• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Bliskie Okolice Londynu v
1 2 3 Dalej »
[24.09.72] Paint me a haven of love with your bloodied mouth

[24.09.72] Paint me a haven of love with your bloodied mouth
szekspirowski książę
words, words, words
wiek
29
sława
IV
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Szef zakładu pogrzebowego
Wysoki (192 cm) dżentelmen o aparycji przyjemnej, choć dość ponurej. Wystrojony w szaty czarne, pogrzebowe. Ciemne włosy, które w słońcu mogłyby wyjaśnieć, opadają mu często na czoło. Ma szare, podkrążone oczy, bladą cerę, która rzadko widzi słońce. W jego mowie, choć przesiąkniętej angielskością, co jakiś czas pobrzmiewa szkocki akcent.

Othello Fawley
#11
04.07.2026, 15:04  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.07.2026, 15:06 przez Othello Fawley.)  
Potrzebował chwili, by otrząsnąć się, obudzić z magicznie indukowanego letargu. Potrząsnął głową, zamrugał kilka razy. Jego nozdrza wypełnił smród płonących sylwetek. Coś ścisnęło go w piersi, ta świadomość nieczystości, potrzeba jednoczesnego zmycia z siebie śladów tej magii albo przeciwnie – pochłonięcia jej więcej i więcej, kąpania się w niej, upajania się mrokiem, krzywdą, którą sprawili oprawcom i tym dziwnym pożądaniem drugiej osoby. Może to tak człowiek zmieniał się w potwora? Ciemność wydawała się kusząca, a posmak krwi wciąż przyjemnie drażnił kubki smakowe.

Pomyśleć, że Othello przyszedł tu w celu tak powierzchownym, jakim była transakcja handlowa. Wcześniej myślał tylko o pieniądzach, o interesie. Ot zboczenie zawodowe byłego księgowego, to widzenie świata w tabelkach i cyferkach. Wiadomo przecież, że taki układ pojęciowy odzwierciedlał tylko wtórną teorię. Dlatego ta Prawda zaskoczyła go jeszcze bardziej. Ukryła się w działaniu czysto performatywnym, w tym przedstawieniu, które sprawiło, że trzy plugawe istoty zaczęły płonąć. Życie to teatr, co za hamletyczne przesłanie. Tak właśnie poczuł się Othello. Jak duński książę, który za pomocą sztuki, nieprawdy, dokonał w świecie zmiany. To było poetyckie, piękne. Zapierało dech w piersiach bardziej niż jakikolwiek obraz wiszący w tym pomieszczeniu.

Wziął różdżkę od Astorii, podziękował cicho. Nie mogli się teleportować. Musieli przebyć ten dom, ponownie przejść korytarzami. Tym razem jednak puścili się biegiem, chcąc jak najszybciej opuścić to miejsce. Czy na pewno? Czy jeśli potwory przeżyłby rytuał, nie mogliby sobie z nimi poradzić? Powtarzać przedstawienie na zawołanie, całować się, by wykorzystać ich siłę na własną korzyść. Na pewno znalazłoby się dla takich dobre zastosowanie. Albo można byłoby przynajmniej upewnić się, że ich plugawe życia zostały zakończone. Czy w ogóle można było ich egzystencję nazwać życiem? Jakie to miało znaczenie bez realnej perspektywy przejścia za zasłonę? Othello natychmiast pomyślał o sobie. O swoim rodzinnym dziedzictwie. O brzemieniu, który spoczywało na jego barkach. Ścisnął dłoń Astorii. Teraz nie czas na takie myśli. Musieli się stąd wydostać.

Biegł jednak, ile miał sił w nogach, podążając tuż za Astorią. Ich kroki odbijały się skrzypiącym dźwiękiem. Powietrze pozostawało bez ruchu. Zimne, wilgotnawe, podgniłe. Othello nie miał pojęcia, czemu te potworzyska zaniedbały sprzątanie. Monstrum czy nie, po co żyć w takim syfie?

Wybiegli z zaduchu starego domostwa na zewnątrz. Nie powitało ich jasne, pełne nadziei słońce. Niebo było białe, a nawet lekko szarawe. Powietrze pachniało podgniłymi liśćmi, wiatr niósł się szybko, szmerając cicho w ich uszach. Othello oparł ręce o własne kolana, nabrał oddechu.

– Udało się– powtórzył za nią. Skierował wzrok na zamkniętą bramę. – Musimy ją otworzyć i… Astorio, dobrze się czujesz? Poczekaj, spróbuję otworzyć wrota.

Wycelował różdżkę w zamek bramy i wypowiedział ciche zaklęcie. Serce wciąż biło mu jak szalone.

Rzucam na translokację I: próbuję otworzyć zamek bramy, naciskając odpowiednie zapadki.
Rzut O 1d100 - 64
Sukces!

Rzut O 1d100 - 82
Sukces!


Udało się. Brama stanęła przed nimi otworem.

– Proszę bardzo. I ja też… to było bardzo dziwne doświadczenie. Cieszę się, że udało się nam nie zginąć.


Książę ciemności
Kiedy nareszcie zaśniesz, piękna pomrocznico,
W głębinie mauzoleum czarno-marmurowej,
Co wystarczy ci tedy za strojną alkowę,
I kiedy dół wilgotny ci będzie łożnicą.
Dzieło sztuki
które chcesz polizać
wiek
24
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
kustoszka sztuki
Brunetka o jasnej cerze i zielonych oczach. Mierzy 166 cm wzrostu przy wadze 50 kg. Bardzo dba o swój wygląd. Poczucie estetyki rozwinięte na wysokim poziomie sprawia, że przywiązuje ogromną wagę do detali - od ubioru, przez makijaż, po dodatki. Ubraniami stara się przykryć swoją niedowagę. Jej arystokratyczna postawa, pełna powściągliwości i elegancji, dodaje jej szyku, co niektórzy odbierają jako dystans i wyniosłość.

Astoria Avery
#12
07.07.2026, 23:29  ✶  
Astoria zacisnęła szczękę tak mocno, że przez moment rozbolały ją skronie. Nie znosiła, gdy ktokolwiek widział ją w chwili słabości. Emocje należało zamykać za starannie wypolerowaną fasadą uprzejmości, zmęczenie ignorować, a ból traktować jak coś prywatnego, niemal wstydliwego. Nie miała zwyczaju skarżyć się na własne ciało, nawet wtedy, gdy odmawiało posłuszeństwa. Dlatego wyprostowała się niemal natychmiast. Powoli odsunęła plecy od chłodnego muru i uniosła brodę odrobinę wyżej, jakby samą postawą mogła przekonać świat, że nic się nie stało.
Pierwszy oddech okazał się błędem. Powietrze wdarło się do płuc zbyt gwałtownie, rozlewając pod mostkiem znajome, ostre pieczenie. Miała wrażenie, że ktoś zacisnął wokół jej klatki piersiowej żelazną obręcz i z każdą sekundą dokręca ją coraz mocniej. Mięśnie między żebrami napinały się boleśnie, próbując wymusić głębszy wdech, lecz organizm uparcie odmawiał współpracy. Przełknęła ślinę, usiłując zignorować narastający ucisk, lecz ten zamiast ustąpić, wspiął się wyżej, aż do gardła. Powietrze zaczęło świszczeć cicho przy każdym wdechu, a serce, pobudzone wysiłkiem i stresem, biło tak szybko, że niemal zagłuszało szum wiatru.
Odwróciła twarz, mając naiwną nadzieję, że Othello nie zwróci uwagi. Zamknęła oczy. Wdech. Krótka pauza. Wydech. Jeszcze raz.
- Nic mi nie będzie… - zapewniła. Wiedziała z doświadczenia, że panika była najgorszym sprzymierzeńcem duszności. Im bardziej próbowała zaczerpnąć powietrza, tym bardziej organizm zamykał się na kolejne wdechy.
Bała się, że zaraz coś na nich wyskoczy. Każdy szmer wśród wysokich traw sprawiał, że odruchowo obracała głowę. Każde poruszenie gałęzi przyciągało spojrzenie. Palce mocniej zacisnęły się na różdżce, a serce, zamiast zwolnić, ponownie przyspieszyło. Obawiała się, że płonący Vaillantowie nie byli końcem tej historii, a jedynie jej początkiem. Kiedy ciężki mechanizm bramy wreszcie ustąpił z głuchym zgrzytem, odetchnęła niemal niezauważalnie.
Oddech wciąż pozostawał płytszy, niż powinien, lecz był już na tyle równy, by mogła ruszyć przed siebie bez zdradzania, jak wiele wysiłku kosztowało ją dojście do tego stanu. Nie chciała być ciężarem. Nie po tym, co właśnie wspólnie przeszli. Jeśli mieli stąd wyjść, zamierzała zrobić wszystko, by Othello ani przez chwilę nie musiał wybierać między własnym bezpieczeństwem a pomaganiem jej. Nawet jeśli oznaczało to zaciśnięcie zębów i udawanie, że płonące płuca są jedynie drobną niedogodnością.
Drzwi wejściowe, które jeszcze przed chwilą pozostawały nieruchome, poruszyły się z przeciągłym skrzypnięciem. Ciemność zalegająca w holu zdawała się gęstnieć, przybierając kształt, którego nie potrafiła od razu zrozumieć. Przez moment miała wrażenie, że to jedynie cień, złudzenie wywołane zmęczeniem i nadmiarem emocji. Potem cień wykonał krok. Coś wyłoniło się zza progu. Sylwetka była nienaturalnie wysoka, zbyt chuda, jakby zbudowana z samych ostrych kątów i wydłużonych kończyn. Nie widziała twarzy. W miejscu, gdzie powinny znajdować się rysy, zalegała jedynie ciemność, a mimo to miała nieodparte wrażenie, że istota patrzy prosto na nich. Przez jej ciało przebiegł lodowaty dreszcz. W następnej chwili zacisnęła palce na rękawie jego płaszcza i pociągnęła go gwałtownie za sobą, wykorzystując otwartą bramę jako jedyną drogę ucieczki. Metalowe skrzydła przemknęły tuż obok nich, gdy wypadli poza granice posiadłości.
- Tak… naprawdę myślałam, że już po nas - odetchnęła z ulgą, kiedy znaleźli się po drugiej stronie. Spojrzała na własną dłoń. Drżała. Ledwie zauważalnie. Schowała ją więc w fałdach płaszcza, zanim zdążyła zdradzić więcej, niż zamierzała. - Czy… mógłbyś zabrać mnie ze sobą na Pokątną? - zapytała cicho. Potrafiła aportować się sprawnie i precyzyjnie, ale wymagało to skupienia, chłodnej głowy i pełnej kontroli nad własnym ciałem. Teraz nie miała żadnej z tych rzeczy. Płuca nadal paliły po szaleńczym biegu, a rozszczepienie nie należało do rzeczy, których chciała doświadczyć.


learn the rules
then
break some
szekspirowski książę
words, words, words
wiek
29
sława
IV
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Szef zakładu pogrzebowego
Wysoki (192 cm) dżentelmen o aparycji przyjemnej, choć dość ponurej. Wystrojony w szaty czarne, pogrzebowe. Ciemne włosy, które w słońcu mogłyby wyjaśnieć, opadają mu często na czoło. Ma szare, podkrążone oczy, bladą cerę, która rzadko widzi słońce. W jego mowie, choć przesiąkniętej angielskością, co jakiś czas pobrzmiewa szkocki akcent.

Othello Fawley
#13
14.07.2026, 13:27  ✶  
Niemal nie zauważyłby postaci patrzącej na nich z progu rezydencji. Othello poczuł jakby jego serce niemal stanęło w miejscu. Widok pustej twarzy niósł w sobie obietnicę zemsty. To jeszcze nie koniec. Nie. To był koniec. Valliantowie powinni sczeznąć, zakończyć swoje marne żywoty. A jeśli nie… Fawley wiedział, jak z nimi walczyć. Ach te mroczne stworzenia. Zawsze przekonane o swej niepomiernej grozie, tak naprawdę pozostawały słabiutkie i wrażliwe. Bały się ludzi bardziej niż ludzie nich. Chociaż nigdy by tego nie przyznały.

Astoria wyglądała na realnie wykończoną biegiem. Rzeczywiście była szczupłej budowy, ale Othello nie spodziewał się, że taka sytuacja doprowadzi ją do takiego stanu. O ile u niego pojawiła się tylko strużka potu na skroni, a oddech szybko się  unormował, ona wydawała się wręcz rozbita. Potrzebowała wody i odpoczynku. Z pewnością mogła znaleźć to na ulicy Pokątnej.

Wrota do posiadłości rozwarły się z głośnym skrzypnięciem. Fawley z ulgą opuścił teren posiadłości. Nagle przestało być duszno, lekki wietrzyk spróbował rozwiać mu włosy, ale te przylepiły mu się do spoconego czoła. Musiał się wykąpać. Zarówno po biegu, jak i po rytuale. Posmak krwi nadal majaczył po jego kubkach smakowych, podobnie jak na ustach błąkało się wspomnienie pocałunku. Tamto uczucie, ten magiczny haj, zostawił ślad na Othellowej psyche.

Prośba o pomoc przyszła znienacka, a jednak pozostawała całkowicie uzasadniona. Teleportacja w stanie, w jakim była Astoria, wydawała się koszmarnie złym pomysłem. W odpowiedzi więc Othello nastawił ramię w grzecznym geście. A kiedy blada ręka panny Avery, zahaczyła się o jego łokieć, przeniósł ich na ulicę Pokątną.

Każde słowa pożegnania wydawały się niezręczne. Niewystarczające. Fawley z pewnością nie chciał powtarzać tej przygody, jednak czuł gdzieś pod skórą, że ścieżki jego i Astorii jeszcze kiedyś się skrzyżują.

Koniec sesji

Czy postacie udadzą się na następną randkę? Nie, chociaż wspomnienie tych wydarzeń – porwania przez wampiry i pocałunku – zostanie z nimi jeszcze przez długi czas i będzie przyczyną wzajemnej fascynacji.


Książę ciemności
Kiedy nareszcie zaśniesz, piękna pomrocznico,
W głębinie mauzoleum czarno-marmurowej,
Co wystarczy ci tedy za strojną alkowę,
I kiedy dół wilgotny ci będzie łożnicą.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Astoria Avery (3079), Eutierria (638), Othello Fawley (2171)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa