• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn v
1 2 3 4 5 6 Dalej »
[18.10.72] Relax, nothing is under control | Benjy, Prue

[18.10.72] Relax, nothing is under control | Benjy, Prue
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#1
08.04.2026, 13:07  ✶  
Dwadzieścia cztery godziny potrafiły ciągnąć się jak tydzień, kiedy wiedziałem, że coś być może siedziało pod skorupą w żarze i tylko czekało, żeby wyjść na świat. Kręciłem się po domu więcej niż zwykle, zaglądałem do kominka częściej, niż było to rozsądne, i chyba tylko cudem nie wyciągnąłem tego jaja wcześniej, z czystej ciekawości. Niby robiłem swoje - coś tam sprawdziłem, coś naprawiłem, nawet wyszedłem na chwilę do ogródka, żeby nie zwariować od siedzenia w miejscu, ale myślami ciągle wracałem do tego jednego punktu w domu - do żaru, który powoli pożerał to cholerne jajo. W praktyce wyglądało to tak, że krążyłem jak przywiązany do jednego punktu, wracając tam co kilka minut, jakby samo patrzenie mogło przyspieszyć cały proces. Cierpliwość nigdy nie była moją mocną stroną, a świadomość, że tym razem naprawdę coś się miało wydarzyć, tylko pogarszała sprawę… I, szczerze, liczyłem na coś efektownego - eksplozję, ogień, może coś z zębami. Nic spektakularnego się jednak nie działo - żadnych wybuchów, żadnego syczenia, żadnego dramatycznego wykluwania się potwora, który od razu rzuci się nam do gardeł. Szczerze? Trochę mnie to rozczarowało… Ale nie na tyle, żeby przestać odliczać do godziny zero.
Oparłem dłoń o obudowę kominka i przechyliłem głowę, mrużąc oczy, jakbym próbował dostrzec coś konkretnego między rozżarzonymi kawałkami drewna.
- Jeśli to miało nas zabiś, to tlochę się ociąga. - Rzuciłem niby od niechcenia, jednak zdecydowanie bardziej do Prudence niż mamrocząc do siebie, chociaż oczy miałem cały czas wbite w palenisko - odkąd wrzuciliśmy jaja do kominka, przez większość czasu udawałem, że wcale mnie to aż tak nie obchodzi, ale prawda była taka, że stałem tu od dobrych pięciu minut, monitorując ruchy wskazówek zegara i zerkając w kierunku naszych zdobyczy, aby nie przegapić wyznaczonego punktu dwudziestu czterech godzin, jakbym oczekiwał, że coś się wtedy poruszy, zasyczy, strzeli iskrami, eksploduje albo… Cholera wiedziała - zrobi coś, cokolwiek, najlepiej samo wyjdzie z żaru i przedstawi nam się z imienia, byśmy nie mieli problemu z jego identyfikacją.
W końcu nie wytrzymałem.
- Dobla, ile mosna czekaś. - Sięgnąłem po szczypce i bez większej ceremonii wygrzebałem jajo spomiędzy spopielonych kłód drewna, jakbym robił to setki razy, chociaż prawda była taka, że improwizowałem jak zawsze, nie mając nawet pojęcia, co tak właściwie próbowaliśmy wykluć. Nie byłem aż takim idiotą, żeby grzebać gołymi dłońmi w czymś, co mogło właśnie się wykluwać z ognia - chociaż, uczciwie mówiąc, gdyby nie było narzędzi pod ręką, pewnie i tak bym spróbował.
- Jeśli coś mnie uglysie, to bęsie twoja odpowiedzialność. - Rzuciłem przez ramię, zdecydowanie bardziej z przyzwyczajenia do przekory niż z czegokolwiek innego, odkładając je ostrożnie do gigantycznego gara pozostawionego nam przez Ellie na strychu, a przezornie zniesionego jeszcze wczoraj. Metal zadźwięczał cicho, kiedy pierwszy egzemplarz osiadł na dnie, przez chwilę patrzyłem na niego w milczeniu, jakby każdy kolejny ruch mógł coś zepsuć, co było absurdem, bo jeszcze wczoraj wrzuciłem go w ogień bez większego zastanowienia.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#2
08.04.2026, 14:17  ✶  

Dwadzieścia cztery godziny to niby niezbyt wiele czasu. Zazwyczaj dzień mijał jej niczym mrugnięcie oka, tym razem jednak było inaczej. Miała w sobie masę cierpliwości, naprawdę ogromne ilości, tyle, że trudno było po nią sięgać, kiedy jej mąż kręcił się po całym domu od wczorajszego wieczora. Po całym domu... tak właściwie to wszystkie drogi prowadziły go do kominka, w którym aktualnie znajdowały się dwa, całkiem dorodne jaja. Musiało jej się to więc nieco udzielić, chcąc nie chcąc i ona nie ignorowała tego faktu. Zwłaszcza, że nie do końca mogli się spodziewać, co właściwie się w nich kryje, jak zareagują na ogień i co może się wydarzyć. Wypadało więc być ostrożnym - tak, to nią kierowało, czuwała dlatego, że jak zawsze była ostrożna, w końcu nie chciała doprowadzić do ruiny tego miejsca.

Prudence być może nie stała obok kominka, siedziała w fotelu, z książką w dłoni, jednak nie dało się nie zauważyć, że poświęca jej mało czasu, wzrok kobiety odruchowo co chwilę przenosił się w stronę kominka, w którym to te dwa jaja leżały od wczorajszego wieczora, leżały, piekły się, można to było nazwać różnie. Nadal nie mieli pojęcia, co do końca w nich siedzi, ani kiedy postanowi wyjść na zewnątrz, o ile w ogóle podejmie taką decyzję.

Położyła książkę na kolanach, przeniosła wzrok w stronę kominka, tym razem nie wpatrywała się jednak w palenisko, a w Benjy'ego który opierał się o obudowę kominka. Jeśli ona się niecierpliwiła, to wolała nie myśleć nawet o tym, jak on się czuł. Z ich dwójki to przecież on był w gorącej wodzie kąpany, miewał problemy z powstrzymywaniem się, nie bardzo jednak dało się przyspieszyć ten cały proces, chyba.

- Być może jeszcze odpoczywa, żeby uderzyć z odpowiednią siłą i precyzją. - Tak naprawdę nie zakładała tego scenariusza, wydawało jej się, że jeśli miało wydarzyć się tutaj coś spektakularnego, to raczej już by się to stało.

