• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
1 2 3 4 5 … 17 Dalej »
[15/12/1967]Nobby Leach powinien gryźć piach [Edith&Astoria]

[15/12/1967]Nobby Leach powinien gryźć piach [Edith&Astoria]
edytka rokłudowa
— you're insane —
GOD FORBID a girl
carry on her FAMILY LEGACY

wiek
25
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
amnezjatorka
mocny, niedbały makijaż oczu | długie, najczęściej rozpuszczone włosy prawie zawsze w nieładzie | neutralny wyraz twarz | dołeczki, gdy się uśmiecha | lekko odstające uszy | budowa szczupła, ale i kobieca | 170 cm wzrostu | blada skóra bez skazy oraz rumieńców | drogie szaty w kolorze głębokiej czerwieni, zieleni lub czerni | dużo pierścieni oraz srebrnych bransolet | pachnie świeżym praniem, owocami, ale i odrobiną dymu papierosowego

Edith Rookwood
#1
07.08.2026, 01:40  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.08.2026, 18:52 przez Edith Rookwood.)  
15/12/1967, Pokątna

Edith, chyba pierwszy raz w życiu martwiła się o kogokolwiek innego niż samą siebie. Zazwyczaj, tylko pięknie udawała żal oraz smutek wiążący się z śmiercią bliskich; tragedia w rodzinie Averych uderzyła w nią jednak z niezwykłą skutecznością. Targały nią wyrzuty sumienia, bo zawsze mogła zrobić odrobinę więcej, targała złość o niesprawiedliwość ich świata, który otwierał swe drzwi mugolakom oraz szlamom, niedoceniającym dar, jakim było przebywanie w obecności lepszych od siebie. Targała niemoc, bo co powinna w tej sytuacji zrobić? Jak się zemścić, w który punkt uderzyć by zabolało wystarczająco boleśnie, by winny całego zdarzenia, mógł odczuwać konsekwencje do końca swego nędznego życia.

Wiedziała jednak, że może pomóc w zupełnie inny sposób. Cyrus, wychował ją przecież na czarownicę czynu, która tak łatwo się nie poddaje, a ona zdawała sobie sprawę, że jeśli oddadzą się buzującym w żyłach emocjom, to nie zmieni się kompletnie nic, a przypadków podobnych do Juliana będzie tylko więcej.

Padło na przeżywającą tę sytuację najgorzej, Astorię.

Ich wspólny dzień zaplanowała właściwie od A do Z — najpierw krótki spacer Pokątną, tak żeby przechadzający się ulicą czarodzieje mieli szansę podziwiać jej nowiutki płaszcz i go przy okazji zazdrościć. Następnie przejście straganami, bo potrzebowała zakupić ostatnie świąteczne upominki dla rodziny i znajomych. Na koniec idealne zwieńczenie całości czyli gorąca, zimowa herbata w jakiejś zacisznej, londyńskiej kawiarni, bo co za dużo ludzi to niezdrowo. Plan idealny, prawda? I wszystko to w towarzystwie kuzynki, wbrew temu czy jej się to podoba czy nie.

Wstępnie umówiły się przed mieszkaniem byłej ślizgonki i to stamtąd miały ruszać dalej. Edith nie spodziewała się jednak, że na miejscu napotka całkiem spory tłum ludzi, wsłuchujących się w słowa na pierwszy rzut oka, przypadkowego mówcy. Mężczyzna stał na podwyższeniu, był ubrany w proste szaty, jego głowę pokrywała łysina. Mówił coś o równości i o podziałach, które targały magiczną społecznością. O kastach wykorzystujących na swoją korzyść tych urodzonych na gorszej pozycji — nie mówił co prawda wprost o czarodziejach czystej krwi, ale nawet najgłupszy z słuchaczy, mógł wyczytać co tak naprawdę o nich myśli z kontekstu słów.

To był istny cyrk na kółkach — na chwilę poczuła się, jak na występie w namiocie Bellów. Brakowało tam jedynie mężczyzn robiących salta czy innego połykacza ognia. W innych okolicznościach może nawet by to jej poprawiło humor, lubiła przecież słuchać wariatów, bo mogła się dzięki temu poczuć jeszcze lepsza. Obecnie jednak tylko i wyłącznie irytował, kojarząc głównie z upartym komarem, co to bziuczy nad głową, nie dając zasnąć w spokoju. Kojarzył się z zwierzęciem tak bardzo, że na jego miejscu pojawiało się właśnie latające stworzenie. Edith oczyma swej wybujałej wyobraźni, widziała jak ubija go swoim ulubionym klapkiem. Komar w jej umyśle, tak jak i łysiejący mężczyzna był pokaźnych rozmiarów, więc nie było tak łatwo, ale w końcu padł, nie potrafiąc poradzić sobie z zdecydowanie zbyt kosztownym obuwiem.

W końcu mężczyzna zamilkł i rozejrzał się po tłumie gapiów. Edith przez chwilę nawet odetchnęła z ulgą, liczyła, że już mu się znudziło, że zgarnie swój grajdołek i zwinie się gdzieś daleko, ale czcze okazały się jej marzenia, bo uparcie znów zaczął mówić, tym razem jeszcze żywiej, z jeszcze większą pasją, ale o obecnie im panującym, szlamowatym Ministrze Magii.

W tym momencie Rookwood poczuła, jak jej trzewia dosłownie i w przenośni robią wewnętrznego fikołka, i jak ten cały skrupulatnie ułożony plan idzie w piach.

I to wszystko za sprawą wariata, który chybocze się na stołku, wygłaszając publicznie kompletne brednie.



charm me. FURIOUSLY.
[Obrazek: 7a90f11105af48eb0dfbf06ddd0ce3052d8869b1.jpg]
torment me. IN DETAIL.
Dzieło sztuki
które chcesz polizać
wiek
24
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
kustoszka sztuki
Brunetka o jasnej cerze i zielonych oczach. Mierzy 166 cm wzrostu przy wadze 50 kg. Bardzo dba o swój wygląd. Poczucie estetyki rozwinięte na wysokim poziomie sprawia, że przywiązuje ogromną wagę do detali - od ubioru, przez makijaż, po dodatki. Ubraniami stara się przykryć swoją niedowagę. Jej arystokratyczna postawa, pełna powściągliwości i elegancji, dodaje jej szyku, co niektórzy odbierają jako dystans i wyniosłość.

Astoria Avery
#2
04.10.2026, 18:41  ✶  

Astoria wyszła przed kamienicę już gotowa, poprawiając jeszcze rękawiczki, zanim schowała dłonie w kieszeniach płaszcza. Miała na sobie nowy, starannie skrojony, czarny płaszcz, który Edith miała dziś zobaczyć. Miały przejść się po Pokątnej, zajrzeć na świąteczne stragany, znaleźć kilka prezentów, a później usiąść gdzieś w spokojnym miejscu przy herbacie. Zwyczajny dzień. Tak przynajmniej powinien wyglądać.
Czekając na kuzynkę, oparła się lekko o kamienny mur i przez chwilę obserwowała ulicę. Pokątna, jak zwykle o tej porze roku, była pełna ludzi. Z witryn sączyło się ciepłe światło, gdzieś niedaleko ktoś zachwalał zaczarowane ozdoby świąteczne, a nad głowami przechodniów przesuwały się kolorowe papierowe lampiony. Normalnie pewnie doceniłaby to piękno, jednak od śmierci Juliana jej umysł pozostawał mrocznym miejscem, do którego nie docierało światło. Nie potrafiła już cieszyć się z małych rzeczy, o ile w ogóle jeszcze potrafiła się cieszyć. Od maja nie uśmiechnęła się ani razu. Zmuszała się do normalnego funkcjonowania, by nie okazywać słabości, ale wewnętrznie była rozbita; czuła się obco we własnej głowie. Wtedy usłyszała głos. Nie zwróciła na niego uwagi od razu. Przemówienie dochodziło z dalszej części ulicy, niosąc się ponad szmerem rozmów. Dopiero pojedyncze słowa zaczęły przebijać się wyraźniej przez gwar. O równości. O podziałach. O niesprawiedliwości. O tym, że czystość krwi miała być rzekomo jedynie narzędziem utrzymywania społeczeństwa w sztucznych kastach. Uniosła wzrok. Kilka osób zatrzymało się wokół podwyższenia, na którym stał łysiejący mężczyzna. Mówił z przekonaniem człowieka, który zdążył już uwierzyć, że sama głośność jego głosu nadaje jego słowom znaczenie. Początkowo jedynie zacisnęła usta. Nie podobało jej się to. Ani ton, ani sposób, w jaki mężczyzna upraszczał wszystko do kilku wygodnych haseł. Każde kolejne zdanie drażniło ją odrobinę bardziej, lecz jeszcze nie na tyle, by miała zamiar reagować. Mogła przecież poczekać na Edith. Mogła udawać, że nie słyszy. Potem padły słowa o rodzinach czystej krwi. Palce Astorii zacisnęły się wewnątrz kieszeni płaszcza. Poczuła pierwsze, krótkie ukłucie gdzieś głębiej w klatce piersiowej. Niewielkie. Prawie nic. Takie, które jeszcze kilka miesięcy temu zapewne zignorowałaby bez zastanowienia. Teraz jednak nauczyła się zwracać uwagę na każdy podobny sygnał. W Mungu powiedzieli jej wystarczająco dużo. Włochatość serca. Choroba genetyczna, z którą będzie musiała nauczyć się żyć. Coś, czego nie dało się po prostu przeczekać ani zagłuszyć uporem. Stres miał nasilać objawy. Silne emocje mogły pogarszać jej stan. Powinna odpoczywać, uważać na przeciążenie, nie doprowadzać się do sytuacji, w których serce zmuszone byłoby pracować ciężej, niż powinno. Czarownica powoli wypuściła powietrze. Próbowała wyłączyć się na absurdalne argumenty. Ale wtedy wspomniał o Ministrze Magii. Nobby Leach. Nazwisko uderzyło w nią mocniej niż wszystko, co padło wcześniej. Siedem miesięcy. Tyle minęło. Siedem miesięcy od dnia, w którym mugolak zamordował jej brata. Siedem miesięcy od pogrzebu, od pustego miejsca przy stole, od ciszy, która po raz pierwszy naprawdę zmieniła sposób, w jaki brzmiał rodzinny dom. Siedem miesięcy od chwili, kiedy wszystko, co do tej pory uważała za oczywiste, zostało brutalnie przesunięte. I przez te siedem miesięcy pozostawało jeszcze coś gorszego. Minister Magii, Nobby Leach, pozwolił sprawcy wrócić do życia po krótkiej odsiadce. Uniewinniony. To słowo wciąż miało dla niej ciężar, którego nie potrafiła udźwignąć bez gniewu. Astoria poczuła, jak serce przyspiesza, a krew odpływa z twarzy. Tym razem ucisk nie był już ledwie zauważalny. Rozlał się ciężej pod mostkiem, zmuszając ją do nieco płytszego oddechu. Przez moment zacisnęła zęby, jakby samą siłą woli mogła nakazać własnemu ciału zachować spokój. Tylko jak miała zachować spokój, kiedy człowiek stojący kilka metrów dalej mówił o równości i sprawiedliwości; jak miałaby słuchać o szacunku dla wszystkich, kiedy jej własna rodzina przez ostatnie miesiące nauczyła się, że sprawiedliwość potrafi być wyjątkowo wybiórcza? Jak mogła udawać, że to jedynie polityczne brednie? Jej twarz stężała. Gniew narastał powoli, warstwa po warstwie. Jej dłoń odnalazła różdżkę, zaciskając palce na drewnie, aż kłykcie całkiem pobladły. Powinna go zabić. Czy i ona mogłaby wtedy liczyć na ułaskawienie przez Ministra?
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Astoria Avery (634), Edith Rookwood (566)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa