12.07.2026, 11:01 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.07.2026, 13:32 przez Hannibal Selwyn.)
05.10.1972, The Globe
po wieczornym spektaklu
po wieczornym spektaklu
Krople potu żłobiły ślady w zaschniętej krwi. Narzucona naprędce iluzja ukrywająca plamy przed oczami widzów rozpływała się, odsłaniając w całej okazałości opłakany stan Hannibala - ruchy ociężałe zmęczeniem ostatnich godzin i dwóch przedstawień pod rząd, białe płótno anachronicznych spodni i koszuli splamione czerwienią od pleców po uda, sugestywnie, obscenicznie. Cudownie zrujnowany. Reżyser Kendrick doskonale wiedział co robi, odziewając swego Merlina w biel.
Publiczność kochała destrukcję. Kochała bezczeszczoną niewinność, tragicznie doświadczaną młodość. Nieswoją, oczywiście.
Katharsis.
Hannibal westchnął i uśmiechnął się zmęczonym, zadowolonym uśmiechem, trochę zbyt miękkim na brzegach, przeznaczonym tylko dla siebie, nie dla widzów, i dla takich rozsianych po jego życiu, wypełnionych wyczerpaniem i euforią chwil, jak ta.
Krew była sztuczna.
Nacisnął klamkę swojej prywatnej garderoby. Tu, w wielokrotnym objęciu teatralnych murów, odgłosy z Sali Wawrzynowej były wytłumione podczas spektakli, a teraz, kiedy widzowie zbierali się do wyjścia, ledwo słyszalne. Przestępując próg ściągnął przez głowę brudną i przepoconą koszulę, którą otarł pot z czoła, zanim rzucił ją w kąt pomieszczenia - pusty, bo najwyraźniej ciśnięty w to samo miejsce trzy godziny temu kostium z poprzedniego przedstawienia został już zabrany przez skrzaty. Tak, jak powinno być.
Poruszył obolałymi ramionami i omiótł wzrokiem znajome, nieco zagracone wnętrze: lustro, szezlong, bukiet świeżych róż wieńczący wieczny nieład na blacie zaczarowanej toaletki, hrabia Montbel, karafka z wodą do picia i miska z wodą do - wreszcie - umycia się…
Chwila, moment!
Hrabia Montbel?!
Hannibal zamarł, wpatrując się w niespodziewanego gościa. Jego twarz poważniała asynchronicznie - najpierw zszedł z niej uśmiech, potem czujność zepchnęła na drugi plan beztroską, endorfinową mgiełkę przesłaniającą oczy. Drzwi za jego plecami zamknęły się z cichym i nieodwołalnym odgłosem. Tak, to się najwyraźniej działo.
- Gabriel?… - zapytał, drugi raz w tym tygodniu - Co ty tu robisz?
Był zbyt wyczerpany, by obronić się przed myślą, że tym razem role były niejako odwrócone - to on jest mokry i rozchełstany, a wampir nieporównanie lepiej pozbierany do kupy. Rozluźniony po całym wieczorze zawodowej mobilizacji, nie miał siły oprzeć się temu kontrastowi i prychnął przez nos jakimś mimowolnym, niedokończonym śmiechem, który nie sięgnął mimiki. Tym razem przynajmniej blizna, którą zostawił mu Montbel była starannie zasłonięta iluzją - zdecydowanie lepszą, niż ta tymczasowo narzucona na ubranie między scenami.
Może powinien ją zdjąć?…
Wyprostował się, gotów - no, bardziej niż wcześniej gotów, by przyjąć gościa, ruchem głowy strząsnął niesforne, zmierzwione włosy w tył. Odruchowe, mimowolne gesty kogoś, dla kogo pilnowanie własnego wizerunku było drugą naturą. Wierzchem dłoni otarł łaskoczącą go w plecy strużkę potu - jak się okazało, zmieszaną ze sztuczną krwią. Zerknął na brudną rękę i roztargnionym gestem wytarł ją o własne udo, zostawiając kolejną smugę na spodniach.
- Wybacz, jak widzisz jestem trochę hors service - spojrzał w dół na siebie, a potem w stronę prowizorycznej umywalni. Jego francuski akcent był w minimalnym stopniu nieskładny, odrobinę za bardzo z przodu, jakby Selwyn nie do końca przestawił się z angielskiego, coś, co zdarzało się po alkoholu i - jak widać - po dwóch rundach wymagającej fizycznie sztuki.
- Powinienem się doprowadzić do porządku… - dodał, nie zrobił jednak nic, by wyrzucić wampira ze swego sanktuarium.