• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn v
1 2 3 4 5 6 Dalej »
[13.10.1972 noc] What do we say to the God of Death? Not today | Benjy & Prudence

[13.10.1972 noc] What do we say to the God of Death? Not today | Benjy & Prudence
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#11
22.01.2026, 00:27  ✶  

Musiała jakoś przemówić mu do rozsądku. Nie widziała innej możliwości, chyba nie spodziewał się, że zaakceptuje to jego - no umieram, wypijmy herbatę, to na razie, pa. Może spotkamy się kiedyś w innym życiu. Nie mogła pojąć tego, że w ogóle coś takiego przeszło mu przez myśl. Gdzie determinacja, walka? Cokolwiek. Poddał się, tak po prostu zaakceptował to, że miał rozerwane ciało, bo jego zdaniem nic się nie dało z tym zrobić. No znalazł się samozwańczy medyk, specjalista od siedmiu boleści. Przez myśl przeszło jej, że to niemożliwe, że tyle przetrwał, jeśli w ten sposób stawiał sobie diagnozy, gdy się sam leczył... to wolała nie zastanawiać się jakim cudem było to, że udało mu się dotrwać do tych trzydziestu trzech lat. To naprawdę było niesamowite. Oczywiście, że zamierzała wrócić do tych wszystkich słów, które jej powiedział, kiedy już nabierze sił, kiedy wszystko wróci do normy. Naprawdę mieli sobie sporo do wyjaśnienia i do przegadania. Nie mogła go słuchać, nie mogła zaakceptować tego podejścia, tej lekkości, otwartości ku temu aby znalazł się za zasłoną. Zirytowała się. Naprawdę się zirytowała, drgnęła jej powieka, a trybiki w głowie po raz kolejny przeskoczyły.

Musiała jakoś do niego dotrzeć, przemówić mu do rozsądku. Ślina sama przyniosła jej na język odpowiednie słowa. Wiedziała, że ich nie zignoruje, nie uda, że nie słyszał, spodziewała się, że mogą uderzyć bardzo głęboko, ale tego właśnie w tej chwili potrzebowała. Musiał się opamiętać.

Gdy sięgnęła po te personalia, które niosły ze sobą zakończoną już historię, drogę bez powrotu, tak właściwie to tożsamość, która została już dawno trupem spojrzał na nią. Doskonale, czyli dotarło do niego to, co powiedziała. Być może wyciąganie trupa w tej chwili nie było najlepszym pomysłem, ale innego nie miała. Musiał wreszcie jej posłuchać. Nie pamiętała, kiedy i czy w ogóle odezwała się do niego w tej sposób, bardzo oficjalny, chyba nawet w Hogwarcie nie zdarzyło jej się, aż tak na niego warknąć.

Mogło go to ruszyć, nie, tak właściwie to miało go ruszyć, miało w nim coś obudzić. Przypomnieć o tym, z kim miał do czynienia, chciała, żeby znowu spojrzał na nią jak na kogoś, kto wie co robi, kto jest godnym przeciwnikiem, kto potrafi walczyć. Tym razem nie miała jednak walczyć przeciwko niemu, nie, mieli połączyć siły i stoczyć naprawdę trudną walkę ze śmiercią, dobrze byłoby gdyby wreszcie zaczęli współpracować, bo czas ich raczej naglił. Kostucha nie poczeka, aż wybiorą wspólną wersję wydarzeń, aż wszystko zaplanują.

Wydał z siebie ten dziwny dźwięk. Zmrużyła oczy, próbując zrozumieć, co się właściwie wydarzyło, śmiał się, on się śmiał, jakby mieli teraz na to czas. Naprawdę rozsądne zachowanie, dlaczego trafił się jej taki trudny przypadek? No dlaczego. Miała ochotę go rozszarpać, tylko, że nie mogła tego zrobić teraz, bo mogłoby mu to w tej chwili tylko zaszkodzić, jak już go uleczy, to go rozszarpie. Tak, to brzmiało jak całkiem sprytny plan.

- Sam go sobie właśnie piszesz. - Brakowało w niej tej typowej dla niej miękkości, czy lekkości, jej głos zrobił się bardziej szorstki, jakby była zupełnie innym człowiekiem. Łatwo jej było przełączyć się na ten tryb walczący o przetrwanie, bo przecież chodziło o niego, nie mogła tak po prostu odpuścić, zaakceptować tego, że postanowił się poddać. Musiała go ocalić. Sprawa była bardzo prosta.

- Szybko doszedłeś do tego wniosku, naprawdę szybko, Sherlocku. - Lubiła go... Tak, to na pewno było tylko i wyłącznie lubienie, nic więcej, dość szybko stwierdził, że robi to z sympatii... To nie tak, że kochała go ponad wszystko, że był dla niej najważniejszą osobą na świecie, wcale nie chodziło o to, stwierdził, że być może go lubi. Oczywiście wyczuwała tę ironię, podszedł do tego jak zawsze, żartował z tego, co miała mu do powiedzenia, jak w każdym momencie, w którym tracił grunt pod nogami.

- Będę się na Ciebie drzeć, kiedy tylko będę miała ochotę, najwyraźniej inaczej nic do Ciebie nie dociera. - Nie sądziła, że coś się zmieniło, chociaż miała wrażenie, że odrobinę jego wyraz twarzy. Zaskoczyła go, wybiła z tego rytmu, w który wpadł, gdy pojawił się w kuchni, to dobrze, potrzebowała u niego zmiany nastawienia. Trudno było ratować kogoś, kto twierdził, że i tak umrze.

- Wiesz, że nazwisko nie ma znaczenia, prawda? - Dodała jeszcze, nie mogła się powstrzymać, widziała co robił, ale miała to gdzieś, bez względu na nazwisko z którego zamierzał korzystać i tak była jego żoną, a to wiązało się z posiadaniem pewnych dodatkowych praw, na które nie miał najmniejszego wpływu, nie w tej sytuacji.

- Pozwolisz, że będziesz się tym zachwycał trochę później, to nie jest odpowiedni moment. - Rzadko kiedy przeklinała, nie widziała takiej potrzeby, wręcz przeciwnie nie uważała, aby to do niej pasowało. Nie musiała korzystać z takich słów, aby przemawiać komukolwiek do rozsądku, no prawie zawsze, trafił jej się jednak wyjątkowo oporny przypadek, przez którego musiała wyciągnąć nieco inne działa.

- Obym nie musiała nią więcej rzucać, chociaż jeśli właśnie tego potrzebujesz, to nie zamierzam się powstrzymywać. - Być może w zaistniałej sytuacji powinna być delikatniejsza, jednak czuła, że to nie wystarczy, próbowała przemówić mu do rozsądku po dobroci, ale nic z tego nie wyszło, nie miała siły przebicia.

- Nie masz pojęcia, jak bardzo chciałabym to zrobić, ale zamierzam to sobie zostawić na później. - Teraz musiała zrobić wszystko, aby nie umarł, później mogła przejść do znęcania się nad nim. Mogła mu obiecać, że jak przetrwają tę noc to na pewno przyjdzie mu zapłacić za to podejście. Nie zamierzała puścić mu tego płazem. To nie mogło mieć miejsca. Miała mu naprawdę wiele do powiedzenia, co sądzi na temat dzisiejszego zachowania, a Prue kiedy się nakręciła potrafiła być naprawdę monotematyczna i gadać tak długo to samo, aż w końcu miała mieć pewność, że wszystko naprawdę dotarło tam gdzie miało.

- Tak, naprawdę myślę, że mogę, tak właściwie to już to robię, nie masz nic do gadania. - Dodała jeszcze, bo chyba nie do końca to zauważył, warto było, żeby otworzył oczy, spodziewała się, że jego umysł w tej chwili nie był szczególnie jasny,  ból powodował swoje, dlatego też mówiła wprost, bardzo łopatologicznie.

- Pierdolisz farmazony, stwierdzam fakt. Masz przestać. - Powiedziała tak, jakby faktycznie miała wpływ na to, co zamierzał mówić. - Nie będę tego słuchać. - Mogła się wyłączyć, zupełnie go ignorować, to też było jakimś rozwiązaniem, nie wydawało jej się jednak, aby na pewno tego właśnie chcieli.

- To przestań, przestań być realistą, to nie jest na to odpowiedni moment. - Potrzebowali odrobiny optymizmu, który być może nie pasował do nich jakoś szczególnie, ale to był ten moment, w którym powinni zmienić swoje przyzwyczajenia, tak właściwie to ona już to zrobiła, nie było w niej ani odrobiny tego czarnowidztwa, które zazwyczaj się z niej wylewało.

Westchnęła ciężko, kiedy ponownie się odezwał. Naprawdę próbował doprowadzić ją na skraj tymi swoimi komentarzami. Oczywiste, że zamierzała wlać w niego tysiąc herbat, najlepiej w tej chwili, to było całkiem normalnym posunięciem. Widziała co robił, w jaki sposób się do niej odzywał, próbował żartować, unikał mówienia o tym, co naprawdę miało znaczenie w tej chwili. Radził sobie z tym, tak jak potrafił.

Cofnął się o krok, widziała w jego ruchach pewną niepewność, już nie udawał, że jakoś trzyma się na nogach, nie musiał tego robić, nie musiał już ukrywać przed nią swojego stanu. To było niepotrzebne, zresztą nie potrafiła zrozumieć, czemu na początku to zrobił, na pewno powie mu później, jak bardzo to było głupie i nieodpowiedzialne.

- Dobrze, zrobimy to razem. - Ton jej głosu się zmienił, był spokojniejszy, przyznał się do tego, że potrzebna mu jest pomoc, a to się nie zdarzało. Już się nie opierał, odebrała to jako przyzwolenie, nie, żeby go potrzebowała, ale jednak ułatwiało jej działanie. Za chwilę będzie mogła mu pomóc. Podeszła bliżej, wsunęła mu rękę pod ramię. Miała świadomość, że to nie będzie łatwa przeprawa, właśnie dlatego zaproponowała podłogę, bo obawiała się tego, że jej ogromna determinacja może nie wystarczyć, nie kiedy miała doczynienia z jego wielkim ciałem.

Podkręciła jedynie głową, kiedy znowu się odezwał. Nie mógł jej tego odpuścić, musiał być sobą, nawet w takiej sytuacji. Spodziewała się, że często będzie do tego wracał, po to sięgał, bo to jak się do niego odezwała było naprawdę absurdalne, a takie rzeczy lubiły zostawać w pamięci. Będzie musiała do tego przywyknąć, jakoś sobie z tym poradzi.

- Widać marny ze mnie model arystokratki, musisz mi to wybaczyć, nieodpowiednie pochodzenie daje o sobie znać. - Pociągnęła ten temat, sama zaś poprawiła rękę pod jego ramieniem, chwyciła go mocniej, jakby to faktycznie miało jej pomóc w tym, żeby przejść z nim dalej. Trochę się tego obawiała, naprawdę nie chciała aby przydzwonił głową o podłogę, to mogłoby mu tylko dołożyć kolejnych urazów, a  z tymi których się nabawił ciężko było przetrwać, kolejne zdecydowanie nie były mu potrzebne.

- Pomogę Ci dojść, w końcu jesteśmy w tym razem. - Nie umknął jej ton jego głosu, to w jaki sposób to powiedział, nadal próbował rozładowywać napiętą atmosferę żartem, starała się dotrzymać mu kroku, chociaż wcale nie było jej do śmiechu.

- Powoli, krok za krokiem, wiem, że to nie jest dla Ciebie normalne, że wolisz szybko, najlepiej od razu, ale nie dzisiaj. - Wykonała ten pierwszy krok w stronę dywanu, próbowała utrzymać go w pionie, miała nadzieję, że zaraz się nie zachwieje, bo w przeciwieństwie do tego, co chciał to skończy na tej nieszczęsnej podłodze. - Raz, dwa i do przodu. - Miała wrażenie, że dzięki temu, że mówiła o tym głośno uda im się jakoś się zsynchronizować.

Jakoś udało im się dotrzeć do miejsca docelowego, do dywanu, o którym wspomniał, który został przez niego wybrany, jako miejsce, gdzie miała zacząć walczyć z jego stanem zdrowia. Ostrożnie pomogła mu się na nim położyć, w sumie był całkiem miękki, to było nie najgorsze miejsce do leżenia w tym domu.

Sama zaś uklękła nad nim, torbę z medykamentami rzuciła gdzieś za siebie, trzymała mocno swoją różdżkę w dłoni, obserwowała go przez jakąś sekundę. W końcu mogła zacząć działać. - Przymknij oczy, już się Tobą zajmuję. - To nie był lekki uraz, co do tego się zgadzali, w przeciwieństwie jednak do Benjy'ego wiedziała, że istnieją takie metody, które mogą pozwolić mu się zatrzymać, przestać tracić oddech, nie były one szczególnie mile widziane wśród większości czarodziejów, ale ona nigdy nie była jak inni. Wiedziała, że czasem nie ma innego wyjścia, innej możliwości. Musiała to zrobić, od tego zależało jego życie.

Tym razem doskonale wiedziała co robić, nadrobiła braki, sytuacja się nie powtórzy, żaden wilkołak nigdy więcej nie odbierze jej nikogo bliskiego, nie było takiej możliwości. Zaczęła szeptać pod nosem inkantacje, wykonywała nad jego ciałem bardzo powolne, ostrożne ruchy, nie były niepewne, tylko dbała o to, aby każdy szczegół był dopracowany. Szeptała powoli, wyraźnie, nie brakowało jej pewności siebie. Doskonale wiedziała co robi, przymknęła oczy, skupiała się na tym, żeby zlokalizować jakąś siłę, która mogła jej pomóc. Nie musiała szukać długo, niemagiczny Londyn miał sporo mieszkańców, wybrała najbliższe źródło, potrzebowała od niego energii, miał jej w sobie sporo, to musiał być człowiek, dorosły człowiek. Nie zastanawiała się nawet chwili, czy było to moralne, dla niej było, było też potrzebne. Zamierzała przenieść tamtą energię na swojego męża, skupiała się na tym, chociaż wymagało to naprawdę wiele siły, to nie było proste do wykonania. Była jednak gotowa, aby to zrobić. Zamknęła w końcu oczy, słowa które padały z jej ust były coraz głośniejsze, aż wreszcie nad jej mężem pojawiło się światło, łuna, energia życiowa, które zaczął wchłaniać, zupełnie nieświadomie, bezwiednie. Udało jej się to, przynajmniej początek, teraz musiała po prostu to utrzymać, dopełnić dzieła, nie przestawała go przy tym obserwować, czekała na jakiś znak, odruch, który będzie potwierdzeniem, że już więcej nie potrzebuje, że to wystarczy, a wtedy przestanie to robić.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#12
23.01.2026, 13:55  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.01.2026, 14:05 przez Benjy Fenwick.)  
Spojrzałem na nią, tym razem będąc świadomym sytuacji, coś w mojej twarzy musiało się zmienić, bo zobaczyłem, że to zauważyła - przestałem się uśmiechać, przestałem próbować być zabawny, to było jak zrzucenie maski, która nagle stała się zbyt ciężka, a potem… Powiedziała te trzy słowa i wszystko zmieniło się po raz kolejny…

Śmiech przeszedł w charkot, potem w coś, co bardziej przypominało kaszel niż jakikolwiek dźwięk, który powinien wydawać człowiek stojący na własnych nogach. Patrzyłem na nią przez chwilę w milczeniu, jakbym musiał przestawić w głowie jakiś mechanizm, który się zaciął - jakby mówiła w innym języku, którego jeszcze nie zdążyłem przetłumaczyć.

„Sam sobie właśnie piszesz nekrolog”… A ja nawet nie miałem siły się na to oburzyć tak, jak bym chciał, zamiast tego tylko westchnąłem, płytko, krzywo, jak ktoś, kto nie ma już miejsca na kolejną walkę. Nie pisałem nekrologu, ja tylko zamykałem nawiasy, to była różnica, której nie potrafiłem jej wytłumaczyć. Zamykałem nawiasy wokół rzeczy, których nie zdążyłem powiedzieć, wokół tych wszystkich „kiedyś”, wokół planów, które były bardziej marzeniem niż projektem, wokół rozmów, które prowadziliśmy, myśląc, że mamy luksus czasu. Zamykałem nawias wokół tego domu, który miał być początkiem, a okazał się tylko miejscem, w którym zatrzymaliśmy się na chwilę, nawiasy w zdaniach, których nie dokończyłem, nawiasy w rozmowach, które urwały się kiedyś w pół zdania i nigdy do nich nie wróciliśmy, nawiasy w życiu, które było pełne niedopowiedzeń, zbędnych żartów, uników, uciekających spojrzeń. Nie pisałem o śmierci, ja tylko domykałem to, co było otwarte.

