• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn v
1 2 3 4 5 6 Dalej »
[29.09] From the perfect start to the finish line

[29.09] From the perfect start to the finish line
Tło narracyjne
koniecpsot1972
zasady korzystania
rzuty kością
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Czarodziej nieznanego statusu krwi, będący baśniopisarzem oraz autorem książki Baśnie Barda Beedle'a. Żył w XV wieku, ale większość jego życia pozostaje dla nas tajemnicą.

Bard Beedle
#11
24.01.2026, 02:08  ✶  
Oparłam się wygodniej w fotelu i przez chwilę patrzyłam w ogień, zupełnie tak, jakby odpowiedź była zapisana w sposobie, w jaki płomień pożerał drewno. To było dobre pytanie, może nawet odrobinę za dobre, jak na kieliszek wina i późny wieczór, nie spieszyłam się więc - na takie pytania nie odpowiada się odruchem. Przez dobrą minutę spoglądałam na iskry, które unosiły się i gasły, dokładnie tak, jak wtedy, kiedy złość była we mnie nowa i żywa, jeszcze nieoswojona. Potem uśmiechnęłam się krzywo, tym uśmiechem, który zawsze zdradzał, że odpowiedź nie będzie ani krótka, ani wygodna.
- Nie pozbyłam się jej. - Powiedziałam w końcu cicho. - Nigdy nie warto dusić w sobie uczuć. I to jest pierwsza rzecz, którą musisz zrozumieć. - Uniósł mi się kącik ust, krótko, bez wesołości, ale też bez goryczy. Przez chwilę patrzyłam w palenisko, nie na nią - nie z uniku, tylko z szacunku do wspomnienia - iskierki wyskakiwały i znikały, dokładnie tak, jak wtedy gasła moja własna wściekłość - powoli, nierówno, bez jednego momentu ulgi. Przez długi czas chodziłam po świecie z przekonaniem, że jeśli coś było dobre, to znaczy, że zaraz zostanie mi odebrane. Żyłam dokładnie tak, jak opisywała to teraz moja wnuczka - jakby świat był czymś, co najpierw daje, a potem z satysfakcją odbiera, więc każdy dobry moment traktowałam jak zapowiedź straty, a każdą radość jak coś podejrzanego.
- Nie „poradziłam sobie”. - Mówiłam dalej, bardzo spokojnie. - Przynajmniej nie w ten sposób, w jaki pewnie to sobie wyobrażasz. Złość nie znika. Ona nie jest chorobą, którą się leczy. Jest reakcją organizmu na stratę kontroli, na poczucie niesprawiedliwości. Jeśli ktoś mówi, że ją „przerobił” i już jej nie ma, to zwykle kłamie. Albo okłamuje siebie, albo próbuje okłamać świat, obie te rzeczy są duszące. - Oparłam dłonie na podłokietnikach fotela, jakbym potrzebowała czegoś stałego, kiedy wracałam myślą do tamtego czasu. - Na początku zrobiłam dokładnie to, co robi większość racjonalnie wściekłych ludzi - ciągnęłam - używałam jej jak tarczy. Dzięki niej łatwiej było powiedzieć „nigdy więcej”, „już mnie to nie dotyczy”, „nie obchodzi mnie”.
Ogień w kominku przygasł na moment, potem znów podniósł się - sam przechodził przez swoje etapy, trzaskał dokładnie tak samo jak wtedy, kiedy byłam młodsza, głupsza i przekonana, że życie dotrzymuje obietnic. Upiłam mały łyk wina i dopiero wtedy uniosłam na nią wzrok.
- Kiedy twój dziadek umarł, byłam młoda. Zbyt młoda na wdowę, zbyt niedojrzała na to, żeby świat traktował mnie poważnie, a jednocześnie wystarczająco dorosła, by zostać z całym tym bałaganem sama. - Uśmiechnęłam się krótko, ale z cieniem porozumienia, nie musząc dodawać na głos, że wiek, w jakim byli wtedy nasi chłopcy, nie sprzyjał w byciu mi pomocą, a nawet wręcz przeciwnie. - Obiecał mi, że nie umrze. To była bardzo konkretna obietnica, jak na kogoś, kto znał ryzyko, i miał czelność tej obietnicy nie dotrzymać. - Uniosłam kącik ust w bardzo krótkim, suchym uśmiechu. - To była kiepska umowa. Do dziś czasem mam wrażenie, że mnie okantował. - Nie było w moim głosie goryczy, raczej coś dawno zastygłego, ale nie pozbawionego tego wszystkiego, co robiło mnie ze mnie. - Co zrobiłam z tą złością? - Powtórzyłam cicho. - Och, kochanie… Najpierw pozwoliłam jej zrobić ze mną absolutny bałagan. Zaczęłam ostrożnie, wiesz, jak żółw, cofnęłam się do swojej starej skorupy, wróciłam do tego, do czego byłam przyzwyczajona, zanim pojawił się twój dziadek. Tylko po to, by uświadomić sobie, że ja już z tego wyrosłam. To była bardzo zła, bardzo dobra decyzja. To było… Wyzwalające. - Upiłam łyk wina, krzywiąc się lekko, bo było już zdecydowanie za ciepłe, zanim kontynuowałam.
- Byłam wściekła. - Potrząsnęłam głową, ale bez żalu. - Na niego. Na świat. Na bogów. Na los. Na magię, która potrafi robić tak wiele, a w takich momentach rozkłada ręce. Na cały porządek świata, który uznał, że może mi go zabrać, jakby to była pożyczona książka. Na to, że zrobiłam wszystko „jak należy”, a i tak zostałam z dziećmi, jak nigdy potrzebującymi ojca, pustym domem i obietnicą, której nikt nie mógł już spełnić. A przede wszystkim na ludzi, którzy mówili mi, że „czas pomoże”, jakby czas kiedykolwiek komuś coś oddał. - Westchnęłam powoli. - Przez długi czas żyłam tak, jakby świat był mi coś winien. Próbowałam targować się z losem, „oddaj, napraw, cofnij”, bo w końcu „jeśli nie ja, to kto”, a kiedy to nie działało, wpadałam w jeszcze głębszą frustrację. Jakby każde kolejne rozczarowanie było tylko potwierdzeniem, że mam rację. Robiłam głupoty. Dużo głupot. I do dziś uważam, że należy sobie na to pozwolić. - Machnęłam ręką. - Jeśli chcesz krzyczeć na wiatr, krzycz na wiatr. Jeśli chcesz wyjść w noc bez celu, wyjdź. Jeśli chcesz zrobić coś gwałtownego tylko po to, żeby poczuć, że jeszcze żyjesz, zrób to. Stagnacja jest gorsza niż błędy.
Zamilkłam na moment.
- Nie pozbyłam się tego, co zostawiła we mnie ta strata. Nie „przepracowałam” jej w ten ładny, uporządkowany sposób, o którym wszyscy lubią opowiadać. - Pokręciłam głową. - Ja to… Przeniosłam. - Przesunęłam palcami po drewnie fotela. Uniósł mi się kącik ust, gorzko. - Złość to paliwo. Bardzo brudne, ale skuteczne. - Oparłam się ciężej. - Nie przestałam żyć w kontrze. - Powiedziałam ciszej, przesunąwszy dłonią po podłokietniku, palcami, które pamiętały więcej, niż bym chciała. - Nie stałam się łagodna. - Zawahałam się na ułamek sekundy, pokręciłam głową, uśmiechając się samym kącikiem ust.
Przez chwilę było słychać tylko trzask drewna. Uniosłam wzrok znad kieliszka i przez chwilę patrzyłam nie na nią, tylko w ogień, jakby odpowiedź była zapisana w tym, jak płomień bierze drewno, a potem je oddaje.
- Nic z nią nie „zrobiłam” w sensie, w jakim ludzie chcą to słyszeć. Nie zaczęłam bezgranicznie ufać światu. - Uśmiechnęłam się słabo. - To byłoby naiwne. Ale przestałam karać przyszłość za to, co zrobiła przeszłość. - Nie było w moim głosie dramatyzmu, raczej sucha prawda, wypowiedziana wiele razy w myślach, ale rzadko na głos. - Robiłam rzeczy, przez które moi krewni przewracali się w rodowych kryptach. Zgorszenie, skandale, decyzje absolutnie nie do obrony. - Wzruszyłam ramionami. - Z początku tylko dla zasady. A potem pomyślałam, że jeśli oni umierali tam ponownie z wściekłości, to mój mąż musiał pękać ze śmiechu. On by mi kibicował. Zawsze kibicował. - Rozłożyłam dłonie w geście, który nie był ani obroną, ani usprawiedliwieniem. Ogień w kominku trzaskał nierówno, wiatr zahuczał w kominie dokładnie wtedy, kiedy uniosłam wzrok. Pomyślałam, że to bardzo w jego stylu - nawet po śmierci wtrącał się do rozmów.
- Bo to była moja decyzja. Nie kara. Nie zamknięcie się. Nie żałoba do końca życia. Miałam i mam w sobie dużo miłości. Po prostu nie potrzebowałam jej wkładać w ten sam kształt jeszcze raz. - Spojrzałam na nią ciepło. - Miłość istnieje w wielu formach. Można ją mieć w ludziach, w pracy, w pasjach, w pamięci, w tym, co się daje innym. Można ją nosić w sobie, dzielić, przeżywać inaczej, po swojemu. I można żyć dalej, nawet jeśli coś, co było ważne, już się nie powtórzy w tej samej postaci. - Spojrzałam na nią łagodnie, bez pocieszenia, ale z uważnością, zawahałam się ułamek sekundy, po czym parsknęłam cicho.
- Chcesz wiedzieć, co zrobiłam naprawdę? - Dodałam. - Rozsypałam jego prochy w miejscu, którego nie znosił. Specjalnie. Dla zasady. Żeby mu utrzeć nosa. Wiedział, z kim się żeni. - Parsknęłam cicho. - A potem on się na mnie odegrał, bo za każdym razem, kiedy tam jestem, wieje, aż łzy lecą z oczu. Za każdym jednym razem. Pokręciłam głową z rozbawieniem. - Uważam to za bardzo konsekwentną zemstę zza grobu.
Oparłam się wygodniej w fotelu.
- I wiesz co? Jestem pewna, że go to bawi. Gdyby żył, przygwizdywałby mi w każdej z tych głupot, które zrobiłam bez niego. A że nie żył… No, cóż. Przynajmniej miał rozrywkę po drugiej stronie. - Oparłam się wygodniej w fotelu, spojrzałam w dal, nie uciekając. - Wyrwał mnie ze stagnacji. Ja jego z czegoś, czego nawet nie umiał nazwać. Uratowaliśmy się nawzajem. Było dobrze, zanim było źle. Nie oddałabym tego, nawet wiedząc, jak się skończy. Nie zamieniłabym tego na nijaką ciszę. - Odwróciłam się znów do niej, kładąc dłonie na kolanach. Zamilkłam na moment, po czym spojrzałam na nią z tym specyficznym spokojem, który przychodzi tylko po latach.
- Nie musisz jeszcze wiedzieć, co z tą złością zrobisz. - Powiedziałam. - Wystarczy, że jej nie udusisz. Reszta przyjdzie w ruchu. Zawsze przychodzi. Stagnacja zabija szybciej niż ból. Myślę, że już to wiesz. - Spojrzałam na nią z czymś, co było niemal czułością. - Jeśli czujesz w sobie impuls, żeby coś zrobić, a to „coś” nie jest cofnięciem czasu ani udawaniem, że nic się nie stało… To zrób to. Ty możesz. Jesteś moją wnuczką, dopiero potem córką swojego ojca. Masz we krwi więcej mnie, niż John chciałby przyznać.
Westchnęłam.
- Obraził się na mnie na długie lata. - Dodałam spokojnie. - Bo chciał, żebym była święta. Zrobił ideał z ojca, który nigdy nim nie był. Nie winię go za to, wystarczająco trudno jest żyć w cieniu legendy. A prawda była taka, że my oboje byliśmy perfekcyjnie nieidealni. I bardzo żywi. - Zamilkłam na moment, po czym spojrzałam na nią bardzo uważnie.
- Nigdy nie przestałam czuć się oszukana przez los. Nie sądzę, bym kiedykolwiek przestała. Jestem tylko człowiekiem. - Przyznałam. - Po prostu przestałam z nim walczyć na śmierć i życie. Zaczęłam z nim rozmawiać. Nie targować się. Nie cofać przeszłości. Nie uciekać w „a gdyby”. Tylko pytać „dobrze, skoro tak, to co teraz?” - Wskazałam głową karty leżące na stole. Uśmiechnęłam się pod nosem. - Sięgnęłam po tarota nie po to, żeby znać odpowiedzi, tylko żeby nauczyć się zadawać pytania. Zaczęłam prowadzić dialog z czymś większym, ale też z samą sobą.
Ogień przygasł na moment, potem znów zapłonął.
- I kiedy byłam gotowa, naprawdę gotowa, zadałam sobie jedno pytanie - przez chwilę obracałam kieliszek w dłoniach, chociaż był już pusty, ten gest został mi z dawnych lat, z czasów, gdy ręce musiały coś robić, żeby serce nie wyszło przodem - czy gdyby tego nie było… Gdyby nie on, nie to życie, nie ten ból… Czy naprawdę byłabym szczęśliwsza? - Pokręciłam głową, ogień w kominku zasyczał, jakby ktoś dorzucił wilgotne drewno, a ja przez chwilę patrzyłam w płomień, zanim przeniosłam wzrok na Prudence.
Spojrzałam na nią spokojnie, bez tej mentorskości, którą starzy ludzie czasem mylą z mądrością.
- Złość nie zniknęła. To byłoby niezdrowe. - Powiedziałam na koniec. - Po prostu przestała mną rządzić. Została jednym z głosów przy stole, nie jedynym. - I to była różnica, która uratowała mi życie.
Ogień trzaskał dalej, a wiatr znów zahuczał w kominie, jakby ktoś bardzo konkretny właśnie potwierdził każde moje słowo.

Słuchałam jej do samego końca, ani razu nie wchodząc w słowa - nie dlatego, że brakowało mi myśli, tylko dlatego, że to, co mówiła, musiało wybrzmieć w całości, nawet jeśli bolało ją samo wypowiadanie tych zdań. Oparłam się wygodniej w fotelu, czując, że świat lekko się kołysze, ale trzyma pion. Milczałam bez oceny, bez tej potrzeby naprawiania świata, którą ludzie często mylą z troską - po prostu pozwoliłam wnuczce mówić - gdzieś obok nas iskry strzelały w górę, jedna po drugiej, a ja patrzyłam na nie chwilę dłużej, niż było to konieczne. Ogień w kominku trzaskał nisko, jednostajnie, a ja pozwoliłam, by mówił za mnie przez chwilę, dopiero potem poruszyłam się w fotelu, kiwając głową, wolno, z tym ciężarem doświadczenia, który przychodziło z wiekiem i z podobnymi historiami przeżytymi więcej niż raz, nawet jeśli pośrednio - poprzez innych ludzi.
- Wiesz… - Zaczęłam spokojnie, z tym tonem, który nie zapowiadał ani nagany, ani pocieszenia. - Najbardziej zdradliwe w takich historiach jest to „wydawało mi się”. - Przesunęłam dłonią po podłokietniku fotela.
Spojrzałam na karty leżące na stole - nadal były tam, gdzie je zostawiłam, Gwiazda odbijała światło ognia. Połączyłam kropki, nawet bez imion, one nigdy nie były mi potrzebne, nie w tym przypadku. Alkohol krążył już w nas obu, ale ja wciąż byłam wystarczająco przytomna, by wiedzieć, że to nie jest rozmowa, którą wolno zbyć półśrodkiem. Wino dawno przestało być „jeszcze jednym kieliszkiem”, było obecne w ruchach, w języku, w tym przyjemnym rozluźnieniu, które sprawiało, że człowiek mówi o pół tonu za szczerze, ale nie nieroztropnie.
- „Przestało mu zależeć” to zdanie okrutne, ale zamknięte. Da się po nim postawić kropkę. - Podjęłam po chwili, z tym charakterystycznym westchnieniem, które zawsze pojawiało się u mnie, gdy myślałam o młodych mężczyznach przekonanych, że rozumieją świat lepiej, niż faktycznie rozumieli. Spojrzałam na nią spokojnie, bez zdziwienia, bez tego teatralnego „ach, więc to to”, dla mnie to nigdy nie było odkrycie.
- A gdy nagle tamta kropka zamienia się w przecinek, to boli bardziej, bo otwiera coś, co miało zostać zamknięte, ale nie gwarantuje, że reszta zdania nie będzie złożona i trudniejsza do zrozumienia. - Spojrzałam na nią uważnie, bez osądu, nie próbowałam jej pocieszać, nie obiecywałam, że to ma sens, po prostu nazwałam to, co widziałam. Nie przycisnęłam jej spojrzeniem, nie nachyliłam się, dałam jej dokładnie tyle przestrzeni, ile sama sobie zostawiła.
Patrzyłam na jej dłonie dłużej niż na twarz, to one zdradzały wszystko - ten sposób, w jaki oglądała własne palce, jakby były czymś obcym, jakby należały do kogoś, kto podjął decyzję bez jej zgody. Nie poprosiłam, żeby na mnie spojrzała, to nie był moment na wymagania, czasem łatwiej mówiło się prawdę do własnych palców niż do czyichś oczu. Nie poprawiłam jej słów, nie zaprzeczyłam temu „głupie, naiwne”, nie od razu, pozwoliłam temu paść, bo czasem człowiek musi sam usłyszeć, jak to brzmi, zanim ktoś inny spróbuje to rozbroić.
- Nie wierzę w przypadki. Wierzę w przesunięcia. W ludzi, którzy pojawiają się w naszym życiu kilka razy, za każdym razem w innym kostiumie, aż wreszcie przestajemy móc udawać, że to tylko statyści. - Powiedziałam wolno. - To, że ta przeszłość wraca teraz i domaga się uwagi, nie jest przypadkiem. - Dodałam ciszej. - Rzeczy, które naprawdę coś znaczą, potrafią czekać latami. A potem pojawiają się dokładnie wtedy, kiedy człowiek jest wystarczająco dorosły, żeby zapłacić za prawdę. - Westchnęłam lekko, sięgnęłam po kieliszek, tylko po to, by dać dłoniom zajęcie. - Zatrzymajmy się na chwilę przy tym jednym zdaniu. Możemy? - Odezwałam się cicho, spokojnie, bez nacisku. - „Uprzedzał, że tak się stanie”. Widzisz - powiedziałam - czasem, kiedy ktoś mówi „to się źle skończy”, ludzie wrzucają to wszystko do jednego worka. A tam są bardzo różne rzeczy - ciągnęłam - jest ogromna różnica między kimś, kto mówi „to jest tylko na chwilę, jest powód, którego nie możemy zmienić”, a kimś, kto mówi „nie chcę cię kochać”, albo „nie potrafię”. Tak samo jak jest przepaść między historią, w której dwoje ludzi wchodzi w coś, wiedząc, że grunt jest kruchy, ale nikogo przy tym nie okłamując… A historią, w której ktoś mówi jedno, robi drugie i zostawia po sobie więcej zniszczeń, niż było trzeba. - Przesunęłam palcem po brzegu kieliszka, powoli, nie potrzebowałam odpowiedzi natychmiast, wystarczyło, że te rozróżnienia zawisły między nami, bo od nich naprawdę zależało, jak nazwać to, co się wydarzyło, a potem podjęłam dalej, jakby to była tylko luźna obserwacja, a nie punkt, od którego zależało bardzo wiele.
- Nie ma znaku równości między „to nie może trwać” a „to nie jest prawdziwe”, między „to się skończy” a „to nic nie znaczy”. - Oparłam się wygodniej w fotelu, skrzyżowałam dłonie na kolanach, ton miałam spokojny, prawie obojętny, jakbym mówiła coś zupełnie technicznego. - Jedno mówi o czasie. Drugie o uczuciu. Czasem ludzie mówią, że odejdą, bo wiedzą, że sytuacja jest niemożliwa, coś ich przerasta, nie potrafią unieść konsekwencji. - Zawiesiłam głos na moment. - A czasem mówią to dlatego, że naprawdę niczego nie czują i chcą mieć czyste ręce. - Westchnęłam cicho, zawahałam się minimalnie. Jej dłonie, skupione na własnej linii życia, zdradzały napięcie, które znałam aż za dobrze - nie naciskałam, nigdy nie robiłam tego wprost, ale nie zamierzałam jej oszukiwać.
- W tym pierwszym przypadku nie mówiłabym o głupocie, dla mnie to by była decyzja dorosłej kobiety, która wiedziała, na co się godzi, nawet jeśli liczyła, że świat okaże się mniej okrutny. - Zrobiłam krótką pauzę. - Naiwność zaczyna się dopiero wtedy, gdy ktoś słyszy „nie chcę” i udaje, że to znaczy „jeszcze nie”. - Nie było w tym tonu oskarżenia, raczej porządkowanie faktów, jak kart na stole, po prostu oddzieliłam odpowiedzialność od winy, bo to były dwie bardzo różne rzeczy. - Bo zakochanie się w czymś dla ciebie prawdziwym, nawet jeśli wiesz, że może boleć, nie jest głupotą samo w sobie. Serce rzadko kiedy pyta o zdanie. - Powiedziałam na koniec spokojnie. Pozwoliłam tej myśli zostać w powietrzu, bo była ważniejsza niż jakiekolwiek natychmiastowe odpowiedzi. - Rozumiesz, do czego zmierzam? - Nie było w tym tonu przesłuchania, raczej precyzja kogoś, kto wie, że od jednego szczegółu potrafi zależeć cała mapa winy i niewinności. - Mówię to dlatego, że bardzo często ludzie latami karzą się za coś, dopatrując się powodu w sobie, podczas gdy jest wszędzie indziej, tylko nie tam. - Nie było w tym oskarżenia ani sugestii, tylko spokojne rozróżnienie dwóch zupełnie różnych rzeczy, które zbyt często wrzuca się do jednego worka. - Nie popełniłaś błędu, pozwalając sobie czuć. Można wejść w coś z otwartymi oczami, wiedzieć, że to ryzykowne, a mimo to nie zawinić temu, że ktoś inny nie udźwignął własnej decyzji. - Dodałam spokojnie. - Jeśli nie było tam trzecich osób, gier kosztem innych… To nie zrobiłaś nic złego. Miłość nie działa na zasadzie równych rachunków, ale odpowiedzialność już tak. - Podniosłam na nią wzrok, spokojnie, bez cienia osądu. - I każdy odpowiada za swoje decyzje. - Zrobiłam krótką pauzę, żeby te słowa mogły wybrzmieć.
Tło narracyjne
koniecpsot1972
zasady korzystania
rzuty kością
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Czarodziej nieznanego statusu krwi, będący baśniopisarzem oraz autorem książki Baśnie Barda Beedle'a. Żył w XV wieku, ale większość jego życia pozostaje dla nas tajemnicą.

Bard Beedle
#12
24.01.2026, 06:07  ✶  
Czas przesuwał się niepostrzeżenie, jak zawsze wtedy, gdy rozmowa dotykała rzeczy prawdziwych, chociaż trudnych. Ogień w kominku przycichł, potem znów się ożywił, płonące drewno miało własny rytm niezależny od naszego. Deszcz za oknami nie ustał, ale stał się tłem, nierównym, zacinającym strugami, jednak w tym wszystkim całkiem przewidywalnym, a to wystarczało, by przestać go zauważać. Butelka, która wcześniej stała z boku, nagle była pusta, a ja nawet nie pamiętałam momentu, w którym to się stało. Wstałam bez pośpiechu, aby wyjąć kolejną - alkohol był potrzebny nie po to, by zapomnieć, tylko by dokończyć ten wieczór we właściwym tonie. Wyciągnęłam z kredensu nową zdobycz - cięższą, starszą, taką, po którą sięgało się dopiero wtedy, gdy wiadomo było, że noc nie będzie krótka, a poranek lekki. Korek ustąpił z głuchym dźwiękiem, a zapach praktycznie od razu rozszedł się po salonie, mieszając się z dymem kadzidła i kurzem starych ksiąg.
Kątem oka spojrzałam na karty, które nadal leżały tam, gdzie je zostawiłam, lekko przesunięte, jakby ktoś niecierpliwie trącił je rękawem. Kiedy wróciłam na swoje miejsce na fotelu, coś we mnie było już gotowe, aby dać im przemówić - to był ten moment, który znałam z doświadczenia - punkt, w którym rozmowa zrobiła wszystko, co mogła, a reszta należała do rzeczy starszych od słów.
Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Bard Beedle (9152), Prudence Fenwick (5656)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa