• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Aleja Horyzontalna v
1 2 3 4 5 … 11 Dalej »
[05.10.1972, Gabriel & Hannibal] Blood and Gold

[05.10.1972, Gabriel & Hannibal] Blood and Gold
lover, not a fighter
wiek
20
sława
VI
krew
czysta
genetyka
oko uśpione
zawód
artysta sceniczny
175 cm wzrostu (na scenie wydawał się wyższy!) Pełna emocji twarz. Ciemne oczy i włosy, które zwykle pozostają w nieładzie. Goli się na gładko. Szczupły, ale umięśniony - zawodowy tancerz. Strój modny wśród mugolskiej młodzieży, czasami zgoła ekstrawagancki.

Hannibal Selwyn
#1
12.07.2026, 11:01  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.07.2026, 13:32 przez Hannibal Selwyn.)  
05.10.1972, The Globe
po wieczornym spektaklu

Krople potu żłobiły ślady w zaschniętej krwi. Narzucona naprędce iluzja ukrywająca plamy przed oczami widzów rozpływała się, odsłaniając w całej okazałości opłakany stan Hannibala - ruchy ociężałe zmęczeniem ostatnich godzin i dwóch przedstawień pod rząd, białe płótno anachronicznych spodni i koszuli splamione czerwienią od pleców po uda, sugestywnie, obscenicznie. Cudownie zrujnowany. Reżyser Kendrick doskonale wiedział co robi, odziewając swego Merlina w biel.

Publiczność kochała destrukcję. Kochała bezczeszczoną niewinność, tragicznie doświadczaną młodość. Nieswoją, oczywiście.

Katharsis.

Hannibal westchnął i uśmiechnął się zmęczonym, zadowolonym uśmiechem, trochę zbyt miękkim na brzegach, przeznaczonym tylko dla siebie, nie dla widzów, i dla takich rozsianych po jego życiu, wypełnionych wyczerpaniem i euforią chwil, jak ta.

Krew była sztuczna.



Nacisnął klamkę swojej prywatnej garderoby. Tu, w wielokrotnym objęciu teatralnych murów, odgłosy z Sali Wawrzynowej były wytłumione podczas spektakli, a teraz, kiedy widzowie zbierali się do wyjścia, ledwo słyszalne. Przestępując próg ściągnął przez głowę brudną i przepoconą koszulę, którą otarł pot z czoła, zanim rzucił ją w kąt pomieszczenia - pusty, bo najwyraźniej ciśnięty w to samo miejsce trzy godziny temu kostium z poprzedniego przedstawienia został już zabrany przez skrzaty. Tak, jak powinno być.
Poruszył obolałymi ramionami i omiótł wzrokiem znajome, nieco zagracone wnętrze: lustro, szezlong, bukiet świeżych róż wieńczący wieczny nieład na blacie zaczarowanej toaletki, hrabia Montbel, karafka z wodą do picia i miska z wodą do - wreszcie - umycia się…

Chwila, moment!

Hrabia Montbel?!

Hannibal zamarł, wpatrując się w niespodziewanego gościa. Jego twarz poważniała asynchronicznie - najpierw zszedł z niej uśmiech, potem czujność zepchnęła na drugi plan beztroską, endorfinową mgiełkę przesłaniającą oczy. Drzwi za jego plecami zamknęły się z cichym i nieodwołalnym odgłosem. Tak, to się najwyraźniej działo.
- Gabriel?… - zapytał, drugi raz w tym tygodniu - Co ty tu robisz?

Był zbyt wyczerpany, by obronić się przed myślą, że tym razem role były niejako odwrócone - to on jest mokry i rozchełstany, a wampir nieporównanie lepiej pozbierany do kupy. Rozluźniony po całym wieczorze zawodowej mobilizacji, nie miał siły oprzeć się temu kontrastowi i prychnął przez nos jakimś mimowolnym, niedokończonym śmiechem, który nie sięgnął mimiki. Tym razem przynajmniej blizna, którą zostawił mu Montbel była starannie zasłonięta iluzją - zdecydowanie lepszą, niż ta tymczasowo narzucona na ubranie między scenami.

Może powinien ją zdjąć?…

Wyprostował się, gotów - no, bardziej niż wcześniej gotów, by przyjąć gościa, ruchem głowy strząsnął niesforne, zmierzwione włosy w tył. Odruchowe, mimowolne gesty kogoś, dla kogo pilnowanie własnego wizerunku było drugą naturą. Wierzchem dłoni otarł łaskoczącą go w plecy strużkę potu - jak się okazało, zmieszaną ze sztuczną krwią. Zerknął na brudną rękę i roztargnionym gestem wytarł ją o własne udo, zostawiając kolejną smugę na spodniach.
- Wybacz, jak widzisz jestem trochę hors service - spojrzał w dół na siebie, a potem w stronę prowizorycznej umywalni. Jego francuski akcent był w minimalnym stopniu nieskładny, odrobinę za bardzo z przodu, jakby Selwyn nie do końca przestawił się z angielskiego, coś, co zdarzało się po alkoholu i - jak widać - po dwóch rundach wymagającej fizycznie sztuki.

