• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn Klinika magicznych chorób i urazów v
« Wstecz 1 2
[16 kwietnia 1972] Lycoris i Elliott

[16 kwietnia 1972] Lycoris i Elliott
Call me the Villain
You should see me in a crown
Your silence is my favorite sound
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wiecznie znudzona i zblazowana mimika okrywa płaszczem wyraziste kości policzkowe, pełne usta i oczy tak głęboko piwne, jakby sama piana morska wyrzucona na brzeg w nich mieszkała. Koścista aparycja jest podkreślona wielokroć przez wysoki wzrost, sięgający wybitnym stu siedemdziesięciu sześciu centymetrom. Zdecydowanie bardziej kanciasta, aniżeli kobieca - porusza się, jak i nosi, po męsku. Nosi za sobą ciężką woń piżmowych perfum, głos ma zupełnie niemelodyjny, niski i ochrypły.

Lycoris Black
#1
02.03.2023, 17:27  ✶  

16 kwietnia 1972
Klinika magicznych chorób i urazów
Lycoris Black i Elliott Malfoy


Niespokojne bicie serca formowało się w istną kakofonię wypełniającą uszy; każdy dźwięk odbierała z dwukrotną siłą, a miriady myśli polatywały nerwowo – nieobecność brata traktowała jako rutynę; często przecież, gdy nie radził sobie z okrutną rzeczywistością, znikał na moment czy dwa, jedynie aby poukładać sobie w głowie pewne sprawy. Westchnięcie opuściło jej usta, brwi zmarszczyły się, a tęczówki świdrowały słowa na pergaminie bacznie. Początkowo, wszystko mieniło się jej przed oczami, kalejdoskop barw migał niepokornie, a ją samą momentalnie zastało okrutne w swej krasie osłabienie. Przyspieszony oddech świdrował myśli; tak, jakby te układały się w sensowny ciąg. Zamarła jednak na moment, nim poderwała się gwałtowniej, aby zacząć krążyć niespokojnie po mieszkaniu.

Nieomal zwymiotowała z nerwów; Perseus stanowił dla niej istotę niechybnie najbliższą, a jego znalezienie się w szpitalu stanowiło kłam dla prędko bijącego serca. Wiedziała, iż nie mógł to być banalny żart – Elliott nie posuwał się do tego gatunku nieśmiesznych dowcipów. Przełknąwszy ciężko ślinę, w skupieniu urastającym do rangi niebotycznej, narzuciła na ramiona koszulę i wybiegła bez chwili zawahania z domu.

Mung kojarzył jej się wyłącznie z magisterium uzdrowicielskim, które odbyła w jego murach. W najśmielszych przypuszczeniach nie myślała, iż będzie je odwiedzać raz jeszcze, w dodatku w sytuacji tak patowej i krytycznej – chodziło przecież o jej Perseusa; tego zamkniętego w butelce życiowej chłopca, bo choć był od niej o pełen rok starszy – był jej bliski jak nikt inny, a w myślach nadal traktowała go jak niewinne dziecko.

Żyjąc ramię w ramię, przędząc ten przeklęty życiorys jak Mojry czerwone nicie, nie potrafiła się od niego należycie zdystansować.

Wbiegła do szpitala jak siła pustosząca. Odnalezienie właściwej sali szpitalnej zajęło jej chwilę; od czasów, w których bywała regularnie w szpitalu minęło trochę czasu. Coś skłębiło się w jej gardle, ściskając je w pierwszym odruchu. Dopiero wówczas dostrzegła, iż ma zupełnie nierówno zapięte guziki koszuli.

Wbiegła do pokoju o wiele za szybko, a bicie jej serca urastało do rangi dzwonów kościelnych; od razu dostrzegła Elliotta siedzącego przy łóżku – wówczas ją zamurowało. Niezdolna do płaczu, jedynie wykrzywiła się brzydko, widząc brata w tak okropnym stanie.

– Co się stało? – spytała histerycznie, rozpoczynając swoją wędrówkę w jedną i drugą stronę sali. – Na Merlina, Elliott, co się stało? – ponowiła swoje słowa, ciężko przełykając ślinę.

King with no crown
Stars, hide your fires
Let no light see my black and deep desires
wiek
31
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Kanclerz Skarbu
Schludny, młody mężczyzna ze starannie ułożonymi blond włosami. Nie grzeszy wzrostem, będąc wysokim na 178 centymetrów, acz chodzi na tyle wyprostowany i z uniesioną głową, że może wydawać się górować nad rozmówcą. Pomaga mu w tym spojrzenie chłodnych, niebieskich oczu, na tyle skutych lodem, że nie sposób się przez niego przebić, aby dostrzec kryjącą się za nimi duszę. Zazwyczaj używa perfum z cedrowymi nutami przeplatającymi się z drzewem sandałowym. Dobiera ubrania starannie, zwłaszcza kolorystycznie. Nie ubiera się krzykliwie, acz odpowiednio do okazji; zawsze z idealnie wyprasowanym materiałem koszuli, dobrze dopiętą kamizelką. Charyzmą przyciąga do siebie innych, acz waży słowa w naturalnie ostrożnej manierze. Nie brak mu w głosie donośnych tonów, na marne można oczekiwać, że otworzy usta, aby krzyczeć, nawet te cicho wypowiedziane przez niego słowa potrafią być dobitniejsze niż cudzy krzyk. Stawia na niską intonację, uważając, że jest przyjemniejsza dla ucha i bardzo dobrze podkreśla angielski, wręcz krzyczący w swojej pretensjonalności o jego uprzywilejowanym urodzeniu, akcent.

Elliott Malfoy
#2
02.03.2023, 18:48  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.03.2023, 18:53 przez Elliott Malfoy.)  
Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki.
Ale co jeżeli nigdy tak naprawdę się z niej nie wyszło? Pozwoliło się strumieniowi porywać wylewające się łzy i inne, okropnie męczące emocje, gdy wciąż stało się w miejscu i spoglądało w górę rzeki, w szumiący wodospad, u którego szczytu znajdowało się źródło uniesień, szczęśliwych chwil i płynącego z niego przeszywającego cierpienia.
Perseus mógł być irytująco niepoważny, niesamowicie nieodpowiedzialny i niebosko egocentryczny w niektórych kwestiach, ale serce nigdy nie było sługą, choć definitywnie, gdyby mogło Elliott Malfoy w jakiś sposób by je ujarzmił; wszystko musiał mieć na smyczy, szkoda tylko że własne uczucia były zbyt trudne do złapania w okowa chłodnych krat.
Zbyt dokładnie pamiętał swoją złość i przenikający każdą kość smutek, aby w pełni wybaczyć byłemu kochankowi zniknięcie, brak pożegnania czy wyjaśnienia, a jednocześnie nie był w stanie go zapomnieć, chciał go w swoim życiu i wolał nie wracać pamięcią do dni, gdy trywialne liściki z nieśmiesznymi żartami nie trafiały na biurko w Ministerstwie Magii. Prawdopodobnie mógłby bez nich żyć, oh, oczywiście, że mógłby, ale czy chciał? I jakie to życie musiałoby być nudne. Rozerwany pomiędzy dumą i uprzedzeniam, a romantycznym brakiem rozwagi pozwalał kolejnym losom ich relacji pisać się samoistnie, nie będąc w stanie odmówić sobie dotyku znajomych dłoni, spojrzeń tak doskonale wystudiowanych tęczówek i niepozornych uśmiechów.
W głowie już układał sobie słowa, którymi obdarzy tego entuzjastę bobrów czy salamander, czy kapibar, czymkolwiek te były, gdy tylko się obudzi. Co on sobie wyobrażał? Znikać w ten sposób, po raz kolejny? Pojawiać się nagle w szpitalu, pobity? Wiedział, że Perseus nigdy nie grzeszył rozumem, już w szkole odpisywał od niego częściej niż ustawa przewidywała. Malfoy zastanawiał się czasami w jaki sposób Black radzi sobie w pracy, skoro egzamin ustny z transmutacji zdał tylko dlatego że jako-tako umiał czytać z ruchu warg, nieumiejętnie, bo nieumiejętnie, ale ich nauczyciel na zastępstwo w ostatnim roku, kiedy mieli transmutację był odrobinę głuchy, albo udawał, bo załamał się poziomem niektórych uczniów, Elliott postanowił w to nie wnikać.
Prawie piętnaście lat później, znajdywał się w szpitalu, spoglądając na jeszcze bledszą niż zazwyczaj twarz przyjaciela i zastanawiając się, co takiego jeszcze Perseus przed nim ukrywał i dlaczego. Fakt, że musiał się od pielęgniarki w Mungu i to przez przypadek, dowiadywać o Petryfikacyjnych zanikach nerwowych, był poniżający. Nie dał po sobie oczywiście poznać, że nie wie o schorzeniu przyjaciela, wysłuchał kobiety uważnie, bo mimo lekkiego niepokoju, jaki wzbudził w nim cały ten ambaras, to wciąż był chłodnym i wyrachowanym synem Fortinbrasa Malfoya. Nie było chyba dnia ani godziny, w której Elliott pokazałby, że czymś się przejmuje więcej niż 'trochę', 'odrobine' bądź 'wystarczająco'. Tak było bezpieczniej, czy przyjemniej? Niekoniecznie, ale wolał nie stąpać po niepewnym gruncie.
Po raz kolejny czuł się oszukany, zostawiony z własnymi myślami i emocjami. Nie podobało mu się to, nic więc dziwnego, że poza zmartwieniem całą sytuacją i rozrysowaniem planu kolejnych kroków, pozwalał swoim myślom wymyslać Blacka od przeróżnych stworzeń, również chochlików kornwalijskich, które od czasu do czasu można było złoić książką, jeżeli wymykały się z klatek i dokazywały. Gdyby nie fakt, że Perseus leżał w szpitalnym łóżku, pokiereszowany, Elliott z chęcią przyłożyłby mu starym tomem, najlepiej od Historii Magii, bo te były najcięższe, w plecy.
- Wiem niewiele więcej od ciebie - przyznał i podniósł na młodszą siostrę swojego przyjaciele spojrzenie chłodnych, niebieskich oczu, w których teraz, poza typowym marmurowym spokojem, znajdowały się iskry niepokoju, być może zahaczające o zmartwienie i kończące się na zirytowaniu. Nieodgadniony wyraz twarzy był dla Elliotta normą, acz teraz jego nienaruszona zmarszczkami młoda twarz wyrażała niepodważalne niezadowolenie.
- Pielęgniarka powiedziała, że jest w stabilnym stanie, więc nie ma się czym martwić na wyrost, to na pewno. Jeżeli chodzi o powód zniknięcia czy pobicia, nie mamy odpowiedzi, musimy czekać na to, aż się obudzi - wyjaśnił po krótce, jego głos, mimo sytuacji, nie zawahał się ani razu, ton był miarowy, definitywnie zderzał się z nerwowością w ruchach Lycoris. Nie miał zamiaru komentować zachowania kobiety, każdy przeżywał tego typu sytuacje inaczej, jeżeli ona potrzebowała zając czymś nogi chodząc od jednego kąta sali, do drugiego, to Elliott co najwyżej mógł jej w pewnym momencie zaproponować spacer po szpitalu.
- Szczerze liczyłem trochę, że może ty mi wyjaśnisz sytuację, ale najwidoczniej Percy nigdy nikomu o niczym nie mówi - w przeciwieństwie do poprzednich słów, w tej wypowiedzi dało się usłyszeć wyrzut, acz nie kierowany prosto do rozmówcy, bo Malfoy skupił spojrzenie na nieświadomym niczego magipsychiatrze.


“An immense pressure is on me
I cannot move without dislodging the weight of centuries”
♦♦♦
Call me the Villain
You should see me in a crown
Your silence is my favorite sound
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wiecznie znudzona i zblazowana mimika okrywa płaszczem wyraziste kości policzkowe, pełne usta i oczy tak głęboko piwne, jakby sama piana morska wyrzucona na brzeg w nich mieszkała. Koścista aparycja jest podkreślona wielokroć przez wysoki wzrost, sięgający wybitnym stu siedemdziesięciu sześciu centymetrom. Zdecydowanie bardziej kanciasta, aniżeli kobieca - porusza się, jak i nosi, po męsku. Nosi za sobą ciężką woń piżmowych perfum, głos ma zupełnie niemelodyjny, niski i ochrypły.

Lycoris Black
#3
03.03.2023, 13:42  ✶  

Jej wchodzenie do jednej rzeki, nieomal taplanie się w akwenie cudzych emocji, ranienie i bycie ranioną, choć nigdy nie okazałaby tego w żaden rozsądny sposób, umykanie życiowym konwenansom i plucie na salonową kurtuazję urastały do miana fetyszu. Bo przecież uwielbiała taksować spojrzeniem chłodnych tęczówek wszystko, co stanęło na jej drodze nieprzejednanie, nie wzburzając kącików ust ku uniesieniu się chociaż w najmniejszym stopniu – grymasy wszak, witały na jej wargach dobitnie rzadko, stanowiąc o niej jako o tej przeklętej Meduzie, która surowym wzrokiem zamieniała śmiałków w kamień; bankiety urosły w przekonaniu, iż jej uśmiech przeklina; a przecież nie uśmiechała się nader często, zapewne gdyby pogłoski zawierały w sobie nić prawdy – robiłaby to częściej. Tymczasem lodowe westchnięcie jej uwertury zostało naruszone, stłamszone i zdeptane przez nerwy. Nigdy nie dawała się ponieść emocjom, co przyrównywało ją do osoby Elliotta w sposób najdoskonalszy. Tym razem jednak było inaczej; chodziło o niego, jej najmilszego Perseusa, który nie radził sobie z okrutnością prozy życiowej wyjątkowo często.

Widok jego pobitego oblicza, nieprzytomnej formy, w której leżał w szpitalnym łóżku, wzburzyło coś zarówno w umyśle, jak i w żołądku – chciało jej się wymiotować, bo przecież salwy łez nie była w stanie podjudzić. Ich los dzielony na dwoje, zawsze i nierozerwalnie przeplatał się w kakofonii życia. Niewielka różnica w wieku zamykała ich w jednej szkatułce wspomnień, podburzając zmysłowy mikrokosmos pamięci – sam dotyk jego dłoni był w stanie ukoić wszelkie nerwy, a przenikliwość jego tęczówek, krzyżowanych z jej wzrokiem, ujmował w wyrazach wszystko, czego niezdolni byli wypowiedzieć. Nigdy nie mówiła mu, że go kocha, a kochała go ponad każde istnienie.

Zawodowy chłód, w którym zamknięte było ich wychowanie, nakazywał ascezę emocjonalną. Nieprzebrniętą bramę, za którą znajdywały się uczucia i ich wyrażanie – niedostępną dla nich przestrzeń; nigdy nie mówiła mu, jak ogromną wartość stanowiły dla niej jego uśmiechy i obecność; to, jak znosił jej psi nastrój towarzyszący nieomal przez całe życie, jak bronił ją przed burzliwym gniewem matki, gdy po raz kolejny popełniała wszelkie możliwe faux pas na bankietach z czystej premedytacji. To on był tym kwiatem, który wyrósł na łonie Blacków – ona w tej metaforze stanowiła nieprzyjemny w obyciu chwast.

I te trzydzieści jeden niepełnych wiosen było nierozerwalnie złączone z jego istnieniem. Coś ją dławiło, gdy widziała jego zaklęte w śnie oblicze, sine ślady na twarzy i bezbronność, w której skąpane było jego ciało. Nagle wydał jej się jeszcze mniejszy; jeszcze bardziej wrażliwy i tkliwy. Zatrzymała się w swej pieszej wędrówce po sali, podchodząc do Elliotta, aby położyć mu dłoń na ramieniu. Nie potrzebowała w żadnej mierze bliskości, jednak jego obecność stanowiła wartość autoteliczną.

Marmurowe oblicze zaklęło się momentalnie w przemyśleniach, które zaczęły zbijać się w niepodważalną całość. W pamięci wybuchł obraz przepowiedni, które dręczyły ją w śnie przez parę nocy – przedstawiały scenę porwania, nie precyzując, kogo i czego ona dotyczyła. Puzzle układały się w pełnię, gdy zadrżała, siadając na stołku obok Malfoy’a.

– Elliott – zaczęła, przełykając ciężko ślinę. – Czy to możliwe, że on został porwany? Widziałam pewne rzeczy… – zamilkła gwałtownie, pochylając się nad sylwetką nieprzytomnego brata.

Niepewność zadrżała ryzami jej umysłu, gdy percepcyjnie zdarzenia poczęły się układać w niezawoalowaną całość.

– Wiesz jaki on jest. Nigdy nie mówi nikomu, a na wyduszanie z niego informacji reaguje gniewem. Myślałam, że to było jedno z jego niezapowiedzianych zniknięć, że po paru dniach przyjdzie do mojego mieszkania i będzie zupełnie tak, jakby nigdy nie uciekł – rzekła. – Przecież rzeczywistość często go przerasta, doskonale o tym wiesz. Teraz jednak… – urwała w martwym punkcie, wzrok ponownie przenosząc na mętne oblicze brata.

King with no crown
Stars, hide your fires
Let no light see my black and deep desires
wiek
31
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Kanclerz Skarbu
Schludny, młody mężczyzna ze starannie ułożonymi blond włosami. Nie grzeszy wzrostem, będąc wysokim na 178 centymetrów, acz chodzi na tyle wyprostowany i z uniesioną głową, że może wydawać się górować nad rozmówcą. Pomaga mu w tym spojrzenie chłodnych, niebieskich oczu, na tyle skutych lodem, że nie sposób się przez niego przebić, aby dostrzec kryjącą się za nimi duszę. Zazwyczaj używa perfum z cedrowymi nutami przeplatającymi się z drzewem sandałowym. Dobiera ubrania starannie, zwłaszcza kolorystycznie. Nie ubiera się krzykliwie, acz odpowiednio do okazji; zawsze z idealnie wyprasowanym materiałem koszuli, dobrze dopiętą kamizelką. Charyzmą przyciąga do siebie innych, acz waży słowa w naturalnie ostrożnej manierze. Nie brak mu w głosie donośnych tonów, na marne można oczekiwać, że otworzy usta, aby krzyczeć, nawet te cicho wypowiedziane przez niego słowa potrafią być dobitniejsze niż cudzy krzyk. Stawia na niską intonację, uważając, że jest przyjemniejsza dla ucha i bardzo dobrze podkreśla angielski, wręcz krzyczący w swojej pretensjonalności o jego uprzywilejowanym urodzeniu, akcent.

Elliott Malfoy
#4
03.03.2023, 23:47  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.03.2023, 23:57 przez Elliott Malfoy.)  
Był zbyt skupiony na sobie, aby posiadać podobne przemyślenia. Czasami mogło się wydawać, że dbał o najbliższych z przyzwyczajenia, z czystego przymusu i wyuczenia. On sam się w tym gubił, nie wiedząc gdzie leży granica narcyzmu, a zaczyna ląd bezinteresowności podyktowanej ludzkimi odruchami. Chciał bliskości i troski, ale czy potrafił dać ją w zamian? Czy gdyby nie umiał, to siedziałby w sterylnie białej sali szpitalnej? A może, robił to tylko i wyłącznie dla siebie, bo bał się samotności i przedzierających się przez wąskie szczeliny świadomości czarnych myśli.
Nie lubił dotyku, wydawał mu się ingerencją w jego własną strefę nienaruszalności, jestestwa i chłodnej neutralności. Zdawał sobie jednak sprawę, że w niektórych momentach był przymusem, niemą zgodą na przyrównanie swoich wzburzonych sytuacją emocji.
Zawiesił spojrzenie na kobiecie nieco dłużej, chcąc zorientować się, czy na pewno nie potrzebuje pomocy w uspokojeniu symfonii zdenerwowania, jaka przez nią przeszła odkąd weszła do pomieszczenia. Niczego takiego, jednak nie wyczuł ani nie zauważył, a ta opadła na siedzenie obok niego, więc rozluźnił się nieco, opierając w krześle.
Mętlik w głowie nie był niczym, czego doświadczałby na codzień, ale nie przysłaniał całkowicie logicznego myślenia... Za to krzywo zapięte guziki w koszuli Lycoris sprawiły, że zmarszczył odrobinę jasne brwi i zamiast w spokoju oprzeć policzek na dłoni, to zamrugał pare razy, jakby przekonując się w fakcie, że powinien jej na to zwrócić uwagę. Zanim jednak zdążył to zrobić, kobieta poruszyła istotny temat.
- Pielęgniarka mówiła, że ma siniaki na nadgarstkach. - wskazał brodą w kierunku ręki Perseusa - Więc nie można tego wykluczyć. Co widziałaś? - dopytał o konkrety, bo nie do końca mógł stwierdzić, co znaczyły 'pewne rzeczy' i wolał mieć więcej danych, zanim się wypowie - Powinnaś porozmawiać z pielęgniarką i lekarzem, wiesz więcej w tematach medycznych niż ja. - przełknął ślinę. Nie ujmowało mu przyznanie, że się na czymś nie zna. Mógł być dobry w ratowaniu bliskich przed wylądowaniem za kratami z powodu popełnienia przestępstw podatkowych, ale widok złamania otwartego pewnie by go przerósł.
Nie pierwszy raz Perseus mamrotał moje imię na wpół przytomny, więc okłamywałbym samego siebie, gdybym stwierdził, że mnie to zdziwiło. Stąd dotarłem tu pierwszy, chciał powiedzieć, ale zamiast tego wpatrywał się pusto w nieprzyjemnie białą ścianę. Przymknął oczy, chcąc zebrać myśli.
- Czasami aż za bardzo - mruknął pod nosem, odpowiadając na fakt, że rzeczywistość przygniata starszego brata Lycoris, bo w rzeczy samej, Percy od zawsze był osobą bardzo emocjonalną i uciekająca od odpowiedzialności. Elliott zdawał sobie sprawę, że w którymś momencie ta go dogoni, a tego typu spotkania nigdy nie były przyjemne, sam przekonał się o tym w tak młodym wieku, że to wspomnienie do dzisiaj wryło mu się w umysł. Chyba dlatego nie miał serca przygniatać Perseusa kolejnymi wykładami o tym, że musi stanąć twarzą w twarz ze swoimi problemami, poza momentami, gdy było to absolutnie jedynym, co można było rzec.
- Masz krzywo zapięte guziki koszuli - wyznał, w roztargnieniu przecierając czoło kciukiem i palcem wskazującym prawej dłoni. Nie patrzył na rozmówczynie, starając się nie poddać ciężkiej atmosferze sytuacji.
Wciąż nie potrafił zrozumieć dlaczego Percy postanowił nie wspominać nic o swoim schorzeniu, dlaczego to przed nim ukrywał. Niesamowicie go to wzburzało, sprawiało, że myśli galopowały w dawno zamknięte na klucz przemyślenia, rozdrapywały powoli zabliźniające się razy.
- Czy ty... Czy wiedziałaś o jego chorobie? - zapytał nagle, czując, że stawia się w tej rozmowie na przegranym miejscu. Ale czy powinien był? przecież siedzieli po prostu przy łóżku człowieka, na którym im obydwojgu zależało, tu nie było nic do wygrywania czy przegrywania, nie było ojca czy siostry, którzy zaraz wytknęliby mu zbyt miękkie podejście do sprawy sącząc niebotycznie drogi trunek z kryształowych kieliszków w jadalni rodowej rezydencji.
Cała ta sytuacja przysparzała go o pogrążające i depresyjne myśli, kolejny irytujący faktor, który chciał po prostu zamieść pod dywan, a przecież nie mógł.


“An immense pressure is on me
I cannot move without dislodging the weight of centuries”
♦♦♦
Call me the Villain
You should see me in a crown
Your silence is my favorite sound
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wiecznie znudzona i zblazowana mimika okrywa płaszczem wyraziste kości policzkowe, pełne usta i oczy tak głęboko piwne, jakby sama piana morska wyrzucona na brzeg w nich mieszkała. Koścista aparycja jest podkreślona wielokroć przez wysoki wzrost, sięgający wybitnym stu siedemdziesięciu sześciu centymetrom. Zdecydowanie bardziej kanciasta, aniżeli kobieca - porusza się, jak i nosi, po męsku. Nosi za sobą ciężką woń piżmowych perfum, głos ma zupełnie niemelodyjny, niski i ochrypły.

Lycoris Black
#5
06.03.2023, 20:47  ✶  

Przez wąskie meandry myśli przewijała się symfonia strachu przed opuszczeniem i bezwzględnego w jej obliczu lęku przed stratą jedynego pierwiastka ludzkiego, na którym jej niejako zależało. Bo to przecież był on, jej chłopiec zagubiony w miriadach życiowych; zawieszony gdzieś między tym, co dobre, a tym, co złe; westchnięcie zamarło na jej wargach, gdy poczuła dotkliwe ukłucie, jakoby mogła go stracić. Jej życie opustoszałoby wówczas do reszty, a nieprzespane noce nie zawieruszałaby myśl o nim i choć w okazywaniu emocji była nader powściągliwa, wystarczyło, że dotknęła go w dłoń i wiedziała, że zrozumie wszystko, co bezsłownie chciała przekazać. Arogancka osobowość łączona z półmiskiem chłodu, w którym zostali wychowani, odbijała się piętnem na relacjach i ich przebiegu. Nie potrafiła doceniać nikogo, poza sobą.

Nie lubiła dotyku z równą mocą, co Elliott; każdorazowe zetknięcie się z cudzym ciałem wywoływało salwę wzdrygnięcia się, a przekraczanie umownej granicy zbudowanej fasadą w jej głowie, urastało do rangi niemożebnego problemu. Teraz jednak, gdy żałość i smutek rozdzierały jej ciało wpół, a duszę na ćwiartki, ułożenie dłoni na jego ramieniu, dotyk ciała – choć obcego i odległego – przypomniał jej, że żyje. Prędko jednak zsunęła tę, siadając ociężale na jednym ze stołków umiejscowionych przy łóżku.

Początkowe nerwy ustąpiły srebrzystego tonu głębokiej konsternacji; jej umysł zaczął pracować na zwiększonych obrotach, szukając przyczyny patowego stanu rzeczy, w którym ich trójka została zamknięta złotym kluczem. Momentalnie wyciszyła się, podbródek opierając na dłoni, zupełnie jakby przez umysł przebiegały stada myśli.

Siniaki na nadgarstkach.

Pochyliła się nad bratem, podciągając mankiet szpitalnej koszuli, aby przyjrzeć się śladom na nadgarstkach. Wyjęła z płytkiej kieszeni koszuli okulary, wpatrując się w otarcia.

– Ślady po linie – rzekła półmartwo, wzrok przenosząc na Malfoy’a, aby po chwili ciężko przełknąć ślinę. – To wszystko było zbyt niejasne. Widziałam zaciemnioną piwnicę, betonową podłogę, brak okien i tłumiony krzyk wydobywający się z prawdopodobnie zakneblowanych ust. Nie pomyślałam, że to mógł być on. Dlaczego w końcu to miałby być on? Czy on miał jakichś poważnych wrogów? – zadała pytania, dotyk ściągając z zasinionych nadgarstków. – Porozmawiam z pielęgniarką, jak tylko się zjawi.

Przymknęła oczy na moment, chcąc przywołać scenę z wizji; ta jednak zastawała ją jakoby wydmuszkę, otworzyła więc je ponownie, podnosząc się z krzesła niewiadomą siłą.

Perseus nigdy nie stawiał czoła problemom; zawsze uciekał w świat mrzonki i fantazji, błądząc po omacku pośród niezbadanej rzeczywistości. Brakowało mu odpowiedzialności, stonowania i twardego stąpania po podłożu – nie potrafiła go jednak winić. Z ich duetu, to ona stanowiła tę silną postać, zatwardziałą i odporną na wpływy zewnętrza, które przecież czyhało na niego – łagodnego i miękkiego, w gruncie rzeczy nazbyt uginającego się pod wpływem okrutnej rzeczywistości.

– Och – rzekła tylko, wzrok przenosząc na nierówno zapiętą koszulę.

Rozpięła materiał jedynie po to, aby go ponownie zapiąć – tym razem nie myląc kolejności guzików, a wymagało to od niej niezawoalowanego skupienia, gdyż koronerskie dłonie, na ogół stabilne i wyzbyte z drżeń, nagle zaczęły się trząść.

Uniosła wzrok na Elliotta, gdy ten tylko wspomniał o chorobie jej brata.

– Tak – rzekła w końcu. – Nie od niego samego, rzecz jasna. Jestem przekonana, że zbyt się wstydził, aby o tym komukolwiek powiedzieć wprost. Nasz członek rodziny cierpiał na tę samą chorobę; w dodatku wszystkie jego objawy ułożyły mi się dosyć szybko w zwięzłą całość, byłam przecież uzdrowicielem. Nie potrafiłam mu jednak należycie pomóc, nie wiem kto bardziej bał się rozmowy na ten temat – on czy ja. – Przełknęła ciężko ślinę. – Jednak skłamałabym, mówiąc, iż o niej nie wiedziałam.

Wypuściła powietrze więzione w płucach, ponownie siadając na krześle, wbijając uporczywy wzrok w oblicze brata; zasnute cienką mgiełką snu.

King with no crown
Stars, hide your fires
Let no light see my black and deep desires
wiek
31
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Kanclerz Skarbu
Schludny, młody mężczyzna ze starannie ułożonymi blond włosami. Nie grzeszy wzrostem, będąc wysokim na 178 centymetrów, acz chodzi na tyle wyprostowany i z uniesioną głową, że może wydawać się górować nad rozmówcą. Pomaga mu w tym spojrzenie chłodnych, niebieskich oczu, na tyle skutych lodem, że nie sposób się przez niego przebić, aby dostrzec kryjącą się za nimi duszę. Zazwyczaj używa perfum z cedrowymi nutami przeplatającymi się z drzewem sandałowym. Dobiera ubrania starannie, zwłaszcza kolorystycznie. Nie ubiera się krzykliwie, acz odpowiednio do okazji; zawsze z idealnie wyprasowanym materiałem koszuli, dobrze dopiętą kamizelką. Charyzmą przyciąga do siebie innych, acz waży słowa w naturalnie ostrożnej manierze. Nie brak mu w głosie donośnych tonów, na marne można oczekiwać, że otworzy usta, aby krzyczeć, nawet te cicho wypowiedziane przez niego słowa potrafią być dobitniejsze niż cudzy krzyk. Stawia na niską intonację, uważając, że jest przyjemniejsza dla ucha i bardzo dobrze podkreśla angielski, wręcz krzyczący w swojej pretensjonalności o jego uprzywilejowanym urodzeniu, akcent.

Elliott Malfoy
#6
02.04.2023, 21:27  ✶  
Myśl, że Perseus sam na siebie ściągał problemy, jeden po drugim, swoimi lekkomyślnymi poczynaniami i zachowaniami kołatała się w umyśle Malfoya, zakleszczona pomiędzy zdrowym rozsądkiem, a konwenansami. Lycoris była widocznie roztrzęsiona. Zazwyczaj spokojna, chłodna kobieta, teraz, gdy nieprzychylność losu zapukała do jej drzwi, miała prawo zachwiać się pod naporem jego ciężaru. Elliott doskonale wiedział, że nawet jeżeli Percy napytał sobie biedy, to aktualny moment nie był najlepszy, aby dzielić się tą myślą. Zatrzymał ją dla siebie; pozwolił jej rozłożyć się na kościach, opaść pyłem na poprzednie warstwy słów, które były domniemaną prawdą, ale nigdy nie odpowiednio delikatną, aby móc wypowiedzieć ją na głos. Miał ze swoją bliźniaczką wiele wspólnego, dzierżył sztylety najlogiczniej ostrych słów z ojcowską precyzją, acz jego własna natura - poddająca się emocjom i współczuciu zbyt często, aby było to dla reszty Malfoyów zrozumiałe - dyktowała w tym momencie warunki.
Narcystyczne pobudki popychały język do układania dźwięków pod swoim własnym adresem. Zraniona duma rosła z każdą, kolejną sekundą, powodując, że bezsilność przeradzała się w złość, zirytowanie podbijane rozdrażnieniem teoretycznie już zamkniętym rozdziałem - wyjazdem Perseusa do Paryża. Pomimo słów czy akcji jakie razem wykonali; ponownego splecenia się nici ich żyć w dorodny warkocz, wciąż nie potrafił zapomnieć. Osamotnienie było ciężkim kawałkiem lodu, który pozostał w sercu Malfoya, gdy jego chłodne okowy pękły po raz pierwszy, by wpuścić Blacka do srodka, pozwolić mu się rozgościć, rozejrzeć, zostać. Zaufanie było trudne do zdobycia, a można było je utracić tak szybko, w mgnieniu oka.
- Być może jakby komunikował się z najbliższymi ludźmi o swoich problemach, to wiedziałbym czy miał jakichś wrogów - odparł, bo choć miał wystarczająco oliwy w głowie, aby nie wypowiadać wszystkich swoich myśli czy żali, tak pasywno agresywny pod-ton wypowiedzi pozostał. Niesmak rozlewał się pomiędzy wypowiadanymi dźwiękami, gorzki wyrzut, który kierowany był do lezącego na szpitalnym łóżku mężczyzny, bo też na nim skupione było oszronione spojrzenie niebieskich oczu.
Zacisnął usta pozwalając sobie na chwilę jawniejszego zirytowania. Nie potrafił rozdzielać emocji, najcześciej były dla niego zlepkiem dyskomfortu. Nawet po pozytywne, po jakimś czasie zdawały się uciążliwe, przeszkadzały w utrzymaniu neutralności, wykonywaniu czynności, które potrzebne były ze strategicznego punktu widzenia. Okazywanie ich, w jakimkolwiek stopniu, wydawało mu się odsłanianiem słabości, byciem słabym. A jednocześnie, słysząc śliskie pod-tony głosu ojca w tego typu myślach, chciał uciec od nich jak najdalej. Rozdarty pomiędzy powinnością, a faktycznym tętentem emocjonalności własnych pragnień.
Przełknął ślinę, bo poczuł jak powoli zaczęło zasychać mu w gardle.
Odchrzaknął.
- Nie wiedziałem nawet, że był chory, wątpię, że posiadam jakiekolwiek pożyteczne informacje - powiedział już mniej jadowicie, aczkolwiek wciąż brzmiało to jak wyrzut. Westchnął, zawiedziony swoim własnym brakiem umiejętności ubrania wypowiedzi w odpowiednie emocje, zazwyczaj wychodziło mu to bezbłędnie.
- Nie lubię czuć się bezradny, to bardzo irytujące - wyjaśnił po krótce, decydując się na odrobinę powściągliwej szczerości.
Własne słowa wybrzmiały mu bardzo infantylnie, słabo, nieodpowiednio. Od kiedy potrzebował się komukolwiek tłumaczyć?
Przesunął palcem sygnet na małym palcu, chcąc aby chłód surowca ochłodził odrobinę rozgrzewające go emocje, które próbował przełknąć w jak najmniej krzywdzący sposób.
Przygryzł wnętrze policzka pozwalając szczęce zacisnąć się mocniej, potrzebował świeżego powietrza, aby poukładać myśli, ale też wysiłku fizycznego. Niczego z tych rzeczy nie mógł otrzymać w szpitalnych murach. Nie chciał zostawiać Perseusa samego, ale teraz, gdy w sali znalazła się też jego siostra, która o wiele lepiej znała się na jakichkolwiek schorzeniach, ranach czy, jak też Elliott się dowiedział, tajemnicach jego byłego kochanka i przyjaciela. Nie wiedział jeszcze jak mocno go to zraniło. Fakt, że Lycoris wiedziała w żaden sposób mu nie uwłaczał, po prostu czuł się wykluczony przez swoją własną niewiedzę. Argument ze wstydem był dla niego zbyt mały w porównaniu z konsekwencjami emocjonalnymi, które niósł ze sobą wyjazd do Paryża, rozstanie, potrzeba pogodzenia się ze swoją własną samotnością, kolejnymi wyzwaniami które świat rzucał pod nogi.
- Zostawię was - uznał ostatecznie i podniósł się z krzesła. Poprawił marynarkę i zapiął jeden z jej guzików, aby zakryć biel koszuli.
- Jeżeli będziesz czegoś potrzebowała, znasz mój adres. Postaram się napisać w tej sprawie do znajomej osoby, która mogłaby pomóc w śledztwie. - przystanął przy wyjściu z sali i rzucił jeszcze jedno spojrzenie na bladą jak pergamin twarz przyjaciela, prawie że zlewającą się z odcieniem szpitalnej pościeli.
Westchnął w duchu.
Chociaż teraz był zły, zdawał sobie sprawę, że na wróci do tego pomieszczenia, jeszcze nie raz, w nadchodzących dwóch tygodniach. Mimo wielu warstw, niektórych już całkowicie zgniłych, ich relacji, wciąż nie potrafiłby odwrócić się na pięcie i wyjść nie patrząc za siebie. Ich istnienia związane były zbyt wieloma sznureczkami podchwytliwych powiązań.
Nic już nie powiedział, rzucił ostatnie spojrzenie Lycoris i wyszedł.


“An immense pressure is on me
I cannot move without dislodging the weight of centuries”
♦♦♦
Call me the Villain
You should see me in a crown
Your silence is my favorite sound
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wiecznie znudzona i zblazowana mimika okrywa płaszczem wyraziste kości policzkowe, pełne usta i oczy tak głęboko piwne, jakby sama piana morska wyrzucona na brzeg w nich mieszkała. Koścista aparycja jest podkreślona wielokroć przez wysoki wzrost, sięgający wybitnym stu siedemdziesięciu sześciu centymetrom. Zdecydowanie bardziej kanciasta, aniżeli kobieca - porusza się, jak i nosi, po męsku. Nosi za sobą ciężką woń piżmowych perfum, głos ma zupełnie niemelodyjny, niski i ochrypły.

Lycoris Black
#7
05.04.2023, 17:38  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.04.2023, 17:38 przez Lycoris Black.)  

Ściągał na siebie mikrokosmos problemów, gdy tylko na moment przymknęła ociężałe bezsennością oczy; czasami miała wrażenie, że musi przyglądać mu się nieustannie, niczym dziecku, które potrzebuje życiowej guwernantki – tej, która przeczesze mu dłonią włosy, zaśpiewa do snu tudzież nauczy podstaw funkcjonowania w społeczeństwie. W gruncie rzeczy, w ostatniej spośród materii nigdy nie była dobra, a obraźliwość jej bytowania przeczyło wręcz temu wielokroć; w końcu otulona welonem niechęci do ludzi, nigdy nie popadała w emocje skrajne; nie potrafiła błyskać uśmiechem, prowadzić języka kurtuazji czy zarzucać zalotnie włosami – w obejściu bardziej męska, aniżeli kobieca, jedynie gdzieś pomiędzy oczami a ustami objawiała się kobieta i to kobieta niebanalnie ładna. Często nakreślano jej tę nalepkę stalowej piękności, a ona sama, uciekając od tego typu określeń, nosiła się po męsku, a głos miała niski. Teraz jednak, rozedrgana emocjonalnie, gdy widziała go bezbronnego, śpiącego twardym snem na łóżku szpitalnym, gubiła wszelki animusz. Czuła, że musi pociągnąć solidny łyk opium – nie teraz jednak.

W gruncie rzeczy jej emocje, którymi obdarzała Perseusa posiadały znamiona narcyzmu – tego, który zdawał się miękko płynąć w żyłach, podtapiać i zajmować całą przestrzeń w sercu; nie chciała go stracić, ponieważ nie wiedziała i była pełna obaw, jak jej przędzone życie będzie wyglądało bez jego obecności. Któż wówczas broniłby jej przed palącym gniewem matki? Czyje łzy mogłaby ocierać i kto uświadamiałby ją w przekonaniu, iż nie jest zła do szpiku kości?; prawdopodobnie nikt.

Ufała mu w końcu bezgranicznie, a wszystkie kowalne w obróbce emocje zaklinały się w jego osobie. Nigdy nie poddałaby w wątpliwość jego życiowych osądów i choć była z nim blisko, a percepcyjnie niejako biegle – nie naciskała na tematy, których ten nie chciał poruszać. Dawała mu wolną przestrzeń emocjonalną – gdy do niej przychodził, wysłuchiwała go; gdy nie chciał rozmawiać, także zastawała go ze ścianą milczenia.

– On nigdy nie mówi o takich rzeczach – odparła surowo. – Myślisz, że mnie to nie drażni? – zabrzmiała retoryką, wzrok ponownie moszcząc w osobie nieprzytomnego Perseusa.

Skupiła się na jego rysach, tak podobnych do jej – zaostrzonych gdzieniegdzie, aby na policzkach rozlewały się miękką, gładką linią. Była wszak jego najbliższą siostrą – wiedziała o aberracjach duszących jego umysł mimowolnie, o tym wszystkim, co zbywał fasadą milczenia, także o jego chorobie, która nie bez przyczyny stanowiła przedłużenie schorzenia dziadka. Widziała, jak powoli ją zjada, nigdy jednak nie poruszyła tego tematu, wiedząc, iż sprowadziłoby się to jedynie do kłótni. A choć Lycoris kłótliwa była – nie chciała wkraczać na ścieżkę tej trudnej rozmowy z własnym bratem.

I za wszelką cenę chciała to pozostawić w tej formie.

Zacisnęła usta w wąską linię, a słowa ugrzęzły jej w gardle. Przez moment milczała, określając własną irytację błądzącą pomiędzy meandrami krystalicznego przejęcia sytuacją. Na ogół nie schodziła z tonu, nie drżały jej wprawione w trzymanie skalpela dłonie, a pośród myśli nie działo się niespokojnie.

– A myślisz, że ja to lubię? Teraz myślę jedynie o tym, co bym zrobiła, gdybym zobaczyła go martwego na stole – odparła, poprawiając mankiety koszuli.

Skinęła głową ku Elliottowi – rozumiała go nad wyraz i choć złość ją trawiła w bezkresie, wiedziała, iż niejednokroć pojawi się jeszcze w szpitalnych murach; iż jeszcze niejednokroć siądzie przy jego łóżku pełna wyrzutów i niedopowiedzeń, które lawirowały po labiryncie umysłu. Siedziała jeszcze przez moment, opierając podbródek na splecionych dłoniach, z oddechem odrobinę przyspieszonym, nim przymknęła powieki.

Minęły sekundy, nim podniosła się, obrzuciła jednym spojrzeniem jego zaklęte oblicze i wyszła z sali.


Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Elliott Malfoy (2121), Lycoris Black (2136)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa