Było późnopaździernikowe popołudnie, a w powietrzu unosił się zapach drzew. Było w tym coś kojącego, gdy przechadzało się ścieżkami pod wiekowymi drzewami, a liście szeleściły tak pod stopami, jak i nad głową, na tych gałęziach, z których nie zdążyły jeszcze opaść.
Guinevere bardzo potrzebowała się dzisiaj wyrwać z domu. Atmosfera była tam nieco napięta i przygnębiająca przed jutrzejszym pogrzebem pradziadka, poza tym ciągle nie wiedzieli nawet, czy rodzinie Guinevere przybędą na uroczystość, czy nie. Istniała duża szansa, że pojawią się dzisiejszej nocy, o ile w ogóle udali się w podróż, gdy nie wiedzieli nawet kiedy ma się ten pogrzeb odbyć, a dziadkowie celowo ustawili go najpóźniej jak się da, ale jeszcze przed Samhain, by dać im szansę… Prawda była też taka, że obudzone trzecie oko wdawało się Ginny we znaki. W pewnym sensie przyjęła to już do wiadomości, ale do pogodzenia się z tym było jeszcze daleko. Chyba faktycznie potrzebowała na ten temat z kimś porozmawiać, z kimś, kto miał doświadczenie z trzecim okiem, kto być może sam doświadczał tego, co ona teraz, gdy była tak przebodźcowana i zaczęła jakoś częściej zerkać na zegarek, by upewnić się, że ciągle jest tutaj, a nie… gdzieś indziej.
Sabat Samhain był już za rogiem i Ginny zamierzała udać się do Little Hangleton na obchody. Miała już zresztą zakupione gwoździe, które, jak czuła jakoś wewnętrznie, niewytłumaczalnym przeczuciem, mogły się przydać w pozbyciu się dziwacznej, znikającej runy, jaką mieli w Ostoi dla zwierząt, a w przypływie tej potrzeby, by wyrwać się z domu, pomyślała, że może nazbiera drewna, które było potrzebne organizatorom sabatu…
I tak oto wybrała się do Epping Forest, a teraz zboczyła nieco ze ścieżki, którą dotychczas szła, widząc jakieś obiecujące miejsce, w którym mogłaby nazbierać tego chrustu. Schyliła się, żeby podnieść jedną gałązkę i już miała zrobić kolejny krok, wtem chyba w ostatniej chwili dostrzegła, że pod liśćmi skryta jest dziura, do której o mało co wpadła, zupełnie na to nie gotowa. Przeszła więc obok i przez chwilę jeszcze rozglądała się za odpowiednimi kawałkami drewna, gdy usłyszała szelest liści, odwróciła więc głowę.. Wtedy właśnie dostrzegła śliczną blondyneczkę, która chyba robiła to samo co ona… Nie miała co prawda pewności, nie wiedziała nawet, czy to czarownica, czy mugola, ale na pewno spacerowała właśnie po lesie i szła prosto na te skrytą pod liśćmi dziurę…
– Uważaj! – rzuciła do nieznajomej. – Tam jest dziura pod tymi liśćmi – mówiła płynnie, ale z wyraźnym, nieco egzotycznym akcentem, korespondującym zresztą z jej urodą i ciemniejszym odcieniem skóry. Ale poza tym wyglądała dość normalnie – ubrana była w płaszcz, na szyi miała przewiązaną wzorzystą chustę, a długie proste włosy rozpuszczone.