- Powinienem się doprowadzić do porządku… - dodał, nie zrobił jednak nic, by wyrzucić wampira ze swego sanktuarium.
mały książę
Parle-moi de la mort, du songe qu'on y mène,
De l'éternel loisir,
Où l'on ne sait plus rien de l'amour, de la haine,
Ni du triste plaisir;
wiek
370
sława
II
krew
czysta
genetyka
wampir
zawód
prywatny detektyw
186cm | 83 kg | szczupła, atletyczna sylwetka | nienaturalnie blada skóra | lekko falujace włosy, ciemny blond | błękitne, zdystansowane oczy | w mowie zwykle silny francuski akcent, ale kiedy chce może z powodzeniem naśladować akademicki brytyjski

Gabriel Montbel
#2
28.07.2026, 11:46  ✶  
Gabriel siedział w najciemniejszym kącie garderoby z cierpliwością właściwą istotom, dla których godzina nie różniła się od minuty, a minuta od całego ludzkiego życia. Nie odczuwał wyrzutów sumienia z powodu tak błahego jak wejście na teatralne zaplecze i otworzenie zamka jednym prostym zaklęciem. Granice śmiertelników już dawno rozmyły się w jego rozchlapanym poczuciu moralności, a fakt, że w przypadku Hannibala przekroczył ich kilka o wiele bardziej istotnych dla życia i nieżycia, dobitnie rozmywał i tak już niejasną linię. Potrzebował zobaczyć Hannibala, kiedy opadnie kurtyna, by dać mu dobitnie do zrozumienia, że widział przedstawienie na które go zaproszono. W jego wyobrażeniu było to wręcz eleganckie – oszczędzał młodzieńcowi fatygi, przychodząc do niego samemu.

Co prawda wystarczyłby do tego bukiet białych róż pyszniący się na toaletce z osobistym liścikiem zwieńczonym zamaszystym podpisem. Był niemalże identyczny do tego, który już raz znalazł się w posiadaniu młodzieńca. Wtedy jednak to nie sztuczna krew zbroczyła deski teatru a prawdziwa, ssana desperacją i żałością porzuconego kochanka. Gabriel nie znosił tego wspomnienia, być może dlatego dbał tak teraz, aby zamienić je właściwym "pierwszym" spotkaniem. A więc róże, niewinne i białe. Żadnych przebarwień na płatkach, żadnych nadłamanych liści, żadnych cierni, które mogłyby przypadkiem zranić dłonie aktora. Gabriel pozbawił je wszystkich ostrych końcówek z niemal nabożną starannością. Białe róże były prześmiewczo wręcz niewinne, tym razem nie jako gest przeprosin a gratulacji z występu. Gest pozwalający choć na moment zapomnieć o szaleństwie człowieka, który je podarował. Który teraz siedział w fotelu i czekał.

Hannibal widział go dotąd w chwilach gwałtownych, nieprzystojnych – gdy emocje rozrywały jego maniery jak pęta nazbyt ciasnego gorsetu. Widział łzy, widział desperację, widział głód bliskości tak obnażony, że niemal odrażający. Tym razem miało być inaczej. Dzisiaj Gabriel zamierzał zagrać starą wyświechtaną rolę hrabiego taką, jaką powinna być i w toku poprzednich dwóch spotkań.

Szata, którą wybrał, była uszyta z ciężkiego, grafitowego jedwabiu wpadającego w chłodne odcienie granatu, zależnie od tego, pod jakim kątem padało światło świec. Materiał poruszał się leniwie, przypominając spokojną taflę jeziora tuż przed burzą. Nie błyszczał ostentacyjnie. Raczej pochłaniał blask, oddając go dopiero przy najdrobniejszym ruchu ramion, kiedy srebrne hafty przecinające rękawy zaczynały migotać niczym mróz rozrastający się po szybie. Wzory układały się w wijące pędy róż. Z bliska można było dostrzec, że pomiędzy srebrnymi nićmi wszyto drobiny hematytu i ciemnego kryształu, dzięki czemu haft zdawał się oddychać wraz z każdym ruchem. Był to drugi ze strojów, który rozważał na bal maskowy, ale wydawał mu się zbyt mało dopasowany do jego partnerki a tak cudownie wpasowujący się tu, do teatru.

Kołnierz obejmował szyję wysoko, lecz miękko, pozostawiając jedynie tyle miejsca, by widoczna była porcelanowa skóra pociągnięta pudrem tak, aby ując jej trupiej bladości. Mankiety rozszerzały się lekko przy nadgarstkach, odsłaniając śnieżnobiałe wnętrze rękawów, spięte parami spinek w kształcie róży. Półdługie włosy nieznacznie wydłużone magią, opadały miękkimi falami aż za kark, lecz z boków zostały starannie zebrane cienkimi pasmami i splecione z tyłu głowy w misterną kompozycję przypominającą koronę z ciemnych gałązek. Kilka luźniejszych kosmyków pozostawiono celowo, aby łagodziły ostrość policzków. Wszystko wyglądało naturalnie, choć Gabriel spędził przed lustrem blisko godzinę, układając każdy skręt. Obsesyjnie? Bynajmniej. To uczucie skierowane było ku ozdobie lewego nadgarstka…

Bransoletka wykonana z rodochrozytu nie ściągała wzroku obserwujących, ale nosiła ciężar całej uwagi noszącego. Złożona z kilkunastu idealnie oszlifowanych kulek, opadała luźno na lewy nadgarstek. Nie przypominały drogocennych klejnotów noszonych dla próżności. Były ciepłe, miękkie w kolorze, jak płatki róż pyszniące się na słońcu. Każdy koralik posiadał własne mleczne żyłki, własne drobne niedoskonałości, własną historię zapisaną przez ziemię. Gabriel przez te kilka dni zdążył poznać je wszystkie, rozpoznawać po najmniejszym odchyleniu faktury czy rozmiaru.

Jeden.

Drugi.

Trzeci.

Przesuwał opuszkiem prawego kciuka od koralika do koralika z hipnotyczną powolnością. Każdy ruch trwał odrobinę za długo. Zatrzymywał się na jednym, naciskał delikatnie, potem przechodził dalej, jak gdyby odliczał różaniec złożony nie z modlitw, lecz z prób uspokojenia własnego umysłu.

Czwarty.

Piąty.

Szósty.

Kamień miał przynosić miłość do samego siebie. Miał łagodzić dawne rany, wyciągać z pamięci ciernie, których nie sposób było usunąć zaklęciami. Uczyć współczucia wobec własnych błędów. Rozjaśniać melancholię. Gabriel uczył się o tym przed wiekami jako adept magii i rytuałów leczniczych, stosował to na innych i choć nie wierzył w to z taką zaciekłością, jak można by sądzić po jego profesji, tak teraz znajdował ukojenie w prostym geście przesuwanych po cienkiej skórze zimnych kamiennych kulkach.

Potrzebował, by cokolwiek z tych właściwości okazało się prawdą.

Palce zatrzymały się na kolejnym koraliku. Przez chwilę ścisnął go mocniej.

Czy działa?

Nie wiedział.

Jeżeli działał, dlaczego wciąż budził się każdego dnia z tym samym poczuciem, że jest pęknięty w miejscu, którego nie potrafił odnaleźć? Dlaczego każda interakcja z tymi, których dopuszczał jakkolwiek bliżej sprawiała, że czuł się jak człowiek próbujący utrzymać wodę w zaciśniętych dłoniach? Dlaczego nie umiał być po prostu… spokojny?

Przesunął palec dalej.

Jeszcze jeden.

Jeszcze jeden.

Zamarł, gdy usłyszał kroki na korytarzu, nie zmienił za bardzo swojego w wystudiowany sposób swobodnego ułożenia, jedyne co to odsuwając palce od różanej zabawki. Przywdział też ten subtelny, doskonale wyćwiczony uśmiech człowieka, który znalazł się tutaj przypadkiem.

Drzwi otworzyły się i do garderoby wszedł Hannibal. Gwiazda wieczoru.

Był dokładnym przeciwieństwem nieskazitelności, doskonałym w swym rozchełstaniu. Również Gabriel dostrzegł ironię i odwrócenie ról w ich układzie. Rozbawiła go, choć nie dał przebić się jej bardziej niż lekkim uniesieniem kącików ust, gdy pozwalał spojrzeniu z niespieszną swobodą przesunąć się po smagłej sylwetce młodzieńca.

– Czyż nie zaprosiłeś mnie na jeden ze swoich spektakli? – odpowiedział mu swobodnie, kokieteryjnym zdziwieniem jego pytaniem, a potem zaśmiał się na surowe wobec swojego stanu słowa aktora. – Mon ami, być może mój żywot pozbawiony jest starości, ale zawsze odnajdywałem przyjemność w teatrze i całości cyklu, a nie małym jego wycinku, jakim był sam akt przedstawienia. Magia sceny wiąże się z tym co przed, z projektem, próbami, uczeniem tekstu i kroków, ale też i z tym co po… – podniósł się bez trudu ze swojego miejsca, z kocią gracją podchodząc do chłopięcia, omiatając bród i pot finału własną różaną aurą, coraz bardziej znajomą, coraz prostszą do rozpoznania. Jego błękitne oczy ześliznęły się z przystojnej twarzy w stronę zgięcia szyi, gdzie - jak się zdawało mu ostatnio - Hannibal pozostawił sobie pamiątkę po ich pierwszym niechlubnym spotkaniu. Stanął tak blisko, by być w zasięgu, tak blisko, by móc sięgnąć do kołnierza i odgarnąć lepki zmęczeniem materiał – Czyżbyś nie lubił tego stanu zaraz po, gdy ekstaza powoli rozpływa się po rozgrzanym ciele dosadnością satysfakcji? – zapytał o wiele ciszej, rozważając jak bardzo nie był głodny jeszcze przed dwiema minutami.
lover, not a fighter
wiek
20
sława
VI
krew
czysta
genetyka
oko uśpione
zawód
artysta sceniczny
175 cm wzrostu (na scenie wydawał się wyższy!) Pełna emocji twarz. Ciemne oczy i włosy, które zwykle pozostają w nieładzie. Goli się na gładko. Szczupły, ale umięśniony - zawodowy tancerz. Strój modny wśród mugolskiej młodzieży, czasami zgoła ekstrawagancki.

Hannibal Selwyn
#3
02.08.2026, 01:16  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.08.2026, 01:20 przez Hannibal Selwyn.)  
Znajomość z Gabrielem, jakkolwiek krótka i fragmentaryczna, nauczyła Hannibala tyle, że choć wampir był nieprzewidywalny, można się było po nim spodziewać, że doceni wartość artystyczną performance’u w całej jego rozciągłości, od mozołu przygotowań, przez wystudiowany, dopieszczony blichtr sceny, po ukrytą przed wzrokiem widowni ruinę, w jakiej przedstawienie pozostawiało artystę - samotną, prywatną, całkiem innego rodzaju, niż starannie przygotowana przez cały zespół ludzi sceniczna ruina rozdartych szat i zakrwawionych merlinowych pleców.

Ruinę, którą aktualnie opromieniał zapachem róż, ze spotkania na spotkanie coraz łatwiejszym do skojarzenia, swoją bliskością i pełnią uwagi, uzależniającą i niezawodnie skuteczną, nieważne, jak bardzo (i czy w ogóle) Hannibal chciałby udawać, że jest inaczej.

Ciche słowa wampira sprawiły, że powietrze opuściło płuca młodzieńca w nierównym, ciepłym wydechu. Odchylił posłusznie głowę, pozwalając percepcji Gabriela błądzić po swojej szyi. Podejrzewał, że wie, czego poszukuje wzrok hrabiego. Jego palce drgnęły, jakby chciał - co właściwie? Osłonić się? Rozproszyć iluzję nienaruszonej połaci skóry? Dotknąć bliźniaczych białych blizn, które teraz lekko mrowiły pod baczną obserwacją swego autora, ukryte, ale jak najbardziej realne? - ale dłoń pozostała opuszczona.

"nie pozwól by jakiekolwiek inne zęby przebiły Twoją skórę"

Emocje ofiary wpływały na smak krwi odczuwany przez wampira. Ten fakt rzucał pewne światło na motywy kierujące krwiopijcą, jego wizytę za kulisami, jego staranne opanowanie tym razem, świeże kwiaty na toaletce, takie same, jak te, które - ususzone - od miesiąca zdobiły górny róg lustra i zdążyły się już wtopić w świadomość Selwyna jako stały, pamiątkowy element wystroju.

