. Słyszysz mnie? — powiedział szybko, niżej, ciszej niż przed chwilą. — Już po wszystkim. Zabiorę cię stąd.
Nie czekał na odpowiedź, bo odpowiedź mogła nie nadejść. Wsunął jedną rękę pod jej plecy, drugą pod kolana i podniósł ją ostrożnie, choć wciąż z tą samą nerwową siłą, która jeszcze przed chwilą trzymała go przy walce. Kobieta jęknęła cicho, a Lukas zacisnął szczękę.
— Wiem, gdzie jest punkt sanitarny — rzucił, bardziej do Heloise niż do niej. — Niedaleko stąd. Restauracja, w którym chowają się ludzie.
Poprawił chwyt, przyciągając kobietę bliżej do siebie, żeby jej głowa nie opadała bezwładnie. Potem jeszcze raz spojrzał na Heloise. Krótko. Twardo. Bez ozdobników.
— Idziemy.
— Ty kurwo! — wydarł się, odwracając głowę w stronę wiedźmy.
Lukas poderwał wzrok na ten krzyk. Puścił na ułamek sekundy ciężar tego, którego trzymał przy ziemi, odwracając się gwałtownie przez ramię. Widział tylko ruch. Heloise cofającą się z różdżką w dłoni. Mugolaka z twarzą wykrzywioną strachem i bólem. Krew ciemniejącą na jego ubraniu. A tamten spanikował. Wcisnął dłoń pod poły kurtki i wyszarpnął coś małego, metalowego, zaciśniętego w pięści tak mocno, jakby od tego zależało jego życie. Nie wyglądało jak różdżka. Nie zdążyło nawet wyglądać jak cokolwiek konkretnego. W następnej chwili błysnęło. Świat eksplodował bielą. Ostry, nieludzko jasny rozbłysk wypełnił zaułek, odbił się od mokrego bruku, od szyb, od ścian i wbił się prosto pod powieki. Lukas zaklął przez zęby i odruchowo uniósł ramię do twarzy. Na moment stracił wszystko: kształty, odległość, przeciwników, Heloise, nawet własny oddech. Zostało tylko białe pieczenie w oczach. Powietrze trzasnęło. Kiedy błysk zniknął, a Lukas otarł oczy. Miejsce, w którym przed chwilą stał mugolak, było już puste. Tylko kilka kropli krwi na bruku zdradzało, że w ogóle wcześniej tam był.
— Scheiße… — wyrwało się Nottowi głucho.
Ten jeden obrót kosztował go za dużo. Mężczyzna, którego wcześniej wcisnął w mur i prawie złożył kolanem, poruszył się przy ziemi. Cicho, desperacko, na brzuchu, bardziej jak ranne zwierzę niż człowiek. Lukas dostrzegł to za późno. Palce mugolaka wyciągnęły się w stronę różdżki leżącej przy ścianie. Zacisnęły się na drewnie. Mugolak szarpnął różdżkę do siebie i wymamrotał zaklęcie przez obite usta. Brzmiało to bardziej jak plucie krwią niż inkantacja, ale wystarczyło. Przestrzeń zgięła się wokół niego brzydko, jakby zaułek na moment połknął jego ciało. I zniknął. Po prostu. Pozostała tylko niezręczna cisza. Lukas zatrzymał się w miejscu. Oddychał ciężko, z barkami uniesionymi, z rękoma wciąż gotowymi do walki, jakby ciało nie przyjęło jeszcze do wiadomości, że nie ma już z kim wejść w szranki. Zamrugał kilka razy, próbując wygonić spod powiek białe plamy. Dopiero wtedy odwrócił głowę w stronę Heloise. Przez krótką chwilę patrzyli na siebie bez słowa.
— Wszystko w porządku? — zapytał szorstko.
Nie brzmiało to delikatnie. Bardziej jak szybkie sprawdzenie, czy stoi, oddycha i zaraz nie runie na bruk. Na więcej nie było czasu. Dopiero wtedy przypomniał sobie o kobiecie. Tej bitej wcześniej. Odwrócił się gwałtownie i pobiegł do niej. Leżała przy ścianie, półprzytomna, skulona, z jedną dłonią zaciśniętą na materiale własnego płaszcza. Próbowała się podnieść, ale ciało nie słuchało jej tak, jak powinno. Lukas dopadł do niej, przykucnął i przez sekundę zawahał się tylko po to, żeby nie przestraszyć jej jeszcze bardziej.
— Hej. Słyszysz mnie? — powiedział szybko, niżej, ciszej niż przed chwilą. — Już po wszystkim. Zabiorę cię stąd.
Nie czekał na odpowiedź, bo odpowiedź mogła nie nadejść. Wsunął jedną rękę pod jej plecy, drugą pod kolana i podniósł ją ostrożnie, choć wciąż z tą samą nerwową siłą, która jeszcze przed chwilą trzymała go przy walce. Kobieta jęknęła cicho, a Lukas zacisnął szczękę.
— Wiem, gdzie jest punkt sanitarny — rzucił, bardziej do Heloise niż do niej. — Niedaleko stąd. Restauracja, w którym chowają się ludzie.
Poprawił chwyt, przyciągając kobietę bliżej do siebie, żeby jej głowa nie opadała bezwładnie. Potem jeszcze raz spojrzał na Heloise. Krótko. Twardo. Bez ozdobników.
— Idziemy.