Sowa dostarczyła jej list. Elizabeth postanowiła do niej napisać, nie sądziła, że tak szybko się za nią stęskniła, od jakiegoś czasu więcej nocy spędzała w mieszkaniu Camerona, tak właściwie to praktycznie się do niego przeprowadziła. Nie spodziewała się jednak tego, że mamie tak szybko będzie jej brakowało. W końcu miała na głowie wiele swoich obowiązków, mecze, treningi, to wszystko pochłaniało czas, a i tak odczuła jej nieobecność.
Elizabeth była jej przyjaciółką, urodziła Heather jako młoda kobieta i nigdy przesadnie jej nie matkowała, pozwalała Rudej podejmować własne decyzje, popełniać błędy, co Wood naprawdę doceniała - wiedziała, że nie wszyscy mieli tak łatwo. Może nie do końca podobało jej się to, że porzuciła quidditch, o czym zresztą nie omieszkała jej wspomnieć, ale nie narzucała swojego zdania, starała się jej kibicować w karierze BUMowca, choć sama nie do końca rozumiała to, dlaczego podążała tą drogą, uważała, że marnowała swój talent.
Zjawiła się jeszcze tego samego dnia, co otrzymała list przed drzwiami rodzinnego domu, tuż nad ich sklepem przy Pokątnej, trzymała Camerona za rękę, kiedy otwierała drzwi. Nie miała pojęcia, czy Lizzie jest w domu, nie odpisała jej, nie zapytała o to, postanowiła ją nawiedzić, a przy okazji zabrać resztę swoich rzeczy, wypadało to zrobić.
Nacisnęła klamkę, otworzyła drzwi i wydarła się ile tylko miała sił w płucach - MAMOOOOOO, jesteśmy. - Naprawdę liczyła, że uda im się spotkać ze starszą Wood. Cameron znał jej matkę, znał jej dom rodzinny, w końcu bardzo często tutaj bywał, miał świadomość, że miała naprawdę świetny kontakt z rodzicami, że lubiła to miejsce, więc nie powinno być tu dla niego niczego zaskakującego. Chciała jednak powiedzieć wprost mamie, że się przeprowadziła, bo w sumie jeszcze tego oficjalnie nie nazwała, wypadało chyba w końcu to zrobić. - Mam nadzieję, że Liz jest w domu. - Mruknęła jeszcze cicho do swojego narzeczonego wciągając go za sobą na korytarz.