• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Śmiertelnego Nokturnu v
1 2 3 4 Dalej »
[Jesień 72, 01.11 | Burke's Crossroads | Urd i Ceo] Nim wstanie dzień

[Jesień 72, 01.11 | Burke's Crossroads | Urd i Ceo] Nim wstanie dzień
Paserka z Nokturnu
Nagroda przynależy zuchwałym, a splendor zwycięzcom.
wiek
30
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Skup, sprzedaż, pośrednictwo.
Wysoka na 175cm i szczupła kobieta o długich blond włosach luźno okalających nieco podłużną twarz o chłodnej cerze, błękitnych oczach i rubinowych ustach. Ubrana zazwyczaj schludnie i klasycznie w długą spódnicę i pasującą koszulę, którą okrywa tradycyjną szatą. Całość najczęściej w barwach czerni i zieleni z deseniami czerwieni i fioletu oraz kontrastującym eleganckim dodatkiem. Jej uroda idealnie współgra z melodyjnym głosem, bezbłędną dykcją oraz naturalną gracją ruchów. Niezależenie od miejsca i sytuacji sprawia wrażenie jakby zawsze była właściwą osobą we właściwym miejscu.

Ceolsige Burke
#1
27.09.2026, 09:09  ✶  
01.11.1972 Nim wstanie dzień | Burke's Crossroads

Chłodna noc pokrywała krajobraz ciemny całunem poprzetykanym szarością i cieniami zbierającej się mgły, która rozważała chwiejnie możliwość spokojnego otulenia świata ponurym szronem, wilgotnym połyskiem czy z goła wezbrać w sobie dość sił by w nadchodzącym poranku zrosić wszystko mżawką. Mżawką, która podążając za przykładem swoich poprzedniczek mogła spróbować nadać jakieś wrażenie świeżości w miejsce męczącego nozdrza zaduchu Ulicy Śmiertelnego Nokturnu. Zapach jaki towarzyszył tak często ciemnym, zakapturzonym sylwetkom przecinającym ukradkiem lub zgoła ostentacyjnie otwarcie zaułki tej części magicznego Londynu. Wynurzające się z przejść i nor zacienione sylwetki podejrzanych indywiduów dokładały wrażenie zagrożenia do ponurej atmosfery bijącej ze ścian i okien okolicznych budynków. Okolica biła niewypowiedzianą groźbą i jeżyła włosy na karku każdemu, kto nie umiał lawirować pośród duszących cieni i czających się wśród nich zagrożeń. I pośród tych niewątpliwych zalet ponownie zapach, wypełniający większość pracowni i sklepów. Po spalonej nocy wszystkie ale teraz wydawało się, że jeden ze sklepików odzyskał swój dawny nastrój. A przynajmniej przeminął w nim chwilowy zaduch.

Ukryta w wąskiej, brukowanej uliczce, do której rzadko zaglądało słońce stała piętrowa kamienica zbudowana ze zbrązowiałej cegły. Spod czarnego spiczastego dachu wyglądało jedno okrągłe okno poddasza oraz dwa wąskie okna piętra przypominjące bardziej wysokie , czarne szczeliny strzelnicze niż okna budynku mieszkalnego. W jednym z nich majaczył jeszcze pomarańczowy blask świeczki ukrytej w lampionie. Prawie całą frontową ścianę parteru stanowiło półkoliste, okno o nierównych szkłach, która zniekształcały obraz do tego stopnia, że mogły wywołać nudności. Grube krzyżujące się, żelazne kraty pokryte warstwą rudej patyny chroniły okno. Piął się po nich wyrastający z ziemi zgniłozielony bluszcz o długich, ostrych liściach, który nic sobie nie robił z zimy lub prób jego wyplenienia prze właścicielkę. Niemal w samym narożniku znajdowały się wąskie, wysokie dębowe drzwi z mosiężną kołatką w kształcie głowy syczącego kota. Niczym niewyróżniający się obrazek dopełniany był przez kremowy szyld z czarnymi ciągnącymi się napisami "Burke's Crossroads" nad drzwiami oraz niewielką mosiężną tabliczką przyczepioną do drzwi z czarnymi literami "SKUP SPRZEDAŻ POŚREDNICTWO". Drzwi od poprzedniego wieczora nosiły w sobie znamię Samhain w postaci nieregularnie przybitych żelaznych gwoździ.
Wnętrze kantoru zazwyczaj tonąc w pełzających półcieniach poganianych drżącymi płomieniami zaczarowanych świeczek, teraz skryte było w mroku i niemal ciszy. Pojedyncze trzaski i chrobotania wskazywały, że jakieś nocne życie mogło się toczyć pośród regałów. Zaskakująco przestronne przejście prowadzi wprost do szerokiej dębowej lady, obok której trzeba przejść by dostać się do regałów zastawionych różnymi magicznymi precjozami. Tuż obok przejście prowadziło do niewielkiego saloniku i schodów na piętro.
Pokryty mrokiem hol był niewielki. Ginął niemal cały w jesiennym kroku, zostawiając zmysłom tylko zarys konturów wnętrza. U szczytu schodów balustrada przechodziła w zwieńczenie układające się w smukła sowę z rozpostartymi daleko za plecy skrzydłami. Jej drewniane pióra, wygładzone przez lata dotykiem ludzkich dłoni, ginęły teraz w cieniu, stanowiąc cichego strażnika progu, który drapieżnie wpatruje się w znajdujące się naprzeciwko okno. Schody wychodziły na wprost tego niewielkiego, wąskiego okna. Za grubymi szybami rozciągał się widok na ciasną zabudowę sąsiednich kamienic. Wskutek braku jakiegokolwiek światła wewnątrz, tło za oknem tworzyło hipnotyzującą mozaikę głębokich cieni, skrawków dachów i mrocznych rysów architektonicznych, które zdawały się zaciskać wokół budynków. Z holu prowadziło kilkoro ciemnych drzwi do prywatnych pomieszczeń. W mroku ich zarys sugerował, że są dużo bardziej masywne niż w rzeczywistości. W przestrzeniach pomiędzy nimi, przyciśnięte do ścian, stały nisko osadzone, płytkie komódki o mosiężnych okuciach. Nad nimi wisiały niewielkie obrazy w grubych ramach — z powodu panującej ciemności ich tematyka pozostawała całkowitą tajemnicą, zamieniona w czarne, milczące płótna ponuro spoglądające na przeciwległą ścianę. Jedne z drzwi, prowadzące do łazienki, były uchylone. Normalnie wąska szczelina jawiła się jako szeroki cień z którego wypływało chłodniejsze, wilgotne powietrze. Dopiero głębiej, na samym końcu korytarza, pojawiał się jedyny punkt odniesienia dla wzroku. Naprzeciwko kolejnych, stromych schodów wiodących na poddasze, spod zamkniętych drzwi sączył się ledwie widoczny, pomarańczowy blask. Światło to drżało miękko i migotliwie, tańcząc na deskach podłogi. W przytłaczającej ciemności holu ta skromna łuna ciepła i ognia wydawała się wręcz ostro zarysowana. Niczym drobny, żywy akcent w uśpionym, pachnącym nutą starego drewna i stłumionego tytoniu wnętrzu.

Za progiem tych drzwi znajdowała się przestrzeń wyraźnie cieplejsza, przesycona klimatem cichej prywatności. Wypełniona zgoła odmiennymi wrażeniami z których pierwszym był zapach. Złożona kompozycja otulających przyjemnością aromatów otulała zmysły do tego stopnia, że można było ją posmakować i poczuć jak okrywa kojąco skórę. Liczne nuty korzennego cynamonu, pikantnych goździków, słodkawego tytoniu oraz żywicznej nuty starego, wiekowego drewna przenikały każdy oddech. Jeszcze niedawno zapach pobudzająco zmienny teraz wypełniał jednolicie pomieszczenie.
Sam pokój był niewielki, lecz niezwykle przytulny. Jego ściany, pomalowane na ciepły, piaskowy kolor, chwytały i miękko rozpraszały światło. W górze wznosił się ciemny, masywny sufit złożony z grubych, układanych spoiście desek, wsparty dodatkowo na dwóch solidnych, krzyżujących się pod kątem krokwiach, które nadawały pomieszczeniu surowego, nieco wiekowego charakteru.
Głównym punktem architektonicznym i źródłem światła było wysokie, lecz wyjątkowo wąskie okno usytuowane na wprost wejścia. Przypominało ono dawny otwór łuczniczy ze starych zamczysk, w który z kunsztem wprawiono grubą szybę. Na jego szerokim, drewnianym parapecie stał rzeźbiony, dyniowy lampion. Zapalona w jego wnętrzu świeca tańczyła cicho, przesyłając przez nieregularne szczeliny i wycięte wzory delikatny, pomarańczowy blask, który kładł się rozedrganymi plamami na meblach i ścianach. Celowo czy też przypadkiem lampion zwrócony był dziwnym wypukłym kształtem w stronę pokoju. Kształtem, który po zapaleniu świeczki nie pozostawiał złudzeń, że przedstawia zręcznie wyrzeźbiony biust, który teraz rzucał kształtny cień na drzwi wejściowe.
Zagospodarowanie relatywnie niewielkiej przestrzeni wydawało się przemyślane i uporządkowane. Na lewo od drzwi stała zgrabna, niewielka toaletka z jasnym lustrem, na której blacie spoczywał starannie ułożony zestaw kosmetyków i flakoników. Tuż obok niej usytuowano składany, trzyczęściowy parawan, dający poczucie dyskrecji, a kawałek dalej — stojący wieszak o licznych, zakrzywionych ramionach. Wisiało na nim ciężko kilka długich, eleganckich szat, które rzucały ruchome cienie na ścianę za nimi. Ścianę na prawo od wejścia wypełniały dwie wysokie, dwudrzwiowe szafy wykonane z ciemnego drewna. NA ich szczytach majaczyły zwieńczenia przypominające wzbijające do lotu ptaki ponad koronami drzew. Same ściany i odrzwia szaf stylizowane były na liściasty las. W ciasnej przestrzeni pomiędzy nimi przymocowano do piaskowej ściany duże, gładkie lustro, w którym odbijały się tańczące cienie z lampionu. Nieco dalej, tuż pod burtą wąskiego okna, ustawiono małe dębowe biurko o misternie wygiętych w łuki nogach. Przy nim stało dopasowane stylistycznie krzesło, wyróżniające się obiciem ze szlachetnego, głębokozielonego materiału. Całą drewnianą podłogę pokrywał duży, okrągły brązowy dywan, którego puszyste krawędzie sięgały niemal samych ścian, skutecznie izolując od chłodu ciągnącego z dołu i pozwalając na przyjemne poruszanie się po pokoju bez obuwia. Ostatnim, najważniejszym akcentem strefy wypoczynku było spore, zachęcające łóżko, wpasowane idealnie w narożnik pokoju. Szerokie na tyle by było za duże dla jednej osoby i nieco ciasne gdyby dwie miały się w nim zmieścić. Obok niego stał niewielki stolik nocny na którym spoczywała obecnie lampa lejna, ciemna fajka wraz z tytoniem i niezbędnikiem oraz długa różdżka.

W łóżku spoczywała, objęta przez sen sylwetka. Ceolsige spała zwrócona twarzą ku piaskowej ścianie. Zarys jej postaci pod okryciem zdradzał, że śpi w pozornie niewygodnej pozycji. Leżała na plecach z głową obróconą w prawo podczas gdy biodra wydawały się skręcone w lewo. Zarys purpurowej tkaniny sugerował jak nogi, jedna na drugiej, delikatnie ugięte prowadziły ku wysuniętym spod okrycia stopom. Założonych jedna na drugą ze skulonymi palcami wciśniętymi w siebie nawzajem jakby instynktownie chroniły się przed chłodem. Lewa ręka pozostała rozciągnięta na lewej połowie łóżka. Wzdłuż krawędzi kołudry, tuż pod krawędziom drugiej poduszki. Blada, gładka, wiotka linia oddzielająca dwie ciemne, zmarszczone tkaniny. Z palcami na wyciągniętej dłoni ułożonymi w smukłą łódeczkę. Jakby coś powstrzymało ją w pół obrotu, którego nie miała kiedy i jak dokończyć. Pozbawiona własnej woli ciągnięta za resztą ciała, ręką pozostała na miejscu, rozciągając się jak ślad od bladego, smukłego torsu. Prawe, odkryte ramię opływało natomiast po tali w miarę kolejnych oddechów przesuwając się po materiale o milimetry w prawo. Smukłe palce rozciągnięte bezwładnie gładziły miękki materiał okrycia. Dłoń swobodnie przesuwała się po ciele ciągnąc za sobą materiał i napinając go na mijanej powierzchni zostawiając po sobie wyraźnie zagłębienie zarysu, gdzie sylwetka wydawała się najwęższa pomiędzy dwiema krzywymi sinusoidy swego kształtu.
Wąska nitka naprężonych ścięgien odznaczała się na smukłej szyi. Okręcona pozycja naprężyła linię obojczyków i uwypukliła ich kształt opięty jasną skórą. Niskie zagłębienia u podstawy szyi nadawały jej tym większej smukłości prowadząc do pociągłej twarzy, która wydawała się nieznacznie zadarta ku górze. Jakby przez zamknięte powieki próbowała dojrzeć coś ponad nimi.
Głowa spoczywała na poduszce z jej własnych zmierzwionych blond włosów. Po eleganckiej stylizacji nie został już ślad. Zamieniła się w bezwładną powódź kosmków oblewającą purpurową pościel. Z twarzy odpłynęły resztki czerwieni jako rozpalała jej lica tej nocy pozostawiając po sobie tylko bladą biel z czerwonym karminem warg jako jedynym wyraźnym kontrastem. Czerwone usta mimowolnie rozchylone przejmowały ostatnie westchnienie każdego oddechu od nozdrzy. Jakby ciało instynktownie chciało smakować każdą chwilę i każdy łyk jaki miałby przez nie przepłynąć. Nawet jeżeli to tylko powietrze ze swoimi zapachami.
Delikatny migotliwy blask pomarańczowego światła lampionu odbity od luster padał na zarys sylwetki pokrytej purpurową pościelą. Obraz zamrożonej w ruchu bezbronnej postaci. Jak płaskorzeźba odciśnięta w marmurze, połyskujące pod blaskiem pochodni w ukrytym skarbcu. Ledwie delikatny rytm oddechu zdradzał pod kształtami drzemiące życie gdy fałdy tkaniny unosiły się i opadały rytmicznie przesuwając się po okrytym ciele.
big sis
wiek
37
sława
I
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
egzorcystka
170 cm, 80 kg, dobrze zbudowana, świadoma walorów własnego ciała, szeroko uśmiechnięta blondynka o niebieskich oczach przetkanych morską zielenią. Ma niski, przyjemny głos, mówi zwykle cicho, by maksymalnie skupić na sobie uwagę odbiorcy.

Urd Nordgersim
#2
8 godzin(y) temu ✶  
Dla osób pokroju Ceolsige czy Urd, słowo było głównym narzędziem pracy, bardziej nawet niż walory estetyczne twarzy, czy ogólna sprawność i gibkość ciała. To słowa - sprawnie tkane przez zmyślne rzemieślniczki retoryki - zapewniały im w większości powodzenie misji. Odpowiednio wynegocjonowaną cenę, skuteczne wyłganie się z niezbyt bezpiecznej sytuacji, groźba obszyta złotymi ornamentami komplementów, czy przekonanie nieznośnego ducha, że najlepiej będzie mu w ciasnym kubełku do przechowywania jego duchowej esencji… Słowa był tym z czego budowały otaczający je świat, słowa niosły treści, skutecznie oddzielające uczucia od profesji, zależność od skutecznie przeprowadzanych ruchów w niebezpiecznym świecie. Słowa były ich życiem, a one należały do nich.

Teraz w pomieszczeniu panowała cisza, otulona ciepłem pomarańczowej aury przywodzącej na myśl pierwotne ogniska, dające poczucie bezpieczeństwa i komfortu przez okiełznanie żywiołu i uczynienie z niego broni przed groźbą czającą się w ciemnościach. Nie była to oczywiście cisza absolutna, przez zasłony dochodził skrobot nigdy nie zasypiającej ulicy, ale i tu, w otoczeniu czterech ścian były przecież dźwięki - miarowy oddech śpiącej kobiety, szelest pościeli gdy leniwi zmieniał swoją pozycję w półprzytomnym poszukiwaniu optymalnej pozycji do leżenia.

Nie było jednak nigdzie słów, w które zwykle tak pieczołowicie opakowywały swoje uczucia, opowiadając o nich nie tylko na zewnątrz ale i sobie samym. Oczywiście przez te kilka tygodni odnawianej znajomości, polerowanej dawnej miłostki, okazywało się, że - przynajmniej Burke - jest nader bezpośrednia w wyrażaniu swoich potrzeb, ochoty, tęsknoty i marzeń, które nie tylko przychodzą do niej poza jawą, ale też, a może i przede wszystkim, które w jej mniemaniu są planami naglącymi do realizacji. Zawsze jednak było w tym tak wiele słów, ale teraz… teraz ich nie było.

Urd nie mogła zasnąć i raczej nie była to kwestia braku otaczającej jej skórę wody. Oczywiście, spędzając czas u Bryndzy okupowała wannę, zniesmaczona brudem Tamizy, tęskniąca za swoim małym norweskim domkim, którego tarasy wisiały na klifie, czekając tylko na to, aż spruchniała podporowa belka załamie się zrębem czasu i przyjmie obserwujących wprost w objęcia lodowego morza. Tęskniła jednak - a może bardziej nawet - za tym uczuciem słodkiego rozleniwienia, zmęczenia, które nie lepiło powiek, a które mogło szeptem spełnienia zniechęcać do oddania się w objęcia inne, niż rzeczywistości.

Jak można było chcieć zniknąć ze świata, jak można było chcieć odpuścić takie widoki, gdy w łagodnych załamaniach światłocienia czas można było oddać niespiesznej, milczącej, pozbawionej słów obserwacji istoty tak absolutnie obezwładniająco pięknej, jaką była Ceolsige. Miała problem by powstrzymać dłonie, właściwie obawiała się, że samą intensywnością spojrzenia mogłaby obudzić swoją gospodynię, ale ciężko było odwrócić wzrok, zamknąć powieki i zmierzyć się z ciężarem żałoby za każdą chwilą w której mogła ją podziwiać.

Oczywiście, przez myśl Urd przeszła refleksja, że takie intensywne wpatrywanie się w kogoś, kto nie jest tego do końca - jeśli w ogóle - świadomy, nie jest być może najzdrowszym objawem, składała to jednak na karb czasu, na ilość miesięcy, lat w których ich ścieżki były dalekie od siebie geograficznie i emocjonalnie. Teraz zaś miała w końcu okazję zachłysnąć się, zatonąć w zachwycie. Zdecydowanie pomagało, że była kobietą, która rzadko kiedy uważała życie w umiarze za dobrą strategię.

Gdzieś w pewnym momencie, w pewnej minucie, Ceolsige przekręciła się na bok i kilka jasnych kosmyków opadło jej na gładkie czoło. W pierwszym odruchu Urd chciała zabrać te włosy, ale ryzykowała tym, że cały czar pryśnie. Oczywiście nie miałaby nic przeciwko, gdyby szczupłe ramiona angielki przyciągnęły ją do siebie, zawłaszczyły znów może w pocałunkach i westchnieniach wypełnionych nienazwanym jak dotąd uczuciem, ale wolała nie zaburzać kontemplacyjnego charakteru tego czasu. Jakkolwiek łaskoczące nie miałyby być jasne kosmyki, tak młodsza z nich musiała sobie z tym poradzić, tak samo jak Urd musiała poradzić sobie z faktem, że nie miała absolutnie zmysłu rzemieśłniczego pozwalającego jej utrwalić tę chwilę. Malarstwo, rzeźba, nawet fotografia… Było to poza jej zasięgiem, więc pozostało jej uczyć się na pamięć krzywizny uroczej, spokojnej twarzy, zagłębienia długiej szyi, przechodzącej płynnie w kolię obojczyków i szczupłe ramiona. Przygryzła wargę, rozważając czy może jakby łagodnie zsunęła materiał okrywającej ciało kołdry… ale nie, to też byłoby zbyt wielkie naruszenie. Lubiła ryzyko, ale tym razem nie zamierzała go podejmować. Tylko trwać. Tylko być obok, zmuszać się do szeroko rozwartych oczu, by nie umknął jej żaden detal, żaden szczegół, żaden pieprzyk, dodający uroku już i tak urokliwej właścicielce.

Jak to możliwe, że mogła tak długo zbierać się przed przyjazdem do Anglii? Może bała się odmowy? Może rozważając wszystkie scenariusze, w żadnym z nich nie mogły być szczęśliwe? Może wydawało jej się, że Ceolsige do trzydziestki dawno już znajdzie sobie bogatego kawalera, któremu postanowi urodzić kilka blondbobasów, dla trwałości związku i zabezpieczenia materialnego? Może mierzyła ją swoją miarą…?

Ale teraz była tu i nic nie mogło tego zmienić. Księgozbiór - tak jej powiedziała! Było w tym stwierdzeniu coś, co sprawiało, że często doń wracała, analizując raz po raz wymuszone zaklęciem poltergeista słowa. Prawdą było, że pieniędzy obie miały wystarczająco. Prawdą było, że żadnej z nich nie paliło się do macierzyństwa, wręcz przeciwnie, obie były spragnione wygody w niezależności i przygód. Tajemnic. Wyzwań. Tyle razy ile spotykały się na trasie wiodącej do jakiegoś skarbu, tyle razy ile rywalizowały, by odkryć słodycz współpracy. I teraz, szansa na tak otwartą kooperację zdawała się rozkosznie bliska, jak ciepłe ciało swobodnie oddychającej pozyskiwaczki.

Urd bała się zaangażowania, właściwie nigdy nie wierzyła w wierność i dobre intencje ze strony męskiej populacji. Ale Burke dała jej odczuć już wcześniej, że relacja nie musi ograniczać, a więzy zależności mogą wynikać z własnej nieprzymuszonej woli, z chęci powrotu, z chęci spokoju, a nie z obowiązku wobec drugiej osoby.

Za oknem wybuchła jakaś kłótnia, ktoś stłukł garnek czy kufel, czy cokolwiek innego. Ściągnęła brwi, niezadowolona, że tyle starań włożyła w to, aby nikt nie obudził jej prywatnej boginii, a teraz jakieś zewnętrzne zdarzenie, cudze nieporozumienie, mogły doprowadzić ją do przebudzenia. Szczęśliwie… Ceolsige nie obudziła się, a Urd mogła spokojnie płynąć myślami przez spokojne morza ich potencjalnej wspólnej przyszłości zachwycając się nią dalej w ciszy i skupieniu, o które sama by się za bardzo nie podejrzewała.

Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ceolsige Burke (1524), Urd Nordgersim (988)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa