11.06.2026, 18:30 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.06.2026, 01:48 przez Septima Ollivander.)
Gnilna woń Tamizy nie oszczędzała nikogo.
Ollivander rzadko zapuszczała się w te okolice sama. Choć wyglądała tak jak Septima wyglądała niemalże zawsze, to za dnia raczej nikt jej nie zaczepiał — z przepastną torbą wypełnioną papierami i przedziwnym spokojem wrośniętym w łydki, najzwyczajniej w świecie wyglądała na bardzo kiepskiego tajniaka albo wyjątkowo mało groźną urzędniczkę bez knuta przy duszy. Kogoś, z kim nie warto ryzykować ubijania interesów, ani zaczepiania dla czystej frajdy, bo w niespiesznym chodzie nie kryła się ani krztyna burzliwej natury, larum werwy, czegokolwiek, co nasyciłoby wyznawców bogów małostkowego chaosu.
Szła powoli wzdłuż nabrzeża, co jakiś czas zwalniając jeszcze bardziej, gdy coś przyciągało jej wzrok — sposób zbicia skrzyni, układ lin, faktura mokrych desek. Woda poruszała się ospale i bez większego przekonania, odbijając dźwigi i maszty w taki sposób, że wyglądały bardziej jak wspomnienie pionowych kształtów niż ich rzeczywisty obraz.
Zatrzymała się dopiero przy nabrzeżu.
Z torby wyciągnęła papierową torebkę z resztką pieczywa i przez chwilę obracała ją w dłoniach, zanim oderwała pierwszy kawałek i rzuciła go na mokry bruk. Najwidoczniej londyńskie gołębie posiadały spersonalizowany system komunikacji i przedziwnie wysoką wykrywalność darmowych węglowodanów, bo pojawiły się błyskawicznie.
Jeden z chojrackich ptaków podreptał wyjątkowo blisko i przechylił głowę z miną sugerującą, że oczekuje więcej.
Septima westchnęła cicho.
— Nie patrz tak na mnie. Nie jesteś nawet najbiedniejszą istotą, jaką dziś widziałam.
I rzuciła mu jeszcze kawałek, przechylając spojrzenie w mulistą toń Tamizy. Była niemalże tego samego koloru co jej oczy, a ludzie raczej niechętnie patrzyli na rzeczy, które przypominały im ich własne oblicze. Ale nie ona.
Nie była pewna czy Dægberht się spóźniał, czy też może sama przybyła odrobinę za wcześnie; skromny zegarek oplatający jej nadgarstek wybijał nieprzeliczane minuty. Po prostu nigdzie jej się dzisiaj nie spieszyło, a wiedziała, że musi odpocząć po całym dniu i nocy strugania skrzynek na prochy. Inaczej straci rozum.
Mimowolnie przesunęła wzrok na lśniący w oddali odcinek mariny, płaską linię wody, gdzie z opieszałą elegancją wyłaniał się blady zarys statku, którego białe żagle łopotały na jesiennym wietrze, migocąc, niby odległa, pustynna fatamorgana. Mogła wpatrywać się w te hipnotyczne ruchy tkanin godzinami, znajdując upodobanie, w wijących się niczym zlęknione węże, porywistych serpentynach.
Ollivander rzadko zapuszczała się w te okolice sama. Choć wyglądała tak jak Septima wyglądała niemalże zawsze, to za dnia raczej nikt jej nie zaczepiał — z przepastną torbą wypełnioną papierami i przedziwnym spokojem wrośniętym w łydki, najzwyczajniej w świecie wyglądała na bardzo kiepskiego tajniaka albo wyjątkowo mało groźną urzędniczkę bez knuta przy duszy. Kogoś, z kim nie warto ryzykować ubijania interesów, ani zaczepiania dla czystej frajdy, bo w niespiesznym chodzie nie kryła się ani krztyna burzliwej natury, larum werwy, czegokolwiek, co nasyciłoby wyznawców bogów małostkowego chaosu.
Szła powoli wzdłuż nabrzeża, co jakiś czas zwalniając jeszcze bardziej, gdy coś przyciągało jej wzrok — sposób zbicia skrzyni, układ lin, faktura mokrych desek. Woda poruszała się ospale i bez większego przekonania, odbijając dźwigi i maszty w taki sposób, że wyglądały bardziej jak wspomnienie pionowych kształtów niż ich rzeczywisty obraz.
Zatrzymała się dopiero przy nabrzeżu.
Z torby wyciągnęła papierową torebkę z resztką pieczywa i przez chwilę obracała ją w dłoniach, zanim oderwała pierwszy kawałek i rzuciła go na mokry bruk. Najwidoczniej londyńskie gołębie posiadały spersonalizowany system komunikacji i przedziwnie wysoką wykrywalność darmowych węglowodanów, bo pojawiły się błyskawicznie.
Jeden z chojrackich ptaków podreptał wyjątkowo blisko i przechylił głowę z miną sugerującą, że oczekuje więcej.
Septima westchnęła cicho.
— Nie patrz tak na mnie. Nie jesteś nawet najbiedniejszą istotą, jaką dziś widziałam.
I rzuciła mu jeszcze kawałek, przechylając spojrzenie w mulistą toń Tamizy. Była niemalże tego samego koloru co jej oczy, a ludzie raczej niechętnie patrzyli na rzeczy, które przypominały im ich własne oblicze. Ale nie ona.
Nie była pewna czy Dægberht się spóźniał, czy też może sama przybyła odrobinę za wcześnie; skromny zegarek oplatający jej nadgarstek wybijał nieprzeliczane minuty. Po prostu nigdzie jej się dzisiaj nie spieszyło, a wiedziała, że musi odpocząć po całym dniu i nocy strugania skrzynek na prochy. Inaczej straci rozum.
Mimowolnie przesunęła wzrok na lśniący w oddali odcinek mariny, płaską linię wody, gdzie z opieszałą elegancją wyłaniał się blady zarys statku, którego białe żagle łopotały na jesiennym wietrze, migocąc, niby odległa, pustynna fatamorgana. Mogła wpatrywać się w te hipnotyczne ruchy tkanin godzinami, znajdując upodobanie, w wijących się niczym zlęknione węże, porywistych serpentynach.
Kocham drewno i duże bicepsy.