- Tyle, ile będzie trzeba. Po... - Nie zdążyła jednak zareagować, bo Benjy zdążył już złapać szczypce i sięgnąć po jedno z jaj. Najwyraźniej nie mieli już czekać. Był to dobry powód, aby wstać z fotela. Zostawiła na nim książkę i ruszyła za mężem. Doskonale wiedziała dokąd zmierza. Zdążyli już zaopatrzyć się w spory garnek, który znaleźli na strychu, mieszkanie w domu po babci niosło ze sobą całkiem spore profity - przynajmniej nie musieli zaczynać dnia od kolejnej wizyty w sklepach.

- Oczywiście, że będzie to na moją odpowiedzialność, wolałabym jednak, żeby nic Cię już nie gryzło. - Powiedziała jeszcze, kiedy szła tuż za nim. Obserwowała uważnie mężczyznę, kiedy ten wsadzał jajko do garnka, miała wrażenie, że robi to bardzo ostrożnie, jak na siebie, jakby nie chciał uszkodzić skorupki, nie spodziewała się po nim takiej delikatności. - Myślisz, że można dorzucić też drugie? Mam wrażenie, że może być im smutno, jeśli je rozdzielimy. - Nie, żeby jajka coś czuły, nie powinny, ale co jeśli miały świadomość tego, że były tutaj razem? Zdecydowanie lepiej było ich nie rozdzielać, skoro tyle już wspólnie przeszły. Obserwowała uważnie to, które znajdowało się w garze, w końcu musiało coś z niego wyjść.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#3
08.04.2026, 22:20  ✶  
Oparłem się o kominek tylko po to, żeby nie wyglądało, że zaraz sam do niego wejdę i sprawdzę, co tam się dzieje. W mojej robocie wszystko działo się szybko - wchodzisz, bierzesz, wychodzisz. A tutaj? Stałem jak idiota i gapiłem się w dwie przypalone skorupki, jakby zamieszkujące je stwory - o ile w ogóle istniały i żyły - miały nam łaskawie dać znak, kiedy uznają, że to już ten moment. Dwadzieścia cztery godziny to niby nic, ale kiedy wiesz, że  prawdopodobnie coś tam jest, że coś się tworzy, że zaraz może się wydarzyć coś interesującego… Czas zaczyna się rozciągać jak przeklęta guma, i chociaż udawałem, że mam to gdzieś, bo to tylko kolejna dziwna rzecz, którą przyniosłem do domu, to prawda była taka, że byłem tak samo ciekawy jak dzieciak przed rozpakowaniem prezentu, a może nawet bardziej, bo prezenty rzadko próbują cię później zabić. Chociaż te z Nokturnu reprezentowały trochę inne standardy, niezależnie od tego, czym były.
Stałem tak chwilę, wpatrując się w palenisko z tym swoim charakterystycznym uporem w wyrazie twarzy, jakbym próbował zmusić jaja w żarze do wyklucia się szybciej samym spojrzeniem. Od rana kręciłem się jak cień, niby nie bez celu, niby wcale nie tylko przechodząc z miejsca na miejsce, ale prawda była prosta - co chwilę wracałem tutaj, jakbym się spodziewał, że jak tylko na sekundę spuścimy jajca z oczu, to właśnie wtedy coś się wydarzy, a snując się po domu, przynajmniej miałem wrażenie, że coś robię, zamiast siedzieć na dupie jak… Rozsądny człowiek. Jak moja żona, jak osoba, która potrafiła usiąść w jednym miejscu i nie potrzebowała robić tysięcy nadprogramowych kroków, zamiast tego próbując pogrążyć się w lekturze… Czegoś.
- Co czytasz? - Spytałem przelotnie, uświadomiwszy sobie, że prawdopodobnie było to głupie pytanie, bo - znając życie i moją najmilszą - była to jakaś publikacja dotycząca tego, co obecnie znajdowało się na naszej tapecie, i nawet jeśli nie miałem pojęcia, skąd mogłaby to wytrzasnąć… Ona po prostu tak miała, gdy chodziło o uzupełnianie wiedzy - właściwe materiały materializowały się zarówno w jej dłoniach, jak i w głowie - przynajmniej teraz trochę bardziej wiedziałem, z czego brała się ta druga zdolność. Talent do pozyskiwania bibliografii z powietrza wciąż pozostawał dla mnie zagadką, tak samo jak jej niemal legendarna cierpliwość do wszystkiego, prócz moich durnych pomysłów…
Nienawidziłem czekać, czekanie było dla ludzi, którzy nie mieli nic lepszego do roboty, wierzyli, że coś samo się ułoży albo bali się ruszyć sprawy dalej - ja nie miałem problemu ani z jednym, ani z drugim, ani tym bardziej z trzecim - całe życie działałem odwrotnie niż wypadało, wychodziłem z założenia, że jak coś się nie działo, to trzeba było to… Delikatnie popchnąć, trącić, szturchnąć… Albo kopnąć, zależnie od nastroju.
- No, oby nie planowało zasadzki, bo tlochę słabo jak na coś wielkości ziemniaka. - Mruknąłem bardziej w kierunku płomieni niż do niej, choć - oczywiście - słyszałem każde jej słowo. - Chociasz… S moim szczęściem bym się nie zdziwił. - Mruknąłem, nie odrywając wzroku od paleniska, lecz to tylko przyspieszyło decyzję zapadającą w mojej głowie. Pewnie mógłbym jeszcze poczekać, pewnie powinienem - no, ale nigdy nie byłem szczególnie dobry w „powinienem”. Prawda była taka, że cierpliwość skończyła mi się jakieś dwadzieścia trzy godziny temu - to, że jeszcze nic się nie wydarzyło, tylko mnie bardziej nakręcało - było za cicho, za spokojnie, zbyt normalnie jak na coś, co kupiliśmy na Nokturnie bez zadawania zbyt wielu pytań.
Nie wytrzymałem - to było silniejsze ode mnie - to całe czekanie, kręcenie się bez celu, udawanie, że mam kontrolę nad sytuacją, kiedy coś żywego siedziało sobie spokojnie w żarze i najwyraźniej uznało, że wykluwanie się nie jest pilne… To nie było nawet świadome, po prostu w pewnym momencie ręka sama sięgnęła po szczypce, bez żadnego „jeszcze chwilę”, żadnego „poczekajmy” - dość było tego gapienia się, przynajmniej dla mnie. Narzędzia były w mojej dłoni jeszcze zanim Prudence skończyła zdanie, a ja już pochylałem się nad kominkiem, wyciągając pierwsze jajo z żaru, przełamawszy tę cienką granicę między „może nie powinniśmy” a „za późno, robimy to”. Było gorące, czułem to nawet przez metal, cięższe niż wcześniej, jakby coś w środku naprawdę nabrało masy i… Wtedy to zobaczyłem - drobne pęknięcia, cienkie jak włos, z których sączyło się to cholernie dziwne, mleczne światło. Miałem już nawet zwrócić na to uwagę, gdy…
„Wolałabym jednak, żeby nic Cię już nie gryzło”...
Prychnąłem cicho, nawet się nie odwracając, kiedy to powiedziała, bo oczywiście, że musiała wrócić do tego tematu, jakby jedno małe, niefortunne spotkanie w ciemnym lesie nagle definiowało całe moje życie, a nie tylko jego dorosłą część.
- Ej. - Mruknąłem pod nosem, z cieniem rozbawienia, choć gdzieś tam przemknęła nuta udawanej urazy. - On mnie podlapał. To zupełnie inna liga nisz glysienie. - Uniosłem lekko brew, jak gdyby sama precyzja nazewnictwa miała tu jakieś znaczenie. - Ugryzienie bszmi powasznie. Podlapanie to wypadek pszy plasy. - Dodałem, już ciszej, bardziej do siebie niż do niej - chociaż dobrze wiedziałem, że mnie słyszała - gdzieś pod spodem było to moje uparte „nic mi nie jest”, którego nie zamierzałem odpuścić, choć oboje wiedzieliśmy swoje. Brzmiało to dokładnie tak, jakbym próbował umniejszyć spotkanie, które w normalnych okolicznościach powinno skończyć się znacznie gorzej, i może właśnie dlatego mówiłem to z takim spokojem, jakby chodziło o zadrapanie zarobione od kota sąsiadów, a nie coś, co większość ludzi wspominałaby do końca życia. Nie zamierzałem rozwlekać tematu wilkołaka, chociaż wspomnienie szarpnięcia pazurów wciąż gdzieś jeszcze siedziało mi pod skórą, jak echo, które nie chciało całkiem zniknąć - zamiast tego skupiłem się na jajku, które właśnie wyciągałem szczypcami z żaru. Byłem ostrożny, może nawet bardziej niż zwykle, chociaż sam bym się do tego nie przyznał, westchnąłem nawet pod nosem, jakbym chciał sam siebie za to wyśmiać, ale nie przestawałem uważać - nie dlatego, że się bałem, tylko dlatego, że… To było nasze, nie był jakiś przeklęty artefakt z grobowca, nie kontrabanda, którą trzeba było szybko spieniężyć, tylko coś, co sami przytaszczyliśmy do domu i co teraz faktycznie mogło się okazać czymś więcej niż tylko kolejnym błędem.
- Maltwisz się, sze bęsie mu smutno? - Zapytałem z rozbawieniem, ale bez złośliwości. - To są jaja, Pluey. - Zmrużyłem oczy i nachyliłem się trochę bliżej, ignorując zdrowy rozsądek, który gdzieś z tyłu głowy próbował mi podpowiedzieć, żebym jednak trzymał dystans. - Dobla, dobla. - Dodałem zaraz potem. - No, macie siebie, ziomeczki. - Rzuciłem półgłosem, jakby to faktycznie mogło coś zmienić, złapałem szczypce mocniej i znów sięgnąłem w żar, tym razem po drugie jajo, czując znajome ukłucie ekscytacji pod skórą, bo cokolwiek miało się wydarzyć… Właśnie zaczynało się dziać.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#4
09.04.2026, 16:34  ✶  

Nie dziwiło ją wcale, że Benjy tak się kręcił koło kominka, ba, nie zdziwiłoby jej nawet, gdyby postanowił wsadzić swoją rękę do paleniska i sprawdzić, jak się miewają ich jaja. Był on całkiem przewidywalny w swojej nieprzewidywalności, akurat po nim można było się spodziewać dosłownie wszystkiego i tak nie najgorzej wyglądało to jak na to, że minęły już dwadzieścia cztery godziny, póki co tylko opierał się o kominek. Była pełna podziwu, wiedziała, że dla niego to wcale nie było takie łatwe, nie z tym charakterem. Naprawdę długo wytrzymał bez podejmowania żadnych kolejnych prób ułatwienia wyjścia na zewnątrz temu, co kryło się pod skorupką.

Uniosła do góry książkę, którą trzymała w dłoni, tak, aby spojrzeć na okładkę. - Znalazłam książkę, w której są opisane wszystkie zwierzęta, które przychodzą na świat z jaj, próbowałam znaleźć te nasze, ale póki co nie do końca mi się to udało. - Nie było podobnego egzemplarza do tych ich, być może mieli do czynienia z jakimś mało znanym gatunkiem, który nie był jeszcze do końca opisany, kto wie. Trochę ją to niepokoiło, ale tylko trochę, bo zdążyła już ustalić, że rozmiar ich jajek sugerował iż faktycznie nie będzie to nic wielkiego, więc jeden z problemów sam się rozwiązał, oczywiście, że stworzenia, które miały z nich wyjść mogły być niebezpieczne, ale przynajmniej nie zdemolują im domu na starcie. To było całkiem pocieszające.

- Trudno jest przewidzieć, jakie ma plany, gdybyśmy nieco więcej o nich wiedzieli, tak to wszystko jest niewiadomą. - Wmawiała sobie, że jeśli mieszkańcy skorupek chcieliby ich zabić, to pewnie już by to zrobili, zaskoczenie było bowiem dość istotnym czynnikiem podczas ataku, stracili tę przewagę, bo i ona i jej mąż praktycznie nie spuszczali oczu z tych nieszczęsnych jaj, czekali na to, co miało się wydarzyć, bo coś na pewno miało. Nie byłoby tyle zamieszania o nic, czyż nie?

- To nie jest szczęście, często sam temu pomagasz swoim podejściem. - Nie uważała, aby szczęście było za to odpowiedzialne, Benjy miewał pewne tendencje w podejmowaniu decyzji... które często przynosiły dość nieprzewidywane efekty. Nie, żeby go oceniała, po prostu lubił empirycznie wszystko sprawdzać, w przeciwieństwie do niej.

Nie musiała długo czekać na potwierdzenie swoich słów - jej mąż po dwudziestu czterech godzinach oczekiwania w końcu pękł. Sięgnął po szczypce i wsadził je w ogień, aby wyciągnąć jajko. Nie zdążyła go powstrzymać, więc wstała, żeby zobaczyć co zamierzał zrobić. Nie mogła sobie odmówić tej obserwacji, wolała być gdzieś obok, w razie gdyby coś poszło nie tak - właściwie wszystko mogło pójść nie tak, więc warto było pozostać w pogotowiu, chociaż przecież nawet nie wiedziała, czy potrafiłaby mu pomóc. Mniejsza jednak o to. Szła za nim i obserwowała bardzo uważnie jego ruchy.

- Niech Ci będzie, chociaż nie do końca dociera do mnie ten argument, to podrapanie było poważniejsze od niektórych ugryzień. - Wszystko zależało od stwora, z którym miało się styczność, faktycznie podrapanie brzmiało mniej inwazyjnie od ugryzienia, jednak podrapanie podrapaniu nierówne. Doskonale zdawali sobie z tego sprawę, to nie było zwykłe draśnięcie, ledwie je przetrwał, ale tym razem wolała nie ciągnąć tego tematu, mieli inny problem, którym właśnie się zajmowali. Na pewno nie mogli narzekać na nudę.

Obserwowanie go podczas transportu jajka do garnka było niecodziennym widokiem. Naprawdę na nie uważał, widać było, że nie chce przypadkiem uszkodzić tego, co mieszkało w środku. To było całkiem urocze, chociaż nie powiedziałaby tego w głos, bo na pewno nie byłby zadowolony z takiego komentarza. W milczeniu więc mu się przyglądała, mogłoby się wydawać, że przestała oddychać, jakby nie chciała przeszkodzić swojemu mężowi w tym całym przedsięwzięciu.

- Tak, martwię się. - Potwierdziła jeszcze, bo przecież nie mogli mieć pewności, że te stwory nie wyczuwały swojej obecności, nikt raczej nie badał odczuć stworzeń, które znajdowały się w skorupkach, a co jeśli faktycznie odczuwały jakieś emocje? - Wiem, że to są jaja, nie zapomniałam o tym, ale coś jest w środku, co by tam nie mieszkało to chciałabym, żeby czuło się u nas dobrze. - Dodała jeszcze na swoje wytłumaczenie, chociaż brzmiało to głupio, wydawało jej się jednak, że może to mieć jakiś sens, a nawet jeśli nie to trudno. Nikt poza jej małżonkiem tego nie widział.

- No, to co teraz? - Wychyliła się nieco, aby zobaczyć jak prezentowały się ich jajka w garnku, skorupka zaczynała pękać i można było dostrzec wydobywające się spod niej mleczne światło. Dziwne, bardzo dziwne.

- Może powinniśmy je nieco ugotować, w sensie nie tak, żeby je zjeść, nie chcę ich jeść, ale chyba ten żar im pomógł, wygląda na to, że lubią jak jest ciepło. - Pozostawienie ich w niższej temperaturze mogło nieco opóźnić ten cały proces wylęgania, na co raczej teraz już nie mogli sobie pozwolić zważając na to, że bardzo chcieli poznać zawartość skorupek, a jeśli w ten sposób mieliby ułatwić stworzeniom przyjście na ten świat, to dlaczego by właściwie tego nie spróbować?



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#5
10.04.2026, 13:06  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.04.2026, 13:07 przez Benjy Fenwick.)  
Już któryś raz z rzędu stanąłem przy tym kominku jak przy ołtarzu, tylko zamiast modlitwy miałem w głowie jedną myśl „no dalej, rusz się w końcu”, przez te dwadzieścia cztery godziny zrobiłem więcej kroków między drzwiami a paleniskiem niż przez ostatni tydzień razem wzięty, i nawet nie próbowałem zbyt mocno udawać, że mam nad tym kontrolę. Prue siedziała z książką, spokojna, opanowana, jakby to był zwykły wieczór, a nie czekanie na coś, co mogło nas ugryźć, podpalić albo zacząć mówić ludzkim głosem - właśnie w tym była między nami różnica - ona przetwarzała fakty w spokoju, ja chciałem jak najszybciej zobaczyć, co się stanie, gdy minie jakaś mityczna granica lub sami ją przekroczymy. Moja żona utrzymywała równowagę na każdej płaszczyźnie, ja starałem się nie okazywać zbyt jawnie, że stoję na krawędzi zrobienia czegoś głupiego od dobrych kilku godzin, chociaż chyba oboje wiedzieliśmy, jak to się skończy… Dwie zupełnie różne drogi, które jakimś cudem prowadziły nas w to samo miejsce, do tego samego domu, do bycia ze sobą całkiem zgranym duetem.
W tym momencie największą różnicą między nami było to, że ona próbowała przygotować się na to, co mogło nastąpić, a ja chciałem po prostu stać się tego świadkiem. Dwadzieścia cztery godziny to był mój osobisty rekord w powstrzymywaniu się od robienia czegoś głupiego. Może dlatego, że Pruey też tu była, patrzyła, analizowała, więc… Nie mogłem po prostu wziąć młotka i sprawdzić, co jest w środku - choć, na Merlina, przez chwilę naprawdę to rozważałem, będąc gotowym zaryzykować jej jęk dezaprobaty i spojrzenie pełne zawodu z powodu mojej porywczości. Nie musiałem nawet na nią patrzeć, żeby wiedzieć, że mnie obserwowała, czułem to w karku, w tym charakterystycznym napięciu, które pojawiało się zawsze, kiedy ktoś próbował mnie „czytać” jak otwartą księgę. Różnica była taka, że moja żona faktycznie rozumiała to, czego nie mówiłem werbalnie - nie mogłem się łudzić, nawet jeśli kiedyś by mnie to drażniło, a teraz wprawiało w ten dziwny stan między wesołością a wywracaniem oczami - dla Prudence byłem po prostu przewidywalny w swoich głupich pomysłach. Kręciłem się przy tym kominku jak przeklęta dusza, która nie potrafiła odejść od własnego błędu, i chociaż ani przez chwilę nie żałowałem zakupu tych jaj, to to czekanie działało mi na nerwy bardziej niż jakiekolwiek ryzyko.
Oparłem się o kominek, odsunąłem się, przeszedłem dwa kroki, wróciłem, jakbym był na uwięzi, tylko nikt nie raczył mi powiedzieć, gdzie dokładnie kończył się mój zasięg. I pewnie, mogłem wsadzić rękę w ogień, sprawdzić, czy coś się zmieniło - przemknęło mi to przez głowę więcej niż raz - ale nawet ja miałem jakieś granice... Czasem... Ostatnio coraz częściej, co, swoją drogą, było pewnym osiągnięciem względem poprzedniej połowy mojego życia.
- Czyli oficjalnie mamy coś, czego nie ma w ksiąszce. - Uśmiechnąłem się pod nosem, zerkając na okładkę tylko przelotnie, bo dla mnie to wcale nie była nowa sytuacja, to był raczej standard naszej dynamiki - Pruey szukała wzorca, porównania, czegoś, co pozwoliłoby to nazwać i oswoić, ja miałem gdzieś nazwy, interesowało mnie tylko, co to zrobi, kiedy w końcu wyjdzie. Dla mnie brak informacji nie był powodem, by się zatrzymać, tylko żeby sprawdzić szybciej i boleśniej, jeśli trzeba - prawda była taka, że im mniej ktoś wiedział, tym bardziej mnie to ciągnęło, aby to sprawdzić - zbyt dobrze opisane rzeczy były nudne, przewidywalne, bez pazura, a to… To mogło być cokolwiek i zdecydowanie mogło mieć zajebiście długie pazury. - Bszmi jak dobly inteles. - Mruknąłem z cieniem satysfakcji.
Słuchałem jej dalej, tego całego spokojnego rozkładania niewiadomej na czynniki pierwsze, i przez chwilę naprawdę próbowałem podejść do tego tak jak ona - logicznie, z dystansem, ale to nie działało, bo dla mnie to nie była teoria… To było coś, co właśnie mieliśmy przed sobą, coś, co reagowało, pękało, świeciło.
Prychnąłem cicho, kiedy nazwała to, co nie raz, nie dwa działo się w moim życiu, wpychając mnie we wzburzone wody, „podejściem”, ale tym razem nie zaprzeczyłem, bo… Miała rację, zresztą, wkurzająco często ją miała.
- To nie podejście. To styl szycia. - Rzuciłem lekko i wzruszyłem lekko ramionami na jej analizę, bo dla mnie to wszystko było proste - albo coś z tego wyjdzie, albo nie, a jeśli wyjdzie, to wtedy się będziemy martwić - zawsze działałem w tej kolejności i jakoś nadal stałem tu, a nie leżałem sześć stóp pod ziemią. - Ja po plostu splawdzam szybciej. - Nie powiedziałem „na własnej skórze”, chociaż zapewne oboje o tym pomyśleliśmy. - Poza tym nie zwalaj wszystkiego na mnie. - Mruknąłem z cieniem rozbawienia. - Czasem świat po plostu lubi się dobsze zabawiś moim kosztem. - Nie dodałem, że często mu w tym pomagałem, to było oczywiste, wynikało również z tego, co sama mi przed chwilą powiedziała, a czemu ja nie zaprzeczałem. Wiedziałem, że miała rację, wiedziałem też, że nic z tym nie zrobię, kiedy jednak przeszliśmy od wspomnienia o gryzieniu do przypomnienia o tamtym „podrapaniu”, zatrzymałem się na ułamek sekundy, ledwo zauważalnie - nie odwróciłem się gwałtownie, nie skomentowałem od razu, tylko przez chwilę patrzyłem na jajo w szczypcach, jakby było wygodnym pretekstem, żeby nie wracać do tamtej nocy bardziej, niż było to konieczne. Teraz mieliśmy coś innego przed sobą i, szczerze, wolałem skupić się na tym, machnąłem lekko ręką na jej komentarz, chociaż przez sekundę coś mnie ukłuło - lepiej brzmiało „podrapał” niż „prawie mnie rozerwał”, nawet jeśli oboje wiedzieliśmy, jak blisko to drugie było prawdy.
Stuknąłem palcem w rant garnka, przygryzając wargę i marszcząc brwi, jakbym się zastanawiał, czy faktycznie powinniśmy robić temu przytulny dom. To, co było w środku - czymkolwiek było - zasługiwało jednak na to, żeby nie spartaczyć sprawy na samym końcu, szczególnie, iż Pruey naprawdę o tym myślała - o tym, co było wewnątrz jajek - nie tylko, czym było, ale również jakie będzie. Dla mnie to też nie była wyłącznie zagadka do rozwiązania, tylko coś, co trzeba było w końcu popchnąć, żeby zobaczyć, czy wybuchnie, ugryzie, czy może tylko zapiszczy z entuzjazmem. Pochyliłem się nieco nad garnkiem, mrużąc oczy, jakby to miało mi pomóc zobaczyć więcej - światło było jaśniejsze, bardziej natarczywe, a skorupki… No, nie wyglądały już jak coś, co chciało sobie spokojnie poleżeć.
- Jak to coś splóbuje nas zeszleś, pszypomnę ci te słowa. - Powiedziałem lekko, zerkając na nią z boku. - „Chciałam, szeby czuło się dobsze”. - Uniosłem lekko głowę i przewróciłem oczami, chociaż kącik ust znów mi drgnął. Gadanie o planach tych stworzeń brzmiało sensownie, logicznie, nawet uspokajająco, ale mnie to tylko jeszcze bardziej drażniło, bo logika zakładała czekanie, a ja nienawidziłem czekać. Za to „nieco ugotować” brzmiało… Dobrze. Niby trochę jak plan na nieznane, potencjalnie wkurzone stworzenie, ale dobrze, więc zdecydowanie pokiwałem głową.
- To mose im pomóc. Albo… - Dodałem wolniej, z tym swoim charakterystycznym błyskiem w oczach. - Mose się wkulwią, jak bęsie za goląso i wilgotno, i szybciej wyjdą. - Uśmiechnąłem się krzywo, bez ukrywania tego, jak bardzo mi się ten pomysł podobał, po czym znów skupiłem się na tym, co było w środku, gotowy zobaczyć, co właściwie właśnie sprowadziliśmy na własną głowę.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#6
10.04.2026, 18:46  ✶  

Nie było nic dziwnego w tym w jaki sposób się zachowywali. Byli zupełnie różni pod tym względem - Benjy niemalże wydreptał dziurę w podłodze, a ona zajęła się poszukiwaniem informacji. W ten oto sposób minęła im doba. Prudence nie czuła się jednak specjalnie przygotowana, bo w książce, którą przejrzała nie znalazła tego, czego szukała. No, miała może drobne porównanie do innych stworzeń, ale nie dostała dokładnej odpowiedzi na nurtujące ich pytanie. Uspokoiła się odrobinę, bo na podstawie zebranych informacji mogła stwierdzić, że to, co znajduje się w jajach raczej nie będzie w stanie ich zeżreć, a to było sporym pozytywem, zważając na to, że jeszcze wczoraj wieczorem nie mieli co do tego pewności.

Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że cierpliwość w przypadku jej męża praktycznie nie istniała, także to, że udało mu się pozostawić te jajka w palenisku przez tyle czasu było sporym sukcesem, podejrzewała, że gdyby znajdował się tu sam już dawno spróbowałby roztrzaskać skorupkę, przy niej tego nie zrobił, pewnie sporo go to kosztowało. Minęła jednak doba, nic praktycznie się nie zmieniło, był to moment, w którym postanowił działać. Ona sama pewnie pozwoliłaby im dłużej siedzieć w żarze, ale musiała pogodzić się z tym, że kiedy robili coś razem, to zazwyczaj szukali złotego środka, który zadowoli ich dwójkę. Tak było i tym razem. Nadszedł moment, w którym Benjy sięgnął po szczypce i wyciągnął jajko z ognia. Nie mogła mieć mu tego za złe, jak na siebie i tak długo wytrzymał bez żadnego, konkretnego ruchu.

- Tak, mamy coś, czego nie ma w mojej książce, znalazłam tylko tą jedną, może w innej by było, ale poszukiwanie kolejnej mogłoby długo potrwać. - Magiczne stworzenia nie interesowały jej aż tak, żeby miała bardzo szczegółowe książki w swoich zbiorach. Jajorodne zwierzęta były dość wąskim tematem, pewnie można było znaleźć jakąś specjalistyczną literaturę na ten temat, tyle, że tak naprawdę nie do końca nawet nie wiedziała, gdzie powinna jej szukać, bo nigdy jej to jakoś zbytnio nie interesowało. Jak widać nigdy nie zna się ani dnia, ani godziny, kiedy książka o danej tematyce może być potrzebna.

Prue zdecydowanie wolałaby jeszcze chwilę poczekać, tyle, że jej mąż zdążył już wyciągnąć pierwsze z jajek z ognia, pewnie niedługo będą mogli się przekonać o tym, co kryje się pod skorupką. Na pewno zamierzał przyspieszyć proces wyjścia na świat tego, co kryło się w środku. Cóż, sama była ciekawa, pewnie gdyby nie on, to siedziałaby tak przy tym kominku do skutku, ale teraz mogła towarzyszyć mu podczas odkrywania tej tajemnicy.

- Styl życia, czy podejście do świata, jak dla mnie to jedno i to samo. - Nie miało wątpliwości, że nie było to szczęściem, o którym sam wspomniał. Niektórzy ludzie mieli po prostu tendencje do tego, żeby zawsze pakować się w kłopoty, najważniejsze jednak było, że potrafili również sobie z nimi radzić, nieprawdaż? Benjy potrafił to jak nikt inny, nie zamierzała sugerować mu chociaż drobnej zmiany w tym podejściu, bo przecież wiedziała, że tak już miał, taki był, niektórych rzeczy nie dało się zmienić, zresztą takiego go przecież kochała.

- Tak, świat rzuca Cię ciągle w takie sytuacje, najwyraźniej doskonale wie co robi, bo ze wszystkim radzisz sobie doskonale. - Nie można mu było tego odmówić, chociaż wcale nie łatwo było się z tym pogodzić, to jednak nie byłby sobą gdyby zachowywał się inaczej. Był niczym ogień, który chłonął wszystko, co stawało na jego drodze, miało to swój urok, nawet kiedy jej podejście było zupełnie inne.

Bez względu na to, co znajdowało się pod skorupką zasługiwało to na odpowiednie traktowanie. W końcu sami przynieśli to do domu, te stworzenia się tutaj nie pchały, więc to na nich leżała odpowiedzialność by o nie zadbać. Nie miała w tej chwili żadnych oczekiwań, nie zakładała nawet co może znajdować się w środku, bo rozstrzał był ogromny, tak naprawdę to tylko liczyła na to, że te istoty nie postanowią ich ugryźć na dzień dobry, ani pluć jadem. Nie były to praktycznie żadne oczekiwania.

- Nie będziesz musiał mi ich przypominać, przecież pamiętam wszystko. - W tym przypadku mogło okazać się to niezbyt pozytywne, ale wiedziała, że akurat przed nim nie mogłaby się tego wyprzeć, bo doskonale zdawał sobie sprawę z tego, w jaki sposób działał jej umysł. Naprawdę miała nadzieję, że jednak mieszkańcy jajek będą do nich nieco bardziej przyjaźnie nastawieni, zresztą liczyła na to, że docenią to, jak o nie dbali. Właśnie dlatego zasugerowała, żeby ich nie rozdzielać, był to objaw troski.

- Czyli tak, czy siak jesteśmy na wygranej pozycji, wolałabym mimo wszystko pierwszą opcję, musimy to sprawdzić. - Naprawdę chciała, żeby zakończyło się to jak najbardziej łagodnie, chociaż przecież nie mogli mieć pewności, jak zareagują stworzenia, które kryły się pod skorupą. - Dobra, to postawmy je nad ogniem, tylko ostrożnie, nie spuszczajmy z nich oczu, bo kto wie, czy ten ruch im nie zaszkodzi. - Logiczne wydawało jej się, że lubią ciepło, siedziały w żarze przez dobę, dzięki temu skorupa zaczynała pękać, więc pomagało im to wydostać się na zewnątrz, ale mogło być różnie. Starała się wierzyć w to, że ten pomysł miał sens i był dobry. Benjy jej w tym pomagał, bo go nie odrzucił tylko zaakceptował, więc to dodało jej nieco pewności siebie. Oby tylko nie zrobili im krzywdy.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#7
11.04.2026, 01:47  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.04.2026, 01:49 przez Benjy Fenwick.)  
To był ten moment, gdy uparte „poczekaj, sprawdź, zrozum” spotykało się z równie zaciętym „zaryzykujmy i zobaczmy, co się stanie”. Nie było w tym nic dziwnego, że każde z nas poszło w swoją stronę, nawet jeśli fizycznie tkwiliśmy w tym samym pomieszczeniu - ja krążyłem jak zwierzę zamknięte w klatce, od kominka do stołu, od stołu na korytarz, z korytarza na górę, z góry z powrotem do ognia, jakby sama zmiana kąta patrzenia mogła coś przyspieszyć, ona siedziała z książką, spokojna, skupiona, próbująca zrozumieć coś, czego ja nawet nie próbowałem rozkładać na części. Dla niej brak odpowiedzi był problemem do rozwiązania, dla mnie był powodem, żeby w końcu przestać czekać, i chociaż pewnie nigdy bym tego nie przyznał wprost, gdzieś z tyłu głowy miałem świadomość, że dzięki niej przynajmniej nie robiliśmy wszystkiego kompletnie w ciemno.
Taaaak… Nie było w tym nic dziwnego, naprawdę, a przynajmniej tak zamierzałem sobie tłumaczyć to, iż miotałem się z miejsca na miejsce, po czym średnio co dziesięć minut i tak kończyłem spacer nad tym paleniskiem, jak idiota, który próbował wypatrzeć sens w czymś, co jeszcze nawet nie postanowiło się ujawnić, podczas gdy moja druga połówka siedziała prawie nieruchomo z książką i próbowała ten sens znaleźć zanim cokolwiek się wydarzy. To bez wątpienia były dwie zupełnie różne drogi, które jakimś cudem prowadziły nas zawsze w to samo miejsce - ja chodziłem, kręciłem się, zatrzymywałem, znowu ruszałem, jakby od tego miało zależeć tempo całego procesu, Pruey analizowała, układała w głowie fakty, nawet jeśli tych faktów było niewiele - oboje radziliśmy sobie z niewiadomą na swój własny sposób, i chyba właśnie dlatego jeszcze nie roznieśliśmy tego domu na drzazgi i cegły… I chociaż musiałem przyznać, że jej metoda była sensowniejsza, to moja przynajmniej nie wymagała udawania cierpliwości, której nigdy nie miałem.
Zerknąłem na nią krótko, widząc ten jej spokój, tę kontrolę, której ja nigdy nawet nie próbowałem udawać. Dla niej to była luka, dla mnie okazja - im mniej ktoś wiedział, tym więcej można było sprawdzić samemu, co zawsze kończyło się ciekawiej niż siedzenie nad czyimiś notatkami. Im mniej ktoś wcześniej grzebał przy danej sprawie, tym mniejsza była szansa, że coś pójdzie według czyjegoś schematu, a ja nigdy nie byłem fanem cudzych schematów. Nikt nie zdążył tego zepsuć albo zamknąć w jakichś zasadach, które, o ironio, z zasady - jak wiadomo - zawsze tylko wszystko spowalniały. Nie było w tym żadnej wielkiej filozofii z mojej strony, raczej przyzwyczajenie do tego, że jak już coś idzie źle - a szło stosunkowo często - to trzeba być szybszym niż problem, lecz uprzednie rozważanie setek możliwości i rozkładanie ich na czynniki pierwsze nic nie zmieni... Tak samo jak miotanie się w jedną i drugą, ale temu już nie umiałem zaradzić, zaś tydzień leżenia w łóżku tylko osłabił moje pokłady ogłady.
- Moszemy byś tym kimś. - Kącik ust uniósł mi się lekko, to nie była jej wina, że świat nie chciał się zmieścić w pierwszych chwyconych książkach, nawet najbardziej obiecujących, po prostu dla mnie to zawsze było trochę… Spóźnione - cała ta beletrystyka - informacje przychodziły po fakcie, a ja wolałem być w samym środku tego „faktu”, nawet jeśli oznaczało to ryzyko. - Tymi, któlych potem ktoś opisze w ksiąszce. - I to, w mojej głowie, brzmiało znacznie lepiej niż siedzenie i szukanie odpowiedzi, które i tak przyszłyby za późno. Pozostawała jeszcze tylko jedna kwestia. - Poza tym - dodałem ciszej, już bardziej skupiony - nawet, jakbyś znalazła tę ksiąszkę… Skąd byś wiedziała, sze ktoś nie kłamał? Ludzie zapisują lószne szezy. Nie wszystkie po to, szeby ktoś inny miał łatwiej. - Wzruszyłem ramionami, jakby to było oczywiste, no - dla mnie było - za dużo razy widziałem „pewne informacje”, które kończyły się dokładnie odwrotnie niż obiecywały.
Zerknąłem na nią przelotnie, kiedy mówiła o tym całym „podejściu do świata”, i prychnąłem cicho.
- Jedno i to samo? - Powtórzyłem, kręcąc głową. - Nie, Pluey. Podejście moszesz zmieniś. Styl szycia… To jusz tlochę za późno. - Było w tym coś z uporu, coś z przyzwyczajenia, którego nawet nie próbowałem ukrywać - nie zamierzałem się z tego tłumaczyć, bo nigdy nie miałem zamiaru być kimś innym, a ona… Ona zdawała się to rozumieć lepiej niż ktokolwiek. Zbyt wiele rzeczy wisiało między nami bez słów, a ja nie byłem typem, który nagle zaczynał wszystko nazywać. Brzmiało to może trochę zbyt poważnie jak na mnie, więc zaraz potem wzruszyłem ramionami, jakby to nie miało większego znaczenia, a jednak miało… Miało go bardzo dużo, oboje o tym wiedzieliśmy, nawet jeśli unikaliśmy powrotu do tej konkretnej rozmowy. - Świat nic nie wie. - Rzuciłem, jak zwykle, bagatelizując wielką rolę losu, przeznaczenia i innych mitycznych mocy. - Po prostu szuca, co ma pod lęką, bo lubi patsześ, jak sobie lasę. Ja tylko łapię, bo umiem. Tesz bym oglądał, nie powiem. - I to była chyba najbliższa prawdy wersja, jaką miałem - bez wielkiej filozofii, bez sensu ukrytego gdzieś głęboko - ruch i reakcja, akcja i konsekwencja, trochę jak w quidditchu za szkolnych czasów.
Przeniosłem wzrok z powrotem na garnek, kiedy zaczęła mówić o odpowiedzialności - to już było bardziej jej, dla niej to nie były tylko jaja - to było coś, co należało zrozumieć, potraktować jak trzeba, dać temu szansę. Ja widziałem w tym bardziej… Sytuację. Coś, co się wydarzy i z czym będziemy musieli sobie poradzić.
Na słowa o pamięci tylko uniosłem brew i uśmiechnąłem się krzywo.
- No, właśnie tego się tlochę boję - rzuciłem półżartem, kątem ust - potem będziesz wspominaś kaszdy szczegół, jak coś pójdzie nie tak. - Pochyliłem się jeszcze trochę, za blisko, zdecydowanie za blisko, ale nie cofnąłem się, wpatrując się w pęknięcia, które zaczynały się rozchodzić coraz wyraźniej. - Dobla, dobla. - Mruknąłem ciszej, teatralnie ugodowo, leciutko unosząc jedną rękę. To padło odruchowo, bardziej z przyzwyczajenia niż z realnej intencji. - Jak tylko splóbuje mnie uglyźć, to najpielw zapytam, czy to pszes to, sze nie czuje się u nas komfoltowo, a dopielo potem dam mu w dziób, lyj czy cokolwiek tam ma. - Zapewniłem z całą powagą, jaką mogłem mieć w tej sytuacji, wypowiedziawszy równie irracjonalne słowa. Pokręciłem lekko głową, ale kącik ust mi drgnął. Właśnie przez to się równoważyliśmy - ona myślała o tym, jak coś przyjąć, ja o tym, jak to przeżyć. W moim świecie rzeczy rzadko działały według zasad, czasem robiłeś wszystko dobrze i i tak kończyło się źle, czasem robiłeś wszystko źle i jakoś to wychodziło.
Skinąłem głową, ale to nie było takie zwykłe, bezmyślne przytaknięcie - to było chyba najbliżej przyznania, że jej ufam, na jakie mnie było stać bez robienia z tego wielkiej sprawy. Zamilkłem na chwilę, obserwując jak światło w szczelinach zaczyna pulsować mocniej, jakby coś w środku budziło się naprawdę. To już nie było bierne czekanie, coś się działo- i to wystarczyło, żeby moje skupienie nagle się wyostrzyło.
- „Ostloszny” to pszeciesz moje dlugie imię. - Mruknąłem pod nosem z cieniem ironii, nawet nie próbując udawać, że to prawda. Złapałem za uchwyt garnka i przesunąłem go dokładniej nad płomień, tak żeby ogień objął go równomiernie, nie za słabo, ale też nie na tyle mocno, żeby wszystko szlag trafił w jednej chwili. Ciepło zaczęło narastać niemal od razu, czułem je na dłoniach, na twarzy, a to coś w środku garnka odpowiedziało szybciej, niż się spodziewałem - pęknięcia rozeszły się odrobinę szerzej, jak cienkie żyłki światła przebijające się przez ciemną skorupę - zamarłem na moment, skupiając się na tym widoku z całą uwagą, na jaką było mnie stać.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#8
14.04.2026, 10:45  ✶  

Tak właściwie to razem mieli wszystko. Dzięki temu, że ona próbowała znaleźć jakieś informacje, Benjy zwlekał z szybkim działaniem. Skoro jednak nie udało jej się dowiedzieć niczego konkretnego, mogli przejść do działania. Przynajmniej miała pewność, że zrobiła co mogła, żeby jakoś się w tym odnaleźć, to być może nie pomogło, jednak nie będzie miała do siebie pretensji, że nie próbowała. Jaja dostały swój czas na dojrzewanie w ogniu, więc było całkiem nieźle. Zdawała sobie jednak sprawę z tego, że jej mąż w końcu musiał wziąć sprawę w swoje ręce i tak bardzo długo się powstrzymywał, jak na swoje podejście.

- Nie wiem, czy to taki dobry pomysł. Chciałbyś, żeby napisali o nas, jako o osobach, które podeszły do sprawy nierozsądnie, nieodpowiednio przez co zginęły? - To było jakieś rozwiązanie, ale nieszczególnie ją satysfakcjonowało. Wolałaby, aby podeszli do problemu powoli, przeanalizowali go, przeprowadzili badania, to mogliby opisać, dzięki czemu inni dostaliby książkę pełną odpowiedzi. Tyle, że jednak to miało się nie wydarzyć, bo nie mieli zbyt wiele czasu.

- Niby zapisują różne rzeczy, ale kiedy już jest to wydane, to raczej ktoś to weryfikuje? - Zasiał w niej ziarno niepewności sugerując, że wiedza, która znajduje się w książkach wcale nie musi być prawdziwa. Niewiele brakowało, aby cały jej świat w tej chwili legł w gruzach. Zawiesiła się na moment, bo co jeśli w większości to w co wierzyła nie było prawdziwe? To byłoby okropne. Mrugnęła, nie mogła pozwolić na to, żeby jej światopogląd legł w gruzach przez taką sugestię.

- Skoro tak mówisz, ja to widzę trochę inaczej, wszystko można zmienić. - Nie zamierzała się o to spierać, bo wiedziała, że każde z nich miało swoją rację, trochę od siebie różną i nie pozostawało im nic innego, jak po prostu do tego przywyknąć.

- Rzuca to akurat Tobie, bo ma pewność, że ze wszystkim sobie poradzisz, no i wiadomo, że zrobisz to spektakularnie, mało kto może Ci pod tym względem dorównać. - Nie miała co do tego najmniejszych wątpliwości. Benjy łapał wszystko, co było mu rzucane, radził sobie z tym fenomenalnie, nie dało się temu zaprzeczyć, nie był obojętny na nic, co działo się wokół niego, reagował - czasem dużo szybciej, niż to było potrzebne, ale świat byłby zdecydowanie dużo nudniejszym miejscem bez niego.

- Nie powiem, trudno jest na Ciebie nie patrzeć przy tym wszystkim. - Nie dziwiło jej wcale, że świat wybrał akurat niego, bo było na co popatrzeć.

- Nie będę, mogę Ci to obiecać. - Była skłonna to zrobić dla dobra sprawy. Musieli sobie poradzić z czymś, z czym żadne z nich wcześniej nie miało do czynienia, nie udało im się wymyślić lepszego planu, czasem nie było możliwości na głębszą analizę i to był właśnie ten moment. Nie mogłaby mu wypominać tego, że coś poszło nie tak, skoro działali na oślep i tak brał na siebie większą odpowiedzialność. Przenosił te jajka, wsadzał ręce w ogień, to było naprawdę sporo, zważając na to, że ona tak właściwie od kilku minut tylko obserwowała to wszystko stojąc za jego plecami.

- Może załóżmy nieco przyjemniejszy scenariusz, może wcale nie będzie chciało Ci zrobić krzywdy, jak będziemy to afirmować, to może faktycznie tak będzie. - Starała się nastawić pozytywnie, chociaż nie było to dla niej typowe, bo raczej podchodziła do wszystkiego zupełnie inaczej, zawsze zakładała najgorszą z możliwych opcji, ale w tej chwili bardzo tego nie chciała. W końcu przynieśli tutaj razem te jajka, powinno się z nich wykluć coś miłego, jakieś stworzonka którymi będą mogli się zaopiekować, a co najważniejsze na pewno nie będą chciały ich zabić, czy skrzywdzić.

- Mhm, bo znam Cię od dzisiaj. - Pokręciła tylko głową, bo można było o nim powiedzieć dosłownie wszystko, ale na pewno nie to, że był ostrożny. Nie, żeby jej to jakoś szczególnie przeszkadzało, chociaż odrobinę gryzło się to z jej własnym podejściem do życia.

Obserwowała uważnie, jak Benjy przesuwał garnek nad ogniem. Nie odwracała wzroku nawet na ułamek sekundy, nie dlatego, że sądziła, ze wypadnie mu z rąk, robił to jednak naprawdę ostrożnie, jak na niego, więc może faktycznie to co powiedział miało jakiś sens. Być może tak jak jej zależało mu na tym, żeby z tych jajek faktycznie coś wyszło.

Przesunęła się nieco bliżej, żeby zobaczyć co działo się w garnku. Była ciekawa, czy doprowadzenie wody do wrzenia faktycznie coś im pomoże, nie mieli jednak zbyt wielu możliwości, to było jedną z ostatnich opcji, naprawdę liczyła na to, że w końcu uda im się dowiedzieć tego, co kryje się pod tymi skorupkami.

Coś zaczęło się dziać, pojawiały się kolejne pęknięcia, światło było coraz mocniejsze. - To chyba naprawdę działa. - Powiedziała jeszcze nie mogąc oderwać wzroku od tego, co znajdowało się przed nimi. Jeszcze chwila, a dowiedzą się wszystkiego, czuła dziwną ekscytację, nie mogła doczekać się, aż zobaczą zawartość jajek, nie obawiała się jakoś szczególnie, wszak co by z nich nie wyszło, to na pewno będą sobie w stanie z tym poradzić.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (3960), Prudence Fenwick (2987)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa