- Zapal świece, dobrze? - Powiedziałam, zdejmując z haczyka stary klucz na długim łańcuszku. - Te przy kominku i na stole. - Nie czekałam na odpowiedź, bo i tak wiedziałam, że sobie poradzi, już ruszałam w stronę korytarza, ale zatrzymałam się jeszcze na moment.
- I znajdź dwa kieliszki do wina. Nie te, które wybiera twój ojciec na niedzielnych obiadach, kiedy chce wyglądać na poważnego. Te z cienką nóżką, fikuśne. Stoją w kredensie po lewej. - Mrugnęłam do niej krótko i zniknęłam, kierując się tam, gdzie trzymałam kilka butelek na szczególne okazje. Nie było ich wiele, nie widziałam sensu w trzymaniu rzeczy „na kiedyś”, które nigdy nie nadchodzi, ale skrzętnie pilnowałam, by nikt ich nie ruszał przed czasem, każda była na konkretne okoliczności.
Drzwi do piwnicy skrzypnęły cicho, kiedy je otworzyłam, a chłodny, wilgotny powiew natychmiast owiał mi twarz, schody były wąskie i wytarte przez lata, które dawno przestałam liczyć, więc zeszłam powoli w dół, opierając dłoń o ścianę, aż w końcu znalazłam się w chłodnej, półciemnej przestrzeni. W powietrzu unosił się zapach kurzu, wosku z trzymanych tam zapasów świec, starego drewna korkowego i tej specyficznej jesiennej chłodnej nuty, która zawsze wdzierała się do domu, gdy zapadał wieczór. Na półkach stały rzędy butelek - niektóre młodsze, inne tak stare, że sama nie pamiętałam, przy jakiej okazji je odkładałam, ale dobrze wiedziałam, po co - przesunęłam palcami po szyjkach kilku z nich, aż w końcu zatrzymałam się przy tej właściwej. Ciemne szkło było zakurzone, ale dobrze rozpoznawalne, nie musiałam nawet patrzeć na etykietę, zdjęłam je z półki energicznym ruchem dłoni, bez wahania, tak jak wyciągało się coś, na co czekało się odpowiednio długo, by już się nie cackać. Nie przejmowałam się grubą warstwą pajęczyn, którą starałam częściowo palcami, a trochę rękawem, zdmuchując też trochę kurzu z szyjki.
Wracając zatrzymałam się na moment w progu, patrząc na wnuczkę, światło świec zdążyło już wypełnić salon miękkim, złotym blaskiem, płomienie odbijały się w szybach, w polerowanym drewnie stołu i w kieliszkach, które Prudence zdążyła znaleźć. Bez słowa postawiłam butelkę na stole z lekkim stuknięciem, sięgnęłam po korkociąg leżący obok tacy i zaczęłam powoli wkręcać spiralę w korek, aż w końcu ustąpił z subtelnym dźwiękiem - zapach wina rozszedł się w powietrzu natychmiast, ciężki, słodki, z nutą czegoś orzechowego i czekoladowego - sięgnęłam po pierwszy kieliszek i nalałam do niego solidną porcję, drogi alkohol spłynął powoli po ściankach szkła.
- Mam jeszcze jedną taką butelkę. - Stwierdziłam, niby od niechcenia, nalewając drugi kieliszek. Porto miało ten nasycony ciemny kolor, który wyglądał niemal czarno w słabym świetle, dopóki nie złapało płomienia świec. - Dla Eliasa - zerknęłam na nią znacząco ponad brzegiem szkła, po czym podałam jej szkło - ale nie mów mu o tym. Niech sam się nareszcie ożeni. - Odstawiłam butelkę i uniosłam swój kieliszek. - Inaczej będzie musiał się zadowalać herbatą. - Kącik moich ust uniósł się w lekkim, konspiracyjnym uśmiechu.