Nie powinien się temu poddawać. Powinien domagać się wyjaśnień, powiedzieć “Zaprosiłem cię na spektakl, nie do siebie do garderoby”, może zadawać kłopotliwe pytania, może wyrzucić go w przypływie słusznego gniewu albo zaprosić, by usiadł i spędzić czas na  cywilizowanej, kulturalnej rozmowie… ale zagrał i wytańczył dwie “Ekstazy” pod rząd. Czuł się spełniony, przez chwilę szczęśliwy, zarazem całkowicie wyczerpany i niezniszczalny, i jeżeli jego przypuszczenia były słuszne, to - z odległym, drgnieniem czegoś, co kiedyś, dawno temu mogło być wstydem, ale teraz służyło tylko jako dodatkowa rozpałka - stwierdził, że nie miałby nic przeciwko.

Dwóch mogło grać w tę grę.

Dlatego zamiast zrobić to, co być może powinien, spojrzał w twarz hrabiego z rozleniwionym, sytym uśmiechem, bo wszak tamten trafił w dziesiątkę. Hannibal kochał zaraz po.
- Nie żartuj - odparł niemal szeptem w niewielką przestrzeń między nimi - wszystko mnie boli, zebrałem owacje na stojąco, a podczas wcześniejszego przedstawienia jedna osoba wyszła z sali przy biczowaniu. Czego tu nie lubić? - zaśmiał się cicho, jakby zdegustowany widz był powodem do dumy, a fakt, że ledwo chodził - do zachwytu.

Uniósł dłoń chwiejnym, trochę nieprecyzyjnym gestem, o cal mijając ciężkie warstwy drogiego materiału, w które odziany był Gabriel, a za to bezbłędnie znajdując cel w odsłoniętym spod mankietu fragmencie nadgarstka. Dotknął chłodnej, pozbawionej pulsu skóry - nie żeby odepchnąć, ani zachęcić, po prostu żeby poczuć jej kontrast z własną, wciąż, a może znowu rozgrzaną. Dał temu kontaktowi moment, zanim odsunął się - niechętnie, niespiesznie - odwrócił się do gościa pokrytymi smugami i rozbryzgami czerwieni plecami i podszedł do misy z wodą i gąbki.

- Pozwolisz? - rzucone przez ramię pytanie równie dobrze mogło być zadane pro forma, jak i realnym wyborem oddanym wampirowi.
mały książę
Parle-moi de la mort, du songe qu'on y mène,
De l'éternel loisir,
Où l'on ne sait plus rien de l'amour, de la haine,
Ni du triste plaisir;
wiek
370
sława
II
krew
czysta
genetyka
wampir
zawód
prywatny detektyw
186cm | 83 kg | szczupła, atletyczna sylwetka | nienaturalnie blada skóra | lekko falujace włosy, ciemny blond | błękitne, zdystansowane oczy | w mowie zwykle silny francuski akcent, ale kiedy chce może z powodzeniem naśladować akademicki brytyjski

Gabriel Montbel
#4
04.08.2026, 12:07  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.08.2026, 13:25 przez Gabriel Montbel.)  
W teorii słowa były kluczowe. Podczas prób, podczas przedstawienia i nawet teraz, gdy światło opromieniające scenę powinno zgasnąć, a umęczeni artyści ogarnąć się na tyle na ile, by móc dotrzeć do domu. Wtedy też słowa były kluczowe - jasne, migotliwe komplementy, słodki nimb opromieniający bożki, które na ołtarzu sztuki stawały się na moment kimś innym.

Hrabia Montbel założył na to spotkanie maskę, dołożył wszelkich starań, aby wyjść na przeciw pewnym oczekiwaniom, stylizacji gotyckiego, dusznego romansu, który nie tracił na impecie pokusy, z której złożony był rdzeń opowieści. Niemniej podobało mu się, jak autentyczny i szczery pozostawał w tym spotkaniu młodzik, które nie miał siły nosić na sobie już nic. Nic nie powinien na sobie nosić.

Słowa były kluczowe, ale nie odpowiedział mu, pozwalając wybrzmieć szelestowi ciszy, materiałowi śpiewającemu ciche pochwalne psalmy przy każdym ruchu, kamiennym szlifowanym kuleczkom obijającym się o siebie, gdy odwrócił dłoń, pozwalając wrzącym opuszkom upewnić się, że pulsu jak nie było, tak nie ma wciąż. A może ofiarowującym mu nadmiar uderzeń ciała doprowadzonego do skraju wyczerpującą choreografią, sztuką, która nie brała jeńców.

Podążył za nim jak cień do misy, nie był typem osoby, której wystarczyło tylko patrzenie. Nie musiał brać się za bary z chrześcijańskim bóstwem, które pozwalało patrzeć ku pokusie, ale nie dotykać jej, nie próbować. Nie on, nie ucieleśnienie diabła żywiącego się otaczającym go życiem. Grzeszność stanowiła jego codzienność.

– Pozwolisz – wcale nie zapytał tym lustrzanym stwierdzeniem. Stwierdził, wysuwając gąbkę z wilgotnej potem, drżącej dłoni aktora. Podczas ich poprzedniego spotkania było stanowczo za dużo słów, za dużo też świadków jak na skromne zdanie Gabriela. Ale teraz, świadkami tej sceny były tylko migotliwe światła świec na ścianach, ulubione akcesoria i kostiumy minionego i obecnego sezonu, bukiet ususzonych kwiatów. Bukiet świeżych kwiatów. Wampirze dłonie, jak chłodzące kompresy, wilgotna myjka niespiesznie i metodycznie rozpoczęła swoją wędrówkę od szyi właśnie, zupełnie jakby Gabriel jeszcze przez moment chciał pozostawić tę gorącą głowę z przyklejonymi do lepkiego czoła ciemnymi kosmykami niezmienioną. – Podczas sceny biczowania, żałowałem tylko, że wybrałem miejsce w loży – nie szeptał, lecz jego głos przemieszczał się na granicy słyszalności. Podążał wzrokiem za trajektorią własnej dłoni ściągającej teatr ze skóry młodzieńca, mimowolnie oceniając jego stan fizyczny, obdarzając go wypalającą dziury uważnością, której poskąpił mu poprzednio. Skanował napięcia, niespiesznie kierował ku nim ofiarowaną mężczyźnie pielęgnacje, rzucając co jakiś czas kontrolnie okiem na jego wyraz twarzy, doszukując się w niewielkich grymasach bolesności, echa minionych, lub heroldów przyszłych kontuzji. – Bardzo bym Cię rozproszył, gdybyś zobaczył mnie w pierwszym rzędzie? Czy może moja obecność zmotywowała by Cię do scenicznej… ekstrawagancji? – Łagodny uśmiech zakwitł na twarzy eleganckiego gościa, widza, fana być może. Takie miłe role, miękkie, nienaturalne dla martwego żywiołu, który dziś na kole fortuny po zmroku wylosował "spokój" i zdecydował się zaprezentować go światu w najbardziej karykaturalnej formie.
lover, not a fighter
wiek
20
sława
VI
krew
czysta
genetyka
oko uśpione
zawód
artysta sceniczny
175 cm wzrostu (na scenie wydawał się wyższy!) Pełna emocji twarz. Ciemne oczy i włosy, które zwykle pozostają w nieładzie. Goli się na gładko. Szczupły, ale umięśniony - zawodowy tancerz. Strój modny wśród mugolskiej młodzieży, czasami zgoła ekstrawagancki.

Hannibal Selwyn
#5
05.08.2026, 22:23  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.08.2026, 22:28 przez Hannibal Selwyn.)  
Hannibal miał wszelką intencję wprawić namoczoną gąbkę w ruch przy pomocy różdżki, lecz kimże był, aby odmawiać hrabiemu Montbel roli łaziebnika?
- Scenariusz “Ekstazy” nie przewiduje encore, monsieur - powiedział, z czystej kokieterii, bo jednak opadł na krzesło z westchnieniem ulgi i oparł łokcie na wolnym skrawku blatu toaletki.
Wygiął plecy najpierw w kuszący łuk, a potem w koci grzbiet, rozciągając po kolei grupy mięśni i prezentując Gabrielowi całą połać wymagającej czyszczenia skóry, sztucznej krwi, potu i przylepionych do całego tego bałaganu kłaczków kurzu. Chłodna woda i szorstkość gąbki przyjemnie relaksowały. Zwiesił głowę między ramiona.
- Gdybyś był wystarczająco blisko, chlapałbym w twoim kierunku - mruknął stamtąd - Założę się, że doceniłbyś opryskanie krwią samego Merlina.

Prawda była taka, że teatralne oświetlenie uniemożliwiało dostrzeżenie, kto dokładnie siedzi na widowni, nieważne, na balkonach, czy pod samą sceną, gdzie zresztą, wbrew fantazjom jednych, a obawom innych, wcale nie było ryzyka skąpania w posoce, choć może, gdyby aktor na scenie się odpowiednio postarał? Selwyn uśmiechnął się do wysłużonego drewna. Może to jest pomysł na któreś z ostatnich przedstawień? Kendrick byłby wściekły.

Zdecydowanie świetna myśl.

Ręce wampira były wyjątkowo delikatne i niemalże opiekuńcze, kiedy zdejmowały z ciała przedostatnią warstwę charakteryzacji, pozostawiając je odziane jedynie w ostatni skrawek iluzji. Dotyk zapraszał, by naprzeć w jego stronę i poczuć go bardziej. Hannibal zatrzymał swój ruch, zanim zdążył stać się oczywisty. Westchnął ponownie i przymknął oczy, wciąż wsparty na łokciach, ale wyraźnie bardziej rozluźniony.

Powinni rozmawiać.

- Powiedz… co właściwie jest między tobą a Jonathanem? - zapytał, poruszając opuszczoną głową to w lewo, to w prawo, krzywiąc się lekko, bo gdzieś tam na pograniczu szyi i barku był złapany skurczem jakoś w drugim finale, twardy mięsień, który domagał się uwagi. Obojczykowo-sutkowy jakiśtam, podsunęła usłużnie, acz niekompletnie pamięć, tak jakoś nazywał go masażysta, który ostatnio się nim zajmował. Kazał na niego uważać.

Podczas poprzedniego, burzliwego spotkania, ani Gabriel, ani Jonathan nie potwierdzili ani nie zaprzeczyli domysłom Jessiego i Hannibala, co do charakteru łączącej ich relacji. Hannibal odniósł wrażenie, że wampir użył go, by wywrzeć jakiś pokręcony rodzaj zemsty na starszym Selwynie, ale z drugiej strony, musiał przyznać, że był wtedy pijany, zachowanie Gabriela niejasne i chaotyczne, a to, jak ostatecznie zakończyła się ich sierpniowa przygoda, całkiem nie pasowało do obrazka.

Krople wody ściekały wzdłuż kręgosłupa, wsiąkając w zaplamione, przepocone  płótno spodni. Zapach róż otaczał go jak kokon: świeży, z bukietu przed nosem i drugi, cieplejszy, bogatszy, pochodzący od samego hrabiego. Nie pomagał jasno myśleć.

Jeżeli to wszystko było częścią jakiegoś większego planu, to był to plan wyjątkowo przekombinowany i zdecydowanie nie na hannibalowe obecne możliwości.
Jeżeli nie, to Gabriel był zaiste niepoczytalnym wampirem.

Nieuczciwie biegłym w udzielaniu ablucji, niepoczytalnym wampirem. Hannibal poruszył się na krześle. Doceniał łagodność, ale trochę zazdrościł wyciskanej do misy gąbce. Blizna swędziała, całkiem irracjonalnie.
mały książę
Parle-moi de la mort, du songe qu'on y mène,
De l'éternel loisir,
Où l'on ne sait plus rien de l'amour, de la haine,
Ni du triste plaisir;
wiek
370
sława
II
krew
czysta
genetyka
wampir
zawód
prywatny detektyw
186cm | 83 kg | szczupła, atletyczna sylwetka | nienaturalnie blada skóra | lekko falujace włosy, ciemny blond | błękitne, zdystansowane oczy | w mowie zwykle silny francuski akcent, ale kiedy chce może z powodzeniem naśladować akademicki brytyjski

Gabriel Montbel
#6
06.08.2026, 12:10  ✶  
Uśmiechał się na jego zaczepki, bo czemu miałby nie. Spokój i zmęczenie Hannibala były inspirujące same w sobie, gdy obaj panowie wbrew wrodzonej dramatyczności tkali całkiem intymną scenę. Oczywiście nie brakło w tym duchoty to wzrastających to opadających oczekiwań, odruchowego napięcia skóry w miejscach dotkniętych przez zimną skórę intruza. Gościa. Usłużnego lekarza, poddającego wnikliwej ekspertyzie poziom zużycia młodego ciała. Nienasyconego wampira doglądającego stan potencjalnej wykwintnej - pomimo młodego rocznika - kolacji.
– W takim wypadku niewątpliwie preferowałbym, aby używany w tym czasie rekwizyt został zamieniony na zgoła bardziej skuteczny. Nie żebym nie wierzył w Twoje umiejętności aktorskie, ale dawno nie degustowałem krwi w tak rozkosznie ekshibicjonistycznych okolicznościach. – Dwa wieki. Dwa wieki dzieliły go od rozpustnego libertanizmu, od czerpania rozkoszy z każdego - mimo ograniczeń wampirzego ciała - źródła. Był tak kreatywny wtedy. Był tak zaintrygowany teraz.

Napięcie zostało odnalezione w sposób naturalny. Oczywisty. Wszystko zmierzało do punktu, w którym dyskomfort przeciążenia pozwalał funkcjonować, ale stawał się wyraźny. Czytelny. Namacalny.

Gabriel w milczeniu odłożył gąbkę i ominąwszy etap wycierania z wilgoci własnych dłoni, zaczął opuszkami badać zbolałe miejsce, szukając odpowiedniego punktu nacisku. Nacisku, które pojawiło się, dając intensywność bólu doprawioną słodyczą nadziei, że gdy wampir zabierze palce, ulga warta będzie tej chwili wstrzymywanego powietrza.

– Ustaliliśmy, że jesteśmy przyjaciółmi, którzy zaprzestają aktywnego poszukiwania sposobu na uśmiercenie drugiego – odpowiedź przyszła zaraz po tym, jak poprawił nacisk, stając za krzesłem dla przeciwwagi, gdyby Hannibal próbował uciec od leczniczej niewygody. Gdyby sam próbował od niej uciec. – Oddychaj proszę, w ten sposób łatwiej ciału zaakceptować konieczność odpuszczenia – beznamiętnie nakazał, odcinając się w tej konfrontacji od emocji, które i tak buzowały w nim odruchem bezwarunkowym wynikającym z wtykania przez Hannibala palców w bolesne, napięte miejsce jego duszy. Hrabia miał tą nieprzyjemną świadomość, że jemu oddech nie zda się na wiele. Tylko czas. Najprawdopodobniej jakieś trzy, cztery dekady, gdy będzie mógł spojrzeć na Jonathana i zastanawiać się jak w ogóle ktoś taki mógł ściągnąć jego wzrok ku sobie.
lover, not a fighter
wiek
20
sława
VI
krew
czysta
genetyka
oko uśpione
zawód
artysta sceniczny
175 cm wzrostu (na scenie wydawał się wyższy!) Pełna emocji twarz. Ciemne oczy i włosy, które zwykle pozostają w nieładzie. Goli się na gładko. Szczupły, ale umięśniony - zawodowy tancerz. Strój modny wśród mugolskiej młodzieży, czasami zgoła ekstrawagancki.

Hannibal Selwyn
#7
08.08.2026, 10:24  ✶  
Wizja prawdziwego bicza i krwi spływającej na deski sceny, toczonej na oczach widowni w imię sztuki (ku uciesze nieumarłego hedonisty), powinna być przerażająca, a w najgorszym przypadku - budzić niesmak. Nie zainteresowanie.

N i e   zaintereso-

Hannibal znów poprawił się na krześle. Szeroko otwartymi, niemal czarnymi w garderobianym półmroku oczami łypnął w lustro, na stojącego za nim wampira.

Dawno? To znaczy, że kiedyś…

Długie, wprawne palce wampira wbiły się w ciało - nie mniej celnie, niż nie tak znowu dawno (i prawie w tym samym miejscu) zrobiły to kły. W symfonii bólu i podniecenia, wygrywanej przez skołowany organizm, pojawił się nowy głos. Hannibal w pierwszej chwili nie mógł powstrzymać dreszczu, który przebiegł mu po plecach, bezradnego, kompromitującego w swej niecierpliwości, bo przecież blisko, niebezpiecznie blisko i zarazem nieznośne centymetry za daleko, ekshibicjonistyczne okoliczności, czyli jakie dokładnie?, zaraz jednak oklapł, jak złapany za kark kociak. Świadomość tego, kto go dotyka, była niemożliwa do zignorowania, ale pomijając ten fakt, nie pierwszy raz ktoś pomagał mu w ten sposób - opór mógł najwyżej pogorszyć sytuację.

(Ekshibicjonistyczne, czyli JAKIE??)

- O-och… mhm… jęknął, zanim udało mu się wyartykułować słowa, wyraźniejsze, niż wcześniej, nawet, jeżeli trochę pozbawione tchu - Dobrze… to słyszeć.

Jeżeli nie przyglądać się zbyt blisko temu fragmentowi o zabijaniu. I jeżeli to w ogóle była prawda.

Nacisk był fachowy i bezlitosny. Gabriel musiał robić to nie pierwszy raz. Selwyn zamknął oczy, pozwalając mu czynić swoją powinność, przez chwilę faktycznie skupił się na oddychaniu i na powstrzymaniu tłoczących się w krtani odgłosów. Wyobraźnia, choć trochę otrzeźwiona masażem, wciąż czepiała się wizji domniemanych wampirzych orgii.

- Co - Achhh! - Co planujesz teraz? - zapytał wokół syknięcia przez zęby - Zamierzasz zostać w Londynie? - poprzednim razem wampir zniknął w samą porę, by uniknąć ognistego gówna uderzającego w wiatrak, ale Hannibal nie dodał tego, wcale nie z obawy, że wulgarna i w dodatku mugolska metafora urazi gościa, a raczej aby nie zabrzmiało to jak wyrzut w kontekście ich sierpniowego spotkania. One-night standy rządziły się pewnymi prawami - co działo się w nocy, powinno pozostać w nocy. 

(Czy zliza-)

Ból wystrzelił w górę wzdłuż szyi i w dół, niemal do łopatki z zapierającą dech siłą. Niosące cierpienie i ulgę dłonie Montbela dotarły do jego źródła i wycisnęły z ofiary rozpaczliwe, a zarazem pełne aprobaty sapnięcie. Twardy węzeł pod skórą przeskoczył pod palcami raz i drugi, zanim odpuścił i pozostawił tylko miękką, wciąż tkliwą tkankę. Hannibal podniósł wzrok,  w godnym samego Merlina pokazie samodyscypliny (prawie) nie zatrzymując go na ustach krwiopijcy. Ciemne, zmęczone nieadekwatnie do wieku oczy odnalazły w lustrze te niebieskie, starsze, zatrzymane w czasie.
- Dziękuję - westchnął, odgarniając z czoła przepocone włosy - Bogowie, czułem to przez cały finałowy taniec! - pokręcił głową i dotknął obolałego miejsca, jakby testując nowoodzyskaną sprawność. Uśmiechnął się z wdzięcznością do swego oprawcy wybawcy.
mały książę
Parle-moi de la mort, du songe qu'on y mène,
De l'éternel loisir,
Où l'on ne sait plus rien de l'amour, de la haine,
Ni du triste plaisir;
wiek
370
sława
II
krew
czysta
genetyka
wampir
zawód
prywatny detektyw
186cm | 83 kg | szczupła, atletyczna sylwetka | nienaturalnie blada skóra | lekko falujace włosy, ciemny blond | błękitne, zdystansowane oczy | w mowie zwykle silny francuski akcent, ale kiedy chce może z powodzeniem naśladować akademicki brytyjski

Gabriel Montbel
#8
08.08.2026, 20:24  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.08.2026, 20:25 przez Gabriel Montbel.)  
To przychodziło mu naturalnie, ogrzewanie martwego ciała o ciepło bijące z młodzieńczego serca, wchłanianie stopień po stopniu jego żywotności, bez konieczności rozrywania skóry. Był tak rozkosznie zmęczony, miękki, przyjemnym wspomnieniem rozpływający się po podniebieniu.

– Tak. Poprzednim razem, za pierwszym razem gdy się widzieliśmy nie zamierzałem zostawać wcale. – W Londynie. W Paryżu. W ogóle. Nigdzie. Tak bardzo chciał się wypisać z tego życia, gnany żałością, obsesją, która nie potrafiła ucichnąć, ani znaleźć słusznego rozwiązania, zwieńczenia, kadencji poza żałosnym rozsypaniem się w pył. Tak się nie stało, tak się nie stało ledwie miesiąc temu.

Hannibal nie był jego przyjacielem, Gabriel nie traktował go tak, jakby mógł… właściwie nie, Gabriel po prostu nie miał przyjaciół. Miał w swoim otoczeniu istoty, które go znały kilka, czasem kilkadziesiąt, czasem kilkaset lat. One były bliżej lub dalej, wciąż jednak jego świat przypominał chłodem i dystansem kosmos, aniżeli ogród ciasno splecionych ze sobą mykoryzową siecią korzeni.

Rozluźnił uścisk w zbolałym mięśniu, kiedy poczuł w napięciu całego ciała, że bolesność przeszła w tło, a ciało zrozumiało jaki był stan wyjściowy tej niekomfortowej dlań sytuacji. Przepłukał miękką gobęczkę, tylko po to, by po chwili zawahania sięgnąć po miękki materiał bardziej nadający się do skóry twarzy. Nie przeszkadzało mu to opuszkami błądzić po niewidzialnej, lecz wyczuwalnej bliźnie, przez moment, przez chwilę, na pieczęci której nie chciał przecież mu zostawiać, ale która była tam. Nie mieli umowy. Nie mieli ustaleń. Może powinni? Jaki język do tego wybrać? Kontraktu? Angażu? Wszystko wydało mu się takie zabawne, słodkie, wystawione na pokusę. Krew młodego Selwyna jednak była dobra. Była bardzo dobra…

Stanął tuż za krzesłem, na którym siedział aktor. Symetrycznie. Lewą dłonią sięgnął pod jego brodę i odgiął ją do tyłu, tak by nie patrzyli na siebie przez srebrzystą taflę lustra. Oddzielało ich oparcie. Dystans. Kilka słów więcej do wytyczenia ścieżki. Patrzył nań z góry, gdy miękka szmateczka zaczęła ścierać pot, krew i łzy Merlina Zwycięskiego, chłodnym ukojeniem mimo niewygodnego napięcia dla całego ciała. Niewygodnego? Puls wyczuwalny pod palcami łaskotał go przyjemnością wpływu, hipnozy pozbawionej magii, czarującej nici porozumienia chwiejnego płomieniem dogasających w garderobie świec.
– Nie chciałem zostawać przy życiu. – wyszło miękko spomiędzy zimnych warg, wciąż ułożonych w grymasie łagodnego, troskliwego uśmiechu. Mówił to, bo mu ufał, czy chciał sprawić wrażenie, że mu ufa? Odpowiedź na to pytanie była mniej istotna, niż kolor wybranej na ten wieczór szaty. – Teraz okazało się, że los zaplanował mimo wszystko kontynuację tej przydługiej wampirzej biografii. Nowa ziemia, nowe możliwości. – Obrysowywał miękką wilgotną materią jego rysy, oczyszczał, odsłaniał szczerą twarz, z przyjemnością kontemplując linię kreśloną przez młode ciało, wygięty łuk spłycający oddech.
lover, not a fighter
wiek
20
sława
VI
krew
czysta
genetyka
oko uśpione
zawód
artysta sceniczny
175 cm wzrostu (na scenie wydawał się wyższy!) Pełna emocji twarz. Ciemne oczy i włosy, które zwykle pozostają w nieładzie. Goli się na gładko. Szczupły, ale umięśniony - zawodowy tancerz. Strój modny wśród mugolskiej młodzieży, czasami zgoła ekstrawagancki.

Hannibal Selwyn
#9
09.08.2026, 16:33  ✶  
Wciąż na wpół odruchowo, bezwolnie posłuszny, pozwolił Gabrielowi odchylić swoją głowę w tył i spojrzał na niego. Rękaw ciężkiej, drogiej szaty omiótł jego ramię i obojczyk. Hannibal wolałby skórę. Ogrzane jego własnym ciepłem dłonie straciły większość chłodu nieśmierci.
Teraz, z wampirem trochę bliżej, trochę bardziej wokół niego, czuł więcej, niż tylko róże. Ledwo wyczuwalny zapach starego, wysłużonego drewna i zakurzonych draperii, choć odzież hrabiego wyglądała na nową. Kombinacja woni łatwa do zignorowania dla kogoś, kto nie spędził dzieciństwa wręczając kwiaty primabalerinom i dyrygentom do wtóru rozczulonych achów i ochów widowni, młodości - grzebiąc w starych teatralnych kostiumach. Niezliczonych minut na wiekowym parkiecie, niezależnie od cyklinowania i lakierowania, wciąż zachowującym specyficzny zapach, zwłaszcza, kiedy złożyło się na nim głowę.

Hannibal nie zauważył tego wcześniej, ich pierwsze spotkanie zbyt szalone, a drugie niewystarczająco bliskie na to, ale Gabriel pachniał, jak The Globe.

Nie zamierzałem zostawać przy życiu.
Współczucie podbarwiło uśmiech na twarzy młodego aktora, bo przecież doskonale pamiętał jego desperackie słowa, furię przechodzącą w szloch, nie dni, ale lata, kto wie ile lat nagromadzonych emocji wylewających się z wampira na scenie Sali Wawrzynowej, topiących Gabriela i grożących utonięciem także i Hannibalowi. Prywatnie uważał, że to było piękne przedstawienie, ale…

Nikt nie powinien tak cierpieć.

Nikt nie powinien tak cierpieć sam.

- Cieszę się, że zostałeś.
Niebaczne słowa uciekły zanim zdążył zważyć je w głowie i na języku. Kąciki ust uniosły się w lekkim, może trochę autoironicznym uśmiechu. Bez litości, bez oceny, bo jakie miał prawo oceniać, kiedy jego szyję zdobiła blizna, a w ozdobnym pudełku, przechowującym te listy od fanów i fanek, które Hannibal uznał za godne zachowania, spoczywał liścik znaleziony tamtego ranka?

Pogłaskał obejmującą jego szczękę dłoń, delikatny, ale pozbawiony wahania gest, śmieszny w swojej intencji niesienia wsparcia nie wiadomo ile razy starszemu od niego upiorowi. Nie byli przyjaciółmi. Nie byli niczym dla siebie. Montbel mógłby zgasić jego życie w ramach kolacji i zapomnieć o nim, gdy tylko skradziona krew przestałaby ogrzewać jego martwe wnętrzności.

Mimo wszystko, nie obawiał się. Przecież już poprzednim razem ustalili, że Gabriel nie jest potworem.

Przymknął oczy, poddając się dalszym zabiegom wampira, opiece skręcającej trochę za bardzo w stronę poczucia własności - dokładnie tak, jak Hannibal lubił. Ręka opadła, poddając się wyczerpaniu, ale ciepło, przed chwilą jeszcze zagłuszone bólem, powróciło w dół jego brzucha, podświadome oczekiwanie, bo przecież rzadko kiedy podobnie przyjemna troska nie miała swojej ceny.

Nowa ziemia, nowe możliwości.
- U boku nowej dziewczyny? - mruknął sennie, swobodnie i konwersacyjnie, niezdolny chwilowo do refleksji nad potencjalnym losem nieznajomej, gdyby kiedyś w przyszłości postanowiła jednak hrabiego zostawić albo do zadawania kłopotliwych pytań, jak na przykład "czy ona wie, że tu jesteś?" albo "nie jestem z nią przypadkiem spokrewniony, prawda?"

To nie było jego zadanie. To nie było jego prawo.

Westchnął, wyciągnięty na oparciu, każdy płytki oddech, każde przełknięcie śliny wyczuwalne przez napiętą skórę dla kogoś, kto zamknąłby palce na wyeksponowanym gardle, podobnie, jak puls doprawionej emocjami, czystej, selwynowej krwi, chociaż Hannibal nie miał pojęcia, czy dla wampira stanowi to jakąkolwiek różnicę. Nierozważnego, kruchego, śmiertelnego życia.

Na pewno już odrobiłem straty po sierpniu, prawda?
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Gabriel Montbel (2289), Hannibal Selwyn (2472)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa