Wychowanie mocno wpływało na to, jakim człowiekiem się stawało. Nie definiowało nas, tak jak rodzina zresztą, czasami los bywał przewrotny i można kogoś było spisać na straty, bo wydawałoby się, że wychowanie doprowadzi do nieodwracalnych zmian w głowie, a tu następowała niespodzianka, lecz była to rzadkość. Cathal był jaki był, z pewnością dużo do powiedzenia miała choroba Milforda i jego fotograficzna pamięć, rodzina też na pewno, znajomi, jakimi otaczał się w czasie dorastania, ale też to, jaki był tak po prostu. I gdyby Guinevere uważała, że nie jest wart spędzania z nim czasu, to by tego nie robiła. Gdyby to, że jest mało wylewny jej przeszkadzało, to nie spędzałaby z nim czasu poza pracą, a przecież to nie tak, że Cathal był milczkiem.
– Kto jeśli ma kruche ego, to ma też przy okazji twardą dupę? – podsunęła, gdy Cal wyartykułował już to, co chciał, ale Ginny nie miała chyba dzisiaj głowy do subtelności i nazwała to bardziej po imieniu.
Zresztą wcale nie pytała go na poważnie o to odpoczywanie. Tak, była zmęczona psychicznie, potrzebowała poukładać sobie sprawy, zrozumieć, jak działa to, co się w niej obudziło… I wiedziała doskonale, co potrzebuje zrobić: bo kiedy było już bardzo źle, to ona robiła to samo, to znaczy włóczyła się. Było to widać choćby wczoraj, gdy po prostu poszła we wrzosowiska, gdzie Cathal ją dogonił. To był taki moment, podczas którego ludzie często robili rzeczy niewymagające myślenia, ale jednocześnie zajmujące na tyle, że czas mijał. Meczące fizycznie w jakiś sposób. Niektórzy sprzątali, inni szli się bić, jeszcze inni włóczyli się po świecie. Jamil grał w karty i w innych warunkach może i sama by to zrobiła, ale jakoś ostatnimi czasy przestało ją to tak zajmować jak kiedyś. Chyba się… wypaliła.
– Punkt dla ciebie – bo strzelił bardzo dobrze, ale przy tym sprawił, że Guinevere na moment się uśmiechnęła. Tylko na krótko, ale jednak. – Nie mam siły teraz na poznawanie ludzi. Tak sądzę, że się gdzieś powłóczę – powiedziała z westchnięciem. – Albo zajmę się zwierzętami w ostoi – tam ciągle było coś do roboty, zwierzaki potrzebowały wokół siebie mnóstwo pracy, choćby i ze względu na ich ilość, bo dziadkowie przyjmowali wszystkie, jakie potrzebowały schronienia i pomocy, i często tam już zostawały.
Oddała mu manierkę.
– Taak… zostanę jeszcze chwilę. Pomogę wam przynajmniej do momentu, aż sytuacja się trochę nie uspokoi – bo skoro Owen odszedł z przytupem i ona zraz by się gdzieś ewakuowała, to jeszcze gadaliby niepotrzebnie i kłamliwie. Nikt tutaj tego nie potrzebował. Przyjęła jego pomoc i podniosła się. Dobrze, że ją trzymał, bo zakręciło jej się w głowie, ale teraz, gdy już stali i wyszli, a ona na moment zatrzymała się, patrząc w kierunku, z którego tutaj przybiegli, coś do niej dotarło. – Dziwne. Przestała mnie boleć głowa… – dopiero teraz zwróciła uwagę, że ucisk na czaszkę zelżał zupełnie nagle. Być może skok adrenaliny miał z tym coś wspólnego?