• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn Docklands [26.10.72] Animal Instinct | Dægberht, Septima

[26.10.72] Animal Instinct | Dægberht, Septima
sedulous
Ambition tearing out the heart of you
Carving lines into you
Dripping down the sides of you
wiek
28
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
różdżkarz/snycerz/badacz
Smukła, dość wysoka jak na kobietę (172cm), niewyróżniająca się z tłumu. To co zapamiętasz po kilkusekundowej migawce, to jej ciemne włosy. Włosy, naturalnie przypominające puchową szopę, ujarzmia zaklęciami wygładzającymi. Niewielu wie, że jest pół-człowiekiem pół-pudlem, bo ten rytuał pielęgnacyjny odprawia już od 10 roku życia (dziękuję ci, świętej pamięci mamo!!) W półmroku niekoniecznie brzydka, ale dużo traci w starciu z bezlitosnym słońcem. Ujawni sińce pod oczyma i bladą, nawet trochę szarą cerę. Nie potrafi ubrać się stosownie do okazji, więc jeśli zauważysz, że w miejscu publicznym wygląda zaskakująco dobrze, to znaczy, że palce maczały w tym osoby trzecie. Głos ma raczej niższy, niż wysoki, ale wyjątkowo młody, trochę nawet dziecinny. Zawsze pachnie wiśnią. Prawdziwą czy jakimś syntetykiem magicznym, nikt nie jest w stanie stwierdzić.

Septima Ollivander
#1
11.06.2026, 18:30  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.06.2026, 01:48 przez Septima Ollivander.)  
Gnilna woń Tamizy nie oszczędzała nikogo.
Ollivander rzadko zapuszczała się w te okolice sama. Choć wyglądała tak jak Septima wyglądała niemalże zawsze, to za dnia raczej nikt jej nie zaczepiał — z przepastną torbą wypełnioną papierami i przedziwnym spokojem wrośniętym w łydki, najzwyczajniej w świecie wyglądała na bardzo kiepskiego tajniaka albo wyjątkowo mało groźną urzędniczkę bez knuta przy duszy. Kogoś, z kim nie warto ryzykować ubijania interesów, ani zaczepiania dla czystej frajdy, bo w niespiesznym chodzie nie kryła się ani krztyna burzliwej natury, larum werwy, czegokolwiek, co nasyciłoby wyznawców bogów małostkowego chaosu.
Szła powoli wzdłuż nabrzeża, co jakiś czas zwalniając jeszcze bardziej, gdy coś przyciągało jej wzrok — sposób zbicia skrzyni, układ lin, faktura mokrych desek. Woda poruszała się ospale i bez większego przekonania, odbijając dźwigi i maszty w taki sposób, że wyglądały bardziej jak wspomnienie pionowych kształtów niż ich rzeczywisty obraz.
Zatrzymała się dopiero przy nabrzeżu.
Z torby wyciągnęła papierową torebkę z resztką pieczywa i przez chwilę obracała ją w dłoniach, zanim oderwała pierwszy kawałek i rzuciła go na mokry bruk. Najwidoczniej londyńskie gołębie posiadały spersonalizowany system komunikacji i przedziwnie wysoką wykrywalność darmowych węglowodanów, bo pojawiły się błyskawicznie.
Jeden z chojrackich ptaków podreptał wyjątkowo blisko i przechylił głowę z miną sugerującą, że oczekuje więcej.
Septima westchnęła cicho.
— Nie patrz tak na mnie. Nie jesteś nawet najbiedniejszą istotą, jaką dziś widziałam.
I rzuciła mu jeszcze kawałek, przechylając spojrzenie w mulistą toń Tamizy. Była niemalże tego samego koloru co jej oczy, a ludzie raczej niechętnie patrzyli na rzeczy, które przypominały im ich własne oblicze. Ale nie ona.
Nie była pewna czy Dægberht się spóźniał, czy też może sama przybyła odrobinę za wcześnie; skromny zegarek oplatający jej nadgarstek wybijał nieprzeliczane minuty. Po prostu nigdzie jej się dzisiaj nie spieszyło, a wiedziała, że musi odpocząć po całym dniu i nocy strugania skrzynek na prochy. Inaczej straci rozum.
Mimowolnie przesunęła wzrok na lśniący w oddali odcinek mariny, płaską linię wody, gdzie z opieszałą elegancją wyłaniał się blady zarys statku, którego białe żagle łopotały na jesiennym wietrze, migocąc, niby odległa, pustynna fatamorgana. Mogła wpatrywać się w te hipnotyczne ruchy tkanin godzinami, znajdując upodobanie, w wijących się niczym zlęknione węże, porywistych serpentynach.


Kocham drewno i duże bicepsy.
oceanic feeling
I have always loved foolishly --
like oceans love the moon:
with a pull too strong to soothe,
with tides that bruise.
wiek
28
sława
IV
krew
czysta
genetyka
bezpieśny
zawód
wagabunda
Niesamowicie piękny człowiek. 179 centymetrów wzrostu; długie, lekko falujące się, brązowe włosy. Srebrzyca. Czasami jego oczy w świetle mogą wydawać się złote. Sporadycznie kilkudniowy zarost. Kilka blizn, które zdobył na morzu, większość zakryta runicznymi tatuażami zamkniętymi w kołach. Nie używa żadnych perfum – czuć od niego pot, morze, alkohol i las.

Dægberht Flint
#2
25.06.2026, 21:29  ✶  
Dægberht również nie miał pojęcia czy się spóźniał. Czas nigdy nie był jego najlepszym przyjacielem – bo jak mógłby się nim stać, kiedy po drodze do miejsc spotkań czekało na niego tak wiele przedziwnych rzeczy wartych doświadczenia i opowiedzenia o nich, nawet jeśli oznaczało to nieco sfrustrowane mrużenie oczu przez zaniedbanego rozmówcę? Jeśli Septima była ćmą, Dægberht przyjął dziś (i nie tylko dziś) formę światła wabiącego ją w zasięg swoich promieni.

Wszystko w nim zdawało się być zaprojektowane tak, aby przyciągać uwagę. Był kimś pięknym w sposób ciężki do ujęcia słowami – niektóre rzeczy i osoby należało ujrzeć na własne oczy – tak, żeby móc poczuć ich aurę parzącą z intensywnością, jakby stało się zbyt blisko ognia. To była paskudna, londyńska jesień, a jednak jemu udawało się wyłapać dokładnie tyle resztek ciepła cudem przedzierającego się zza gęstych chmur, aby zwracać uwagę kołysaniem tafli włosów, delikatnym blaskiem opalonej skóry i biżuterii. Nie dało się jednak ukryć tego, iż nawet najsmaczniejsze słodycze w nadmiarze stawały się zwyczajnie mdłe – Flint jednak wydawał się być na to odporny. Piękno i pewność siebie stawały się puste i gorzkie, definiowało się je jako arogancję i zuchwałość w chwilach, kiedy brakło w człowieku esencji, jakiej jemu bogini nie poskąpiła – uczciwości. Czasami… czasami Flint był aż zbyt szczery i zbyt uparty. Godnie tonowało to jego urodę – rzadko który człowiek pozwalał sobie na coś niestosownego, kiedy ktoś zgasił go jak peta i jeszcze zdołał to zrymować.

– Lepszy jest chleb przy spokojnym sercu niż bogactwo pełne niepokoju – rzucił po arabsku, zbliżając się do niej z oddali. Szedł wzdłuż linii brzegowej, machając do niej ręką, żeby jej nie wystraszyć i miał ku temu bardzo dobre powody. – Uważaj na siebie Timmy, niedawno kilka osób wciągnęła tu pod wodę syrena. Nie wiem co prawda co miałaby robić w mieście, ale w knajpie portowej jednego wieczoru gadali tylko o tym. Nie czekałaś zbyt długo…? – Nie dodał nic o sprawach, które go zajęły, ani że szedł tu slalomem. Pewne rzeczy należało przemilczeć.

Zmierzył ją wzrokiem, próbując ocenić, czy się podniesie w górę i pozwoli objąć się na powitanie, czy powinien jednak zrównać ich wysokość dosiadając się. Prawdę mówiąc, nie miał preferencji. Bardziej niż tym gdzie będą siedzieć przejmował się tym, co miało zostać pomiędzy nimi powiedziane.

@Septima Ollivander


Matka nadała mi takie imię,
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr
sedulous
Ambition tearing out the heart of you
Carving lines into you
Dripping down the sides of you
wiek
28
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
różdżkarz/snycerz/badacz
Smukła, dość wysoka jak na kobietę (172cm), niewyróżniająca się z tłumu. To co zapamiętasz po kilkusekundowej migawce, to jej ciemne włosy. Włosy, naturalnie przypominające puchową szopę, ujarzmia zaklęciami wygładzającymi. Niewielu wie, że jest pół-człowiekiem pół-pudlem, bo ten rytuał pielęgnacyjny odprawia już od 10 roku życia (dziękuję ci, świętej pamięci mamo!!) W półmroku niekoniecznie brzydka, ale dużo traci w starciu z bezlitosnym słońcem. Ujawni sińce pod oczyma i bladą, nawet trochę szarą cerę. Nie potrafi ubrać się stosownie do okazji, więc jeśli zauważysz, że w miejscu publicznym wygląda zaskakująco dobrze, to znaczy, że palce maczały w tym osoby trzecie. Głos ma raczej niższy, niż wysoki, ale wyjątkowo młody, trochę nawet dziecinny. Zawsze pachnie wiśnią. Prawdziwą czy jakimś syntetykiem magicznym, nikt nie jest w stanie stwierdzić.

Septima Ollivander
#3
06.07.2026, 03:50  ✶  
— Spokojne serce też potrafi zgłodnieć.
Septimie wydawało się czasem, że jest niedokończona. Szkielet pozbawiony mięśni, z duszą obijającą się o wapienne konstrukcje, duszą ciężką i
Nie była i mimo wszystko, rozsądek wiedział o tym doskonale. Odpowiadano na jej listy, zatrzymywano się przy jej ladzie, wracano po kolejne różdżki. Ściskano jej dłoń i przeciskano spojrzeniem przez źrenice pozbawione mglistej winiety. Widziała własne, zmęczone odbicie w szybach i zmatowiałych lustrach. Flint, z nie własnej winy, należał do tej nielicznej grupy ludzi, przy których po prostu miała wrażenie, że sama staje się cieniem własnych konturów. Nie dlatego, że był piękny, choć natura obeszła się z nim z bezwstydną hojnością — świat zdawał się pochylać ku jego obecności, jakby przyznawać mu miał nieco więcej światła, blasku, niż pozostałym. Flint nie musiał zabiegać o niczyją uwagę. Przylatywała do niego sama, lekka i posłuszna, jak ptaki do człowieka, który od dawna karmił je z otwartej dłoni.
Septima niestety nigdy nie potrafiła całkowicie wyzbyć się zazdrości wobec tych, którym świat zdawał się odpowiadać z taką łatwością i rozżalenie to zakorzeniło się w jej trzewiach już dawno temu. Kilka lat temu był nawet ktoś, przy kim przez kilka tygodni pozwalała sobie naiwnie wierzyć, że została zauważona. Wystarczył jednakże jeden, krótki moment, w który Flint znalazł się w zasięgu wzroku sympatii, a spojrzenie tamtego chłopca nieodmiennie odnajdywać miało już tylko jego.
Nie zapamiętała nieprzyjemnej wędrówki organów pod masywem żeber. Zapamiętała raczej mentalne przytaknięcie, zgodę, z jaką przyszło jej uznać, że świat rządzi się swoimi prawami i że jej porażka jest częścią harmonii, o którą przecież tak czasem dzielnie walczyła.
Dlatego gdy kąciki jej ust drgnęły na jego widok, trudno było uznać ten uśmiech za całkowicie jednoznaczny. Może uśmiechała się na widok przyjaciela, a może na widok pięknej, jasnej istoty, która nieświadomie kradła jej światło. I to z pokoju w którym panował półmrok.
— To nie może być aż tak okrutny los — powiedziała to po chojracku, choć za nic w świecie nie chciała skończyć na dnie Tamizy jako zdobycz syreny.
— Może trochę. Ale ostatnio nie miałam wielu chwil tylko dla siebie. Z daleka przychodzisz?
Podniosła się z ziemi z zaskakującym trudem, nieelegancko i trochę chwiejnie, po czym objęła go serdecznie na powitanie. Drewno bransolety zdobiącej jej nadgarstek, wbiło się delikatnie w materiał jesiennego odzienia Flinta. Zielona muszla scalona z drewnem, dziwnie gładka i niepasująca do londyńskiej jesieni, była jednym z wielu drobiazgów, które kiedyś od niego dostała. Nie była pewna, czy sam jeszcze o niej pamiętał, bo Timmy wyłudzała od znajomych wiele rożnych bibelotów, które rzekomo aktywnie "zbierała".
Ledwie zdążyli się od siebie odsunąć, gdy idąca nieopodal grupka kilku mugoli zwolniła kroku. Ktoś przeciągle zagwizdał w ich stronę, ktoś inny parsknął głupkowatym śmiechem. Septima odruchowo odwróciła głowę, a ciemne kosmyki osunęły się po policzku niczym ciemna zasłona, chroniąca ją przed nieproszoną uwagą. Oboje wiedzieli, że to nie ona była celem wulgarnych gwizdów, ale nie była w stanie ukryć rodzącego się w niej zażenowania. Głupie żarty, jeszcze głupszej zgrai. Najrozsądniej było pozwolić zaczepkom wybrzmieć, umrzeć śmiercią naturalną i kretynom pozwolić odejść z zasięgu wzroku.
Na wszelki wypadek zerknęła jednak ukradkiem na Flinta.
— Może pójdziemy od razu do knajpy? — bo na spacer nie była pewna czy miała ochotę. A w liście przyjaciel przecież podpowiedział, że ma jej coś do opowiedzenia.


Kocham drewno i duże bicepsy.
oceanic feeling
I have always loved foolishly --
like oceans love the moon:
with a pull too strong to soothe,
with tides that bruise.
wiek
28
sława
IV
krew
czysta
genetyka
bezpieśny
zawód
wagabunda
Niesamowicie piękny człowiek. 179 centymetrów wzrostu; długie, lekko falujące się, brązowe włosy. Srebrzyca. Czasami jego oczy w świetle mogą wydawać się złote. Sporadycznie kilkudniowy zarost. Kilka blizn, które zdobył na morzu, większość zakryta runicznymi tatuażami zamkniętymi w kołach. Nie używa żadnych perfum – czuć od niego pot, morze, alkohol i las.

Dægberht Flint
#4
11.07.2026, 11:17  ✶  
– Widziałem w swoim życiu zbyt wielu tonących marynarzy, żeby ci tu przytaknąć – powiedział spokojnie, chociaż w cieniu tej wypowiedzi czaił się smutek. Mógł być człowiekiem szczerym do bólu, ale nie znaczyło to przecież, że nie czaiła się w nim żadna sprzeczność i tak właśnie – pan egzorcysta mówiący głośno i dumnie o wiecznej misji wyrywania z korzeniami każdego bytu zagubionego na swojej drodze na drugą stronę, wydawał się często zdruzgotany i oszołomiony czyjąś śmiercią. Potrafił dopisywać kropki co cudzych zdań, ale nawet w swoich wierszach nie lubił poruszać tematu, jakim był ból przemijania. Życie było piękne. Oh, przepiękne! A jednocześnie przerażająco smutne w swojej kruchości, jeśli skupiłeś się na tym za mocno.

Dlatego Dægberht nie lubił zatrzymywać się myślami na tym temacie. I dlatego nie wyruszał w dalekie podróże bez rumu upchniętego w skrzyni w kajucie. Umysł ludzki potrafił skazywać na rzeczy bardzo… nieznośne. Wwiercały ci się boleśnie w umysł, jeśli nie potrafiłeś wymusić na sobie zaśnięcia i obudzenia się ze świeżą głową.

Podał jej rękę, jeśli jej potrzebowała by wstać, nie narzucił się z tym jednak nadmiernie. Przytulił ją natomiast tak, jakby chciał odebrać sobie z duszy przynajmniej odrobinę ciężaru tęsknoty. Celowo tego nie zrobił, ale nie pozostawił choćby cienia złudzenia w tym, że ich spotkanie nie wynikało z grzeczności, lecz z faktycznej sympatii. Od zawsze dużo opowiadał, wymieniał w absurdalnych ilościach znajomych i przyjaciół, których odwiedzał podczas wiecznej wędrówki, współpracowników, fanów, sprzymierzeńców. Wyglądało na to, że nietrudno było znaleźć się na liście osób obdarowywanych listami i prezentami z licznych podróży, ale… tak szczerze, to wcale nie miał aż tak wielu bliskich, jak można się spodziewać po jego przebojowości. Zbyt często odpływał. Zbyt często zostawiał innych za sobą i machał ręką z myślą, że bez niego będą szczęśliwsi. Nie będą musieli czuć się przy nim źle, nie będą musieli się o niego martwić, nie będą musieli tęsknić – łatwiej było żyć jako znajomy niż druga połówka czyjejś duszy, a jednak… Dla niektórych robił wyjątki. Uważał za czysty przypadek, że były to akurat kobiety, bo nie lubił właśnie tego, co wydarzyło się sekundę po tym, kiedy przestał czuć ciepło dłoni Septimy na swoich plecach.

Pogarda. Złość. Nie wyglądały zbyt dobrze na ślicznej i delikatnej twarzy, ale miały w sobie coś niezwykłego – bo widziało się je tak rzadko, że momentami ciężko było uwierzyć w możliwość zawitania ich na skąpanej w słońcu buzi kogoś, kto uważał się za wysłannika księżycowej bogini.

Flint zacisnął zęby. W jego oczach dało się ujrzeć toczoną wewnątrz walkę. Oh, on bardzo, ale to bardzo chciał powiedzieć tym mugolom coś, czego pożałuje po sekundzie. W tych czasach niezwykle łatwo było dobrać raniące słowa dokładnie tak, żeby uderzyć kogoś w czuły punkt, a on nienawidził kiedy ktoś brał go za dziewczynę. Powstrzymał się, bo porywanie ludzi jak sztorm nie leżało w jego naturze. Przymknął na moment oczy, na ledwie kilka sekund, ale bardzo wymownych. Kiedy je otworzył, patrzył tylko na Septimę.

– Pójdźmy – przytaknął. – Nie chcę zabrzmieć nadmiernie dramatycznie, ale… jak będziemy szli – a ruszył już teraz, odwracając się w jej kierunku żeby zaoferować swoją rękę – powiedz mi od razu, że nie planujesz wybierać się na sabat w Dolinie. – Nie, to nie było pytanie. On czekał tylko i wyłącznie na zaprzeczenie mające uspokoić jego serce.

@Septima Ollivander


Matka nadała mi takie imię,
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr
sedulous
Ambition tearing out the heart of you
Carving lines into you
Dripping down the sides of you
wiek
28
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
różdżkarz/snycerz/badacz
Smukła, dość wysoka jak na kobietę (172cm), niewyróżniająca się z tłumu. To co zapamiętasz po kilkusekundowej migawce, to jej ciemne włosy. Włosy, naturalnie przypominające puchową szopę, ujarzmia zaklęciami wygładzającymi. Niewielu wie, że jest pół-człowiekiem pół-pudlem, bo ten rytuał pielęgnacyjny odprawia już od 10 roku życia (dziękuję ci, świętej pamięci mamo!!) W półmroku niekoniecznie brzydka, ale dużo traci w starciu z bezlitosnym słońcem. Ujawni sińce pod oczyma i bladą, nawet trochę szarą cerę. Nie potrafi ubrać się stosownie do okazji, więc jeśli zauważysz, że w miejscu publicznym wygląda zaskakująco dobrze, to znaczy, że palce maczały w tym osoby trzecie. Głos ma raczej niższy, niż wysoki, ale wyjątkowo młody, trochę nawet dziecinny. Zawsze pachnie wiśnią. Prawdziwą czy jakimś syntetykiem magicznym, nikt nie jest w stanie stwierdzić.

Septima Ollivander
#5
14.07.2026, 00:46  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.07.2026, 14:55 przez Septima Ollivander.)  
Za każdym razem, gdy wspominał tonących marynarzy, jej myśli odpływały w zadumę. Nie dlatego, że temat śmierci ją przerażał. Z tą zdążyła zawrzeć już dawno niepisany rozejm, kruchy i pełen wyjątków, ale jednak wystarczająco trwały, by nie odwracała wzroku od cudzych historii. Bardziej niepokoiło ją to, że każde takie zdanie natychmiast odbierała jako przypomnienie o nim samym, o człowieku, który wyruszał i znikał w nieznane, tak samo jak inni wychodzili z domu po masło i chleb.
Wiedziała przecież, że morze nie potrzebowało okrucieństwa syren, by zabierać bezpowrotnie ludzi. Czasem wystarczała mgła gęsta jak kasza manna. Czasem źle postawiony krok na podmokłym pokładzie. Czasem zwykły kaprys pogody, której nawet bogowie nie byli w stanie przekonać do posłuszeństwa.
Bywały dni, kiedy łapała się na tym, że słysząc o kolejnym statku wpływającym do portu, odruchowo zastanawiała się, czy był na nim również Flint, choć nigdy nie wypowiadała podobnych obaw na głos. Podejrzewała zresztą, że gdyby znał rozmiar tej cichej troski, uznałby ją za coś równie nieznośnego, co przesadnego. Był przecież człowiekiem, którego nie dało się zatrzymać przy brzegu, a próba przywiązania go siłą do lądu przypominałaby przekonywanie przypływu, aby został i już nigdy nie wracał.
Pamiętała również dzień, kiedy po raz pierwszy zabrał ją na Tamizę.
Nie płynęli daleko. Wystarczyło jednak kilka zakoli, żeby miasto wyblakło za ich plecami, a rzeka zaczęła wyglądać tak, jakby pamiętała jeszcze czasy starsze od Londynu. Dopłynęli wtedy do moczaru tak dzikiego, że gęsty szlam rzęsy wodnej zbierać można było garściami; woda była ciemna, nieruchoma, szczelnie przykryta tajemniczym zielonym kocem. Zastanawiała się jakie sekrety mogła skrywać? Pochyliła się nad burtą i przez krótką chwilę zobaczyła jego twarz rozmytą pod taflą, zatopioną pośród miękko rozpłaszczonych kapeluszy szeregu wodnych lilii. Woda porwała jego odbicie i rozszarpała je na tyle skutecznie, że przez jedno mocne uderzenie serca mogłaby przysiąc, iż patrzy w oczy topielca ze złotym grążelem w ustach.
Tej samej nocy przyśniło jej się, że woła go z brzegu, lecz ta sama stara rzeka uparcie oddawała tylko jego piękny uśmiech.

Twarz Septimy pozostawała niewzruszona, częściowo ukryta za ciemnymi kosmykami, które wiatr co chwilę wprawiał w ruch. Po odgłosie kroków poznała, że choć tamci zwolnili i nadal o czymś rozmawiali, nie przyszło im do głowy zatrzymać się obok.
Zobaczyła napięcie buzujące w męskich barkach; wyczuła je wcześniej niż gniew na twarzy — w zaciśniętej szczęce, w oddechu urwanym gdzieś pomiędzy wątłą cierpliwością, a odruchem, by jednak odpowiedzieć i to stanowczo. Kiedy więc odwrócił się ku niej i wyciągnął ramię, przyjęła je bez chwili zawahania.
Choć mięśnie wciąż miała napięte od tej krótkiej, nieproszonej sceny, nie pozwoliła, by przeistoczyło się to w grymas. Wyprostowała się jedynie odrobinę, wygładzając dłonią materiał płaszcza, jakby jedynym, co wydarzyło się przed chwilą, był zbyt silny podmuch wiatru. Po czym można było poznać prawdziwego londyńczyka? Ano po tym, że na każdą taką anomalię reagował obojętnością. Chyba, że naprawdę chciał się z kimś naparzać, więc jeśli zgraja mugoli jeszcze trochę pobeczy i poszturcha, to z pewnością natrafi w końcu na kogoś, kto tylko na podobny moment czeka.
Ruszyła pierwsza, pozostawiając za plecami i gwizdy, i śmiech, jakby należały już do poprzedniej strony. Oni swoją przerzucili i to rutynowo. Odruchowo jednakże sprawdziła swoją torbę — tak jakby mugole usprawnieni w moce telekinezy mogli ukraść jej własny dobytek przepasany na ukos ciała.
— W Dolinie? Nie planuję — odpowiedziała szczerze, choć domysły zaczęły plądrować jej umysł. Echo śmiechów i urwanych mugolskich docinków niosło się jeszcze za odchodzącymi sylwetkami. Cholerny cockney akcent. Jakby sama bezczelność nie wystarczała, musiała jeszcze tak brzmieć! Czy istniało coś gorszego dla ucha? — a nawet gdybym planowała, sądzę, że właśnie odebrałeś mi ochotę. Zabrzmiało to bardziej jak zakaz niż prośba.
Ollivander lubiła zaznać czasem dreszczyku emocji, więc ton pytania Flinta jej nie zastanowił. Zastanowiło ją za to coś innego.  Spojrzała na niego z ukosa.
— O czym wiesz, o czym ja nie wiem, Dægberhcie? — pełne imię miękło na jej języku rzadziej niż Flint, dlatego zawsze brzmiało odrobinę poważniej.
Kilka zakrętów dalej znaleźli się pod masywną bryłą Ivory House, której ceglane ściany od dziesięcioleci patrzyły na przypływy i odpływy Tamizy. Ollivander obejrzała się za siebie, tak jakby wyczekiwała, że ktoś przez cały ten czas deptał im po trzewikach. Ani jednej żywej duszy.
— Czy wiesz o tym…od Macmillanów?
Właściwie to nie chciała tego pytania zadawać, bo wiedziała w jakiej pozycji umieszczało ją w kręgach własnej rodziny — właściwie to żadnych. Ale ciekawość i tym razem z nią wygrała.


Kocham drewno i duże bicepsy.
oceanic feeling
I have always loved foolishly --
like oceans love the moon:
with a pull too strong to soothe,
with tides that bruise.
wiek
28
sława
IV
krew
czysta
genetyka
bezpieśny
zawód
wagabunda
Niesamowicie piękny człowiek. 179 centymetrów wzrostu; długie, lekko falujące się, brązowe włosy. Srebrzyca. Czasami jego oczy w świetle mogą wydawać się złote. Sporadycznie kilkudniowy zarost. Kilka blizn, które zdobył na morzu, większość zakryta runicznymi tatuażami zamkniętymi w kołach. Nie używa żadnych perfum – czuć od niego pot, morze, alkohol i las.

Dægberht Flint
#6
24.08.2026, 09:05  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.08.2026, 10:07 przez Dægberht Flint.)  
Zakaz.

Wiedział, że to żart, a jednocześnie ten żart brzmiał w zestawieniu z jego naturą bardzo obco i rozszedł się po jego umyśle echem.

– Normalnie bym narzekał na to określenie, ale wiesz co? Teraz mi nawet leży to, że nie wyczułaś błagalnego tonu. – Naprawdę wydawało mu się, że takowy musiał się w jego wypowiedziach kryć. Zapewne dlatego jak bardzo całe to zdarzenie wpychało go w objęcia bezradności. Nie mógł tak po prostu zgłosić tego Departamentowi Przestrzegania Prawa. Nie mógł też dołączyć do zbiorowiska, w którego cele najzwyczajniej w świecie nie wierzył. – Nie wiem, czy Macmillanowie coś wiedzą – pokręcił głową.

Mówił ciszej niż zwykle i dało się łatwo przyuważyć, jak mruży oczy w chwili, kiedy jakiś przybłęda się w niego nadmiernie wsłuchuje. Posłał jej więc znaczące spojrzenie i do wyjawienia odpowiedzi na jej pytanie poczekał do momentu, w którym siedzieli przy stoliku, a jego słowa zagłuszały dźwięki knajpy.

– Dostałem w kowenie kartkę z faktyczną groźbą: że jak o tym powiem Ministerstwu to mnie potraktują jak zdrajcę, a zdrajców się wiesza. Najwyraźniej niektórzy wyznawcy Whitecroft się… zradykalizowali… i ja… – Był tym wyraźnie rozgoryczony. Nie dławił się tym uczuciem, ale na jego twarz wypełzało wyraźny dyskomfort. Milczał przez kilka sekund. Próbował pozbierać to wszystko w całość, zanim się przed drugim człowiekiem obnaży z czegoś, czego już nie będzie mógł zakryć. Nie lubił wypływać na wody pewnych rozmów, bo chociaż zwykł przegadywać innych, to nie znaczyło wcale, że się lubił w pewnych kwestiach odsłaniać. Szczególnie, kiedy go to czyniło w oczach innych naiwnym. Poezja, chociaż pozwalała się uzewnętrzniać jak nic innego, pozostawała czymś, nad czym miał pełną kontrolę. Rozmowy nie były jednostronne. – Pomijam fakt, jak ciężko uznać za poważne szturmowanie Polany Ognisk w sabat, ale przysięgam ci, że Bogini nie szepnęła mi ani słowa na ten temat. Nawet przez chwilę. – I nagle nie było już miejsca na kolejne pomyłki w odczytywaniu sedna sprawy. Nie trzeba było się nad tym zastanawiać i rozdłubywać elementów układanki, bo srebrne oczy zgasły na moment, kiedy pochylił głowę do przodu i od razu przed oczyma miało się Dægberhta Flinta, w tej małej kamienicy przy Alei Horyzontalnej, przygryzającego wargę i ukrywającego wzburzenie, kiedy w chorym umyśle nie słyszał nic prócz głuchej ciszy. Całe to ostrzeżenie zbudował na fundamencie jakim było głębokie zwątpienie w to, że bogini wybrałaby innych ludzi, a nie jego – no i jak mu się miał język rozsupływać z łatwością, jeśli to była opowieść o jego potencjalnej porażce? – Tam się nie stanie nic dobrego dla świata. – Budował już wokół tego teorie. – Może… to Ministerstwo właśnie chce wyłapać buntowników, ale Victoria przecież by mi powiedziała.

@Septima Ollivander


Matka nadała mi takie imię,
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr
sedulous
Ambition tearing out the heart of you
Carving lines into you
Dripping down the sides of you
wiek
28
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
różdżkarz/snycerz/badacz
Smukła, dość wysoka jak na kobietę (172cm), niewyróżniająca się z tłumu. To co zapamiętasz po kilkusekundowej migawce, to jej ciemne włosy. Włosy, naturalnie przypominające puchową szopę, ujarzmia zaklęciami wygładzającymi. Niewielu wie, że jest pół-człowiekiem pół-pudlem, bo ten rytuał pielęgnacyjny odprawia już od 10 roku życia (dziękuję ci, świętej pamięci mamo!!) W półmroku niekoniecznie brzydka, ale dużo traci w starciu z bezlitosnym słońcem. Ujawni sińce pod oczyma i bladą, nawet trochę szarą cerę. Nie potrafi ubrać się stosownie do okazji, więc jeśli zauważysz, że w miejscu publicznym wygląda zaskakująco dobrze, to znaczy, że palce maczały w tym osoby trzecie. Głos ma raczej niższy, niż wysoki, ale wyjątkowo młody, trochę nawet dziecinny. Zawsze pachnie wiśnią. Prawdziwą czy jakimś syntetykiem magicznym, nikt nie jest w stanie stwierdzić.

Septima Ollivander
#7
05.09.2026, 23:28  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.09.2026, 23:28 przez Septima Ollivander.)  
— Semantyka — przebąknęła sucho i pożałowała tego, zanim zdanie zdążyło ulecieć w eter.
Prawda, ale prawda bezużyteczna. Flintowi napisano, że wiesza się takich jak on, a ona wzięła to zdanie i dmuchnęła na nie, jak dmucha się na świeczkę w torcie. Przecież miała serce. Jak bardzo uwielbiała udawać, że nie.
Już wtedy siedzieli, ale wstała, obeszła stół i usiadła przy nim, na tej samej wysłużonej ławie, dosuwając kufel po lepkim blacie tak, że zostawił za sobą ślimaczy trop.
A potem Septima zamilkła wysłuchawszy go do końca. Bo dopiero teraz zaczęła to naprawdę rozkładać na części. On wiedział — nie przypuszczał, nie snuł jednej ze swoich teorii przy rumie, tylko wiedział, że na Polanie Ognisk stanie się coś, po czym ludzie nie wrócą do domów i nosił to przy sobie od dnia, w którym dostał kartkę, a kartka uwierała go jak wiór, który wszedł pod paznokieć zbyt głęboko, żeby dało się go stamtąd wyjąć. Nie mógł pójść z tym do Departamentu, bo zdrajców się wiesza. Nie mógł nie robić nic i patrzeć. Nie mógł powiedzieć nikomu, kto miałby jakiekolwiek realną władzę, ale powiedział jej — różdżkarce, która wieczorami struga skrzynki na prochy i nie ma nawet żadnego dobrego znajomego w Ministerstwie, bo Victoria była jego przyjaciółką, nie jej.
Przeklnęła pod nosem, bo nawet zrodzonej z kłody Septimie Ollivander zrobiło się gorzej w starciu z taką informacją. W ustach zrobiło jej się sucho, całkiem jakby to ona przez ostatnie tygodnie chodziła z tą przeklętą kartką w kieszeni. Teraz i ona ją nosiła. Takiej wiedzy nie odkładało się z powrotem na zakurzoną półkę — od tej chwili Timmy też należała do wąskiej grupy ludzi, którzy będą wiedzieli wcześniej i będą milczeli, gdy przeczytają w „Proroku", ilu ludzi zaginęło, a ilu zginęło, tak po prostu. We wrześniu nikt nikogo nie ostrzegał.
— Bogini nic szepnęła… ale kartkę dostałeś — powiedziała w końcu, łudząc się, że jej słowa dodadzą mu choć odrobinę otuchy. Nie siedziała w jego głowie, ani nie dzieliła z nim tej samej miłości do bogini, ale zrozumiała skąd brało się jego rozgoryczenie. Z opuszczenia. Z tęsknoty. Z pustki.
Owinęła dłonie wokół kufla i zaraz je cofnęła, bo szkło było zimne. Nie miała co z nimi począć, a nerwowość powoli obejmowała jej kończyny, więc zajęła się dolną wargą, którą zagryzała miarowo i bezwiednie.
W knajpie ktoś przewrócił stołek. Ktoś inny zaśmiał się na to zbyt donośnie i przez chwilę Timmy wodziła wzrokiem po sali, licząc, ile osób siedzi tyłem do drzwi,i wyszło jej, że właściwie to tylko oni dwoje, co było akurat wyjątkowo naganne, biorąc pod uwagę, o czym teraz rozmawiali. Zmrużyła podejrzliwie oczy. Musiała zacząć myśleć trzeźwo, nawet gdy ciało lgnęło ku ramionom paniki.
— Nawet jeśli Ministerstwo wie, to nie znaczy, że Victoria wie. Odpraw przed akcją nie dostaje się tak wcześnie — objaśniła, tak jakby się na tym znała. Nie znała. Teoretyzowała — a jeśli podejrzewają, że coś w środku przecieka, to tym bardziej nie rozdadzą rozkazów młodszym aurorom z wyprzedzeniem. Jej milczenie może nie znaczyć nic.
Przechyliła się nieco w jego stronę. Kosmyki opadły z ramienia i musiała je zgarnąć za ucho, bo lazły w kufel.
Odchrząknęła, zniżając znacząco głos.
— Masz ją przy sobie? Tę kartkę.
Zapauzowała, niepewna czy powinna zadawać to pytanie.
— Masz jakieś podejrzenia kto może być autorem?

@Dægberht Flint
oceanic feeling
I have always loved foolishly --
like oceans love the moon:
with a pull too strong to soothe,
with tides that bruise.
wiek
28
sława
IV
krew
czysta
genetyka
bezpieśny
zawód
wagabunda
Niesamowicie piękny człowiek. 179 centymetrów wzrostu; długie, lekko falujące się, brązowe włosy. Srebrzyca. Czasami jego oczy w świetle mogą wydawać się złote. Sporadycznie kilkudniowy zarost. Kilka blizn, które zdobył na morzu, większość zakryta runicznymi tatuażami zamkniętymi w kołach. Nie używa żadnych perfum – czuć od niego pot, morze, alkohol i las.

Dægberht Flint
#8
Wczoraj, 11:14  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: Wczoraj, 11:46 przez Dægberht Flint.)  
Bardzo chciał w to wierzyć. Wierzył w tak wiele rzeczy, w które nie wierzył nikt inny, nawet za cenę bycia wyśmianym i wiedzenie żywota popychadła. Oddałby za swą wiarę tak wiele, dałby sobie serce wyrwać, niech mu zgolą włosy, niech cierpi, ale nigdy jej nie straci – Pani Księżyca spoglądająca na niego z góry każdej nocy znaczyła dla niego więcej niż jego własny żywot – nigdy by jej nie porzucił i nie był w stanie bez niej istnieć. A teraz tak bardzo chciał wierzyć. W Victorię. Pytała się go zawsze, czy wszystko u niego w porządku. Pisała mu o rzeczach. Teraz na każde westchnienie odpowiadała mu cisza i nie mógł przestać zastanawiać się, kto wokół niego był częścią jakiejś paskudnej zmowy, a kto pozostawał po jego stronie.

Czuł się jak hipokryta, bo czemu niby oczekiwał od niej słowa, jeśli sam nie napisał do niej nic? Ale jednocześnie oferował sobie dwie łyżki zrozumienia. Może i go nie przerażało bycie obdartym ze skóry, ale te groźby do niego trafiały, bo się przecież mogły rozlać na ludzi wokół niego. Vivianne może i potrafiła się obronić, ale Abigail… aż mu serce stanęło. Abigail tracąca choćby palca za coś, co było tylko i wyłącznie jego winą… Ta wizja przyprawiała go o mdłości. Panikarzem ani histerykiem to on nie był, ale mało go wojna w Anglii jeszcze przetrzepała. Najgorsze co się wydarzyło, to jest ósmy września, był w rzeczywistości pierwszym zdarzeniem, w którym mógł poczuć się ofiarą. Nie to, żeby wcześniej istnienie Śmierciożerców napełniało go jakimś spokojem czy optymizmem, ale sami wiecie – jak już poczujesz coś na własnej skórze i skosztujesz owoców wcześniejszej obojętności, to każda kolejna groźba odbija na tobie coraz większe piętno.

Z całą miłością do niej, szokowało go nieco, że to akurat Septima pomogła mu w tym momencie nie stracić wigoru ani siły ducha. Bardziej po niej niż po sobie spodziewał się przesuwania po blacie zwiniętej karteczki drżącą ręką.

– Mam. – Miał karteczkę, którą jej podał i miał też wrażenie, że będzie ją przy sobie nosił jeszcze długo, nawet jeśli jest to idiotyczne. Nauczył się jej na pamięć, nic szczególnego z niej nie wyniesie, więc po co ją nosił? Planował zagadać losowego widmowidza, czy zobaczy tam coś więcej niż obraz jego użalającego się nad sobą? Jeśli jakaś emocja się w tym skrawku zapisała, to ją zapewne wyparł własną. – I nie mam. Prawdę mówiąc, to sam znam co najwyżej jedną osobę, która mogłaby chcieć się tam pchać, a nie jestem nawet pewien tego, czy ostatecznie to zrobi. – Odwrócił na moment twarz w bok. – Ministerstwo ogłosiło, że szukają egzorcystów do współpracy w łapaniu duchów z obrzeża lasu. Tak się zafiksowałem na tym wszystkim, że się chciałem zgłosić jako chętny głównie – ale nie tylko, rzecz jasna – po to, żeby zobaczyć, kto jeszcze będzie się tam kręcił. Tylko co mi po tym, że będzie wiedział? Spróbuję te osoby przekonać do tego, że to beznadziejny pomysł? Obawiam się, że to głupia ludzka ciekawość w chwili kiedy dzieje się coś, czemu nie umiem zapobiec. Jak o tym wszystkim myślę, to moją wyobraźnię spowija bezkresna czerń.

Mówił cicho, z wyuczoną manierą. Nie zważał też za bardzo na oczy gapiów, bo przywykł do tego, że zawsze (a więc i teraz) kilka natrętnych par oczu zerkało w jego kierunku. Do niektórych rzeczy musiał w życiu przywyknąć.

@Septima Ollivander


Matka nadała mi takie imię,
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Dægberht Flint (1919), Septima Ollivander (2177)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa