• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Bliskie Okolice Londynu v
« Wstecz 1 2 3 Dalej »
[06/04/1972] Podwodny taniec || Theodore & Charles

[06/04/1972] Podwodny taniec || Theodore & Charles
Lekkoduch
Wszystko jest możliwe, kiedy kłamiesz.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Theodore Lovegood
#1
11.01.2023, 19:11  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.01.2023, 19:19 przez Theodore Lovegood.)  
Z początku były nierozpoznawalne od szumu fal. Idealnie zsynchronizowane z morzem zdawały się przy pierwszym zetknięciu być jego nierozłączną częścią. Dopiero gdy wsłuchał się dłużej w dźwięki cicho nuconej melodii, dostrzegł, że jest ona nie jego drugorzędnym elementem krajobrazu, ale ważnym uzupełnieniem, bez którego morze nie wydawałoby mu się tego dnia takie piękne i tajemnicze.
Oczarowany dźwiękami szedł przed siebie, a jego buty uderzające o drewniane deski mola wybijały obcy dla tego miejsca rytm. Szukał autora piosenki, którą usłyszał z daleka i która w kilka sekund wprowadziła go w melancholijny nastrój. Chłopak niczym ćma widząca światło w oddali, czuł nieodpartą potrzebę dojścia do samego źródła i zgubienia się w jego blasku.
Na samym końcu kładki ujrzał to, czego szukał. Z wody wystawała głowa pięknej kobiety. Blondynka była zjawiskowa tak jak jej umiejętności wokalne. Każda linia jej twarzy, każdy kawałek skóry, każdy gest i uśmiech był dokładnie taki, jaki trzeba. Theodore podszedł bliżej, ale kiedy przykucnął, dziewczyna odpłynęła kawałek, przyglądając się mu nieufnie.
Przestała również śpiewać, więc podjął melodię w miejscu, w którym przerwała. Z pozoru udanie symulował szum wody odbijającej się od brzegu w miarowym rytmie. Był to jednak tylko pozór, który dla wprawnego ucha był oczywisty do wychwycenia. Jego serce nie było stopione z morzem tak, jak ludzi i istot żyjących w wodnym żywiole. Stanie się z nim jednością było poza jego zasięgiem. Był tego świadomy, ale próbował, nucąc pojedyncze sylaby. Jego piosenka, tak jak jej, nie miała słów, ale nie były one potrzebne, by zjednoczone serca mogły wymieniać się myślami. Śpiewał o szczęściu, o pięknie, o sile żywiołu i przede wszystkim o miłości tak nieprzewidywalnej, szczerej oraz prawdziwej, że była w stanie przetrwać nawet śmierć. Był przekonany, że o tym samym jeszcze przed chwilą śpiewała wodna piękność.
Swoją piosenką zdołał zdobyć jej zaufanie. Podpłynęła bliżej, ułożyła ręce na molo i podparła nimi głowę. Znów zaczęła śpiewać, szybko zdominowała jego głos, on zaś potulnie dostosował się do jej tempa oraz słodkiego tembru. Czuł, jakby jego serce miało mu zaraz wyskoczyć z piersi. Trwali tak przez chwilę, po czym tajemnicza blondynka nagle urwała melodie.
- Podejdź bliżej – Odpłynęła kawałek, wystawiła dłoń i palcem wykonała zapraszający gest. Theodore nie zastanawiał się ani chwili, jej uroczy, nierzeczywisty głos był dla niego wszystkim. Była to ostatnia szansa, by zadać sobie pytanie, kim była, co robiła w kwietniowy wieczór w zimnej wodzie, gdzie były jej ubrania, lecz Lovegoodowi nawet nie przeszło to przez myśl. Podniósł się i pospiesznie zrzucił z siebie szaty oraz buty. Zostawił je przy barierce, po czym w samej koszuli i spodniach zsunął się do wody.
Niecierpliwymi ruchami zbliżył się do niej. Ich spojrzenia się spotkały, on zaś nie mógł oderwać od niej oczu. Był przekonany, że to jedyna, prawdziwa miłość, jaka zdarza się tylko raz w życiu. Pochylił się, by ją pocałować, ale nieznajoma, chichocząc pod nosem, zwinnie od niego odpłynęła. Sytuacja powtórzyła się kilka razy – za każdym razem, gdy brakowało mu już kilku centymetrów do jej ust, dziewczyna figlarnie mu uciekała. Nie zauważył, że przez ten taniec coraz bardziej oddalali się od drewnianej kładki.
W końcu uznała, że już czas. Przy jednej z jego prób jej mina stała się poważniejsza, a gdy zbliżył się, nie uciekła. Jednak gdy już miał ją pocałować, melodia wydawana przez morze nagle się zmieniła. Wszystko ucichło, a następnie usłyszał dziki pisk drapieżcy. Ponętne usta, w które celował, zniknęły, a twarz zaczęła się wyginać i transformowała się w straszliwy widok. Miał przed sobą pół człowieka, pół krwiożerczą rybę, która oplotła jego ramiona i brutalnie zaczęła ciągnąć go pod wodę.
Był przerażony. Rozpaczliwie na przemian młócił na ślepo rękami i szukał swojej różdżki po kieszeniach, która to znajdowała się z dala od całej akcji między fałdami jego szat. Szukał dostępu do powietrza, lecz zamiast tego jedynie łykał wodę. Piękność, która okazała się być potworem, nie chciała go zagryźć, choć bez problemu mogłaby to zrobić. Chciała w całości zaciągnąć go na dno i tam skonsumować swoją ofiarę. Czuł, że zaczyna brakować mu powietrza, ale wciąż machał dłońmi, próbował wyrwać się z uścisku, odpłynąć. Walczył o życie, choć zaczynało brakować mu na to sił.
Loverboy
'It gets better!!!'
stfu It got worse-
wiek
22
sława
II
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
Brak
Ciemne długie i niesfornie wywijające się włosy, gęste brwi i szeroki uśmiech. Charles to wysoki na 188 centymetrów młody mężczyzna. Nie wyróżnia się imponującą muskulaturą, ale nie jest też chuderlawy. Do życia ma tyle samo dystansu, co do siebie, więc bardzo często można usłyszeć jak się śmieje. Ciemne oczy to zwierciadła jego duszy, a te już nie tak często wyrażają pozytywne emocje. Ubiera się luźno, stawia na swetry, golfy, czasami nawet bluzy czy mugolskie (!) trampki. Przy pierwszym spotkaniu często wydaje się czarujący, momentami szarmancki. Rodzice próbowali wyuczyć go bardziej wyrafinowanego akcentu, ale Charlie do dzisiaj nie pozbył się pozostałości dewońskiego zaciągania, co uwydatnia się w momentach ekscytacji i upojenia alkoholowego.

Julien Fitzpatrick
#2
21.01.2023, 02:20  ✶  
Odkąd ukrywał się u Longbottomów coraz częściej wybierał się na długie spacery. Sama Dolina Godryka miała swoje ograniczenia, w końcu ile mógł odwiedzać jedne i te same miejsca nie czując przy tym zmęczenia materiałem? Od czasu do czasu przenosił się w inne rejony Wielkiej Brytanii, z rozczarowaniem uznając, że Devon nie może być jednym z nich. Miejsce, w którym wychował się wraz z Fineasem byłoby zbyt oczywistą kryjówką, jeżeli śmierciożercy mieliby go szukać, a wolał się nie narażać. Pomimo miłych wspomnień i faktu, że serce zawsze ciągnęło go do rudych klifów przy Plymouth omijał tamte regiony.
Kwietniowa pogoda wydawała się o wiele chłodniejsza niż ta, którą obdarzył ich marzec, musiał ubrać na siebie jedną z za dużych kurtek, które dostał od Brenny i Erika - założył, ze ta była jakimś starym ubraniem tego drugiego, ale nie wybrzydzał, dlaczego by miał? Ubranie to ubranie, jeżeli było mu w nim ciepło i zasłaniało od wiatru to tylko to sie liczylo, przynajmniej w momencie, gdy wychodził na samotne wędrówki, podczas wypadów do barów i miasta sprawa miała się odrobinę inaczej. Charles zawsze był osobą, która lubiła robić dobre pierwsze wrażenie, zwłaszcza na osobach, z którymi flirtował, a tych nigdy nie brakowało. Plusem było, że starą kurtkę czy za dużą koszulkę dało się bardzo dobrze 'wystylizować' jeżeli tylko miało się do tego smykałkę, a takowej Rookwoodowi, na jego szczęście, nie brakowało.
Zanurkował rękoma w kieszeniach za dużej kurtki i wyciągnął z niej paczkę papierosów - pogniecioną, porysowaną i wyblakłą, wyglądała na niesamowicie starą, ale nie przeszkodziło to Charliemu w pociągnięciu za filtr jednej z bibułek wypełnionych tytoniem i wsunięciem pomiędzy wargi. Już odpaliłby papierosa, gdyby nie melodia, jaka doszła do jego uszu. Zamarł pozwalając wiatrowi rozwiewać kosmyki długich, brązowych włosów. Stał nieruchomo, próbując nasłuchiwać skąd dochodzi dźwięk i, czy aby mu się nie przesłyszało. Melodia zdawała się jakby cichnąć, ale zaraz wezbrała w swojej intensywności, gdy do kobiecego głosu dołączył niski, chłopięcy. Zmarszczył brwi i wyciągnął filtr z ust wciskając przedmiot do spracowanej paczki, a ją do kieszeni. Różdżkę wciąż miał w dłoni, mimowolnie, jakby przyciągany niewidzialną nicią, ruszył w kierunku nuconej melodii. Dopiero po chwili zorientował się, że odszedł znaczącą odległość od angielskiego dębu, przy którym stał. Słyszane dźwięki, dochodzące znad pobliskiego jeziora, były zbyt zachęcające, aby teraz się zatrzymał, więc bez dłuższego namysłu przyspieszył kroku, aby prawie zbiec ze wzgórza i znaleźć się w otaczających zbiornik zaroślach. Był już prawie przy drewnianym pomoście, zza szuwarów i okolicznej roślinności majaczyły mu sylwetki postaci w wodzie, gdy usłyszał donośny plusk, kolejne chlapnięcie i dogłos szamotania się. Postawił pare szybkich kroków na deskach, podłoże skrzypnęło pod jego ciężarem, a zafascynowanie melodią zniknęło prawie natychmiast, gdy ta przestała dzwonić w uszach, wdzierać się pomiędzy trzeźwe myśli. Jego oczom ukazała się scenka, w której bliżej niezidentyfikowany - acz bardzo nieatrakcyjny w porównaniu do słyszanej wcześniej melodii - stwór postanowił obrać sobie jakiegoś nieszczęśnika za ofiarę.
Wziął różdżkę w zęby, gdy zrzucał z siebie w pośpiechu buty, a potem ciężki materiał kurtki. Bez zastanowienia przebiegł przez pomost i wskoczył do wody tak, aby jak najszybciej znaleźć się przy oprawcy i ofierze. Woda była zimna i mętna, ale Charlie był wystarczająco rozgrzany adrenaliną, która zazwyczaj pozwalała mu najpierw reagować, a potem zastanawiać się nad konsekwencjami. Powinien był rzucić zaklęcie na tego rybiego paszczura jeszcze z pomostu, z odległości, zanim jeszcze się do nich zbliżył, ale ani nawet o tym nie pomyślał, ani nie był też pewien, jak już przyszło mu to do głowy, czy zdołałby wycelować i nie uszkodziłby niewinnej ofiary. Zajęte wciąganiem drugiego chłopaka pod wodę stworzenie niezbyt miało jak zareagować na nadpływającego czarodzieja, co dało Charlesowi odrobinę przewagi. Rookwood w pierwszym odruchu złapał nieznajomego chcąc po prostu odciągnąć go od dna i rybiego dziwadła, ale bardzo szybko obydwoje znaleźli się pod wodą, widoczność była nikła, zaczynał czuć, że coś zaciska mu się na szyi - był w zasięgu potwora.
Nie po to tu wskoczył, aby też utonąć, na Merlina.
Jasna smuga zaklęcia rozświetliła głębiny, gdy spetryfikowana postać pół ryby-pół kobiety opadała na dno jeziora, a Charles pociągnął drugą osobę za sobą, ostatkiem sił, używając tylko jednej ręki, bo w drugiej wciąż trzymał różdżkę. Kiedy się wynurzyli zaczerpnął łapczywie powietrza. Ponownie wsadził różdżkę w zęby, ta miała już na drewnie zadrapania i inne wgłębienia po przeróżnych sytuacjach, w których była w ten sposób trzymana przez właściciela. Obydwoma rękoma złapał ledwo przytomnego delikwenta, nie był pewien czy ten stracił przytomność, czy nie, ale ciągnął go w kierunku brzegu.
- Jeszcze tylko kawałek - sarknął niewyraźnie, chyba bardziej do siebie niż o towarzysza, bo zaczynał czuć ból w mięśniach. Różdżka, płynięcie i łapanie oddechu przeszkadzały mu w klarownym wysłowieniu się. Chwila minęła zanim znaleźli się na trawie, zmarznięciu i wyczerpani, ale Rookwood nie marnował ani chwili. Po treningu w Departamencie Magicznych Wypadków i Katastrof wiedział dokładnie jak reagować. Może nie pracował w samym pogotowiu ratunkowym, ale podstawowe szkolenie odebrał. Zaczął sprawdzać czy drugi chłopak, w którym definitywnie rozpoznawał kogoś znajomego z Hogwartu, ale teraz nie było czasu nad przypominaniem sobie imienia, jeszcze dycha i czy potrzebna jest mu reanimacja.


I won't deny I've got in my mind now all the things we'd do
So I'll try to talk refined for fear that you find out how I'm imaginin' you
Lekkoduch
Wszystko jest możliwe, kiedy kłamiesz.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Theodore Lovegood
#3
22.01.2023, 15:59  ✶  
Walcząc o życie, w chwili ogromnej desperacji, myślał tylko o swoim ojcu. Starszy z Lovegoodów ponad dwadzieścia lat temu zakochał się w wili, w konsekwencji czego musiał samotnie wychowywać syna. Theodore czuł o to do niego nigdy niewypowiedziany głośno żal. Dał się omotać, oczarować, wykorzystać i porzucić przez jakąś kreaturę, przez co Theo musiał wychowywać się w niepełnej, dysfunkcyjnej rodzinie. Nigdy nie rozumiał, co za głupota, co za szaleństwo mogły poprowadzić go do popełnienia takiej pomyłki. Nigdy, aż do dzisiaj. Dzisiaj zrozumiał.
O tym właśnie była melodia, która, choć już zamilkła, nadal dudniła mu w uszach. Warto było poświęcić się w pogoni za miłością, nawet jeśli ryzykowało się po drodze popełnić poważne błędy. Nie dało się obronić, gdy piękno uderzało z całą swoją siłą, zaciskało z całych sił macki wokół duszy i kazało pożegnać się z dotychczasowym życiem. Lovegood senior musiał postawić całe swoje życie na głowie, by dostosować się do dziecka, zaś junior najwyraźniej pożegna się z nim w niemetaforyczny sposób. Szkoda było mu umierać, ale podskórnie czuł, że taka śmierć była bardziej godna i sensowna niż jakakolwiek inna.
Im bardziej uciekało z niego powietrze, im bardziej znikała świadomość, tym bardziej rozumiał, że nie uda mu się uciec. Nie wierzył już w swój sukces, ale jego ciało, coraz bardziej oddzielone od umysłu, nadal walczyło. Jego ręce szamotały się, a nogi wierzgały, z wątpliwą celnością uderzając wszystko, co było w pobliżu.
Do Theodore’a nie do końca docierało to, co działo się wokół. Wydawało mu się, że poczuł dodatkową parę rąk oplecioną wokół jego ciała, a chwilę potem nie z jego inicjatywy nastąpiła intensywniejsza niż dotychczas szarpanina, która zakończyła się, gdy mignął mu przed oczyma czerwonawy promień zaklęcia. Chłopak nie uświadamiał sobie, że ma przy sobie sojusznika i przez krótką chwilę jeszcze się rzucał w jego ramionach, próbując się uwolnić, a następnie, gdy wyczerpał już wszystkie swoje siły życiowe, a światło przed jego oczyma zgasło, znieruchomiał, zostawiając Charliego samego z obowiązkiem wyciągnięcia ich na brzeg. Słów ratownika nie mógł już usłyszeć.
Ku zaskoczeniu Lovegooda światło nie zniknęło na wieki, pojawiło się ponownie. Niepewny ile czasu spędził w ciemności, otworzył nagle oczy i ujrzał nachylającego się chłopaka z różdżką w ręku, ściskającego jego klatkę piersiową, zaś w swoich płucach poczuł ogromną pustkę nie do opisania. Rozpaczliwie zaczerpnął powietrza, jakby robił to po raz pierwszy w życiu, odchylił głowę na bok i wypluł w siebie odrobinę wody, która stanęła mu w gardle. Łapczywie zaczął łykać kolejne hausty powietrza w trakcie, gdy jego ciało przeszywały spazmy, a świadomość rozpaczliwie próbowała zrozumieć, gdzie był i co się wydarzyło.
Loverboy
'It gets better!!!'
stfu It got worse-
wiek
22
sława
II
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
Brak
Ciemne długie i niesfornie wywijające się włosy, gęste brwi i szeroki uśmiech. Charles to wysoki na 188 centymetrów młody mężczyzna. Nie wyróżnia się imponującą muskulaturą, ale nie jest też chuderlawy. Do życia ma tyle samo dystansu, co do siebie, więc bardzo często można usłyszeć jak się śmieje. Ciemne oczy to zwierciadła jego duszy, a te już nie tak często wyrażają pozytywne emocje. Ubiera się luźno, stawia na swetry, golfy, czasami nawet bluzy czy mugolskie (!) trampki. Przy pierwszym spotkaniu często wydaje się czarujący, momentami szarmancki. Rodzice próbowali wyuczyć go bardziej wyrafinowanego akcentu, ale Charlie do dzisiaj nie pozbył się pozostałości dewońskiego zaciągania, co uwydatnia się w momentach ekscytacji i upojenia alkoholowego.

Julien Fitzpatrick
#4
25.01.2023, 00:49  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.01.2023, 00:53 przez Julien Fitzpatrick.)  
Dłuższą chwilę, w panice, reanimował Theodore'a i odsunął się od niego, dopiero, gdy ten gwałtownie otworzył oczy i tak samo szybko podniósł się do pozycji wpół-siedzącej, aby wypluć i wykaszleć zalegającą wodę.
- Na Merlina, myślałem już, że wyzioniesz ducha. Za przystojny jesteś żeby umierać - wyrzucił z siebie, chyba w ramach euforii, doceniając, że ma przed sobą oddychającą i żyjącą osobę, a nie zimnego trupa wyłowionego z jeziora. Nawet po chwili nie speszył się tym, co powiedział, pochylał się nad drugim czarodziejem, w pewnej konsternacji, jakby nie wierzył temu, że faktycznie mu się polepszyło. Poza tym, długo byli pod wodą, Theo nawet dłuzej od Charlesa, ciało różnie reagowało na takie sytuacje, zwłaszcza przy podduszaniu przez obślizgłą pół rybę, pół kobietę, pół cokolwiek-to-było-a-teraz-leży-spetryfikowane-na-dnie.
Włosy przykleiły mu się do twarzy, tak samo jak koszulka do klatki piersiowej, a spodnie do ud i łydek. Odgarnął mokre kosmyki z twarzy, aby mieć dobrą widoczność, bo włosy były na tyle długie, że zakrywały mu całą twarz, a wcześniej był zbyt popychany adrenaliną i chęcią uratowania życia, aby zwracać uwagę na takie szczegóły. Przekrzywił delikatnie głowę, a krople zimnej wody z jeziora sączyły mu się z włosów, wędrowały przez czoło, po linii szczęki, aby zginąć pomiędzy materiałem mokrej koszulki, a klatką piersiową. Oddychał szybko, przez co materiał unosił się i opadał arytmicznie. Dopiero teraz rozpoznał w uratowanym chłopaku Theodore'a, z którym chodził do szkoły, z którym grał w drużynie, a którego nie mógł powitać, jak dawnego kompana, musząc zgrywać nieznajomego. Żałował, ze tak właśnie musi się to potoczyć, ale nie miał innego wyjścia, wtajemniczeni mogli być jedynie Heather, Cameron oraz Sarah, a i tak dzieląc się z nimi ta wiedzą, Rookwood narażał ich na niebezpieczeństwo.
- Usłyszałem śpiew, nucenie, właściwie, melodię? Nie było w tym zbyt wielu słów, albo ja ich nie pamiętam. Przywiodła mnie tu, jak zapach kebaba po naprawdę długiej imprezie, domyślam się, że na ciebie zadziałało tak samo. Kiedy byłem przy pomoście ta obślizgła poczwara miała cię już w swoich szponach - wytłumaczył z grubsza, co się stało, albo jak odebrał całą sytuację - Jak się czujesz? Może trzeba będzie cię podrzucić do Munga? - zaproponował. Niezbyt mu się uśmiechało bieganie po szpitalach lub innych zatłoczonych miejscach, ale przecież nie zostawi tutaj zdezorientowanego, ledwo żywego kolegi ze szkoły. Lovegood zawsze był dla niego miły, dobrze wspominał spędzone z nim chwile, coś mu nawet zaświtało, ze w ostatnich miesiącach zaczął robić sensowniejszą karierę na deskach londyńskich teatrów.
- A właśnie, jestem Julien, Jules. Miło poznać, jak już mówiłem, dobrze, ze żyjesz - wyszczerzył w uśmiechu rządek białych zębów i opadł w pół-siad, umiejscawiając dłonie za tułowiem i opierając na nich ciężar ciała. Nie chciał na razie kontynuować dyskusji albo wypytywać wyłowionego chłopaka o zbyt dużą ilość szczegółów, nie wiedział jak stabilny jest jego stan, poza tym, ze oddycha. Zakładał też, że takie przeżycie musi być niesamowicie szokujące, wręcz traumatyczne. W końcu nie na codzień zaszyte w szuwarach syreny-potwory, czy inne magiczne wydry przypuszczają atak na twoje życie. Nawet Charlie, ze swoją listą nabytych nowych, świeżutkich traum, musiał przyznać, ze nie spodziewał się takiego obrotu spraw, a był zaledwie osobą ratującą, bez której, młody Lovegood poszedłby na dno wraz ze swoją pięknogłosą potworą.


I won't deny I've got in my mind now all the things we'd do
So I'll try to talk refined for fear that you find out how I'm imaginin' you
Lekkoduch
Wszystko jest możliwe, kiedy kłamiesz.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Theodore Lovegood
#5
27.01.2023, 20:37  ✶  
Ktoś nazwał go przystojnym. Jeszcze kilka chwil temu mógłby przysiąc, że chciałby do końca swojego życia słuchać tylko i wyłącznie takich słów od morskiej piękności, jednak to nie ona je wypowiedziała. Głos nie był tak piękny, efemeryczny, stopiony z morzem jak u syreny. Był twardszy, bardziej męski i przyziemny. Jego ton zaczął powoli sprowadzać Lovegooda z powrotem na ziemię. Chłopak wypluł to, co miał do wyplucia, odetchnął kilkakrotnie i w końcu podniósł głowę, zerknął na swojego ratownika. W oczach miał niedowierzanie: nie było jasne, czy to z powodu tego, że uniknął pewnej śmierci, a może dlatego, że ktoś w porę go wyłowił. A może, bo został bez dziewczyny lub bo usłyszał komplement w niespodziewanym momencie? W głowie mu się mieszało i miał wrażenie, że wszystkie te powody równomiernie potęgowały szok, przez który serce biło mu jak szalone, a ciało dygotało.
- Ja? Przystojny? - lekko zdezorientowany spytał się ze zdziwieniem chłopaka, który przez sam fakt powiedzenia tego tekstu, sprawiał wrażenie obytego z takim zagrożeniem. Opowieść o tym jak wyglądało to zdarzenie z punktu widzenia Julesa pomogła mu ogarnąć, co i jak miało miejsce. Powoli, bardzo powoli docierało do niego, co się wydarzyło. Nie przedstawił jednak jeszcze swojej wersji zdarzeń, gdyż zdania w jego głowie, z powodu wciąż buzujących emocji, nie układały się w sensowną i logiczną całość.
Mung? Theodore sam nie był pewien, czy lekarz jest mu potrzebny. Zerknął w dół i poklepał po kolei klatkę piersiową, brzuch i swoje kończyny, by upewnić się, że wszystko jest na swoim miejscu. Inspekcja przebiegła bardzo pomyślnie i mógł z czystym sumieniem pokiwać przecząco głową. Nie miał żadnych poważnych zadrapań. Pamiętał, że poczwara miała duże zębiska, ale trzymała je na dystans, czekając na odpowiedni moment, by posilić się swoją ofiarą.
Widok swojego ciała w jednym kawałku był pobudzający, w jego głowie wreszcie zakołatała mocno i wyraźnie myśl, że powinien nie żyć i oddycha tylko dlatego, że został ocalony przez bohaterskiego samarytanina. Chwycił oburącz dłoń swojego wybawcy i ścisnął ją tak mocno, jak tylko niedoszły topielec był w stanie to zrobić. Na jego ustach pojawił się wielkich uśmiech ulgi.
- Jules, uratowałeś mnie, człowieku. Myślałem, że już po mnie. Na Merlina! Jestem żywy, jestem żywy! - powiedział z entuzjazmem, który robił się większy z każdym wypowiedzianym słowem. Aktor złapał ratownika za fraki, a następnie niezależnie od tego, czy usłyszał jakieś słowa sprzeciwu, mocno wyściskał. Co więcej, zaczął mu dziko chichotać z radości do ucha. To nic, że go nie znał, nie kojarzył nawet z Hogwartu. Jules z marszu znalazł się na liście jego ulubionych osób na świecie. Nie mogło być inaczej!
Loverboy
'It gets better!!!'
stfu It got worse-
wiek
22
sława
II
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
Brak
Ciemne długie i niesfornie wywijające się włosy, gęste brwi i szeroki uśmiech. Charles to wysoki na 188 centymetrów młody mężczyzna. Nie wyróżnia się imponującą muskulaturą, ale nie jest też chuderlawy. Do życia ma tyle samo dystansu, co do siebie, więc bardzo często można usłyszeć jak się śmieje. Ciemne oczy to zwierciadła jego duszy, a te już nie tak często wyrażają pozytywne emocje. Ubiera się luźno, stawia na swetry, golfy, czasami nawet bluzy czy mugolskie (!) trampki. Przy pierwszym spotkaniu często wydaje się czarujący, momentami szarmancki. Rodzice próbowali wyuczyć go bardziej wyrafinowanego akcentu, ale Charlie do dzisiaj nie pozbył się pozostałości dewońskiego zaciągania, co uwydatnia się w momentach ekscytacji i upojenia alkoholowego.

Julien Fitzpatrick
#6
20.02.2023, 07:02  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.02.2023, 07:04 przez Julien Fitzpatrick.)  
To fakt, Charles był przyzwyczajony do sytuacji kryzysowych, bo na swoje życzenie nazbyt często się w nie pakował.
No dobra - czasami po prostu znajdował się w centrum chaosu, kłopoty zdawały się znajdywać go same, nawet gdy specjalnie się o to nie prosił. Mimo wszystko, wyrzucanie z siebie najbardziej niespodziewanych słów czy tekstów, było po prostu sposobem, w jaki radził sobie z adrenaliną czy lękami, być może stresem, że prawie właśnie zostali pożarci przez Melin wie jakiego stwora (nie uważał zbytnio na ONMS w Hogwarcie, a nawet jeżeli by uważał, woda i walka o życie przeszkadzałyby mu w zidentyfikowaniu istoty).
- No ty, ty. Nie widzę tu nikogo innego, a o tej paskudzie raczej nie mówię - wskazał kciukiem za siebie, w stronę jeziora i uśmiechnął się czarująco, choć zrobił to bardziej instynktownie niż specjalnie. Definitywnie nie chciał (o ironio) oczarowywać niedoszłej ofiary uroku śpiewającej wodnej istoty, zresztą, chłopak wydawał się zdezorientowany wciąż próbując zrozumieć jak to się stało, ze przeżył. Rookwood nie mógł go winić, sam w jego pozycji byłby pewnie równie skonfundowany.
Odczekał chwilę aż Theo stwierdzi czy musza teleportować się do Munga, czy też nie. Nie chciał na niego naciskać, podczas pracy w Magicznym Pogotowi Ratunkowym nauczył się, że może minąć trochę czasu zanim odratowani będą w stanie stwierdzić czego chcą lub potrzebują. Charlie zmierzył Lovegooda uważniejszym spojrzeniem, jakby samemu sprawdzając czy ten, poza byciem mokrym i absolutnie zdruzgotanym sytuacją, na pewno czuje się dobrze i nie potrzebuje pomocy. Nie wydawało mu się, aby tak było, a kolejne słowa rozmówcy jedynie go w tym upewniły.
Spojrzał na swoją rękę w lekkim zdziwieniu, gdy Theo ścisnął ją w żelaznym uścisku.
- Uff, faktycznie chyba nic ci nie jest, masz dużo siły jak na prawie-topielca - nie zdążył dodać nic więcej, bo został objęty. Nigdy nie był osobą, której przeszkadzałaby bliskość, więc wyswobadzając rękę z uścisku sam przytulił swojego nowego kompana, poklepawszy go lekko po plecach, gdy materiały mokrych koszulek skleiły się ze sobą.
Chichot wcale go nie zdziwił, jak już wcześniej było wspomniane, Charles zdawał sobie sprawę, że ludzie z których schodziła adrenalina czy cokolwiek innego, wywołane nagłymi wypadkami, odreagowywali w różny sposób. Głownie dlatego, gdy odsunęli się od siebie nie spuszczał z Theodore'a uważnego spojrzenia. Temu mogło się w przypływie szczęścia, że jednak żyje, tylko wydawać że wszystko jest w porządku, przezorności nigdy za wiele. Nie wypowiedział tych zmartwień na głos, nie chcąc tym obarczać Lovegooda.
Przyłożył mu za to rękę do czoła, odgarniając z niego mokre włosy, jakby sprawdzając czy ten chichot na pewno nie jest wywołany jakąś gorączką czy czymkolwiek.
- Chyba faktycznie z tobą wszystko w porządku, ale nie myśl sobie, że cię tu zostawię, będziesz odstawiony do domu. Dopóki nie zobaczę sam, że jesteś daleko od tego jeziora to cię nie zostawię - ostrzegł go i złapał za różdżkę - Przydałoby się wysuszyć te ubrania, zanim sprawią, ze obydwaj będziemy musieli znaleźć się w szpitalu - przez swoje ostatnie przeżycia Charles, zaskakująco zaczął myśleć nad konsekwencjami takich spraw, aż sam się sobie dziwił.
Skierował różdżkę na swoje ubrania, chcąc je wysuszyć ciepłym powietrzem. Wciąż był trochę roztrzęsiony akcją ratunkową, a jej powaga dopiero teraz zaczynała do niego docierać, wiec wolał uniknąć celowania różdżką w kogoś, poza sobą, na wszelki, jakby zaklęcie miało nie wyjść - a jeżeli nie wyszło spróbował jeszcze raz.

pierwsza próba rzucenia zaklęcia:
Rzut PO 1d100 - 14
Akcja nieudana

druga próba rzucenia tego cholernego zaklęcia:
Rzut PO 1d100 - 72
Sukces!


I won't deny I've got in my mind now all the things we'd do
So I'll try to talk refined for fear that you find out how I'm imaginin' you
Lekkoduch
Wszystko jest możliwe, kiedy kłamiesz.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Theodore Lovegood
#7
24.03.2023, 22:47  ✶  
- Paskuda? Przecież ona była taka piękna… - Nie zgodził się z nim żywo. Dla kogoś, kto nie widział syreny w ludzkim wcieleniu, mógł brzmieć, jakby majaczył. Theodore miał jednak myślał o blondynce, której uroda przyćmiewała w jego pamięci późniejsze zdarzenia.
Może by wpadł w samozachwyt, jak zwykle, gdy słyszał jakiś komplement, lecz tym razem był na to zbyt skonfundowany. Uśmiechnął się do szczerzącego do niego w pięknym uśmiechu chłopaka (co za dzień; czemu spotykał samych ładnych ludzi), po czym kiwnął twierdząco głową, jakby potwierdzał, że Julien poprawnie ocenił jego wizualne walory.
Nie chciał dłużej leżeć. Dał sobie zbadać czoło, nie miał gorączki, i nieśmiało podniósł głowę. Czuł się dobrze, nawet nie zakręciło mu się w głowie, więc następnie udanie wstał i spojrzał w morskie fale, gdzie gdzieś pomiędzy nimi nadal pływał przepiękny stwór. Theodore zaśmiał się głośno w pustkę niczym szaleniec.
- Hej, jak żyje, ty… - krzyknął głośno, nawet jeśli morderczyni najprawdopodobniej go nie słyszała, to i tak chciał wyrzucić z siebie cały stres nagromadzony przez bliskie spotkanie ze śmiercią. Przez głowę przebiegł mu szereg inwektyw. Śmierdzące sushi, krzywozębna wokalistka, nieudana kopia wili, ogoniasta poczwara… Nie mógł jednak wypowiedzieć na głos żadnej z nich. Wciąż miał przed oczyma idealną twarz blondynki i nie mógł się zdobyć na to, by wyrzucić z siebie to wszystko.
- Rybo! - wykrzyczał w końcu i uniósł ręce w geście triumfu, jakby to on właśnie własnoręcznie ukatrupił syrenę. Wydał z siebie okrzyk radości, ale zaraz potem spojrzał trochę smutno w głębiny. Był szczęśliwy, że przeżył, ale było mu też ciężko na sercu. Jego przygoda z blondynką okazała się kłamstwem. To, co poczuł, słuchając jej pieśni, nie było prawdziwe. Był przekonany, że już nigdy nie poczuje coś równie intensywnego i nie zakocha się tak mocno, jak wtedy, gdy wskoczył dla niej do wody. Przeniósł spojrzenie na swojego ratownika, który skutecznie wysuszył ubrania obu bohaterów.
- Julien, jestem twoim dozgonnym dłużnikiem. Nie wiem, jak ja ci się odwdzięczę – stwierdził i położył dłoń na jego ramieniu, które poklepał przyjaźnie. Nie wiedział, kim był, ani dlaczego znalazł się w pobliżu. Nie kojarzył go ze szkoły, choć zdawał się być w zbliżonym wieku. To wszystko nie miało jednak znaczenia. Takie doświadczenia zbliżały do siebie ludzi dużo bardziej niż cokolwiek innego i Theodore nie był w stanie myśleć o nieznajomym jak o swoim przyjacielu, choć znał go tylko krótką chwilę.
- Nie chcę prosić o za dużo, ale zanim odejdziemy, jest jeszcze jedna sprawa. Chciałbym już znaleźć się w domu, ale na molo zostawiłem część swojej garderoby. Razem z różdżką. Możesz użyć Accio, żeby to tu ściągnąć? Albo przejdziesz się tam? Ja jakoś nie mam na to ochoty – poprosił go, wskazując palcem mniej więcej w kierunku, gdzie według niego na drewnianej kładce leżały jego ubrania. Nie chciał się przed nim przyznać, ale bał się, że znowu coś spróbuje go zjeść, że koleżanki pokonanej syreny przypłyną, by się zemścić. Miał dosyć przygód jak na jeden dzień. Chciał jak najszybciej dostać się w bezpieczniejsze miejsce bez podejmowania zbędnego ryzyka, wolał więc poprosić Juliena o pomoc.
Loverboy
'It gets better!!!'
stfu It got worse-
wiek
22
sława
II
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
Brak
Ciemne długie i niesfornie wywijające się włosy, gęste brwi i szeroki uśmiech. Charles to wysoki na 188 centymetrów młody mężczyzna. Nie wyróżnia się imponującą muskulaturą, ale nie jest też chuderlawy. Do życia ma tyle samo dystansu, co do siebie, więc bardzo często można usłyszeć jak się śmieje. Ciemne oczy to zwierciadła jego duszy, a te już nie tak często wyrażają pozytywne emocje. Ubiera się luźno, stawia na swetry, golfy, czasami nawet bluzy czy mugolskie (!) trampki. Przy pierwszym spotkaniu często wydaje się czarujący, momentami szarmancki. Rodzice próbowali wyuczyć go bardziej wyrafinowanego akcentu, ale Charlie do dzisiaj nie pozbył się pozostałości dewońskiego zaciągania, co uwydatnia się w momentach ekscytacji i upojenia alkoholowego.

Julien Fitzpatrick
#8
03.04.2023, 05:12  ✶  
Przekrzywił głowę, w zaciekawieniu przyglądając się niecodziennemu zachowaniu drugiego chłopaka. Bardzo szybko usprawiedliwił to szokiem, jaki ten musiał przeżyć przy spotkaniu z początku, z tego co mówił, przepięknej istoty, która okazała się zdradziecką szprotką ze zbyt ostrymi zębami.
- Toś jej powiedział, nie ma co. Myślę, że tak się przestraszyła, że wyniesie się z kraju, albo przynajmniej zbierze manatki i zasiedli inne bajoro - parsknął pod nosem i zaśmiał, nie potrafiąc powstrzymać się od celnego, ironicznego komentarza. Nie powiedział tego w żadnej złej intencji, ot wolał się z sytuacji naigrywać niż pogrążać się w zmartwieniu. Szturchnął delikatnie ramie drugiego chłopaka, chcąc mu tym przekazać, aby zbytnio się nie nadąsał, bo to dopiekł mu tylko w koleżeński sposób.
- Kupisz mi kiedyś drinka. Albo pięć, zależy od sytuacji - wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu, odrobinę chochliczym, jakby sama ta propozycja była zaproszeniem na popijawę, której ten świat nie widział. W oczach Juliena zapaliły się też ogniki, których wcześniej nie można było w nich dostrzec, zupełnie jakby sama wzmianka dobrej zabawy przy alkoholu sprawiała, że już brał nogi za pas, aby przekraczać próg lokalu.
Prawda była, jednak, odrobinę inna. Absolutnie nie wiedział w jaki sposób, ktokolwiek miałby się za coś takiego odwdzięczyć, a nie chciał obarczać Theodore'a jakimś abstrakcyjnym długiem. W końcu uratował go bezinteresownie, zrobiłoby to też dla kogokolwiek innego, kto padłby ofiarą tej łuskowatej szkarady.
- A ta, dobrze, że wspominasz, zapomniałby o swojej kurtce, na gacie Merlina - mruknął pod nosem i korzystając z faktu, że wciąż nie schował różdżki, przywołał rzeczy z pomostu. Samemu niezbyt chciało mu się wyprawiać w drogę po drewnianych deskach, co jeżeli ta paskuda zechce jednak się zemścić? Nie, aby miał sobie z nią nie poradzić, ale dopiero co wysuszył ubrania i włosy... A dla tych byłoby niezdrowo, aby tak je ciągle moczyć i suszyć bez użycia szamponu czy odżywki. Co jak co, ale o fryzurę dbał.
Wręczył ubrania drugiemu chłopakowi i dał mu chwilę, aby ten się z nimi oporządził. Sam zarzucił na siebie kurtkę, delektując się przez chwilę ciepłem, jaki dawał jej materiał na zmarzniętych od nurkowania w wodzie, ramionach.
- To twój szczęśliwy dzień, zdałem teleportację z wyróżnieniem. Powiedz mi tylko, w jakiej okolicy mieszkasz - dopytał i jeżeli dostał współrzędne, jakie kojarzył to złapał swojego towarzysza pod ramie, gdy ten był gotowy, aby zaraz po tym aportowali się z polany z charakterystycznym pyknięciem.

Koniec sesji


I won't deny I've got in my mind now all the things we'd do
So I'll try to talk refined for fear that you find out how I'm imaginin' you
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Julien Fitzpatrick (2320), Theodore Lovegood (2034)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa