26.01.2023, 04:07 ✶
MGLISTE MOKRADŁA
Nieudana teleportacja przeniosła cię na mokradła nieopodal Little Hangleton. Przerażające miejsce o naprawdę ograniczonej widoczności, pełne jest dziwnych dźwięków, zapachów i mazi o podejrzanym kolorze. Najgorsze jest jednak to, że kompletnie nie działa tutaj magia. Musisz przebyć pieszo naprawdę długą drogę, zanim dostaniesz się do miasta, w którym będziesz mógł teleportować się ponownie lub skorzystać z sieci fiuu.
Nieudana teleportacja przeniosła cię na mokradła nieopodal Little Hangleton. Przerażające miejsce o naprawdę ograniczonej widoczności, pełne jest dziwnych dźwięków, zapachów i mazi o podejrzanym kolorze. Najgorsze jest jednak to, że kompletnie nie działa tutaj magia. Musisz przebyć pieszo naprawdę długą drogę, zanim dostaniesz się do miasta, w którym będziesz mógł teleportować się ponownie lub skorzystać z sieci fiuu.
Daisy skrzywiła się paskudnie, słysząc osobliwy dźwięk wydobywający się gdzieś z prawej strony. Przypominał bulgotanie i nie była do końca pewna, czy chciała zrobić choćby krok w tamtą stronę by przekonać się, co właściwie tak strasznie bulgotało.
Męczyła się już od dobrych dwudziestu minut. Buty grzęzły jej w błocie, gdy przedzierała się przez mokradła nieopodal Little Hangleton. W dodatku pora była już dość popołudniowa, więc lada moment mogło zacząć robić się szaro. Gdyby jeszcze to miejsce wyglądało jak normalna łąka, pełna pachnących małych, białych kwiatków. Ale mokradła przypominały dla młodziutkiej czarownicy wstrętny tor przeszkód pełen bagien, smrodliwej wody, zgniłych roślin, połamanych drzew. I jeszcze tu cuchnęło. Gdy mocniej pociągnęła nosem, uderzył w nią zapach mułu i rozkładających się paproci.
A MAGIA NIE DZIAŁAŁA.
A DAISY BYŁA KOMPLETNIE BEZRADNA BEZ MAGII. To znaczy, tak naprawdę to wcale nie była bezradna bez magii, ale nienawidziła wysiłku fizycznego a spacerowanie bez celu po tych cholernych, strasznych, pełnych obrzydliwych dźwięków mokradłach przyprawiało ją o ciarki. Była więcej niż pewna, że zginął tu nie jeden czarodziej. Pewnie mokradła pełne były żywych trupów i ghuli!
Przez moment, zanim zorientowała się, gdzie się znalazła, sama rozważała już jak będzie wyglądał jej koniec. I każdy, który przychodził jej do głowy, wydawał się jednakowo straszny i makabryczny.
- Czasami wydaje mi się, że jestem jakaś przeklęta – zamarudziła, gdy szuwary niedaleko niej poruszyły się niespodziewanie.
Sięgnęła po leżący na ziemi kamień, uniosła rękę do góry i cisnęła w nie z całej siły. Po chwili zobaczyła wyskakującą z nich potężną ropuchę. Daisy wzdrygnęła się. Obserwowała płaza i płaz obserwował ją. W dodatku młoda czarownica poczuła się bardzo nieswojo, bo żaba była na swoim terytorium a ona nie.
- No nie obrażaj się na mnie. Jakbyś była wilkołakiem, to co? Też byś się obrażała, że próbowałam się bronić? – zapytała, spoglądając na ropuchę.
Ropucha milczała. Zamarła dalej obserwowała czarownicę aż tej zrobiło się jeszcze bardziej nieswojo. Odruchowo spojrzała za siebie, jakby szykując się do zobaczenia tam jakiegoś prawdziwego, krwiożerczego wilkołaka, który akurat otwierałby paszczę by ją pożreć. Oczywiście nikogo za swoimi plecami nie zobaczyła, ale plusk z prawej strony dobitnie uświadomił ją, że ropucha postanowiła opuścić ich bezowocną konwersację.
- Taka jesteś koleżanka! Zapamiętam to sobie na przyszłość! – zawołała za nią Daisy. Teraz, kiedy płaz zniknął, poczuła, że jednak przyjemniej było jej, gdy znajdował się tuż obok. Nawet taki zamarły i cichy stanowił jakieś (mierne i bierne), ale towarzystwo. – Co za los… - zamarudziła znowu, ruszając w dalszą drogę.
I pomyśleć, że wszystkiemu winna była nieudana teleportacja. A przecież Daisy była prawdziwym mistrzem teleportacji, weteranem korzystającym z tej sztuki dobre trzy razy dziennie! Nigdy do tej pory nie zdarzyło jej się aż tak przestrzelić. Bo z własnej woli tutaj to by się na pewno nie aportowała. Gorzej jeszcze to by było, gdyby trafiła tylko do Lasu Wisielców albo na spotkanie tych wariatów od Czarnego Pana. Chociaż może tam działała teleportacja i udałoby się jej niepostrzeżenie uciec?
Daisy zmrużyła oczy, widząc idącą przez mokradła kobietę.
Męczyła się już od dobrych dwudziestu minut. Buty grzęzły jej w błocie, gdy przedzierała się przez mokradła nieopodal Little Hangleton. W dodatku pora była już dość popołudniowa, więc lada moment mogło zacząć robić się szaro. Gdyby jeszcze to miejsce wyglądało jak normalna łąka, pełna pachnących małych, białych kwiatków. Ale mokradła przypominały dla młodziutkiej czarownicy wstrętny tor przeszkód pełen bagien, smrodliwej wody, zgniłych roślin, połamanych drzew. I jeszcze tu cuchnęło. Gdy mocniej pociągnęła nosem, uderzył w nią zapach mułu i rozkładających się paproci.
A MAGIA NIE DZIAŁAŁA.
A DAISY BYŁA KOMPLETNIE BEZRADNA BEZ MAGII. To znaczy, tak naprawdę to wcale nie była bezradna bez magii, ale nienawidziła wysiłku fizycznego a spacerowanie bez celu po tych cholernych, strasznych, pełnych obrzydliwych dźwięków mokradłach przyprawiało ją o ciarki. Była więcej niż pewna, że zginął tu nie jeden czarodziej. Pewnie mokradła pełne były żywych trupów i ghuli!
Przez moment, zanim zorientowała się, gdzie się znalazła, sama rozważała już jak będzie wyglądał jej koniec. I każdy, który przychodził jej do głowy, wydawał się jednakowo straszny i makabryczny.
- Czasami wydaje mi się, że jestem jakaś przeklęta – zamarudziła, gdy szuwary niedaleko niej poruszyły się niespodziewanie.
Sięgnęła po leżący na ziemi kamień, uniosła rękę do góry i cisnęła w nie z całej siły. Po chwili zobaczyła wyskakującą z nich potężną ropuchę. Daisy wzdrygnęła się. Obserwowała płaza i płaz obserwował ją. W dodatku młoda czarownica poczuła się bardzo nieswojo, bo żaba była na swoim terytorium a ona nie.
- No nie obrażaj się na mnie. Jakbyś była wilkołakiem, to co? Też byś się obrażała, że próbowałam się bronić? – zapytała, spoglądając na ropuchę.
Ropucha milczała. Zamarła dalej obserwowała czarownicę aż tej zrobiło się jeszcze bardziej nieswojo. Odruchowo spojrzała za siebie, jakby szykując się do zobaczenia tam jakiegoś prawdziwego, krwiożerczego wilkołaka, który akurat otwierałby paszczę by ją pożreć. Oczywiście nikogo za swoimi plecami nie zobaczyła, ale plusk z prawej strony dobitnie uświadomił ją, że ropucha postanowiła opuścić ich bezowocną konwersację.
- Taka jesteś koleżanka! Zapamiętam to sobie na przyszłość! – zawołała za nią Daisy. Teraz, kiedy płaz zniknął, poczuła, że jednak przyjemniej było jej, gdy znajdował się tuż obok. Nawet taki zamarły i cichy stanowił jakieś (mierne i bierne), ale towarzystwo. – Co za los… - zamarudziła znowu, ruszając w dalszą drogę.
I pomyśleć, że wszystkiemu winna była nieudana teleportacja. A przecież Daisy była prawdziwym mistrzem teleportacji, weteranem korzystającym z tej sztuki dobre trzy razy dziennie! Nigdy do tej pory nie zdarzyło jej się aż tak przestrzelić. Bo z własnej woli tutaj to by się na pewno nie aportowała. Gorzej jeszcze to by było, gdyby trafiła tylko do Lasu Wisielców albo na spotkanie tych wariatów od Czarnego Pana. Chociaż może tam działała teleportacja i udałoby się jej niepostrzeżenie uciec?
Daisy zmrużyła oczy, widząc idącą przez mokradła kobietę.