18.03.2026, 08:27 ✶
27.09.72 - Samotny wypad do butiku odzieżowego na Pokątnej
Mieli iść niebawem do teatru, co wcale nie było przecież randką, a kolejnym ważnym wizerunkowo spotkaniem, w którym ona musiała uczestniczyć, a on z braku laku - musiał jej towarzyszyć. Tam przecież porywano ludzi! Strach pomyśleć co mogliby zrobić z nią, prawda?
A skoro już pan Moody musiał się tam pojawić, to musiał wyglądać dobrze. Mundur odprasowany, oznaczenia aurorskie wypolerowane, buty wypastowane, a koszula… No właśnie. Ta nieszczęsna galowa koszula…
Lorien wpatrywała się w nią, zupełnie jakby ta ją personalnie uraziła. Może dlatego, że tak właśnie było. Materiał zszarzał po latach użytkowania i prania; parę guzików zostało przyszytych ręcznie, co już ją frustrowało; nie wspominając nawet o szwie trzymającym się na słowo honoru i śladach po mechaceniu się na plecach. Co za tanie dziadostwo. Na szczęście stojąca po drugiej stronie lady krawcowa miała podobną minę.
- Najłatwiej byłoby przyprowadzić męża…- Zaczęła, ale Lorien natychmiast wpadła jej w słowo.
- Och nie, nie. To dla mojego… szwagra. Mamy niedługo spotkanie rodzinne i wszystko w jego szafie wygląda… no właśnie tak.- Załamała ręce nad czymś co za dobrych czasów było koszulą. Och jak łatwo przychodziło jej to niewinne kłamstewko.- Wie pani jacy są mężczyźni.- Westchnęła ciężko, na co kobieta pokiwała głową. Już ona doskonale znała te problemy. Takiego chłopa co to by miał cierpliwość mierzyć rzeczy i chodzić po sklepach to ze świecą szukać. Wcale jej też nie dziwiło, że akurat ta tutaj przyszła szukać szaty dla krewniaka. Mało to kobiet ubierało całe swoje rodziny? No i dobrze. Już ona widziała czasami co te gagatki sami z siebie potrafili kupić. Pstrokate koszule w kwiaty (na pogrzeb), śliwkowo-fioletowe szaty do zielonych spodni, marynarki z połyskiem godnym weselnej kapeli i kołnierze tak szerokie, jakby miały zamiar odlecieć razem z właścicielem przy pierwszym podmuchu wiatru. A potem wracali z żonami, matkami czy siostrami i wszystko to oddawali. Czarownica westchnęła pod nosem, kręcąc głową z pobłażliwym uśmiechem Mężczyźni. Zawsze albo za ciasno, albo za luźno. Albo za dużo, albo za nic.
Fachowym ruchem podniosła koszulę do góry, strzepując kilka kocich włosów. Przez moment nawet chciała dać jej szansę. Materiał zwisł bez życia, strasząc szarością i widocznymi dla wprawnego oka mankamentami.
- Moglibyśmy ją naprawić jeśli pani zależy, ale mamy dzisiaj -30% na drugi zakup...
Lorien podniosła głowę znad najnowszej jesienno-zimowej kolekcji skórzanych rękawiczek. -30%? Nie żeby było jej potrzebne, ale tylko głupi by nie skorzystał z promocji. Przecież takie rabaty to tak jakby w ogóle zarabiała, prawda? Girl math. Jej wzrok powędrował do nieszczęsnej szmatki, którą Aaron tak uparcie trzymał w szafie.
- Przecież on ją ma od czasów Hogwartu jak nic. Jak ją naprawimy to będzie w niej chodził kolejną dekadę. Mowy nie ma.
- A wie pani to jak mój mąż. Mówię mu “Theodore, wyrzuć te spodenki, na bogów przecież nie grasz w Quidditcha od szkoły”. A on co? “Nie, bo przecież dobre!” Tak jasne. Toż to one były dobre, gdy ten mój ważył sto kilo mniej. Ale nie. Pasują jak ulał!
Czarownica rozgadała się na dobre, wyciągając rolki białej bawełny i jedwabiu na ladę. Różdżka poszła w ruch i po chwili resztę miejsca zajęły pudełeczka i pojemniczki pełne guzików, a to prostych, a to matowych.
- Z czego szyjecie zwykle koszule do mundurów galowych? Chciałabym mu wziąć coś podobnego.- Zagadała niby to zainteresowana całą tą mechaniką i sztuką krawiectwa, oglądając uważnie każdy kolejno podawany materiał. Ten za śliski, ten zbyt szorstki… Mogłaby mu zamówić jedną z czystego jedwabiu, ale przecież by nie nosił. Znała go wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć czego na barki nie założy.
- Głównie z bawełny o mocnym splocie. Co tam sobie kto wymyśli, ale zaklinamy je tak, żeby się nie gniotły i pochłaniały pot i inne nieprzyjemne zapaszki. - Czarownica podała jej rolkę ze sztywnym ale przyjemnym w dotyku materiałem. Lorien skinęła głową. Tak, to się nada. Z guzików wybrała te najprostsze - dokładnie takie same jak miał przy starej koszuli. No i kołnierzyk. Kołnierzyk musiał być dodatkowo wzmocniony, co by go nie poprawiać co chwilę.- Szwagier pracuje w naszych służbach?
Ni to pokręciła, ni to skinęła głową. Babeczka nie wyglądała jakby zaraz miała drążyć całą sprawę i wyciągać od niej dowodów i nazwisk. Zresztą kto by znał na pamięć wszystkich brygadzistów i aurorów. Zresztą na nowo rozgadała się o nienawiści swojego męża do wymiany garderoby.
Było coś dziwnego w tym… samotnym wypadzie. Kiedy ostatnio się tak czuła? Kiedy wymieniła Robertowi te okropne golfy na nowe? Miłe uczucie, to bycie potrzebną. Czy tak się właśnie czuły takie normalne żony? Kupowały swoim mężom i dzieciom tego typu “potrzebne” prezenty? Trzy koszule. Oczywiście, że od razu złożyła zamówienie na trzy “w tym samym rozmiarze, bo przecież będzie marudził, że niewygodne!”, to wydało jej się optymalną ilością, bo skoro dobrała rękawiczki, to jej się rabat naliczył podwójnie. Bez żadnych dodatkowych naszyć czy inicjałów na mankiecie. W sumie dorzuciła jeszcze do tego proste spinki, najwyżej się powie, że były gratis do zamówienia. Za darmo to przecież uczciwa cena.
Ani się zorientowała, a już wyszła z butiku wprost na zalaną słońcem Pokątną z kwitkiem na odbiór koszul za dwa dni w torebce.
Hm.. Całkiem nieźle jej wychodziło to bycie panią domu, nie ma co. Uznała w myślach i ruszyła w stronę najbliższej kawiarni. No przecież zasłużyła na małą kawę.
Koniec sesji