Widziałem tę zmianę w jej oczach, przez chwilę tylko na nią patrzyłem, naprawdę patrzyłem, a nie oceniałem, nie żartowałem, nie szukałem riposty. Swoją reakcją faktycznie wybiła mnie z rytmu, z tej dziwnej, chłodnej narracji, którą sobie ułożyłem, żeby to wszystko było znośne, z tej wersji mnie, który był spokojny, pogodny, gotowy.
Zmiana nastawienia - tego właśnie chciała, ale czy to było dobre, skoro tylko utrudniało nam obojgu godne poradzenie sobie z tym, co w moich oczach było już poza zasięgiem naszych decyzji. To nie były małe ranki do zalepienia plasterkami, jako wybitna uzdrowicielka, Prue powinna była być tego świadoma, nawet jeśli jeszcze tego do siebie nie dopuszczała - ja wiedziałem.
Patrzyłem na nią chwilę dłużej, niż wypadało, nie dlatego, że chciałem coś powiedzieć, tylko dlatego, że musiałem zrozumieć, kim jest teraz ta osoba, która do mnie mówi - to nie była ta sama Prudence, która kilka godzin temu śmiała się z moich głupich uwag, to nie była ta sama, która nocami zasypiała wtulona we mnie, to była kobieta, która właśnie postanowiła mnie uratować, nawet jeśli ja nie miałem już siły się ratować sam.
- Pluey… - Zacząłem, ale urwałem, bo w głębi duszy nie mogłem powiedzieć jej tego, co naprawdę chciałem powiedzieć. Nie mogłem powiedzieć „to nie jest poddanie się, to jest świadomość, to jest coś innego, to jest spokój”, to była różnica, której ona nie chciała usłyszeć, bo brzmiała jak rezygnacja, jak coś ostatecznego, jak kapitulacja.
Nie poczułem nawet żalu o jej ostre słowa, to było raczej… Zmęczone rozbawienie, jakby ktoś nazwał porządkowanie półki „budową trumny”.
- To nie neklolog. - Powiedziałem cicho, trochę chrapliwie, bo oddech wciąż nie chciał mi się układać. - Neklolog się pisze dla innych. Ja… Ja tylko układam własne szeszy. - Nie próbowałem jej tego głębiej wyjaśniać, ponieważ wiedziałem, że to nic nie da, nie w tym stanie, w jakim oboje się znaleźliśmy. Patrzyłem na nią, na tę wersję ukochanej, której prawie nie znałem - twardszą, ostrzejszą - taką, która nie miała w sobie nic z tej miękkości, którą kochałem. Była jak ktoś, kto wszedł na pole bitwy i nie zamierzał się już cofnąć, brzmiała inaczej, nie jak moja żona, nie jak ta dziewczyna, którą znałem od dzieciaka, tylko jak ktoś, kto walczy o przetrwanie, jakby to była wojna, a nie korytarz w naszym domu. Tylko… Nawet reagując na jej wcześniejsze słowa, tak jak prawdopodobnie tego ode mnie chciała, w głębi serca nie wiedziałem, po co to robiłem - po co my to robiliśmy. Jasne - odbijałem jej wypowiedzi, ponownie mrużyłem oczy, starając się brzmieć lepiej, niż wyglądałem, bo nie chciałem tak po prostu… Przestać, ale… To jednocześnie byłem i nie byłem ja, coś we mnie działało już tylko na zasadzie autopilota, nic więcej.
- Mhmm… Doszedłem do tego, sze mnie lubisz, ciutkę szybciej, nisz ty znalazłaś… Altelnatywę zamykania mi moldy… A niby to nie było takie… Niejasne, sze zawsze mogłaś mi… - Uniosłem brwi, chociaż ten ruch wiele mnie teraz kosztował, postarawszy się nie zająknąć, co w każdych innych okolicznościach byłoby gładkie i instynktowne, ale teraz nagle zaczęło stanowić osobne wyzwanie. - Milczałbym jak tlusia… Pszysięgam. - Przymrużyłem oczy, próbując złapać oddech, który nie chciał się składać w coś sensownego. -  Kwita, jak mniemam? - Zrobiłem krótki, płytki wdech, bo każdy dłuższy bolał jak cholera.
Kochałem ją, nie „lubiłem”, nie „sympatyzowałem” - kochałem tak, że gdyby ktoś mi teraz powiedział, że to ostatnia rzecz, jaką w życiu czuję, uznałbym, że i tak dostałem więcej, niż mi się należało. Kochałem ją nawet teraz, gdy patrzyła na mnie z tym szorstkim, walczącym spojrzeniem, gotowa gryźć świat za mnie zębami. I kochałem ją na tyle mocno, że chciałem, żeby domagać się, by przestała walczyć w straconej sprawie - żeby po prostu była, nawet jeśli ja już nie będę. Nie powiedziałem tego głośno, bo by się ze mną nie zgodziła, a ja naprawdę nie chciałem kończyć naszej historii w taki sposób, zamiast tego tylko uniosłem lekko dłoń, jakbym chciał dotknąć jej policzka, chociaż nie miałem już na to zbyt wiele siły.
„Będę się na ciebie drzeć” - przesunąłem spojrzeniem po jej twarzy, po oczach, które były zbyt czujne, po ustach, które były zbyt zaciśnięte, popatrzyłem na nią tak, jak patrzy się na kogoś, kto właśnie wziął na siebie coś, czego nie powinien dźwigać sam, ale i tak to zrobił. Prychnąłem słabo, kiedy to powiedziała, ten dźwięk był bardziej wydechem niż śmiechem, ale i tak go wypuściłem, jakby był częścią jakiejś dawnej rozmowy, którą zawsze umieliśmy prowadzić nawet w najgorszych momentach. Przez chwilę naprawdę nie wiedziałem, co odpowiedzieć, to nie był ten rodzaj ciszy, w której człowiek zbiera myśli, to była ta druga, gorsza, kiedy myśli zbierają się same, ale żadna z nich nie nadaje się do wypowiedzenia.
- Okej… - Wydyszałem. - Dobsze. - Nie „okej” w stylu żartu, „okej” w stylu przyjęcia do wiadomości.
Spojrzałem na nią powoli, jakbym musiał przestawić ostrość widzenia, jej kolejne słowa dotarły do mnie dopiero po jeszcze dłuższej chwili, jakby musiały przejść przez coś gęstszego niż powietrze, co nie było dziwne, bo musiały znaleźć sobie miejsce pomiędzy bólem a zmęczeniem. „Nazwisko nie ma znaczenia”, powiedziała to z tą swoją upartością, która zawsze była jak ściana, o którą można się było rozbić albo oprzeć, zależnie od dnia. Uniosłem lekko brew, ten gest kosztował mnie więcej energii, niż powinien, ale nadal był mój.
- A ty wiesz, do kogo to mówisz? - Zapytałem cicho. Nie było w tym złośliwości, była za to ta stara, uparta duma, którą zawsze we mnie widziała, było też coś pomiędzy zmęczeniem a tym dawnym, bezczelnym błyskiem, który zawsze wyłaził, kiedy próbowała mnie przypierać do muru na inny sposób niż ten właściwy.
Kto jak kto, ale ja naprawdę to wiedziałem, wiedziałem to od dawna - nazwiska były tylko kostiumami, maskami, sposobami na przeżycie, na ukrycie się, na zostanie kimś innym, kiedy bycie sobą było zbyt niebezpieczne albo zbyt bolesne. Chciałem coś dodać, jakąś ironię, błyskotliwą ripostę, ale w głowie miałem dziwną ciszę, jakby świat zrobił pauzę dokładnie na tę jedną linię dialogu. Pamięć robiła mi dziwne figle, myśli rozciągały się jak guma, a potem nagle urywały i wtedy… Wtedy przyszła ta myśl - powoli, niechętnie, jakby mózg musiał się przez nią przeczołgać - „rytuał krwi” - przymknąłem oczy na sekundę, jakby to miało coś zmienić. Magia rytualna nie pytała o nazwiska, tylko o intencję, więc… Prue miała rację, w obu wersjach, we wszystkich wersjach, nieważne, czy byłem Rookwoodem, czy Fenwickiem, czy jakąkolwiek inną kombinacją, którą sobie wymyśliłem, żeby przetrwać, więzi magicznych nie obchodziły dokumenty, nazwiska, paszporty, historie przykrywkowe - takie siły obchodziła prawda, a prawda była taka, że…
- Cholela… - Mruknąłem, bardziej do siebie niż do niej. - Zapomniałem. - Otworzyłem oczy i spojrzałem na nią inaczej, z czymś, co było mieszanką rezygnacji i uznania, już nie jak na kogoś, kogo trzeba było chronić przed moimi decyzjami, tylko jak na kogoś, kto… Technicznie rzecz biorąc… Miał prawo mnie ratować, bo sam jej to prawo dałem. Ha!, nawet w tym stanie pamiętałem moment, gdy to stanowiło argument, by związać nas w środku nocy - to, że będzie mogła wymagać ode mnie powrotów, ale… Ja wróciłem - prawda? Po prostu nie tak…
Słuchałem jej, ale miałem wrażenie, że słowa docierają do mnie jak przez wodę - nie dlatego, że ich nie rozumiałem, tylko dlatego, że każde z nich musiało przebić się przez warstwę bólu, szumu w głowie i tego dziwnego, narastającego zmęczenia, które nie było zwykłym zmęczeniem. Po prostu mój mózg potrzebował więcej czasu, żeby je poukładać, a ja nie miałem już luksusu czasu - to było coś głębokiego, ciężkiego, jakby ktoś powoli obniżał poziom światła w pomieszczeniu, a ja całe życie robiłem wszystko w trybie „teraz albo nigdy”.
Parsknąłem cicho, krótko, bo to zdanie było tak bardzo… Nią. Ten dźwięk znowu bardziej przypominał charkot niż śmiech, ale coś we mnie uparcie trzymało się tej starej, głupiej wersji mnie, która zawsze musiała skomentować.
- To nie są falmasony. - Powiedziałem cicho, trochę mniej buntowniczo, nawet jeśli bardzo starałem się trzymać rytmu naszego dialogu. - To są fakty. - Brzmiałem spokojnie, aż za spokojnie, jak ktoś, kto mówił o pogodzie.
Kiedy kazała mi przestać, naprawdę przestać, poczułem w klatce piersiowej coś dziwnego, nie ból, coś bardziej jak… Zdziwienie, jakby ktoś, kogo kochałem, i ktoś, dla kogo naprawdę starałem się być dokładnie taki - dojrzalszy, bardziej świadomy, by nie popełniać błędów, o które już kiedyś mnie oskarżono - właśnie próbował wyłączyć we mnie tryb, który działał bez przerwy od lat. Patrzyłem na nią, jakby mówiła do mnie przez grubą szybę, słowa docierały, ale z opóźnieniem, jak echo, ale trochę niewłaściwe, zniekształcone przez mój narastający brak psychicznego zrozumienia tego, co do mnie mówiła.
- Przestać być lealistą? - Powtórzyłem, jakby to było obce słowo. - Plue, ja jusz nawet nie wiem, jak to się lobi. - Spróbowałem się uśmiechnąć, ale mięśnie twarzy miały inne zdanie, więc wyszło coś krzywego, niepewnego. - Ty zawsze byłaś tą, któla widziała czalne scenaliusze. - Dodałem bez wyrzutów, po prostu stwierdzając fakt. - A telas nagle chcesz… Lószowych chmul? - Oddech mi się urwał, na moment, musiałem złapać powietrze, jakby ktoś je nagle zabrał z pokoju. Normalnie bym się obruszył, rzucił coś w odpowiedzi, coś zaczepnego, coś, co odwróciłoby uwagę od tego, co naprawdę się działo - teraz tylko przełknąłem ślinę. Zauważyłem, że mówiła wolniej, wyraźniej, jak do kogoś, kto właśnie zgubił połowę połączeń neuronowych po drodze, cholera, miała rację, mój umysł nie był szczególnie jasny.
- Okej. - Powiedziałem cicho. - Pszestanę. - Nie brzmiałem jak ktoś, kto się bronił, już nie, bardziej jak ktoś, kto nie miał już siły, żeby się naprawdę sprzeczać.
Zrobiłem krok do tyłu i dopiero wtedy naprawdę poczułem, jak bardzo nogi mam niepewne - nie teatralnie, nie „zwróć na mnie uwagę”, po prostu… Źle. Świat na moment się przechylił i musiałem oprzeć się mocniej o ścianę, zamknąłem przy tym oczy na sekundę, ale szybko je otworzyłem, jakbym się bał, że jak tego nie zrobię, to nie będzie następnej okazji. Przechyliłem głowę minimalnie w jej stronę, tak, żeby spojrzeć jej w oczy, chociaż obraz trochę mi się rozjeżdżał.
- Och, Lady Lookwood… - Wydyszałem, z przesadną elegancją, jakbym naprawdę miał jeszcze siłę na dworskie maniery. Powietrze wciąż nie chciało wchodzić do płuc tak, jak powinno, ale nie zamierzałem jej tego teraz demonstrować bardziej, niż było to absolutnie konieczne. - Ja właśnie umielam s dumy. - Kącik ust drgnął mi niebezpiecznie blisko uśmiechu, zawsze miałem słabość do skandali klasowych.
- Malny… Jesteś… Absolutnie katastlofalna… Jako alystoklatka. - Zawiesiłem na niej spojrzenie, zmęczone, ale wciąż zaczepne. - Ale za to… Pelfekcyjna… Jako ty.
Uwielbiałem ją, nie „kochałem” - uwielbiałem, w tym wypadku to słowo miało głębsze znaczenie. Uwielbiałem ją całą, z jej niecierpliwością, jej brakiem manier i absolutnym brakiem respektu dla mojej „szlachetnej krwi”. Parsknąłem słabo, bo nawet teraz potrafiła mnie rozbroić jednym zdaniem.
- Więc, yh, wybaczam. - Wziąłem kolejny ciężki oddech, starając się nie dyszeć zbyt wyraźnie, mimo to kącik ust uniósł mi się uparcie, jakby ciało mogło się sypać, ale charakter miał zamiar trwać do końca. - S głębi mojego wielkopańskiego selca. - Parsknąłem cicho, chociaż bardziej przypominało to zduszony wydech niż śmiech.
Poczułem jej ramię pod moim, drobną dłoń zaciskającą się mocniej, jakby naprawdę mogła mnie tym utrzymać w pionie - może mogła, może to było jedyne, co mnie jeszcze trzymało, chociaż nie miałem pojęcia, jakim cudem. To było dziwne uczucie, nie dlatego, że mnie dotykała, tylko dlatego, że nagle to byłem tym, którego trzeba było podtrzymywać. W normalnych okolicznościach to ja powinienem ją prowadzić, nie odwrotnie, a teraz nagle stałem się naszym największym problemem - dosłownie - byłem za ciężki, za wysoki, za duży jak na sylwetkę mojej żony, i oboje o tym wiedzieliśmy. Próbowałem zrobić krok - nogi zareagowały z opóźnieniem, jakby nie dostały jeszcze informacji, co się właśnie dzieje, więc oparłem się na niej bardziej, niż planowałem. Przesunąłem ciężar ciała, bardzo powoli, ostrożnie, jakbyśmy tańczyli coś absurdalnie wolnego i źle zsynchronizowanego. Skupiłem się na jej ramieniu, na tym, jak mnie trzymała, prowadziła, jak mówiła głośno „raz, dwa”, jakbyśmy byli na lekcji tańca, a nie w środku czegoś, czego nie chciałem nazywać.
- Poza tym - dodałem cicho, z tym starym, bezczelnym błyskiem, który zawsze wyciągała ze mnie na powierzchnię - wczolaj lano miałaś w sobie balso duszo alystoklatyczności. - Przesunąłem na nią spojrzenie, powoli, uważnie, jakbym miał na to całe godziny, a nie kilka rozpadających się minut. - Plawie celemonialnej. - Zrobiłem krótką pauzę, łapiąc oddech, spojrzawszy na nią z ukosa. - Wlęsz obscenicznie duszo. - Spróbowałem się zaśmiać, ale wyszło mi tylko krótkie, ochrypłe „ha”, i uniósłem kącik ust, chociaż kosztowało mnie to więcej, niż chciałem przyznać - każdy mięsień miał swoje zdanie na temat tego ruchu,  żaden nie był przychylny. Czułem zapach jej perfum, herbaty, domu, tych wszystkich rzeczy, które miały być zwyczajne, codzienne, nudne - tych, które miały się powtarzać przez lata.
„W tym razem” brzmiało jak obietnica, coś, co powinno mnie uspokoić, a zamiast tego ścisnęło mi klatkę piersiową mocniej niż ból - ja już wiedziałem, że to „razem” nie jest czymś, co mogłem jej jeszcze dać w takim sensie, w jakim ona to rozumiała. Każdy ruch był negocjacją - z bólem, grawitacją, z własnym ciałem, które miało coraz mniej do powiedzenia - każdy krok był osobną decyzją, jakby świat rozpadał się na segmenty, a ja musiałem się zastanawiać, czy chcę przejść do następnego. Zachwiałem się minimalnie, kiedy poprawiła chwyt, ale pozwoliłem jej, nawet oparłem się na niej odrobinę bardziej, niż wypadało, jakbym nagle zapomniał, że mam prawie dwa metry wzrostu i całe życie udawałem, że niczego nie potrzebuję.
- Spokojnie - mruknąłem odruchowo, chociaż to ona była tą, która powinna to powiedzieć - nie puszczę. - To było tak absurdalne, że prawie mnie to rozbawiło. Zacisnąłem zęby, odczekałem sekundę, aż przestanie mi się robić czarno przed oczami, i dopiero wtedy spojrzałem na nią z tym samym, starym spojrzeniem, które pamiętała z czasów, kiedy oboje byliśmy młodsi, głupsi i przekonani, że nic nas nie ruszy.
- Ej, nie. - Wydyszałem, próbując złapać powietrze. Przymknąłem oczy na moment, a kiedy je otworzyłem, zobaczyłem jej twarz zbyt blisko, zbyt skupioną, zbyt napiętą - na chwilę odciągnęła mój umysł od nadciągającej ciemności. - Nie wiem, skąd ci się wzięło… „Szybko, od lasu i na las”. - Prychnąłem słabo. Zrobiłem krótką pauzę, bo świat znowu lekko się przesunął. - Ja… Potlafię… Długo. - Dodałem z wyraźnym naciskiem, jakby to było najważniejsze sprostowanie tej nocy, „wiesz, ile razy w życiu coś przeżyłem tylko dlatego, że potrafiłem długo?” - Długo myśleś. Długo iść. Długo nie spaś. Długo… Czekaś. - Dodałem, próbując się wyprostować. To ostatnie słowo wyszło ciszej, i choć kosztowało mnie to więcej powietrza, niż powinno, nie mogłem sobie odmówić - parsknąłem słabo, bardziej odruchem niż świadomą decyzją, a potem od razu tego pożałowałem, bo ból przeciął mnie w pół jak ostrze.
Starałem się iść powoli, bardzo świadomie, licząc kroki w głowie, bo inaczej bym się rozsypał. Zapach herbaty wciąż gdzieś się unosił, to było absurdalne, że to właśnie ten zapach najbardziej mnie uspokajał - on i truskawki.
- Dywan… - Przypomniałem, jakby to była najważniejsza rzecz na świecie. - Ten paskudny. Nie ten ładny. - To było ważne, bardzo ważne, nie chciałem krwawić na dywan od teściowej, teść by mnie chyba zabił… Nie byłem pewien, czy będzie jutro, ale brzmiało to jak coś, co powinienem powiedzieć.
Widziałem krawędź, jakby była czymś w rodzaju mety, chociaż wiedziałem, że to nie jest koniec niczego - to był tylko kolejny punkt, który miał nam dać złudzenie kontroli, ale widząc go, poczułem coś w rodzaju… Ulgi - absurdalnej, niemal komicznej ulgi.
- Wiesz - powiedziałem nagle, dysząc, tym razem bez skrępowania - zawse uwaszałem… Padnę… Na dachu, wieszy, w ogniu, w… Eksplozji… - Spojrzałem na punkt odniesienia leżący w korytarzu, teraz nagle stał się strategicznie istotny. - A nie na tym… Obszydliwym czymś. - Uniosłem brew słabo. - To twoja wina. - Mruknąłem, krzywiąc się. - Zawsze musiałaś mnie plowadziś w złe miejsca. - Przesunąłem wolną dłonią po ścianie, szukając punktu zaczepienia, ale palce były za śliskie, za słabe. Czułem jej ręce - ostrożne, ale zdecydowane, w kontraście do moich - wiedziała, co robi, nawet jeśli ja już nie do końca byłem w stanie to śledzić, bo każdy ruch rozciągał mnie od środka, jakby ktoś próbował rozszerzyć granice mojego ciała, które i tak już były za bardzo nadwyrężone. Zachowywała się tak, jakby przenosiła coś kruchego, chociaż ja całe życie byłem raczej tym, co się rzuca, a nie niesie. To mnie… Wzruszyło, nawet jeśli z zewnątrz - chyba - nie dałem tego po sobie poznać. Pozwoliłem sobie osunąć się trochę bardziej na nią, bo wiedziałem, że inaczej nie dam rady, każdy centymetr kosztował mnie więcej, niż powinien - kiedy w końcu dotarliśmy do dywanu, miałem wrażenie, że przeszliśmy przez pół kontynentu, a nie kilka metrów korytarza.
- O, widzisz? - Wskazałem lekko głową. - Piękny. - Kłamałem, był paskudny, ale funkcjonalny - odrobinę jak ja po trzech dniach w terenie. I trochę jak ja… Heh. Okazał się zaskakująco miękki, naprawdę miękki, jak na coś, co zwykle kojarzyło mi się z kurzem i kocimi kłakami - zauważyłem to w sposób absurdalnie wyraźny, jakby mózg uznał, że to jest informacja, którą koniecznie trzeba odnotować - niezbyt elegancki, ale wystarczająco dobry, żeby na nim wylądować bez dodatkowych komplikacji, teraz był jak obietnica, że nie uderzę głową o coś twardego. Dotarliśmy do niego bardziej siłą jej woli niż moich nóg, ja sam nie pamiętałem dokładnie, jak to się stało, kroki zlewały się w jedno, ręce, które mnie trzymały, były jedyną osią świata, pamiętałem tylko fragmenty drogi - drobne ramię pod moim, moje stopy, które przestawały być moimi, ścianę, która na chwilę była ważniejsza niż grawitacja.
Pozwoliłem jej mnie opuścić, powoli, ostrożnie, jakbyśmy robili to już tysiąc razy, a nie po raz pierwszy i ostatni jednocześnie, a potem już byłem na podłodze, a raczej na tym nieszczęsnym kawałku materiału, który wybrałem z czystej przekory i z bardzo praktycznego powodu - nie był zimny.
Kazała mi zamknąć oczy, więc zrobiłem dokładnie odwrotnie i otworzyłem je szerzej. Patrzyłem na nią jeszcze, chciałem zapamiętać jej twarz bez tego napięcia, bez tej medycznej ostrości w spojrzeniu, ale to było niemożliwe. Teraz była wojowniczką, strażnikiem, nie żoną, która robi herbatę o świcie.
- No, plosę… - Wydyszałem. - A ja myślałem, sze to ja miałem się tobą zajmowaś.
Leżałem - to było dziwne - zawsze byłem tym, który stał, nawet kiedy nie powinien, a teraz patrzyłem w sufit, który był nagle zbyt daleko, wszystko było za daleko, nawet Prudence. Uklękła nade mną, widziałem jej sylwetkę jak przez wodę, jakby ktoś zanurzył mi głowę w jeziorze i kazał patrzeć w górę. Torba z medykamentami poleciała gdzieś za nią, usłyszałem głuchy dźwięk, ale nie potrafiłem już zlokalizować, skąd dokładnie przyszedł. Trzymała różdżkę, mocno, to widziałem całkiem wyraźnie, jakby jej ręka była jedyną stabilną rzeczą w tym pokoju.
- Pluey… - Wyszło ze mnie cicho. - Jeśli to… Ten moment, kiedy mam powiedzieś coś… Mądlego, to… Pseplasam, ale nic takiego nie mam.
Oddychałem coraz płycej, czułem dziwne mrowienie w palcach, jakby należały do kogoś innego - nie chłód, nie ból, nie strach - mrowienie i miękkość, jakby świat chciał mnie na chwilę oszukać, że wszystko jest w porządku, to tylko zmęczenie, zaraz wstanę, otrzepię się i pójdziemy do kuchni pić herbatę.
- To zabawne - Wyszeptałem. - Zawse myślałem, sze jak umlę, to bęsie… Głośniej. - To słowo wyszło samo, nie zamierzałem go użyć, zatrzymałem się na ułamek sekundy, łapiąc oddech, ciężki, szorstki, zbyt głośny.
- Pseplasam. - Mruknąłem znowu, ale tym razem było to inne „przepraszam” - nie za siebie, za to słowo.
Czułem, jak przesuwała moją koszulkę, jej palce dotykały skóry wokół rany, było to jednocześnie bolesne i… Dziwnie uspokajające, bo ktoś w końcu dotknął czegoś, co przez ostatnie godziny istniało tylko jako chaos.
- Hej… - Wymknęło mi się, zanim zdążyłem to powstrzymać, mój głos był chrapliwy, cichszy, niż chciałem. - Jakby co… - Zacząłem i przerwałem, bo zabrakło mi powietrza.
Przełknąłem ślinę.
- Jakby co, to wolałbym, szebyś nie uszywała tych… Stlasnych zaklęś, po… Po któlych ludzie świecą albo mają oczy jak szaby. - To był słaby żart, wiedziałem o tym, ale to był mój sposób na powiedzenie „boję się”. - Nie lób niczego, co sprawi, sze… Mnie… Znienawidzisz. - Mruknąłem słabo, to też był żart, prawie.
Zamknąłem oczy na sekundę, potem znowu je otworzyłem, bo bałem się, że jak je zamknę, to już nie będzie „sekunda”.
- Nie. - Głos miałem cichszy, niż planowałem. - Wolałbym… Wolałbym patsześ. - Zmarszczyłem lekko brwi, jakbym próbował to przemyśleć, chociaż myśli nie chciały już ustawiać się w kolejce.
- Wiesz… - Zacząłem, a słowa same zaczęły mi się wysypywać z ust, jakby ktoś rozciął worek z piaskiem przeznaczonym pod moje powieki. - Jesteś ładniejsza nisz sufit. - Parsknąłem słabo. - Głupie polównanie. Pseplasam. - Głos mi się łamał. - Zawsze chciałem mieś s tobą więcej czasu. - To już nie było żartem. - I wciąsz chcę.
Poruszyłem palcami, jakbym chciał jej dotknąć, ale nie byłem pewien, czy to naprawdę zrobię.
Zamrugałem kilka razy, bo obraz zaczął mi się rozjeżdżać, ostatecznie przymknąłem jedno oko, drugie zostało otwarte, bo nie chciałem przegapić jej twarzy.
- Lubię twoje oczy. - Kontynuowałem poważnie, jakby to było najważniejsze wyznanie świata. - Zawsze lubiłem. One są… Bezczelne. - Parsknąłem cicho, bo to zabrzmiało jak coś z taniego romansu, to zdanie wyszło ze mnie zupełnie bez kontroli, jakby ktoś inny je wypchnął.
- Wiesz… - Zacząłem od nowa, a potem zgubiłem wątek, więc zamyśliłem się na chwilę, próbując go złapać. - Dzieciaki… Powinny mieś twoje oczy. - Mrugnąłem, zdezorientowany własnymi słowami - sam się zdziwiłem, bo dosłownie wczoraj mówiłem jej, że nie chcę dzieci, to nie dla mnie, to mnie stresuje, to temat, który mnie gryzie. Rzeczywiście tak było - ten temat zwykle mnie rozbijał, rozkładał na czynniki pierwsze, wyciągał ze mnie wszystko, czego nie chciałem dotykać. A teraz… Teraz… Teraz to było tylko zdanie, jak kartka wrzucona do rzeki, wypadło ze mnie i popłynęło, zanim zdążyłem je zatrzymać.
- To znaczy… Nie… - Skrzywiłem się, nagle całkiem świadomy tego, że mówiłem wszystko, co przychodziło mi do głowy, jakby czas się kończył i nie było już miejsca na autocenzurę.
- Ale jakby miały twoje oczy, to… - Urwałem, bo zapomniałem, co chciałem powiedzieć. - To by było… Okej. - Przesunąłem spojrzeniem po jej twarzy, wolno, jakbym chciał ją zapamiętać na zapas, zamrugałem kilka razy, patrząc na nią.
- Masz taki sposób patszenia… Jakbyś widziała wsystko nalas. To musi byś męczące. - Przesunąłem głową minimalnie na bok, zmieniając otwarte oko. - Ale ładne.
Zamrugałem kilka razy, bo obraz zaczął się rozdwajać, zrobiło mi się nagle bardzo ciężko w klatce piersiowej, nie tylko fizycznie, ale też, jakby to, co mówiłem, zaczęło mnie doganiać, chociaż jednocześnie to wszystko było tylko jednym, bardzo długim snem.
- Nie moje, pamiętaj, m’kay. - Dodałem po chwili. - Moje są… Za ciemne. Twoje są… Wiesz. Jak coś, co się zapamiętuje.
Zrobiło mi się zimno, a jednocześnie za ciepło, czułem jej obecność jak coś stałego, jedyną rzecz, która miała sens.
- Nie patsz tak. Naduszywasz. - Dodałem słabo. - A mi się mózg mi pszegszewa. Zdasza się najlepszym.
Leżałem na dywanie, który wybrałem jak jakiś idiota, bo był „mniej zimny” i „już i tak paskudny”, i nagle wszystko to brzmiało jak dowcip, który stracił puentę. Teraz… Teraz nie potrafiłem nawet spiąć myśli.
- W sumie… - Westchnąłem. - Wiesz, sze wczolaj mówiłem głupoty. - Nie sprecyzowałem, jakie, mój mózg najwyraźniej uznał, że logika jest opcjonalna.
- Mówię duszo głupot. To chyba moja… Ta. - Próbowałem się uśmiechnąć, ale wyszło krzywo. Zaśmiałem się cicho, krótko, a potem syknąłem, bo ból mnie natychmiast skorygował.
- To… To byłby dobly pomysł. - Zamknąłem jedno oko, drugie znowu się otworzyło. - Twoje oczy. A mój wzlost. Chalaktel… Losujemy. I tak… Będą… Koszmalne dla nauczycieli. - Parsknąłem słabo, ale to przeszło w kaszel, który zabolał mnie tak, że aż mi się zakręciło w głowie.
- To znaczy… Gdyby… - To zdanie zawisło między nami, dziwne, obce, niepasujące, wczoraj byłem kimś innym.
- Pseplasam, sze nie chciałem dzieci. - Powiedziałem nagle. - To nie było… O tobie. To było o mnie. - Zamrugałem, bo słowa zaczęły się rozjeżdżać.
Otworzyłem oczy szerzej, próbując ją złapać wzrokiem.
- Nie dlatego, sze ci nie ufam. - Uśmiechnąłem się krzywo, może nawet nie tylko w zamiarze. - Tylko dlatego, sze wiem, co tam jest. - Westchnąłem ciężko.
- Wiesz, ja bym im opowiadał bzduly - kontynuowałem - o potwolach, o mapach, o klątwach, któle nie istnieją. Ty byś je plostowała. Zawsze mnie plostujesz. - To zdanie wybrzmiało inaczej, niż planowałem, ale plan przestał być moją mocną stroną, świat był rozmiękczoy, brzegi się rozmywały, a myśli przychodziły bez kolejności. - Nie w sensie… Telas. Nie jutlo. Po plostu… Wiesz. W innym szyciu.
Zamilkłem na chwilę.
- Jak umlę… - Powiedziałem nagle, podejmując nowy wątek. Brzmiało to zwyczajnie, jakby chodziło o wyjazd, a to było takie niesprawiedliwe, bo przecież nie zdążyliśmy nigdzie razem wyjechać…
- Wiesz co? Joldania. Na… Nasz miesiąc miodowy. Chciałbym zobaczyś, jak się śmiejesz, kiedy nie możesz zatonąś. - Uniosłem kącik ust albo tak mi się wydawało. - To bszmi jak dobly pomysł, plawda? Bym cię tszymał, szebyś się nie pszewlacała, bo… Jesteś fatalna… W tym… No… Balansowaniu.
Świat pulsował, dźwięki były zbyt głośne albo zbyt ciche, nie mogłem się zdecydować.
- I do Stanów. Do mojej części. Zobaczyłabyś, gdzie zniknąłem. I Pelu… O, Pelu by ci się spodobało. Czarna magia, lytuały, staszy ludzie, którzy wiedzą. Miałabyś uszywanie.
Poruszyłem dłonią, jakbym chciał czegoś dotknąć, ale nie miałem siły jej unieść.
- Wiesz, sze jak ja, to będziesz musiała… - Urwałem. - Nie, niewaszne. Źle sfolmułowane. Jak umlę… - Zacząłem, a potem parsknąłem cicho. - Widzisz? Nadal mówię jak lealista. - Parsknąłem, ale zaraz potem zakaszlałem, boleśnie, aż świat na moment się rozpadł. - Nie słuchaj mnie - powiedziałem - ja dzisiaj nie jestem… Wialygodnym nalatolem.
Chciałem ją dotknąć, ale ręka nie chciała mnie słuchać.
- Słuchaj. - Zaczerpnąłem powietrza gwałtowniej, jak ktoś, kto nagle przypomniał sobie, że oddychanie jest ważne. - Musisz mi powiedzieć o tych…
Coś mnie ukłuło w głowie. Świat zwęził się do sufitu, do jej twarzy nad sobą, do zapachu herbaty i czegoś metalicznego, co znałem aż za dobrze.
- Jakby… Jakby coś się stało. - Zacząłem, a potem skrzywiłem się. - Heh…
Przełknąłem ślinę.
- Nie chciałem cię w to wciągaś. - Powiedziałem ciężej, chociaż głos mi miękł. - Ale jusz jesteś wciągnięta. Jak zawsze. - Czułem jej dłonie, jej obecność, nawet jeśli zamykałem oczy.
- Jak umlę… - Zacząłem ponownie, a potem poprawiłem się bez przekonania, przy czym spojrzałem na nią ostrzegawczo, bo to było ważne, naprawdę ważne. - Jeśli umlę… To mój spszęt musi pszejsześ ktoś inny nisz ty. Okej? - To nadal zabrzmiało jak pożegnanie - zorientowałem się dopiero po chwili.
- Nie szegnam się. - Dodałem szybko. - Nie w ten sposób. Po plostu… Posządkuję.
Oddychałem nierówno, świat robił się falą.
- Masz stlasnie ciepłe dłonie. - Ten wniosek przyszedł nagle, zupełnie znikąd. - Jakbyś zeszła ze słońca. Albo… Golączkę. Mam nadzieję, sze nie golączkę. - Westchnąłem, oddech mi się urwał, potem wrócił.
Patrzyłem na nią, ale czasem widziałem dwie wersje jej twarzy, czasem trzy, i żadna z nich nie chciała stać w miejscu.
- Wiesz co… - Mruknąłem kompletnie bez związku z niczym. - Lobisz za słabą helbatę. To nie jest helbata, to… Alomatyzowana woda. Daj liście… Więcej liści. Powinnaś je balsiej… Skszywdziś. Wszątkiem. - Zrobiło mi się trochę ciemno, ale zamrugałem kilka razy, uparcie. - I… to głupie, ale… - Zmrużyłem oczy, próbując się skupić. - Chyba mam lekką alelgię na tluskawki. - Zrobiłem pauzę, jakby to było wielkie wyznanie. - Nigdy ci nie mówiłem, bo… - Spojrzałem na nią z czymś pomiędzy winą a rozbawieniem, bo nawet teraz docierała do mnie ironia tego, że przez całe lata zamykałem mordę w tym temacie, jedząc owoce, które prawdopodobnie mnie nienawidziły. - Ty lubisz tluskawki. I pachniesz tluskawkami. I to by było… Głupie. - Westchnąłem. - Czasem mnie po nich swędzi język. Tylko tlochę. Duszności są… Plawie ich nie ma… Mała wysypka… Więc… Wiesz. Nie dlamat. Nie umlę od tluskawki. - Ironia nie była zamierzona, po prostu nie chciałem być tym gościem, który mówi „hej, twoje istnienie mnie lekko swędzi”.
Poruszyłem głową lekko, jakby nagle coś mnie olśniło.
- Kot. Tszeba nazwaś kota. - Zmarszczyłem brwi. - Nie jakoś zwyczajnie. On powinien się nazywaś… - Zawahałem się. - Haint. - Kiwnąłem głową, jakby to było oczywiste. Dla mnie było, może dla Prue też, bo widziałem jej twarz nad sobą, skupioną, twardą, tak inną od tej, którą znałem na co dzień.
- Kocham cię. - Powiedziałem, zupełnie nie na temat, jakbym nie potrafił tego zatrzymać. - Nawet jak jesteś jak feldfebel.
Oddychałem coraz płycej, ale mózg najwyraźniej uznał, że to idealny moment na absolutnie losowe wyznania.
- Nie chcę lilii - to wydało mi się oczywiste - ani lósz. Lósze są pletensjonalne, a lilie pachną jak szpital. Niech będą… Ilysy. Dalie. Albo w ogóle bez kwiatów. Kwiaty są stlasnie… Szywe. Zwłaszcza te pachnące szpitalem. To tlochę iloniczne. Nic tesz jest okej.
Patrzyłem na sufit, na pęknięcie w farbie, którego wcześniej nie zauważyłem, zawsze mnie to bawiło, że ludzie zaczynają dostrzegać szczegóły dopiero wtedy, kiedy nie mają już z nimi nic wspólnego.
- Nie dawaj mi galnitulu. To obszydliwe. Nie wyglądam dobsze w galnitulach. Wyglądam jak ktoś, kto plóbuje byś kimś innym. - Podkreśliłem, byśmy mieli całkowitą jasność. - I… Nie pozwól mi kupowaś więcej noszy. Mam ich za duszo. To nie jest zdlowe.
Pauza. Potem westchnienie.
- Powinnaś mi opowiedzieś o tych wilkołakach. - Zmarszczyłem się trochę. - Dlaczego ich tak nienawidzisz. Ja ci coś powiem w zamian. - Zamilkłem, jakby to była poważna umowa. - To nie był pies. Wiesz… Ten „pies”. - Spojrzałem na nią uparcie, jakby to było najważniejsze wyznanie świata. - To było… No… słowo na „w”. Na osiem. - Skrzywiłem się. - Wiesz, to. Ten. Wil… Ten. - Machnąłem dłonią bezładnie, nie chciałem tego mówić wcześniej, bo myślałem, że jak tego nie powiem, to się nie stanie aż tak ważne. Zawsze chciałem ją chronić przed moją robotą, a teraz brzmiało to trochę jak żart.
- Wiesz… Mosze to jednak było pszeznaczenie. A nawet jak nie tak… - Prychnąłem słabo i zamilkłem na chwilę, bo to wszystko wymagało skupienia większego, niż powinno. - Mamy pakt klwi. - Dokończyłem, z tym cieniem uśmiechu, który zawsze pojawiał się u mnie w najmniej odpowiednich momentach. - A to jusz… Coś. - Parsknąłem cicho, ale zaraz zakaszlałem, więc skrzywiłem się i pokręciłem głową. - Nie znam łaciny. - Przyznałem uczciwie, nawet jeśli urywanym głosem. - Wiesz, sze nie znam. Zawsze ściągałem. Ale… - Przełknąłem ślinę. - Nie było „dopóki śmielś nas nie losłączy”. - Zmrużyłem oczy, czułem, jak odpływam, ale ciągle wracałem. - Tam było… Więcej. W stylu… „A potem zobaczymy”. - Uśmiechnąłem się słabo. - Nieplecyzyjne. W moim guście. Nie wiesz jak wkuszające są takie klauzule w umowach, ale ja je lubię, bo cię dopadnę. Następnym lasem. Szybciej. I ci nie odpuszczę. - Mruknąłem, jakby to była zupełnie normalna rzecz, którą mówi się komuś na dywanie w korytarzu.
- I tak, wiem. - Parsknąłem słabo, dźwięk był krótki i poszarpany. - Wiem, sze to nie jest tylko „lubienie”. - Spojrzałem na nią z tym samym upartym błyskiem, który miałem jako dzieciak, kiedy już wiedziałem, że przegrałem, ale nie zamierzałem tego przyznać na głos. Zrobiło mi się trochę lżej i trochę gorzej naraz, po prostu…  Spojrzałem na nią i nagle zrobiło mi się strasznie żal wszystkiego.
- Jak umlę… - Powtórzyłem, ciszej. - To nie zapomnij mnie. - Potem poprawiłem się, spróbowałem jeszcze raz, ostatkiem sił, jakby sam fakt mówienia trzymał mnie po tej stronie. - To głupie. Nie moses zapomnieś. Ale posłuchaj mnie chociasz pszez minutę, dobsze? - Zamrugałem, skupiając się na jej twarzy, żeby nie odpłynąć.
Oddech miałem coraz płytszy, czułem, jak coś obcego przepływa przeze mnie, jak fala, która nie pyta, czy może, to nie było… Przyjemne.
- Nie pozwól, szeby ktoś mówił za mnie, jaki byłem. - Przełknąłem ślinę. - Ja wiem, sze byłem wkuszający. Nie byłem… Najmilszy. Ale nie byłem zły, nie? Obiecaj mi, sze im to powiesz.
Przymknąłem oczy na sekundę, potem otworzyłem je gwałtownie.
- I nie spszedawaj mojego płaszcza. - Uśmiechnąłem się słabo. - Jest oklopny, ale jest mój. - Chciałem powiedzieć coś jeszcze odnośnie majątku, kapitału i tak dalej, wszystkich tych formalno-materialnych spraw, ale słowa zaczęły mi się mieszać.
- Pseplasam. - Wymamrotałem, tym razem przepraszając ją już za wszystko - za to, że zawsze robiłem rzeczy po swojemu, za to, że nie słuchałem, za to, że… - Sze cię tu wpakowałem. - Spróbowałem sięgnąć do jej dłoni, ale ręka była ciężka jak z ołowiu. - Wiesz, co jest waszne? - Zapytałem cicho. Znów pauza. - Nie myśl, sze to była stlata czasu. - Spojrzałem na nią, naprawdę na nią, z całej siły, jaką jeszcze miałem. - Plosę. - Przełknąłem ślinę. - Bo to było… Najlepsze. - Pokręciłem minimalnie głową. Nie wiedziałem, czy to do niej dotarło, nie wiedziałem już, czy „dotarcie” było jeszcze możliwe.
Zrobiło mi się zimno.
- Jeśli będziesz miała kiedyś kogoś… - Urwałem. - Musi wiedzieć, sze ja… No. Jestem w tle.
Przymknąłem oczy tylko na chwilę, a potem je znowu otworzyłem, bo nagle bałem się, że jak je zamknę, to już nie wrócę do tego, co widzę.
- To nie znaczy, sze masz nikogo nie znaleźć. - Dodałem, marszcząc czoło. - Nie chcę byś tym… No, dobla, chcę. Tlochę. Zawsze lubiłaś szeszy, któle stlasą innych. - Spróbowałem jeszcze raz się uśmiechnąć. Wyszło krzywo, jak wszystko dziś. - Wiesz… - Głos mi się urwał, więc złapałem powietrze płytko. - Tylko… - Wymamrotałem. - Jak jusz będziesz wybielaś welsję. Plesja psychiczna, nie palanolmalna. Wolałbym zostać spalony. - Powiedziałem już ciszej, zupełnie serio pod spodem żartu, nie lubiłem być problemem logistycznym. - Maltwy mąsz mojego pokloju jest… - Przymknąłem oczy na sekundę, potem otworzyłem je z powrotem, uparcie, bo wolałem widzieć jej twarz. - Idealnie pasuję. Do ciebie… „Lubienie”, yh? - Zerknąłem gdzieś w bok, potem znowu na nią. W jakiejś ładnej urnie, to mogłoby się tu sprawdzić, albo nieładnej - nie miałem mieć raczej wysokich standardów estetycznych po śmierci. - Moses mnie tszymaś na kominku. A poza tym… - Zamrugałem wolno. - Łatwiej mnie wtedy pszenieść, jakbyś się pszeplowadzała. Bo mnie zabieszesz, plawda? - Spróbowałem jeszcze raz się uśmiechnąć, tym swoim krzywym, nierównym uśmiechem, który zwykle oznaczał, że mówiłem coś absolutnie nie na miejscu, i parsknąłem cicho, jakby to był naprawdę dobry żart, chociaż zaraz mnie to zabolało i syknąłem pod nosem.
Oddech znów mi się urwał, więc dodałem szybciej, zanim rozsądek mnie dogonił.
- Tylko… Jakbyś kiedyś… To niech mają twoje oczy. I twój upól. I ten sposób, w jaki malszczysz nos, kiedy się wściekasz. - Zamilkłem na chwilę, bo świat znów zrobił ten dziwny ruch w bok. - Nie będę asz tak zazdlosny. Wtedy. Będą… Tobą. Nie jakimś zjebem. A tak w ogóle… - Dodałem, jakby to było zupełnie normalne, że zmieniam temat co trzy sekundy. - Wiesz… - Zacząłem, urywając, bo oddech znów mi się rozsypał. - Gdybyśmy byli nolmalni… Tak kompletnie, szałośnie nolmalni… - Zamknąłem oczy na sekundę, jakbym próbował coś sobie dokładnie przypomnieć. - Powiedziałabyś „nie” s pięś lasy, ale potem byś mi powiedziała „tak”. - Spojrzałem na nią uważnie - to nie było flirtowanie, to było instynktowne, jakby mózg, który tracił kontrolę, łapał się jedynej stałej rzeczy w zasięgu.
- Pseplasam. - Mruknąłem kolejny raz, prawdopodobnie przepraszając bardziej, niż kiedykolwiek w życiu. - Nie jestem dziś logiczny. Zlestą… Kiedy ja byłem logiczny?
Czułem, jak coś robi, jak magia zaczyna się wokół mnie zbierać, jakby powietrze zgęstniało - to było dziwne uczucie, jakby ktoś próbował mnie zatrzymać w miejscu.
- Dbaj o siebie. - Powiedziałem cicho. - I powiedz Eliasowi, sze… - Zaciąłem się. - Sze miał lację co do tej jednej szeszy. Nie powiem któlej, niech się sam domyśli. - Oddech urwał się, wrócił, urwał się znowu. - Hej… -  Powiedziałem cicho, głos wyszedł obcy, jakby należał do kogoś starszego. Złapałem ją wzrokiem jeszcze raz, ostatni raz, jakby to było coś, co można zabrać ze sobą. Poruszyłem ustami. Najpierw bez dźwięku.
- Dziękuję, sze nie sugelujesz mi… Umsześ. - Wyszło w końcu, prawie bezgłośnie.
- To było… To było paskudne. Nie chciałbym tego usłysześ znowu. Las wystalszy. Tego szyczenia…  Wolałbym nie spełniaś. No, tludno. - Byłem już bardzo daleko, a jednocześnie wciąż tu, to było najdziwniejsze, jakby ktoś zostawił uchylone drzwi między pokojami i dźwięki jeszcze się przedostawały, choć ja sam już wstałem od stołu.
Jej szept docierał do mnie stłumiony, zniekształcony, jak przez wodę. Rozpoznawałem jednak rytm, zawsze miałem ucho do rytmu, nawet jeśli brzmiał dla mnie jak zbiór ładnych, zupełnie niepraktycznych dźwięków.
Oddychałem coraz płycej, zamknąłem oczy, ale po chwili je znowu otworzyłem, jakbym bał się, że to już koniec.
- Pseplasam. Za bzduly. Po plostu… Chciałem powiedzieś wszystkie waszne szeszy. - Spojrzałem na nią jeszcze raz. Dywan pod plecami był ciepły od domu, chłodny od przeciągu, a ja nie byłem już pewien, które z tych odczuć jest prawdziwe. Okazał się naprawdę miękki, zabawne, że to była jedna z ostatnich rzeczy, które przyszły mi do głowy w sposób zupełnie zwyczajny, jakbyśmy kładli się na nim po prostu, bo nie chciało nam się iść do sypialni.
- Jesteś waszna. - Powiedziałem, nawet jeśli byłem już gdzieś pomiędzy, w tej cienkiej szczelinie, w której dźwięki docierają jak przez wodę, a myśli nie mają już ostrości, tylko ciężar. - Najwaszniejsa. - Każdy oddech był osobnym wysiłkiem, czułem, jak coś się we mnie rozplata, powoli, metodycznie, jakby ciało wiedziało wcześniej ode mnie, i przez moment, krótki, cichy, byłem pewien, że jeśli umrę, to przynajmniej z tą myślą. A potem zrobiło się ciepło, ciemno i wszystko odpłynęło.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#13
23.01.2026, 23:19  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.01.2026, 23:41 przez Prudence Fenwick.)  

Miała wrażenie, że mimo, że znajdują się w tym samym miejscu, że patrzą na to samo, to każde z nich podchodziło do tego w zupełnie inny sposób. On się śmiał, przynajmniej próbował się śmiać, kiedy ona była zupełnie poważna. Niby zdawała sobie sprawę z czego to wynikało, jednak nie mogła tego pojąć. Wyglądało na to, że on tak po prostu to przyjął, pogodził się z tym, kiedy ona jeszcze nie powiedziała ostatniego słowa. Nie miała zamiaru sobie go odbierać, można było o niej mówić naprawdę wiele, ale nie to, że nie walczyła do końca. Szczególnie, kiedy w grę wchodziły dziedziny, w których czuła się mocna. Była uzdrowicielką, miała ratować życie ludzi bez względu na wszystko, naprawdę sądził, że pogodzi się z jego zdaniem, przytaknie tak po prostu i pozwoli mu odejść. Niby rozumiała, że chciał to zrobić na własnych warunkach, tyle, że nie brał pod uwagę zupełnie czynnika ludzkiego, którym była ona. Nie zamierzała tego tak po prostu zostawić, ignorować, godzić się z losem, który właśnie sobie wybrał. Mógł sądzić inaczej, jednak miała swoje do zrobienia i do powiedzenia, to był dopiero początek.

Musiała najpierw przemówić mu do rozumu, oświadczyć, iż nie będzie się na to zgadzała, musiało to do niego dotrzeć, żeby nie sabotował jej prób, to mogłoby utrudnić jej działanie, a wolała, żeby jednak chociaż odrobinę współpracowali, dzięki temu łatwiej będzie jej robić to, co do niej należało.

- Zazwyczaj się pisze dla innych, Ty jednak musisz jak zawsze robić wszystko po swojemu, jak dla mnie wygląda to jak pisanie nekrologu. - Mógł się z nią o to spierać, jednak miała swoje zdanie na ten temat. Jasne, porządkował swoje sprawy... może jeszcze powinna mu podać kartkę, żeby zdążył stworzyć testament? Skoro już zamierzał wszystko układać. Nie podobało jej się to podejście, w jej oczach wiązało się z rezygnacją, a ona w ogóle nie brała czegoś takiego pod uwagę. Wiedziała, że na to, co mu się przytrafiło nie wystarczą tylko plasterki, kilka wypitych eliksirów, czy rzuconych zaklęć, na szczęście trafił na bardzo zaciętego specjalistę, który sięgał po nowatorskie metody.

Nie dało się nie zauważyć zmiany w nastawieniu Prudence, nie była już łagodna, nie akceptowała wszystkiego, co chciał wprowadzać w życie, czy nawet nieżycie, wręcz przeciwnie zmieniła swój tryb na ten, który zwiastował walkę, bo zamierzała ją podjąć. Nie rozmyślała nad tym, tak po prostu należało zrobić, to było oczywiste. Czy mu się to podobało, czy nie, podjęła już decyzję, mógł z tym zrobić co chciał, chociaż w tej sytuacji nie za bardzo miał mieć cokolwiek do powiedzenia, bo nie był w najlepszej formie, co również zamierzała wykorzystać - tylko dlatego, że mogła.

Jego zdaniem nie mieli już mieć żadnego wpływu na to, co się z nim stanie. Mógł tak sobie myśleć, nikt mu nie bronił, Prue jednak miała inną opinię. Nie wyperswadowywała mu tego siłą, jak zawsze, przyjęła po prostu to, co mówił, ale w tym przypadku zamierzała robić swoje. Nie po to, żeby udowodnić mu, że się mylił, często robiła to tylko po to, w tym momencie chodziło przecież o jego życie, więc było to jeszcze bardziej skomplikowane. To, co kiedyś było dla nich bardziej formą rozrywki w tej chwili stało się czymś zupełnie innym. To nie tak, że chciała mu po wszystkim powiedzieć a nie mówiłam, chociaż na pewno nie odbierze sobie tej przyjemności, kiedy wreszcie postawi go na nogi, a nie brała pod uwagę żadnej innej możliwości, nie tym razem. Widziała tylko jedno zakończenie tej sytuacji, pozytywne. Za dużo przeżyła w swoim życiu rozczarowań, aby akceptować kolejne, choćby miała zabić samą śmierć, by wyciągnąć go z jej rąk, to zamierzała to zrobić. Prudence była naprawdę zdeterminowana w tej chwili i było to widać po wyrazie jej twarzy, na pewno nie miał się zmienić zbyt szybko.

- Nie sądzę, że byś milczał, Ty strasznie dużo gadasz, pewnie zupełnie nieświadomie byś to zrobił, znając Ciebie. - Nie, żeby jej to przeszkadzało, ostatnio padło między nimi naprawdę wiele słów, wiele sobie wyjaśnili, a Benjy okazał się być wyjątkowo rozgadany, być może musiał wyciągnąć na powierzchnię wszystko, co siedziało w nim przez lata, naprawdę cieszyło ją to, że pozwalał sobie się przy niej otworzyć, bo to nie było takie oczywiste. Pewne nawyki towarzyszyły mu od lat, widziała, jak z nimi walczył, jak się zmieniał i chciała zobaczyć, jak to będzie wyglądało za kilka lat, kiedy przekona się zupełnie do tego, że faktycznie jest jego prawdziwym wsparciem. Miała świadomość, że nie był do tego przyzwyczajony, że musiał radzić sobie jak dotąd ze wszystkim sam, ale to się zmieniło, na dobre i to był ten moment, w którym miała zamiar mu to udowodnić.

Nie widziała innej możliwości, niż wzięcie to na siebie, szczególnie, że miała spore doświadczenie, w jej medycznej karierze pojawiały się przypadki tragiczne, z którymi potrafiła sobie poradzić, fakt ostatnio częściej zajmowała się trupami, niż żywymi, jednak to nie tak, że zaprzestała praktykować tę bardziej pokrzepiającą część swojego zawodu. Wyniosła się z Munga, bo Mung nie pozwalał na korzystania z wachlarza metod, tam nie mogła działać w taki sposób, jakby chciała, uniemożliwiał jej czerpanie ze swoich pełnych umiejętności, dlatego zaczęła pracować jako medyk mniej oficjalne, świadczyła te usługi, aby nie zaprzestać poszerzania swojej wiedzy. Zależało jej na tym, by mieć pewność, że zawsze będzie wiedziała co robić, że zawsze znajdzie sposób, aby uratować swoich bliskich i właśnie musiała sprawdzić, czy faktycznie to do czego się przygotowała miało sens. Uczyła się na błędach, tego nie można było jej zarzucić, tym razem zamierzała skorzystać z pełni zdolności, nic nie miało jej hamować, znajdowali się w ich domu, do którego nikt nie mógł wejść, mogła więc robić wszystko, co jej się żywnie podobało i to było dość istotne.

Zaczynała układać plan w głowie, szykowała listę, wiedziała, że czeka ją sporo pracy, nie miała też żadnego wsparcia, ale nie był to pierwszy raz, zazwyczaj mogła liczyć tylko na siebie, ufała sobie, wiedziała, że jest w stanie to zrobić, inaczej nie mówiłaby do niego w ten sposób, nie zachęcałaby go do walki, wiedziała, że ją wygrają, musiał tylko wykazać chociaż odrobinę zainteresowania tym pomysłem, musiał przestać myśleć o tym, jak o końcu, bo to przecież był dopiero ich początek.

Ledwie wszystko zaczęło się układać, ledwie wzięli ślub, ledwie wyznali sobie, że nie wyobrażają sobie swojego życia bez siebie nawzajem, a ten postanowił spróbować umrzeć. Niedoczekanie, to na pewno nie miało się wydarzyć, nie dzisiaj. Prue była gotowa zrobić naprawdę wiele, szczególnie dla tych których kochała, a że jego kochała do szaleństwa to była gotowa walczyć o niego z całych sił, nie zważając na konsekwencje, mogła zrobić wszystko, dosłownie wszystko, aby utrzymać go przy życiu, nawet zaprzedać swoją duszę diabłu.

Nie miała w zwyczaju podnosić głosu, to raczej jej się nie zdarzało, ale ta sytuacja była inna, zupełnie inna od wszystkich, które ich do tej pory spotkały, zachowywała się więc nieco mniej wyważenie, powodowało to też jego podejście, nie pasowało Prue, nie miała problemu, aby o tym wspomnieć w ten dosyć niegrzeczny sposób. Nie miała zamiaru się hamować, schodzić z tonu, przynajmniej do momentu, w którym nie będzie miała pewności, że wszystko co miała mu do powiedzenia faktycznie do niego dotrze. Wydawało jej się to być całkiem proste i logiczne.

Chyba przyjął do wiadomości to, co miała mu do powiedzenia, padło bowiem to dobrze z jego ust, nie wiedziała, czy faktycznie tak myślał, czy odezwał się w ten sposób dla świętego spokoju, nie obchodziło jej to tak do końca, bo wiedziała swoje, miała swój plan, swoje punkty z listy do odhaczenia, już dawno ułożyła je w głowie. Stałoby się to szybciej, gdyby po pojawieniu się w domu przyznał, że coś się stało. Nadal nie mogła tego zrozumieć, nadal uważała, ze to było cholernie głupie posunięcie, bo sam zabierał im bardzo cenny czas, który mogli przeznaczyć na to, żeby szybciej postawić go na nogi. Zamierzała zrobić mu wykład na ten temat, opowiedzieć o tym, że czasem sekundy potrafiły uratować człowiekowi życie, na pewno nigdy tego nie zapomni, już ona się o to postara.

Uniosła głowę, pokręciła nią jeszcze z niedowierzaniem. On nigdy nie potrafił przestać, widziała to w jego oczach, które być może nieco zaczęły gasnąć, ale nadal gdzieś tam przebijał się ten jego charakterystyczny błysk. - Czy to ważne do kogo to mówię? - Nie wydawała się tym jakoś specjalnie przejmować, to nie miało najmniejszego znaczenia. Na końcu drogi, tuż przed spotkaniem ze śmiercią wszyscy byli sobie równi, ona nie przejmowała się nazwiskiem, statusem krwi, pochodzeniem, przyjmowała do siebie wszystkich jak leci.

- Widzisz, a ja nigdy nie zapominam. - Nie interesowało jej jakiego akurat nazwiska miał zamiaru używać, kim się stawał, nie przywiązywała wagi do jego personaliów, najważniejsze było to kto krył się w środku, kim był pod tym wszystkim. Połączył ich rytuał krwi, zgodzili się na to, miała prawo go ratować, miała prawo robić to na co miała ochotę i nie mógł jej tego odmówić. Przegrał, był w naprawdę słabej pozycji, do tego osłabiony więc nieszczególnie mógł przed tym uciec. Okropnie jej go było szkoda w tej chwili. Biedny Benjy, nic nie miało pójść po jego myśli. Nie tym razem. Na pewno nie zdawał sobie sprawy z tego, że tak szybko będzie wykorzystywała swoje prawa wynikające z tego rytuały, który niedawno połączył ze sobą ich drogi życia.

- To nie są fakty. - Powtórzyła się, bo najwyraźniej po raz kolejny nie do końca się zgadzali. - To są jakieś Twoje założenia wyssane z dupy, czy z palca, tylko Ty wiesz z czego. Stwierdziłeś sobie, że to koniec, a dalej stoisz przede mną i oddychasz, Twoje serce bije, więc pierdolisz farmazony. - Jasne, miał może sporą dziurę w brzuchu, było to nieco problematyczne, ale jeszcze żył, z dziurą sobie poradzą, połata go i będzie jak nowy, uważała, że zupełnie niepotrzebnie tak nad tym dywagują, bo decyzja i tak została podjęta, uleczy go, czy mu się to podoba, czy nie, a później nakopie mu do dupy tak, żeby nigdy nie zapomniał tej całej sytuacji, żeby nie miał kolejnej wymówki.

- To masz problem, jeśli nie wiesz jak się to robi, musisz się dowiedzieć i nie masz na to zbyt wiele czasu. - Mruknęła jeszcze cicho. Nie obchodziło jej, że to nie było w jego stylu, że od lat podchodził zupełnie inaczej do życia, w tej chwili miał zostać optymistą, bo tego właśnie potrzebowali, czy to mu się podobało, czy nie. - Widzisz, ja byłam czarnowidzką i udało mi się zmienić nastawienie, z Twoim realizmem może być tylko łatwiej.[b] - Uśmiechnęła się krzywo, nie należeli do osób, które jakoś szczególnie pozytywnie podchodziły do życia, bywały jednak takie sytuacje, kiedy było to konieczne i ta, w której się właśnie znaleźli była jedną z nich. [b]- Dobrze wiesz, że nie obchodzą mnie chmury, wolę te ciemne, jeśli jednak chodzi o Ciebie to zupełnie coś innego. - Wiedziała, że to była tylko przenośnia, ale zamierzała mu wyjaśnić na czym polegała różnica. Mogła być z natury czarnowidzką, jednak kiedy w grę wchodziła walka o jego życie to stawała się największą optymistką na świecie.

- Wspaniale. - Miała nadzieję, że naprawdę to zrobi, że nie powiedział tego dla świętego spokoju, że nie robił tylko dlatego, żeby dalej nie wierciła mu dziury w brzuchu (swoją drogą taką już miał, więc nie do końca był w tym jakiś sens). Naprawdę potrzebowała, żeby uwierzył w to, że jest w stanie mu pomóc, żeby odnalazł sobie te ostatnie pokłady nadziei. Nic więcej nie potrzebowała.

- Wiesz, wystarczy trochę lekcji, a na pewno odnalazłabym się w tej roli, nie wydaje się szczególnie skomplikowana, przede wszystkim musiałabym się nie odzywać, reszta jakoś sama by przyszła. - Zdecydowanie nie nadawała się na prawdziwą arystokratkę, nigdy zresztą nie miała żadną zostać, całkiem przypadkiem okazało się, że wyszła za kogoś kto kiedyś był jednym z nich, to nie tak, że nie zaplanowała tego w dzieciństwie... wtedy jednak naprawdę nie sądziła, że to może się wydarzyć, gdyby było inaczej to na pewno ćwiczyłaby, żeby przygotować się do takiej istotnej roli.

- Nie wiem, czym zasłużyłam sobie na to wybaczenie... - Dodała jeszcze, w końcu doznała łaski Aloysiusa Rookwooda, kto by się tego spodziewał. Zawsze miał do niej sentyment, najwyraźniej to nie mogło wyglądać inaczej. Nie powinna jednak się rozpraszać, wchodzić w te wątki, mieli naprawdę jeszcze dużo do zrobienia, a tak się składało, że kwestii ratowania życia raczej nie można było odkładać w czasie.

Wsunęła mu rękę pod ramię, zacisnęła dłoń. Wiedziała, że to nie będzie łatwe, w tym przypadku była realistką. Benjy był od niej dużo cięższy, dużo wyższy, do tego aktualnie nie do końca panował nad swoimi kończynami, ale nie poddawała się. Jeśli trzeba będzie to zaciągnie go na ten dywan siłą, którą musiała mieć gdzieś w sobie. Nie było rzeczy niemożliwych, starała to sobie powtarzać w głowie.

- Obawiam się, że to nie do końca o ten rodzaj arystokratyczności może chodzić, jednak to Ty tu jesteś specjalistą, muszę się zdać na Twoją ocenę, Lordzie Rookwood. - Nadal próbował się śmiać, nie chciała mu tego odbierać, chociaż nie wydawało jej się, aby w tej sytuacji to było wskazane, z drugiej strony to przynajmniej świadczyło o tym, że jeszcze był żywy, a przede wszystkim na tym jej zależało.

Mieli być w tym razem, mieli razem pokonać tę niby małą odległość, która w tej chwili wydawała się naprawdę długą drogą, jednak mieli już za sobą bardziej wyboistą drogę, więc i z tą powinni sobie poradzić. Wierzyła w to, że im się uda, że zaraz będzie mogła w końcu przejść do tego, co miało być najważniejsze, już niedługo będzie mogła postawić go na nogi, nawet jeśli nadal nie wierzył w to, że jej się uda. Dostała od niego szansę, pozwolił się położyć na tym nieszczęsnym dywanie, będzie mogła działać. To było wystarczające.

- Tylko byś spróbował puścić... - Dodała jeszcze cicho, poprawiła przy tym chwyt odrobinę, żeby trzymać go jeszcze pewniej, nie mogła pozwolić na to, żeby faktycznie poleciał na ziemię, musiała kontrolować ich ruchy, tym razem to ona była odpowiedzialna za jego bezpieczeństwo, jakoś sobie z tym poradzi. Wiele razy podczas ostatnich dni to on ją ratował, był to moment, w którym mogła mu się odpłacić.

Nadal nie brakowało mu tej zadziorności, którą pamiętała z młodzieńczych lat, zawsze miał coś do powiedzenia, nawet w takiej absurdalnej sytuacji, jak tak. - Nie mówię, że nie potrafisz, ale zazwyczaj jesteś okropnie narwany, a to nie jest ten moment, jeśli faktycznie jednak wolisz długo, to to jest ten moment, żeby mi pokazać, wtedy zmienię zdanie. - Musieli poruszać się powoli, bez niepotrzebnych, gwałtownych ruchów, krok za krokiem, wtedy misja miała większe szanse na powodzenie.

- Wiesz, że to rzecz gustu, ten, który dla Ciebie jest paskudny mnie się może podobać, a ten ładny wręcz przeciwnie... - Kontynuowała rozmowę, bo to było ważne, żeby nadal do niego mówiła, póki się odzywał, póki oddychał, póki jego serce biło jeszcze była nadzieja na to, że za chwilę postawi go na nogi. To naprawdę dziwne, że myślał o tym nieszczęsnym dywanie w tej sytuacji, być może miało to dla niego większe znaczenie, niż mogło się wydawać, albo po prostu próbował na czymś skupić myśli, pewnie prędzej to.

- Tak, od zawsze miałam na Ciebie zły wpływ, złe miejsca, złe pochodzenie, nieodpowiednie maniery, a i tak nie potrafiłeś mi się oprzeć. - Poczuła, że odrobinę się osunął, spowodowało to, że złapała go nieco pewniej, mocniej, chociaż ciągle delikatnie, naprawdę zależało jej, aby to, co robili było jak najbardziej humanitarne, przecież był jej mężem, musiała się o niego troszczyć jak najbardziej potrafiła.

Dotarli wreszcie na ten dywan, nie miała pojęcia, jak do tego doszło, ale jednak im się udało. Nie było dla nich rzeczy niemożliwych, musieli tylko ze sobą współpracować. Nie miała co do tego najmniejszych wątpliwości. Teraz pozostawało tylko ostrożnie położyć go na tym obrzydliwym dywanie, którego tak nie znosił, mógł jej to powiedzieć wcześniej, mogli go przecież wyrzucić, znaleźć jakiś nowy, nie miała pojęcia o tym, że aż tak mu się nie podobał. Na pewno sobie to zapamięta.

Chciała, żeby przymknął nieco oczy, uspokoił oddech, nie męczył się dłużej, nie próbował wydobywać z siebie kolejnych dźwięków, bo już mogła mu pomóc, mogła działać, mogła się nim odpowiednio zająć. Nie musiała się przejmować tym, że stoi przed nią, że w każdej chwili może paść na podłogę, to wiele ułatwiało. Nie zamierzał jej posłuchać, w jego przypadku nic, nigdy nie było proste. Prosiła o jedno, a on robił drugie, naprawdę musiała do tego przywyknąć, i tak sporym sukcesem było przyciągnięcie go na ten dywan.

- To Cię nie ominie, na pewno będą takie momenty, gdy Ty będziesz musiał się mną zajmować, ale dzisiaj to działa w drugą stronę. - Nadal mówiła o kolejnych momentach, o przyszłości, o tym, co miało nadejść, bo przecież tak wiele było jeszcze przed nimi. Musiała teraz tylko odpowiednio go przez to przeprowadzić. Wykorzystać wszystkie sobie znane metody, aby zakończyło się to, tak jak chciała.

Uklękła przed nim z różdżką w dłoni, była gotowa do wsparcia się magią, nie widziała w tej chwili innej opcji, innej możliwości, na półśrodki było już zbyt późno i on i ona doskonale zdawali sobie z tego sprawę.

- Rano będziesz mógł powiedzieć coś mądrego i lepiej, żebyś zaczął się już przygotowywać do tej rozmowy. - To było ostatnie, co powiedziała, bo musiała się skupić na czym innym. Nie mogła jednocześnie próbować go leczyć, walczyć o jego życie i prowadzić z nim dalszej rozmowy, miała nadzieję, że jej to wybaczy, ale priorytety w tej chwili były dla niej całkiem jasne.

Słyszała jego głos w tle, słyszała co mówił, te słowa do niej docierały, rejestrowała je wszystkie, sama zaś jednak po cichu szeptała pod nosem zaklęcia, jedno za drugim, pewnie, i wykonywała dziwne ruchy różdżką nad jego ciałem. Musiała znaleźć źródło, kogoś, kto pomoże jej postawić go na nogi, decyzja była prosta, nim dostali się na ten dywan zdawała sobie sprawę z tego, że to będzie konieczne. Potrzebował energii, aby przeżyć, a ona musiała mu ją zorganizować. Nie, żeby to było dla niej problemem. Nie, kiedy chodziło o niego. Nie było tu żadnych moralnych rozważań, albo on, albo ktoś obcy, gdzieś miała obcych, była gotowa dla niego zrobić wszystko, dosłownie wszystko i właśnie w tej chwili to robiła.

Słyszała o czym mówił, jednak ten głos zostawał gdzieś za nią, wyłapywała treść, ale nie skupiała się na niej. Docierało do niej to wszystko o dzieciach, których przecież wcale nie chcieli, a przynajmniej tak było jeszcze wczoraj, widać w sytuacji zagrożenia życia wszystko mogło się zmienić. Notowała to w swojej głowie, na pewno zamierzała wrócić do tego, co mówił, jednak jeszcze nie teraz, teraz skupiona była na poszukiwaniu energii, którą mogła tchnąć w jego ciało.

Mieli jeszcze tak wiele do zrobienia, tak wiele do odhaczenia, skupiała się na wizji ich wspólnej przyszłości, a on jej w tym pomagał swoimi słowami, miała naprawdę bardzo dobre intencje, które przelewała w zaklęcia, w inkantacje padające z jej ust. Mówiła cicho, niemalże szeptała. Wiedziała, że on wie, z jakich metod korzystała, na pewno się domyślił, pewnie by protestował, w sumie próbował z tego i teraz żartować, ale jej nie do końca było do śmiechu, miała naprawdę trudne zadanie do zrealizowania, nic jednak nie mogło jej w tym przeszkodzić. Była zdeterminowana, pewna tego, że jej się uda, zawzięta jeszcze bardziej niż zwykle.

Porządkował wszystko, myślał o wszystkim, nie sądziła jednak, że będzie chciał jej teraz zwrócić uwagę na to, że nieodpowiednio parzyła herbatę, cóż najwyraźniej to na niego miał spaść ten obowiązek w przyszłości, truskawki? Kolejna rzecz, o której nie wiedziała, że też musiał znaleźć się na łożu śmierci, aby przyznać się do tego, że miał na nie alergie, dużo przed nią ukrywał, chował w sobie, zamierzała to zmienić, naprawdę czekała ich długa rozmowa, kiedy dojdzie do siebie, pewnie trochę to potrwa i na pewno nie będzie jej tego ułatwiał, już widziała, jak grzecznie będzie leżał w łóżku przez kilka następnych dni, będzie musiała wyciągnąć naprawdę silne działa.

Nie przestawała mruczeć, w pewnym momencie zaczęło to brzmieć niczym poezja, jedno zaklęcie za drugim, różny ton, różna melodia, jakby opowiadała jakiś wiersz nad jego ciałem. Sama zaś nie drgnęła nawet odrobinę, wydawała się być niemalże w transie, nie mrugała, patrzyła na niego i kontynuowała rzucanie swoich zaklęć, jak przystało na prawdziwą czarnoksiężnicę.

Oczywiście, że musiał przejść do tematu swojego pochówku, tyle, że to nie był moment, w którym chciała o tym myśleć, kiedyś pewnie to spisze i zostawi na później, na bardzo odległą przyszłość, w razie gdyby faktycznie postanowił odejść z tego świata przed nią, co wcale nie było takie oczywiste, bo przecież to nigdy nie wiadomo, komu pierwszemu przytrafi się śmierć, grunt, że nie miała nadejść teraz, nie dzisiaj, był za młody, był jej i miał być jej jeszcze przez wiele lat. Nie przyjmowała w ogóle innej możliwości.

Potwierdził jej przypuszczenia, to był wilkołak, oczywiście, że to musiało być to paskudne stworzenie, spowodowało to, że miała nienawidzić ich bardziej, tyle, że tym razem miała zaradzić obrażeniom, to na nią czekało zwycięstwo, a nie na te okrutne bestie. Przygotowała się na taką ewentualność, nauczona doświadczeniem była gotowa, wiedziała, jak sobie z tym radzić, jak walczyć z obrażeniami. Nie zamierzała dopuścić do kolejnego złego zakończenia, nie tym razem, przeklęci mogli jej skoczyć, wiele lat przygotowywała się do takiego momentu, chociaż tak naprawdę nigdy nie musiał nadejść, okazało się to być bardzo słusznym podejściem.

Im więcej czasu mijało, tym większe farmazony padały z jego ust. Naprawdę sądził, że chciałaby się z kimś związać? Po tym wszystkim? Merlin go opuścił, niby wiedziała, że dawno temu, a jednak... nie było w ogóle takiej możliwości, gdyby umarł to walczyłaby o to, żeby sprowadzić go na ten świat, co było dość mocno skomplikowane, więc w sumie dobrze, że nie umarł, bo mogła korzystać z bardziej przystępnych metod i walczyć z czymś, czego faktycznie dało się uniknąć, a walczyła naprawdę dzielnie. Nie przestawała, chociaż czuła, że kosztuje ją to sporo, to nie były proste zaklęcia, musiała się naprawdę skupiać na tym, żeby wszystko poszło tak jak trzeba.

Znalazła źródło energii, chwilę jej to zajęło, ale w końcu jej się udało, wtedy zamknęła oczy, mówiła głośniej, przywoływała to do nich, do niego, do jego ciała, musiała wsadzić w nie tyle, ile się dało. Musiał zacząć oddychać normalnie, serce musiało uspokoić swój rytm, gdy tak się stanie, będzie mogła go opatrzyć i zająć się raną, musiał najpierw jednak odzyskać siły. Widziała, że pojawiło się to nad nimi, zaczęła wlewać w jego ciało tę energię, to działało - nie mogło być inaczej, wiedziała, że zadziała, przygotowywała się do podobnych rytuałów od lat.

Nie miała pojęcia, jak na to zareaguje, jednak zamilknął, nie słyszała już w tle jego głosu, pozostało jej kilka inkantacji, kilka słów, a wszystko będzie za nimi, dokończyła więc swoje zadanie. Ostatnie słowa padły z jej ust bardzo cicho, dopiero wtedy otworzyła oczy i na niego spojrzała. Nachyliła się nad jego twarzą, aby sprawdzić, czy oddycha. Wszystko poszło po jej myśli, jednak nigdy nie można mieć pewności. Musiał zasnąć, zemdleć, na moment odpłynąć, ale to nie było ważne, udało jej się zrobić, to co chciała.

Nie był to jednak koniec, nie. Teraz mogła zająć się raną. Odwróciła się, aby sięgnąć po swoją torbę, wyciągnęła z niej kilka fiolek, które wylała na jego ciało, musiała je zdezynfekować, kto wie, czym mógł zarazić go ten wilkołak, obejrzała przy tym ją dokładnie, na szczęście to były tylko pazury - żadnego ugryzienia. Nie zostawiłaby go oczywiście, gdyby jakieś znalazła, ale na pewno trudno byłoby się jej przyzwyczaić do tego, że stał się jednym z nich. Na szczęście nie było to ich problemem. Mieli wystarczająco tych swoich. Znalazła miejsce, z którego krwawił, musiała to załatać, zasklepić, magia nie była trwała, dlatego sięgnęła po metody, które nigdy nie zawodziły. Najpierw jednak ostrożnie dotykała miejsca, w którym jego ciało było rozszarpane, by sprawdzić, czy wszystko w środku jest na swoim miejscu, nie jest zbytnio poharatane. Jej palce powoli, ostrożnie sprawdzały, jak wygląda sytuacja. Musiała wlać w niego eliksir, który pomoże uleczyć szkody w środku, sama zaś zaczęła szyć to, co znajdowało się na zewnątrz. Była skupiona, naprawdę skupiona, ale też spokojna, bo wiedziała, że będzie już tylko lepiej.

- Już prawie po wszystkim, jeszcze chwila i do mnie wrócisz. - Powtarzała to cicho, niczym mantrę, pod nosem, bardziej do siebie niż do niego, kiedy dokonywała kolejnych czynności. Sięgnęła też po igłę, dzięki której wstrzyknęła w jego krew eliksir, który miał naprawić wszystko to, czego ona sama nie potrafiłaby zrobić, wystarczyła chwila, żeby zaczął go leczyć od środka. Oczywiście to nie miało być przyjemne, miało trwać długo, ale jednak zdążyła na czas. Kiedy zakończyła wszystkie czynności nachyliła się nad nim, obserwowała jego klatkę piersiową, to, czy się unosiła i w końcu złapała go za rękę, czekała, aż do niej wróci.


Koniec sesji


Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (17157), Prudence Fenwick (12385)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa