06.09.2026, 18:35 ✶
Westchnął, westchnął bardzo wokalnie, wyrażając swoją wdzięczność za masaż głowy, która od natłoku wszystkiego bolała go za bardzo. Wczorajszy wieczór ciężko było nazwać udanym. Chciał ją pocałować i uciekł. Odtwarzał ten moment setki razy w swojej głowie i nie mógł być pewien, nie mógł wiedzieć czy uczucie było wzajemne, czy tak samo jak on, tak i ona tego pragnęła.
Nie wiedział.
A potem poszedł do OSTATNIEJ osoby, do której powinien z tym pójść, mokry od ulewy, która wezbrała wtedy. Poszedł do niego pod pretekstem znalezienia pralinek, innych czekoladek, które mogłyby jej zrekompensować te rozrzucone po wieży, te którymi jeszcze przed momentem go karmiła, muskając jego wargi swoimi gładkimi jak płatki róż palcami.
Ale poszedł do Jonathana jak skończony debil, jak imbecyl, jak masochista, który być całkiem prawdopodobnie chciał nową ranę przesłonić starą, znajomą raną. Prawie go tam pogryzł, prawie zmusił do uklęknięcia, prawie zawłaszczył sobie ostatni raz jego ciepło, tylko po to by nie myśleć o rozwianych na wietrze kruczoczarnych włosach pani detektyw, ale Jonathan nie był sam.
Młodzik siedzący obok, rozwalony na swoim siedzisku właściwie, naznaczony ugryzieniem leniwie wystającym zza koszuli… Gabriel nawet nie wiedział o czym wtedy mówił, mimo że nic nie pił, dlaczego miałby pamiętać cokolwiek z tej rozmowy?
– Jeseś nienormalnnn….nieno…nie… – przyznał westchnąwszy ponownie, nadstawiając głowę do głaskania, bo mógł Gustawa nienawidzić, ale skórę miał spragnioną jakiejkolwiek pieszczoty, uczucia innego niż chłodna obojętność. A może już zwyczajnie nie kontaktował co się wokół niego działo. Tak… to też była opcja.
– Miłoś… miłoś najgorsza… – niestety dotarło do niego pytanie, które momentalnie zacisnęło mu klatkę piersiową, skargą na los, który nie dawał mu spokoju. Nie rozumiał czemu tak lgnął do tej kobiety, nie chciał do niej lgnąć, nie chciał jej ufać, ani tęsknie wypatrywać jej towarzystwa. Nienawidził siebie za to, jak żałośnie musiał wić się pod spojrzeniem jej jadowitych zielonych oczu, w jakiej pogardzie musiała mieć wszystko co sobą reprezentował teraz, gdy już nie był jej podejrzanym. Spazm wyrwał się z jego piersi, drgawki wzmocnione alkoholem wydobyły z głębi trzewi obrzydliwy skowyt osoby, która myślała, że już nie jest na skraju, a potem odwróciła się do wyrywy, do której stała plecami. Łzy polały się strugą, a dłonie zacisnęły na barkach ubrudzonej białej poduszki noszącej inicjały:
Ktoś mógłby powiedzieć, że zdecydowanie przydałaby mu się konsultacja magipsychiatryczna. Ktoś mógłby szydzić, że sam był magipsychiatrą. Cóż… jak mówiło stare porzekadło, szewc zwykł nie mieć czasu aby robić buty dla siebie.
Nie wiedział.
A potem poszedł do OSTATNIEJ osoby, do której powinien z tym pójść, mokry od ulewy, która wezbrała wtedy. Poszedł do niego pod pretekstem znalezienia pralinek, innych czekoladek, które mogłyby jej zrekompensować te rozrzucone po wieży, te którymi jeszcze przed momentem go karmiła, muskając jego wargi swoimi gładkimi jak płatki róż palcami.
Ale poszedł do Jonathana jak skończony debil, jak imbecyl, jak masochista, który być całkiem prawdopodobnie chciał nową ranę przesłonić starą, znajomą raną. Prawie go tam pogryzł, prawie zmusił do uklęknięcia, prawie zawłaszczył sobie ostatni raz jego ciepło, tylko po to by nie myśleć o rozwianych na wietrze kruczoczarnych włosach pani detektyw, ale Jonathan nie był sam.
Młodzik siedzący obok, rozwalony na swoim siedzisku właściwie, naznaczony ugryzieniem leniwie wystającym zza koszuli… Gabriel nawet nie wiedział o czym wtedy mówił, mimo że nic nie pił, dlaczego miałby pamiętać cokolwiek z tej rozmowy?
– Jeseś nienormalnnn….nieno…nie… – przyznał westchnąwszy ponownie, nadstawiając głowę do głaskania, bo mógł Gustawa nienawidzić, ale skórę miał spragnioną jakiejkolwiek pieszczoty, uczucia innego niż chłodna obojętność. A może już zwyczajnie nie kontaktował co się wokół niego działo. Tak… to też była opcja.
– Miłoś… miłoś najgorsza… – niestety dotarło do niego pytanie, które momentalnie zacisnęło mu klatkę piersiową, skargą na los, który nie dawał mu spokoju. Nie rozumiał czemu tak lgnął do tej kobiety, nie chciał do niej lgnąć, nie chciał jej ufać, ani tęsknie wypatrywać jej towarzystwa. Nienawidził siebie za to, jak żałośnie musiał wić się pod spojrzeniem jej jadowitych zielonych oczu, w jakiej pogardzie musiała mieć wszystko co sobą reprezentował teraz, gdy już nie był jej podejrzanym. Spazm wyrwał się z jego piersi, drgawki wzmocnione alkoholem wydobyły z głębi trzewi obrzydliwy skowyt osoby, która myślała, że już nie jest na skraju, a potem odwróciła się do wyrywy, do której stała plecami. Łzy polały się strugą, a dłonie zacisnęły na barkach ubrudzonej białej poduszki noszącej inicjały:
GD
. Ktoś mógłby powiedzieć, że zdecydowanie przydałaby mu się konsultacja magipsychiatryczna. Ktoś mógłby szydzić, że sam był magipsychiatrą. Cóż… jak mówiło stare porzekadło, szewc zwykł nie mieć czasu aby robić buty dla siebie.