• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Pokój Życzeń Sny v
1 2 Dalej »
[10.1972] Those things freak me out. They have eight legs, and that is not natural.

[10.1972] Those things freak me out. They have eight legs, and that is not natural.
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#11
21.07.2026, 12:54  ✶  

Sytuacja była dużo bardziej złożona, niż mogło się wydawać, a co najgorsze wydawali się być na straconej pozycji. Jeszcze chwilę wcześniej wydawało jej się, że nie będzie tak źle - w końcu ze swoim mężem, razem mieli naprawdę pełen pakiet cech, które mogły przydać się w walce z wrogiem. Idealnie się uzupełniali, byli kompatybilni - co często wspominali, jak to możliwe, że mogło się okazać, że to za mało? Przeciwnik był zorganizowany, miał setki lat doświadczenia, wydawało jej się, że odrobinę go zlekceważyli i to mogło być początkiem ich klęski. W końcu w większości pająki nie wzbudzały strachu, te tutaj jednak udowodniły ile są w stanie zrobić w jedną noc, utkana przez nie pajęczyna była na to dostatecznym dowodem.

- Naprawdę staram się Cię jakoś pocieszyć, a Ty zupełnie tego nie ułatwiasz. - Było to całkiem zrozumiałe, pewnie gdyby była na jego miejscu to podchodziłaby do tego równie sceptycznie, co on - jednak naprawdę próbowała wykrzesać z siebie chociaż odrobinę optymizmu, co w jej przypadku wcale nie było takie łatwe.

- Wiem, że to jest marna otucha. - Zdawała sobie z tego sprawę, że pewnie bez różnicy mu było, czy czuje szesnaście pazurów, czy czterdzieści palców, każda z tych liczb była zdecydowanie zbyt duża na to, żeby się tym nie przejmować.

- Zapamiętam to na przyszłość, następnym razem dostaniesz swoje pięć sekund. - Skoro tak bardzo tego potrzebował i miało to coś zmienić, to chyba była gotowa w kolejnym przypadku sięgnąć po takie krótkotrwałe kłamstwo, sam tego chciał - miała nadzieję, że później nie odwróci kota ogonem. W przypadku pająków te pięć minut w sumie mogło niewiele zmienić, gdy chodziło jednak o większego, groźniejszego przeciwnika - mogło od tego zależeć życie. Sprawa była więc nieco bardziej skomplikowana niż mogłoby się wydawać.

- Niby jak miałabym się Tobą nie przejmować, jesteś moim mężem. - Musiała to skomentować, jeśli miała się kimkolwiek przejmować to przede wszystkim właśnie nim, nikim więcej. Wolałaby unikać podobnych sytuacji, lecz ostatnio coraz częściej towarzyszyły im tak absurdalne zdarzenia, że czasem sama nie mogła w to uwierzyć. Jakoś więc musieli się do tego dostosować. Aktualnie miała go zaatakować swoim klapkiem, w sumie to nie jego, a pająka, tyle, że ten wybrał sobie właśnie jego ciało na tymczasowy przystanek.

Nie mogła zwlekać, skoro siedział na nim, to przynajmniej mogła go jakoś zlokalizować, nie schował się w kącie, gdzie pewnie rozmyłby się bardzo szybko, wyróżniał się na plecach Benjy'ego. Sprawa wydawała się jej prosta - albo on, albo oni. Właśnie dlatego w końcu po prostu zamknęła oczy i się zamachnęła. Trafiła, a przynajmniej tak się jej wydawało, to znaczy trafiła na pewno w ciało swojego męża, w pająka być może, dźwięk uderzenia klapka o jego plecy był dość głośny, to było potwierdzeniem tego, że chociaż część planu poszła po jej myśli.

Odsunęła się o krok. Otworzyła oczy i spojrzała na jego plecy, duże zaczerwienienie zaczęło się pojawiać między jego łopatkami - miała nadzieję, że nie zabolało go to za bardzo. Pająka nie było już na plecach, przeniosła więc wzrok niżej, licząc na to, że dostrzeże go martwego na drewnianej podłodze… Nie mogło być jednak zbyt prosto, prawda?

Leżał przez chwilę nieruchomo, spowodowało to nawet to, że kącik ust Prudence drgnął w uśmiechu, czyżby naprawdę jej się udało? Dość szybko dotarło do niej, że niestety nic z tego. Pająk się otrzepał, wystrzelił nić w stronę koszuli jej męża i tak po prostu sobie z nią spierdolił. Patrzyła na to przez dłuższy moment, niekoniecznie takiego rozwoju sytuacji się spodziewała. - Co za przebiegłe stworzenie, podpalę im to, podpalę im tę pajęczynę, nie pozwolę im tego wygrać. - Nie mogli przecież po prostu godzić się na takie zachowanie i traktowanie, ogień na pewno był dla nich zagrożeniem, no dla ich domu pewnie jeszcze większym, ale co innego mogli zrobić? Nie wydawało jej się, aby mogli zbyt długo zwlekać, nie po tym, co się tutaj przed chwilą wydarzyło.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#12
22.07.2026, 17:44  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.08.2026, 15:12 przez Benjy Fenwick.)  
Miałem przed sobą gigantyczną pajęczynę, armię przeciwnika, której liczebności nawet nie potrafiłem oszacować, i coraz mocniejsze wrażenie, że od początku byliśmy bacznie obserwowani. W normalnym świecie człowiek znajdował pająka, brał gazetę, miotłę albo rzucał zaklęcie i po sprawie, ewentualnie, jeśli miał akurat dobry humor i odpowiednie poglądy, może łapał go w szklankę, podkładał kartkę papieru i przeprowadzał eksmisję na dwór, po czym zapominał o sytuacji. Tutaj? Nic, kurwa, podobnego. To był otwarty konflikt, na który żadne z nas nie miało czasu się przygotować. Normalnie potrafiłem rozłożyć problem na części, znaleźć słaby punkt przeciwnika, wykorzystać teren albo przewagę fizyczną, lecz tutaj miałem przed sobą stado stworzeń wielkości ziaren pieprzu - chyba wolałem nie myśleć o alternatywnych rozmiarach niewidocznych członków, jakich mogła zawierać familia - które najwyraźniej postanowiły poprowadzić przeciwko nam kampanię wojenną, pod osłoną nocy łamiąc postanowienie o nieagresji. Patrzyłem jeszcze przez chwilę na rozciągniętą pod sufitem pajęczynę, jakbym próbował znaleźć w niej jakąś wadę konstrukcyjną - coś, co pozwoliłoby mi odzyskać odrobinę pewności siebie, której zadziwiająco mi nagle zabrakło - nie znalazłem nic. Konstrukcja była równa, napięta i, co mnie irytowało najbardziej, wyglądała na solidniejszą niż część mostów, po których zdarzyło mi się chodzić podczas roboty. Im dłużej się jej przyglądałem, tym bardziej dochodziłem do wniosku, że zlekceważyliśmy przeciwnika - nie dlatego, że był potężny, lecz dlatego, że był cierpliwy, a cierpliwi przeciwnicy, jak już się zdążyłem przekonać, zwykle byli najgorsi. Potrafili zagiąć człowieka, co zresztą udowodniła mi swego czasu ta sama kobieta, która teraz postanowiła mimowolnie dobić mnie zasobem swojej wiedzy przyrodniczej… Była po mojej stronie, ale… Kuuuurwaaaa.
- Następnym lasem po plostu nie licz części anatomicznych bestii w trakcie otwaltej walki. - Spojrzałem na nią z wyrzutem, nieco bardziej przesadzonym niż faktycznym, prychnąwszy cicho na uwagę o pocieszaniu i potarłem kark, który wciąż swędział, mimo że pająka na nim nie było. Albo przynajmniej miałem taką nadzieję… Nie, nie było go, na pewno go nie było. - Powiedz po plostu, sze jest mała. - Bestia, liczba palców, szczypiec, stóp i pazurów, ogólna liczba wszystkiego, nie dodałem tego, lecz Prue była inteligentna, doskonale to wiedziała, a panika nie do końca sprzyjała jasności moich wypowiedzi. No, przynajmniej przestałem podskakiwać. - Nie loswijaj tematu, m’kay. - Doceniałem wysiłek, naprawdę, ale mój mózg nadal pracował na najwyższych obrotach i produkował coraz głupsze scenariusze, a im więcej wiedziałem o pajęczakach, tym bardziej ich nie lubiłem. Zaczynałem również zresztą naprawdę nie lubić kierunku, w którym to wszystko zmierzało. To-tal-nie. Miała rację, różnica między szesnastoma pazurkami a czterdziestoma wyimaginowanymi palcami była, ale czysto matematyczna, dla człowieka, który właśnie przeżył spacer pająka pod koszulą, nie miało to najmniejszego znaczenia…
- Wiem. Dlatego właśnie pozwoliłem ci zamachnąś się klapkiem na moje plecy. Gdyby ktokolwiek inny powiedział, sze to dobly pomysł, kazałbym mu spieldalaś. - Nawet jeśli zabrzmiało to dość absurdalnie, było w tym zdecydowanie dostatecznie dużo brutalnej prawdy, by mogła być tego pewna, gdyby bowiem jakakolwiek inna osoba próbowała właśnie zamachnąć się na moje plecy, odruchowo pewnie skończyłby na podłodze, obrzucona inwektywami. To był po prostu fakt - ufałem jej bardziej niż sobie, więc chwilę wcześniej zgodziłem się zostać celem ataku domowym obuwiem.
Uderzenie było mocne, ale nie na tyle, żeby zrobić mi krzywdę, poczułem za to zdecydowane pacnięcie między łopatkami i odruchowo napiąłem mięśnie, co zabolało bardziej moją dumę niż ciało. Bywałem uderzany znacznie mocniej i przez znacznie mniej przyjaznych ludzi, lecz pewnych automatyzmów nie dało się tak po prostu wyłączyć. Przygotowałem się zatem na atak, spinając ciało, nawet jeśli miał on na celu zabicie pająka, nie skrzywdzenie mnie. Zamiast walczyć również z własnymi odruchami, nie tylko z bestią zza kołnierza, bohatersko przyjąłem plaskacza bez zbędnego „aua” i odwróciłem tylko głowę, próbując zobaczyć efekt całej operacji.
- Tlafiłaś? - Zapytałem krótko, ale odpowiedź przyszła sama - nawet jeśli cios był udany, przeciwnik okazał się być dużo bardziej wytrzymały, niż mogliśmy zakładać. Wyśledziłem wzrokiem małego drania, który po chwili otrzepał się, jakby przed momentem nie dostał centralnie klapkiem, przez kilka sekund patrzyłem na niego z narastającym niedowierzaniem, otwierając szeroko usta i nawet nie próbując mrugać, podczas gdy on wystrzelił nić z dupy, uczepił się mojej porzuconej koszuli i odjechał z nią na nici, z gracją złodzieja opuszczającego bank z workiem galeonów.
- On… - Urwałem, nadal wpatrzony w znikającą koszulę. - On właśnie ukladł moją piepszoną koszulę. - Zamrugałem kilka razy. - Nie jedzenie. Nie lószczkę. Koszulę. To jusz nawet nie jest wojna. To jest zwykłe chamstwo. - Nie było w tym przesady, zupełnie tak jak w tym, co chwilę później powiedziała moja żona. Wizja podpalenia własnego domu jeszcze nigdy nie wydawała mi się tak… Racjonalnie kusząca, a warto dodać, iż w dzieciństwie była ona czymś, w kierunku czego zdarzało mi się wielokrotnie uciekać w marzeniach. Powoli podszedłem bliżej gigantycznej konstrukcji, zatrzymując się jednak w bezpiecznej odległości, w milczeniu zadarłem podbródek i jeszcze raz oceniłem rozmiary tego paskudztwa, patrząc na znikającą między nićmi koszulę - szmatka, moja szyta na miarę własność wydawała się zaledwie szmatką na tle monumentalnych splotów wysrywów z odwłoków naszego wroga… Przez całe życie walczyłem z klątwami, stworzeniami i ludźmi, którzy chcieli mnie zabić, ale żadne z nich nie wplotło mi w jedną noc pod sufitem konstrukcji przypominającej most wiszący.
- Tak. - Odpowiedziałem bez wahania, od razu skinąłem głową, nie miałem nawet cienia wątpliwości. - Najwyżej będziemy póśniej gasiś własny dom. - Wzruszyłem ramionami z ponurą determinacją. - To jest casus belli. Otwalta wojna, kulwa. Nie damy im wyglaś. - Miała moje pełne poparcie, by pierdolnąć tutaj choćby nawet kulą ognia…
Koniec sesji


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (4853), Prudence Fenwick (3374)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa