Że to musiało poczekać, bo teraz rzemieślnicy byli zbyt zajęci ważniejszymi naprawami.
Że zimą może być jeszcze gorzej: że Spalona Noc albo coś gorszego może się powtórzyć.
Że gdyby nie to, że w ogniu spłonęła i relacja Sama i Nory, mogliby pracować nad tym razem, i że Sam pewnie byłby zachwycony ideą figurek z magicznymi stworzeniami, które mogłyby przy okazji edukować dzieci.
– Czyli łatwo o pufka albo nieśmiałka, trudno o hipogryfa, ciężko znaleźć testrala, a smoki i bazyliszki to już raz na sto jaj – stwierdziła, siadając naprzeciwko Dory i przez chwilę spoglądając nie na nią, a ku kominkowi, gdzie w żarze spoczywało czarne jajo, z którego wykluje się ptak o roziskrzonych skrzydłach. – Tak myślisz? Znaczy wiesz, średnio się znam na organizacji akurat czegoś takiego, wydało mi się po prostu, że poddasze będzie lepsze niż trzymanie w pokojach. Moglibyśmy zawsze wyciszyć pomieszczenie, kładąc coś na podłogi albo stosując zaklęcia… – powiedziała, z pewnym namysłem. – Ale skoro mamy remontować szklarnię, można pomyśleć o czymś i tam…
Dora ostatecznie znała się na zwierzętach znacznie lepiej niż Brenna. Tak czy inaczej wolałaby pozbyć się złośliwego poltergeista, problematyczny był jednak fakt, że wolała nie sprowadzać do Księżycowego Stawu egzorcysty – nawet Sebastiana. Tajemnica znana zbyt wielu ludziom przestawała być sekretem, i za łatwo mogła roznieść się dalej, nawet nie ze złej woli, a nieostrożności czy źle ulokowanego zaufania.
– A poza tym jak minął ci dzień? – spytała, sięgając po herbatę, i tak spędziły kilka minut na tym słodkim podwieczorko – kolacji, zanim obie zabrały się do pracy, by przywrócić kolejne pomieszczenia do stanu, który umożliwiał zamieszkanie.