Samhain w Little Hangleton pachniał dymem i błotem udeptanym przez zbyt wiele nóg. Na wielki sabat czarodzieje ściągali z całej okolicy — jedni po to religijne uniesienie, jakie daje noc, kiedy granica między żywymi a zmarłymi robi się cienka jak bibułka, inni po prostu dlatego, że rodzice ciągali ich tu co roku i tak już wypadało. W sercu wszystkiego huczało rytualne ognisko, wysokie jak dwa wozy jeden na drugim, a wokół niego kłębił się tłum na tyle gęsty, że można było w nim zniknąć i przez dobrą chwilę nikt by tego nie zauważył. Bellowie w tym samym ogniu co wszyscy widzieli zupełnie co innego: tyle twarzy w jednym miejscu, tyle rozanielonych spojrzeń wbitych w płomienie zamiast we własne kieszenie.
Wytarła ostrze noża o zahaczoną za skórzany pas szmatkę i krytycznym okiem oceniła swoje dzieło. Wykrawane w dorodnej, wydrążonej rzepie kształty ułożyły się wreszcie w krzywą mordę. Zapadnięte oczy i zaostrzone zęby na tak mimo wszystko drobnym warzywie mogły wywołać komiczne wrażenie, jeśli zapomnieć o umieszczeniu weń rozżarzonego węglika.
— Masz, młody. Powiedz, że sam robiłeś, a te resztki zanieś Catrin. Może nada się do gulaszu, a ciebie nie oskarży o zbrodnię. — Podsunęła latarnię chłopcu, który od godziny starał się wyrzeźbić w swojej rzepie odpowiednio straszliwą twarz. Kiedy wszyscy artyści rozeszli się w poszukiwaniu łupów, Alice została chwilowo wrobiona w rolę niani. Chłopiec niestety tak długo maltretował warzywo, że pozostały z niego zwłoki z marnie zwisającymi fragmentami, trzymającymi się całości tylko na słowo honoru. Na widok gotowego lampionu wyszczerzył wybrakowane uzębienie i pochwycił prezent. — Ale nie biegaj z otwartym scyzorykiem! Wiem, że będziesz kiedyś połykaczem noży, ale do tego czasu warto, byś nie zginął, jak idiota.
— Przecież nie biegam! — prychnął na to młody, wywracając oczami, choć napięte mięśnie wyraźnie wskazywały na to, że już rzucał się do pędu.
Poprawiła podwinięty rękaw zszarzałej koszuli, który zsuwał się natrętnie, od kiedy zerwał się guzik podtrzymującego paska. Mówi się, że szewc bez butów chodzi, tak jak i krawiec w niedorobionych ubraniach, bo poprawki własnych kreacji zawsze spadają gdzieś na dalszy plan.Muszę to wreszcie ogarnąć, przemknęło jej przez myśl, kiedy zwinne palce poprawiły materiał, a wzrok odruchowo zszedł do sięgającej połowy łydki spódnicy. Z doszytych niegdyś licznych kieszeni była niezwykle dumna, stanowiły nieodmiennie punkt przechwałek i przykładu praktycznego kunsztu, lecz podobnie, jak w przypadku koszuli, jeden ze schowków wymagał poprawki. Takich drobnych, wymagających poprawy elementów było w garderobie Alice więcej i jak zawsze odchodziły w zapomnienie, kiedy na pierwszy plan wysuwały się te istotniejsze sprawy. Takie jak…
— Flynn! — Zamachała do brata, kiedy dostrzegła wśród tłumu łysego chłopaka, który garbił się, jakby miało mu to pomóc zniknąć wśród zebranych. Bezskutecznie. — I jak, znalazłeś? — Wskazała głową w kierunku majaczącego się za linią drzew potężnego ogniska. Zniknął chwilę wcześniej, kiedy wysłała go z ambitnym zadaniem podwędzenia alkoholu z któregoś ze straganów. Nie godziło się spędzać święta o suchym pysku, wystarczyło odpowiednio czaić się przed wujaszkiem Tullym, który nieszczególnie był zadowolony, kiedy nieletnia młodzież brała przykład z dorosłych w kwestii imprezowania. Ale kimże byli, jak nie wybitnymi iluzjonistami i oszustami, zdolnymi uśmiechnąć się rozbrajająco? — Bo jak wróciłeś z pustymi łapami, to możesz od razu wracać. — Wzniosła wyczekująco brwi, ale w ciemnych tęczówkach czaiła się łatwo dostrzegalna ekscytacja. Groźny ton był taki wyłącznie z pozoru, bo wizja umoczenia ust w rozcieńczonym winie była o wiele przyjemniejsza od siania postrachu.