10.02.2023, 20:54 ✶
—15/12/1967—
Wielka Sala, Hogwart
Cameron Lupin
Świąteczna euforia od dłuższego czasu zdawała się brać w swe posiadanie coraz większe liczby uczniów, a może nawet i nauczycieli. W gruncie rzeczy, Cameron wcale się nie dziwił takiemu stanowi rzeczy. Spora część wychowanków Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie spragniona była wolności, z jaką wiązała się zbliżająca się nieubłaganie przerwa świąteczna. W tym samym czasie zaś kadra pedagogiczna zapewne z niewiele mniejszym oczekiwaniem pragnęła spędzić drugą połowę grudnia w spokoju, z dala od nastolatków, z którymi musieli walczyć na co dzień. Uroki pracy z młodymi, czyż nie?
Cóż, młodemu Lupinowi wystarczyło krótkie spojrzenie na pierwszą stronę wieczornego wydania Proroka Codziennego, aby przekonać się, że tego dnia entuzjazm nie towarzyszył tylko uczniom Hogwartu, ale także całej masie dziennikarzy, pracujących w Londynie. W końcu, gdy za oknem prószył śnieg, a szyby okrywały się szronem, czarodzieje i czarownice w kraju potrzebowali czegoś na rozgrzanie. A co mogło być lepsze od nowej dawki plotek na temat Nobby'ego Leacha, czyli obecnie miłościwie im panującego Ministra Magii. W końcu było to coś, czego wielu pragnęło. Po całym dniu ciężkich przygotowań dobrze było się odciąć od domowych problemów i skupić na czymś innym - w tym przypadku na najróżniejszych niepotwierdzonych doniesieniach o Leachu. Niektórzy go wielbili, inni nienawidzili, jednak prasa na pewno należała do największych entuzjastów tego faceta.
— Brednie, brednie, domysły, sugestie, brednie... I cholera wie co jeszcze — mruczał do siebie Krukon, poprawiając szkolną tiarę spoczywającą na jego głowie. Pomimo usilnych prób jej czubek dalej zwisał mu smętnie tuż przy uchu. Z uwagi na obecność młodszych kolegów z domu, powstrzymał się od ostrzejszego słownictwa. W końcu dalej był w szkole, nawet jeśli okazja do tego, aby wskoczyć w pociąg do Londynu, zdawała się na tym etapie być już na wyciągnięcie reki. I tak wolałby jednak nie znaleźć się na radarze prefektów za utratę cennych punktów.
Tylko jak to inaczej nazwać?, pomyślał z przekąsem, przeglądając pobieżnie treść najnowszego artykułu. Gdyby miał przy sobie pióro to zacząłby spisywać wszystkie punkty, które zazwyczaj pojawiały się w tego typu publikacjach. Korupcja w gabinecie Ministra? Oczywiście, że tak. Przecież to było logiczne, że na tym stanowisku trzeba było się komuś sprzedać! Zainteresowanie mugolskim sportem i ingerencja w wyniku jakiegoś głupiego meczu w piłkę kopaną?
Wystarczyło spojrzeć na zdjęcie Nobby'ego, a mugolizm dosłownie wylewał się z jego twarzy. Na pewno wpłynął na wyniki rozgrywek. Że też ktoś, komu powierzono tak wysokie stanowisko, miał czelność ryzykować ujawnienie świata czarodziejów przed niemagicznymi! Cameron pokręcił z rozrzewnieniem głową. Gdyby bajkopisarstwo przychodziło mu tak łatwo, jak zaklęcia lecznicze, to spokojnie mógłby zarobić fortunę na tworzeniu tych wszystkich bajeczek. Przecież połowa tak zwanych „dowodów” nie trzymała się kupy. Ostry był ten światek polityczny, oj ostry.
— Tego się nie da czytać. Stek bzdur — burknął pod nosem, odsuwając od siebie gazetę. — Jeszcze trochę, a zaczną wmawiać ludziom, że to Leach sprowadził tę ostrą zimę, żeby zagrać na nosie swoim przeciwnikom politycznym.
Przewrócił wymownie oczami, rozglądając się bacznie po sali. Czy przy innym stole czaili się gdzieś jego znajomi, którzy mogliby odwrócić jego uwagę od treści, tej pożal się Merlinowi gazetki? Niestety, nie zapowiadało się na to, aby Heather miała wyskoczyć jak z kapelusza mugolskiego magika, ale za to odezwała się do niego inna osóbka z domu kruka:
— Nie żeby coś, ale totaaaalnie mają rację do Leacha — powiedziała głośno, siedząca naprzeciw niego dziewczyna, zajadająca się sałatką. Cameron skrzywił się, gdy zobaczył, że nie ma w niej nawet kawałka mięsa. Jak można było się tak odżywiać. Podniósł wzrok na koleżankę i dopiero wtedy zreflektował się, że oczekuje się od niego odpowiedzi.
— Niby z jakiej racji? — dopytał, starając się nie okazywać, jak bardzo mało go interesuje ewentualna odpowiedź.
— Totalnie stracił szansę na to, żeby jeszcze cokolwiek osiągnąć politycznie. Zero poszanowania dla tradycji czarodziejów, cały czas się skupia na tym, że trzeba się bardziej otworzyć na mugoli, charłaków, mugolaków i tak dalej. Nic dziwnego, że ludzie zaczęli się bać o swoje. Zaraz się okaże, że czarodzieje czystej krwi czy nawet półkrwi będą musieli oddawać część swoich majątków na rzecz mugolaków — odpowiedziała Krukonka takim tonem, jakby już dawno miała przygotowaną odpowiedź na to pytanie. Cameron stłumił w sobie westchnięcie. A więc to miała być jedna z tych rozmów. Cudownie. Po prostu cudownie.
— Mam takie dziwne przeczucie, że w rządzie są ludzie, którym by ta propozycja zbytnio nie przypasowała. Minister to dalej tylko minister musi się też liczyć z wolą ludzi. I tego no... Wizengamotu — odparł. — Poza tym, co jest złego we wspieraniu mugolaków? To raczej nie tak, że zaraz zacznie się im oddawać posiadłości. Mugolaki wchodzą do naszego świata z minimalnym wsparciem. Jakieś większe stypendia czy wsparcie finansowe to nie jest zły pomysł. Wyrównałoby to ich szanse.
— I co, to niby byłoby dobre? — spytała Krukonka, po czym się zaczerwieniła, gdy tylko słowa te opuściły jej usta.
— A nie? I tak na tym świecie jest wystarczająco chujo... słabo. Myślę, że te parędziesiąt galeonów od czasu do czasu mogłoby tylko pomóc. Wiem, że mi by na pewno pomogło — skomentował. — Innym by raczej od tego nie ubyło, co nie?
Sam nie łapał się na żadne stypendia czy pomoc materialną ze strony szkoły, przez to, że jego wyniki w nauce były dosyć... nierównomierne. Tam, gdzie faktycznie dobrze mu szło, miał wyśmienite stopnie, ale cała reszta, to już była inna bajka. Przeszedł go dreszcz na wspomnienie z zaliczenia lekcji latania na pierwszym roku.
— No właśnie. Może skupiać się na problemach marginalnych, nasz drooogi Minister mógłby się skupić na większej grupie obywateli. Pomóc nieco zrównać poziom życia czarodziejów półkrwi z przedstawicielami rodów czystej krwi — zripostowała dziewczyna, wybitnie zadowolona z tego, że udało jej się uderzyć w słaby punkt Camerona. — Poza tym, podobno niezły z niego gnój, moja matka...
— Twoja matka zna się z Leachem? — podłapał Cameron, przechylając głowę w bok. Może taka, a nie inna opinia na temat Ministra wywodziła się z rodzinnych uprzedzeń, a nie faktycznych przekonań dziewczyny?
— No... Nie do końca. Pracuje w Ministerstwie i czasami przechodzi blisko jego biura — Krukonka nachyliła się nad stołem i zniżyła ton głosu do dramatycznego szeptu. — Chodzą plotki, że co tydzień sprowadza sobie do gabinetu inną kochankę, a jego żona – biedaczka – nic nie wie. Facet wciska jej kit, że pracuje do późna, a tak naprawdę za zamkniętymi drzwiami dzieje się... wiadomo co.
— A więc swoją opinię o Ministrze bazujesz na plotkach, że sypia z innymi kobietami, zamiast pracować? — Uniósł brwi, nie mając problemu z tym, aby wypowiedzieć jej oskarżenia na głos.
— No przecież to musi być prawda. Nie zmyśliliby czegoś takiego!
— Aha.
— No serio! Przecież to byłoby jakieś tam pogwałcenie etyki dziennikarstwa — stwierdziła, okręcając pojedynczy kosmyk włosów wokół palca.
— Pogwałcili to chyba Twoje krytyczne myślenie — skomentował Lupin, za co oberwał w piszczel pod stołem. — Ała! To bolało!
— I dobrze. Miało boleć — odparła zjadliwym tonem Krukonka.
Takie byłoby jedyne wytłumaczenie, prawda? Dziewczyna ewidentnie nie bazowała na faktach, czy sprawdzonych informacjach, a przede wszystkim na niepewnych doniesieniach podejrzanych dziennikarzy, którzy od lat działali na szkodę Ministra. Co więcej, czerpała jeszcze całymi garściami z opinii własnej matki, a w zależności od jej kompasu politycznego i moralnego, mogło to oznaczać naprawdę wiele rzeczy i szanse na to, że było to coś dobrego, były całkiem małe.
Osobiście Cameron nie postrzegał Leacha szczególnie krytycznie. Bardziej był zdziwiony tym, jak absolutnie wszystkie media zdawały się raz za razem obruszone każdym jego ruchem, jakby samo istnienie Nobby'ego było pogwałceniem jakiegoś niepisanego prawa czarodziejów. Owszem, może jego idee kuły w oczy polityków czystej krwi, ale cała reszta? Jedyne, w czym mógł się z nią zgodzić, to fakt, że rząd mógłby nieco dopomóc czarodziejom półkrwi.
A co by tu nie mówić, jakiś program wycelowany w tę grupę społeczną by się przydał, zwłaszcza od strony ekonomicznej czy prowadzenia własnego biznesu. Chłopak widział po swoich znajomych czy rodzinie, że całkiem spora część rodzin półkrwi nie zawsze utrzymywała się w mistycznej „klasie średniej”. Jeśli fortuna akurat nie sprzyjała lub na rynku występowały jakieś komplikacje pokroju drastycznego zmniejszenia zapotrzebowania na dany produkt, niektóre biznesy mogły zapomnieć o utrzymaniu się na Pokątnej czy Horyzontalnej.
Dobrze, że przynajmniej my jesteśmy jako tako zabezpieczeni, pomyślał Cameron. Apteka wydawała się poniekąd zbawieniem. Było to miejsce, gdzie dzieciaki Lupinów mogły się kształcić, poznawać tajniki magicznej medycyny od swoich bliskich, obyć się z pracą w zawodzie. Mówi się, że tylko dwie rzeczy w życiu są pewne: śmierć i podatki. Chorowanie również można by było pod to podciągnąć, gdyż w przypadku sezonowej grypy czy innych przypadłości, ludzie mieli w dużej mierze ograniczony wybór: leczyć się samodzielnie, pójść do Munga lub skorzystać z pomocy aptekarzy. Utrzymanie takiego miejsca nie było jednak tak łatwe, jak mogłoby się wydawać. Lokal, dostawy, wyrabianie mikstur, sprowadzanie egzotycznych składników... To wszystko kosztowało, a jakichś dzikich dofinansowań nie było.
— Ale ty masz kopa — mruknął Cameron, rozmasowując sobie nogę. — Wiesz, że nie miałem na myśli nic złego. Po prostu powinnaś sama sprawdzać fakty, a nie opierać się na tym, co gada ci matka albo co wypisują pismaki. Na połowę z tych rzeczy nawet nie ma dowodów, ale taaaaak... Leach jest zły, no po prostu Wielki Zły Wilk, który tylko czeka, żeby pogrążyć czarodziejów wyżej urodzonych od niego.
— On może nam tylko...
— Ja. Jeszcze. Nie. Skończyłem. — Wbił w nią w chłodny wzrok. — Nie mówię, że jest idealny. Może faktycznie jest nastawiony bardziej na pomoc mugolom, ale dziwisz mu się? Jeśli mu do nich bliżej, to naturalne, że lepiej rozumie ich problemy. O interesy zwykłych czarodziejów dba pewnie cała armia jego asystentów, asystentek, sędziów i jeszcze nie wiadomo kto jeszcze. To, że nie jest jakimś arystokratą z dworkiem pod Londynem, nie oznacza, że planuje nam zrobić rewolucję.
— Naprawdę nie rozumiesz, jakim on jest zagrożeniem? — Przewróciła wymownie oczami. — Jest mugolakiem, choćby nie wiadomo, jak bardzo by się nie starał, nie zrozumie tego, jak działa nasze społeczeństwo. Nie w pełni. Zasady, którymi kierujemy się od pokoleń, nie mogą tak po prostu zniknąć, bo on pstryknie palcem, żeby pomóc swoim!
— Niektórzy mogliby powiedzieć, że ma ku temu całkiem niezłe podstawy. Jakoś się wspiął na tak wysokie stanowisko w Ministerstwie Magii, co nie?
— Jesteś w stanie wymienić, chociaż kilka działań, które pozytywnie wpłynęły na sytuację czarodziejów czystej krwi lub półkrwi?
— Ekhm — Zaczerwienił się Cameron — no tak nieszczególnie. I to nie dlatego, że nic takiego nie zrobił! — powiedział, chcąc zwrócić uwagę na jeden podstawowy fakt. — Ja po prostu się interesuje tym, co się dzieje w polityce. Może gdyby zrobił coś, co ma związek ze Szpitalem św. Munga, ale innymi klinikami magicznymi...
— Więc czemu tak Ci zależy, żeby mnie przekonać?
— To Ty się wtrąciłaś! Nawet nie miałem zamiaru z Tobą rozmawiać, poza tym... Nawet jeśli miałbym zastrzeżenia co do jego statusu krwi, to bardziej się dla mnie liczy to, że nie dąży do tego, aby zaostrzyć różnice między ludźmi. Może chce „poniekąd” wynieść mugolaków na wyższy poziom i sprawić, że będą lepiej traktowani, ale przynajmniej nie nawołuje do potępiania żadnej strony. A w jego stroną są kierowane najróżniejsze zarzuty, pomówienia, a nawet groźby. I to poważne groźby.
Cóż więcej mógł dodać? Po zmierzeniu wzrokiem dziewczyny z Ravenclaw wiedział, że nie musi już nic mówić. Jej zaskoczona twarz mówiła wiele, aczkolwiek Cameron dostrzegał tam też iskierkę zrozumienia. Może nie zmienił całkowicie jej poglądów na temat Leacha, ale chyba nikt nie byłby w stanie odmienić opinii danej osoby w ciągu parominutowej rozmowy. A tej konkretnej wymiany zdań nie miał zamiaru przedłużać o kolejne minuty. Jeszcze znowu dostanie po nodze. Jak pomyślał, tak też zrobił i Cameron podniósł się z ławy, aby po chwili usunąć się z Wielkiej Sali.
Nie sądził, że spotka się z takim brakiem zrozumienia akurat wśród członków swojego domu. Krukoni słynni byli ze swej bystrości i nieustannemu dążeniu do zwiększenia swojej wiedzy, a tutaj... Tutaj miał do czynienia ze zwykłą, prostacką ignorancją. Wiedział, że sam nie był o wiele lepszy pod niektórymi względami, ale kompletne ignorowanie tego, jak starano się wywrócić na lewą stronę wizerunek Ministra Magii, jakoś go mierziło. Może dlatego, że miał tę świadomość, że do tego stanowiska mógł być dopuszczony, ktoś gorszy o bardziej radykalnych poglądach?
Nobby może nie był wybrańcem całej społeczności, ale przynajmniej nie antagonizował poszczególnych grup i nie starał się z nikogo zrobić wroga. Może to było sedno całej sprawy? Czarodziejom brakowało kogoś, w kim mogliby ulokować swoje frustracje, więc zwrócili się ku osobie, która starała się pomóc tym, z którymi była związana? Nic tylko współczuć, pomyślał Cameron, po wejściu na Wielkie Schody, aby niedługo później zniknąć w trzewiach starego zamczyska.
Cóż, młodemu Lupinowi wystarczyło krótkie spojrzenie na pierwszą stronę wieczornego wydania Proroka Codziennego, aby przekonać się, że tego dnia entuzjazm nie towarzyszył tylko uczniom Hogwartu, ale także całej masie dziennikarzy, pracujących w Londynie. W końcu, gdy za oknem prószył śnieg, a szyby okrywały się szronem, czarodzieje i czarownice w kraju potrzebowali czegoś na rozgrzanie. A co mogło być lepsze od nowej dawki plotek na temat Nobby'ego Leacha, czyli obecnie miłościwie im panującego Ministra Magii. W końcu było to coś, czego wielu pragnęło. Po całym dniu ciężkich przygotowań dobrze było się odciąć od domowych problemów i skupić na czymś innym - w tym przypadku na najróżniejszych niepotwierdzonych doniesieniach o Leachu. Niektórzy go wielbili, inni nienawidzili, jednak prasa na pewno należała do największych entuzjastów tego faceta.
— Brednie, brednie, domysły, sugestie, brednie... I cholera wie co jeszcze — mruczał do siebie Krukon, poprawiając szkolną tiarę spoczywającą na jego głowie. Pomimo usilnych prób jej czubek dalej zwisał mu smętnie tuż przy uchu. Z uwagi na obecność młodszych kolegów z domu, powstrzymał się od ostrzejszego słownictwa. W końcu dalej był w szkole, nawet jeśli okazja do tego, aby wskoczyć w pociąg do Londynu, zdawała się na tym etapie być już na wyciągnięcie reki. I tak wolałby jednak nie znaleźć się na radarze prefektów za utratę cennych punktów.
Tylko jak to inaczej nazwać?, pomyślał z przekąsem, przeglądając pobieżnie treść najnowszego artykułu. Gdyby miał przy sobie pióro to zacząłby spisywać wszystkie punkty, które zazwyczaj pojawiały się w tego typu publikacjach. Korupcja w gabinecie Ministra? Oczywiście, że tak. Przecież to było logiczne, że na tym stanowisku trzeba było się komuś sprzedać! Zainteresowanie mugolskim sportem i ingerencja w wyniku jakiegoś głupiego meczu w piłkę kopaną?
Wystarczyło spojrzeć na zdjęcie Nobby'ego, a mugolizm dosłownie wylewał się z jego twarzy. Na pewno wpłynął na wyniki rozgrywek. Że też ktoś, komu powierzono tak wysokie stanowisko, miał czelność ryzykować ujawnienie świata czarodziejów przed niemagicznymi! Cameron pokręcił z rozrzewnieniem głową. Gdyby bajkopisarstwo przychodziło mu tak łatwo, jak zaklęcia lecznicze, to spokojnie mógłby zarobić fortunę na tworzeniu tych wszystkich bajeczek. Przecież połowa tak zwanych „dowodów” nie trzymała się kupy. Ostry był ten światek polityczny, oj ostry.
— Tego się nie da czytać. Stek bzdur — burknął pod nosem, odsuwając od siebie gazetę. — Jeszcze trochę, a zaczną wmawiać ludziom, że to Leach sprowadził tę ostrą zimę, żeby zagrać na nosie swoim przeciwnikom politycznym.
Przewrócił wymownie oczami, rozglądając się bacznie po sali. Czy przy innym stole czaili się gdzieś jego znajomi, którzy mogliby odwrócić jego uwagę od treści, tej pożal się Merlinowi gazetki? Niestety, nie zapowiadało się na to, aby Heather miała wyskoczyć jak z kapelusza mugolskiego magika, ale za to odezwała się do niego inna osóbka z domu kruka:
— Nie żeby coś, ale totaaaalnie mają rację do Leacha — powiedziała głośno, siedząca naprzeciw niego dziewczyna, zajadająca się sałatką. Cameron skrzywił się, gdy zobaczył, że nie ma w niej nawet kawałka mięsa. Jak można było się tak odżywiać. Podniósł wzrok na koleżankę i dopiero wtedy zreflektował się, że oczekuje się od niego odpowiedzi.
— Niby z jakiej racji? — dopytał, starając się nie okazywać, jak bardzo mało go interesuje ewentualna odpowiedź.
— Totalnie stracił szansę na to, żeby jeszcze cokolwiek osiągnąć politycznie. Zero poszanowania dla tradycji czarodziejów, cały czas się skupia na tym, że trzeba się bardziej otworzyć na mugoli, charłaków, mugolaków i tak dalej. Nic dziwnego, że ludzie zaczęli się bać o swoje. Zaraz się okaże, że czarodzieje czystej krwi czy nawet półkrwi będą musieli oddawać część swoich majątków na rzecz mugolaków — odpowiedziała Krukonka takim tonem, jakby już dawno miała przygotowaną odpowiedź na to pytanie. Cameron stłumił w sobie westchnięcie. A więc to miała być jedna z tych rozmów. Cudownie. Po prostu cudownie.
— Mam takie dziwne przeczucie, że w rządzie są ludzie, którym by ta propozycja zbytnio nie przypasowała. Minister to dalej tylko minister musi się też liczyć z wolą ludzi. I tego no... Wizengamotu — odparł. — Poza tym, co jest złego we wspieraniu mugolaków? To raczej nie tak, że zaraz zacznie się im oddawać posiadłości. Mugolaki wchodzą do naszego świata z minimalnym wsparciem. Jakieś większe stypendia czy wsparcie finansowe to nie jest zły pomysł. Wyrównałoby to ich szanse.
— I co, to niby byłoby dobre? — spytała Krukonka, po czym się zaczerwieniła, gdy tylko słowa te opuściły jej usta.
— A nie? I tak na tym świecie jest wystarczająco chujo... słabo. Myślę, że te parędziesiąt galeonów od czasu do czasu mogłoby tylko pomóc. Wiem, że mi by na pewno pomogło — skomentował. — Innym by raczej od tego nie ubyło, co nie?
Sam nie łapał się na żadne stypendia czy pomoc materialną ze strony szkoły, przez to, że jego wyniki w nauce były dosyć... nierównomierne. Tam, gdzie faktycznie dobrze mu szło, miał wyśmienite stopnie, ale cała reszta, to już była inna bajka. Przeszedł go dreszcz na wspomnienie z zaliczenia lekcji latania na pierwszym roku.
— No właśnie. Może skupiać się na problemach marginalnych, nasz drooogi Minister mógłby się skupić na większej grupie obywateli. Pomóc nieco zrównać poziom życia czarodziejów półkrwi z przedstawicielami rodów czystej krwi — zripostowała dziewczyna, wybitnie zadowolona z tego, że udało jej się uderzyć w słaby punkt Camerona. — Poza tym, podobno niezły z niego gnój, moja matka...
— Twoja matka zna się z Leachem? — podłapał Cameron, przechylając głowę w bok. Może taka, a nie inna opinia na temat Ministra wywodziła się z rodzinnych uprzedzeń, a nie faktycznych przekonań dziewczyny?
— No... Nie do końca. Pracuje w Ministerstwie i czasami przechodzi blisko jego biura — Krukonka nachyliła się nad stołem i zniżyła ton głosu do dramatycznego szeptu. — Chodzą plotki, że co tydzień sprowadza sobie do gabinetu inną kochankę, a jego żona – biedaczka – nic nie wie. Facet wciska jej kit, że pracuje do późna, a tak naprawdę za zamkniętymi drzwiami dzieje się... wiadomo co.
— A więc swoją opinię o Ministrze bazujesz na plotkach, że sypia z innymi kobietami, zamiast pracować? — Uniósł brwi, nie mając problemu z tym, aby wypowiedzieć jej oskarżenia na głos.
— No przecież to musi być prawda. Nie zmyśliliby czegoś takiego!
— Aha.
— No serio! Przecież to byłoby jakieś tam pogwałcenie etyki dziennikarstwa — stwierdziła, okręcając pojedynczy kosmyk włosów wokół palca.
— Pogwałcili to chyba Twoje krytyczne myślenie — skomentował Lupin, za co oberwał w piszczel pod stołem. — Ała! To bolało!
— I dobrze. Miało boleć — odparła zjadliwym tonem Krukonka.
Takie byłoby jedyne wytłumaczenie, prawda? Dziewczyna ewidentnie nie bazowała na faktach, czy sprawdzonych informacjach, a przede wszystkim na niepewnych doniesieniach podejrzanych dziennikarzy, którzy od lat działali na szkodę Ministra. Co więcej, czerpała jeszcze całymi garściami z opinii własnej matki, a w zależności od jej kompasu politycznego i moralnego, mogło to oznaczać naprawdę wiele rzeczy i szanse na to, że było to coś dobrego, były całkiem małe.
Osobiście Cameron nie postrzegał Leacha szczególnie krytycznie. Bardziej był zdziwiony tym, jak absolutnie wszystkie media zdawały się raz za razem obruszone każdym jego ruchem, jakby samo istnienie Nobby'ego było pogwałceniem jakiegoś niepisanego prawa czarodziejów. Owszem, może jego idee kuły w oczy polityków czystej krwi, ale cała reszta? Jedyne, w czym mógł się z nią zgodzić, to fakt, że rząd mógłby nieco dopomóc czarodziejom półkrwi.
A co by tu nie mówić, jakiś program wycelowany w tę grupę społeczną by się przydał, zwłaszcza od strony ekonomicznej czy prowadzenia własnego biznesu. Chłopak widział po swoich znajomych czy rodzinie, że całkiem spora część rodzin półkrwi nie zawsze utrzymywała się w mistycznej „klasie średniej”. Jeśli fortuna akurat nie sprzyjała lub na rynku występowały jakieś komplikacje pokroju drastycznego zmniejszenia zapotrzebowania na dany produkt, niektóre biznesy mogły zapomnieć o utrzymaniu się na Pokątnej czy Horyzontalnej.
Dobrze, że przynajmniej my jesteśmy jako tako zabezpieczeni, pomyślał Cameron. Apteka wydawała się poniekąd zbawieniem. Było to miejsce, gdzie dzieciaki Lupinów mogły się kształcić, poznawać tajniki magicznej medycyny od swoich bliskich, obyć się z pracą w zawodzie. Mówi się, że tylko dwie rzeczy w życiu są pewne: śmierć i podatki. Chorowanie również można by było pod to podciągnąć, gdyż w przypadku sezonowej grypy czy innych przypadłości, ludzie mieli w dużej mierze ograniczony wybór: leczyć się samodzielnie, pójść do Munga lub skorzystać z pomocy aptekarzy. Utrzymanie takiego miejsca nie było jednak tak łatwe, jak mogłoby się wydawać. Lokal, dostawy, wyrabianie mikstur, sprowadzanie egzotycznych składników... To wszystko kosztowało, a jakichś dzikich dofinansowań nie było.
— Ale ty masz kopa — mruknął Cameron, rozmasowując sobie nogę. — Wiesz, że nie miałem na myśli nic złego. Po prostu powinnaś sama sprawdzać fakty, a nie opierać się na tym, co gada ci matka albo co wypisują pismaki. Na połowę z tych rzeczy nawet nie ma dowodów, ale taaaaak... Leach jest zły, no po prostu Wielki Zły Wilk, który tylko czeka, żeby pogrążyć czarodziejów wyżej urodzonych od niego.
— On może nam tylko...
— Ja. Jeszcze. Nie. Skończyłem. — Wbił w nią w chłodny wzrok. — Nie mówię, że jest idealny. Może faktycznie jest nastawiony bardziej na pomoc mugolom, ale dziwisz mu się? Jeśli mu do nich bliżej, to naturalne, że lepiej rozumie ich problemy. O interesy zwykłych czarodziejów dba pewnie cała armia jego asystentów, asystentek, sędziów i jeszcze nie wiadomo kto jeszcze. To, że nie jest jakimś arystokratą z dworkiem pod Londynem, nie oznacza, że planuje nam zrobić rewolucję.
— Naprawdę nie rozumiesz, jakim on jest zagrożeniem? — Przewróciła wymownie oczami. — Jest mugolakiem, choćby nie wiadomo, jak bardzo by się nie starał, nie zrozumie tego, jak działa nasze społeczeństwo. Nie w pełni. Zasady, którymi kierujemy się od pokoleń, nie mogą tak po prostu zniknąć, bo on pstryknie palcem, żeby pomóc swoim!
— Niektórzy mogliby powiedzieć, że ma ku temu całkiem niezłe podstawy. Jakoś się wspiął na tak wysokie stanowisko w Ministerstwie Magii, co nie?
— Jesteś w stanie wymienić, chociaż kilka działań, które pozytywnie wpłynęły na sytuację czarodziejów czystej krwi lub półkrwi?
— Ekhm — Zaczerwienił się Cameron — no tak nieszczególnie. I to nie dlatego, że nic takiego nie zrobił! — powiedział, chcąc zwrócić uwagę na jeden podstawowy fakt. — Ja po prostu się interesuje tym, co się dzieje w polityce. Może gdyby zrobił coś, co ma związek ze Szpitalem św. Munga, ale innymi klinikami magicznymi...
— Więc czemu tak Ci zależy, żeby mnie przekonać?
— To Ty się wtrąciłaś! Nawet nie miałem zamiaru z Tobą rozmawiać, poza tym... Nawet jeśli miałbym zastrzeżenia co do jego statusu krwi, to bardziej się dla mnie liczy to, że nie dąży do tego, aby zaostrzyć różnice między ludźmi. Może chce „poniekąd” wynieść mugolaków na wyższy poziom i sprawić, że będą lepiej traktowani, ale przynajmniej nie nawołuje do potępiania żadnej strony. A w jego stroną są kierowane najróżniejsze zarzuty, pomówienia, a nawet groźby. I to poważne groźby.
Cóż więcej mógł dodać? Po zmierzeniu wzrokiem dziewczyny z Ravenclaw wiedział, że nie musi już nic mówić. Jej zaskoczona twarz mówiła wiele, aczkolwiek Cameron dostrzegał tam też iskierkę zrozumienia. Może nie zmienił całkowicie jej poglądów na temat Leacha, ale chyba nikt nie byłby w stanie odmienić opinii danej osoby w ciągu parominutowej rozmowy. A tej konkretnej wymiany zdań nie miał zamiaru przedłużać o kolejne minuty. Jeszcze znowu dostanie po nodze. Jak pomyślał, tak też zrobił i Cameron podniósł się z ławy, aby po chwili usunąć się z Wielkiej Sali.
Nie sądził, że spotka się z takim brakiem zrozumienia akurat wśród członków swojego domu. Krukoni słynni byli ze swej bystrości i nieustannemu dążeniu do zwiększenia swojej wiedzy, a tutaj... Tutaj miał do czynienia ze zwykłą, prostacką ignorancją. Wiedział, że sam nie był o wiele lepszy pod niektórymi względami, ale kompletne ignorowanie tego, jak starano się wywrócić na lewą stronę wizerunek Ministra Magii, jakoś go mierziło. Może dlatego, że miał tę świadomość, że do tego stanowiska mógł być dopuszczony, ktoś gorszy o bardziej radykalnych poglądach?
Nobby może nie był wybrańcem całej społeczności, ale przynajmniej nie antagonizował poszczególnych grup i nie starał się z nikogo zrobić wroga. Może to było sedno całej sprawy? Czarodziejom brakowało kogoś, w kim mogliby ulokować swoje frustracje, więc zwrócili się ku osobie, która starała się pomóc tym, z którymi była związana? Nic tylko współczuć, pomyślał Cameron, po wejściu na Wielkie Schody, aby niedługo później zniknąć w trzewiach starego zamczyska.
Koniec sesji