16.02.2023, 20:29 ✶
—20/11/1970—
Wieża astronomiczna, Hogwart
Cameron Lupin
Wiedziałem, że nie spotka mnie nic dobrego w tym roku. Po prostu wiedziałem. A oni jeszcze, cholera, nie odpisują na listy, żachnął się w myślach Lupin, pokonując ze spuszczoną głową kolejne stopnie stromych schodów prowadzących na Wieżę Astronomiczną. Musiał pobyć chwilę sam, z dala od zgiełku Wielkiej Sali czy Pokoju Wspólnego. Przez ostatnie dni atmosfera na lekcjach zgęstniała i nawet najbardziej entuzjastyczni uczniowie byli przygaszeni. To z kolei sprawiało, że Cameron sam robił się coraz bardziej podenerwowany, zwłaszcza przez brak informacji od bliskich.
Cedric, Cecylia, Charles, Heather... Nikt mu jeszcze nie odpisał. Może powinien był wygrzebać z kufra te kilka dodatkowych monet i znaleźć sowę, która szybciej dotarłaby do Londynu? Z niecierpliwością oczekiwał odpowiedzi, a bezczynne siedzenie w szkolnych murach zaczynało grać mu nerwach, wzmagając poczucie bezsilności. Jednego był jednak pewny ponad wszelką wątpliwość. To nie tak powinien wyglądać jego ostatni rok nauki w Szkole Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie. Izolacja od najlepszych przyjaciół była wystarczająca dołująca, ale teraz było dużo gorzej.
Nie zasługuję na to, pomyślał. Słowa te rozbrzmiewały w jego głowie za każdym razem, kiedy na horyzoncie majaczyło widmo problemów. Nie miało znaczenia, czy dotyczyło to kolejnego sprawdzianu praktycznego z zaklęć i uroków, kryzysów osobistych, czy wszelkiego rodzaju incydentów, do jakich dochodziło, chociażby w Londynie. Wystarczyło sobie przypomnieć zamieszki na Marszu Charłaków pod koniec zeszłego lata. „Przyjazna i bezpieczna stolica”. Phi, dobre sobie. Teraz wcale nie było lepiej, co poniektórzy powiedzieliby, że wręcz było coraz gorzej. Media z niemałym zapałem opisywały coraz to nowe wypadki i to nie tylko na ramach czasopism i gazet plotkarskich, a nawet w ramach audycji radiowych na żywo.
To właśnie jedna z tych audycji wprawiła go w niemałe osłupienie. Manifest czarnoksiężnika znanego jako Lord Voldemort, który postanowił obwołać się Czarnym Panem i swego rodzaju zbawcą tej części społeczeństwa czarodziejów, która mogła się pochwalić czystą krwią. Kiedy w Pokoju Wspólnym Krukonów rozbrzmiały cytaty przytoczone przez spikera radiowego, Cameronowi wydawało się, że to jedno z ogłoszeń dotyczące jakiejś niszowej grupy radykałów, która chowała się po lasach i po prostu głośno szczekali. Mały oddział Aurorów i jedno śledztwo dziennikarskie później, a wszyscy o tym zapomną, co nie? Och, jak głupi był. Nawet nie przewidywał, jak to wydarzenie wpłynie na otaczający go świat w ciągu najbliższych miesięcy, a nawet lat.
W pewnym kręgach obecny status quo względem mugolaków był zapewne krytykowany, ale raczej mało kto myślał poważnie o tym, że mugoli zasługiwali na zniewolenie pod butem czarodziejów i czarownic. Przynajmniej tak się wydawało Lupinowi. Niemagiczni może i nie parali się magią, ale to wciąż byli ludzie. Poza tym, czy ich światy naprawdę przenikały się na tyle mocno, aby wystąpiły poważne problemy? Okej, potrafił zrozumieć krytykę tego, że czarodzieje zostali poniekąd zepchnięcie do „podziemia”. Kilka magicznych wiosek rozsianych po kraju i kilka ulic w magicznej dzielnicy, gdzie wszyscy mogli dowolnie korzystać ze swoich umiejętności, wypadało stosunkowo... słabo w porównaniu z tym, że mogliby mieć całą metropolię rozmiarów Londynu. To mogło być frustrujące.
Tej utopijnej wizji świata nie dało się jednak wcielić w życie. A przynajmniej nie tak, aby nikt nie ucierpiał. Sądząc po tej audycji, Czarny Pan raczej ma to gdzieś, pomyślał z przekąsem, pokonując ostatnie stopnie, aż stanął na swoistym tarasie widokowym, z którego korzystali uczniowie podczas lekcji Astronomii. Cameron nigdy nie był zbytnio zafascynowany niebem, czy gwiazdami, a już na pewno nie w kontekście akademickim. Miał wrażenie, że zajęcia te zahaczały nieco o Wróżbiarstwo, a w tym nie był zbytnio zainteresowany. Gdyby na lekcjach mówiono by o tym, że niektóre zaklęcia lecznicze działały lepiej podczas określonych faz księżyca... To już by przykuło jego uwagę. Niestety, z tego, co się orientował, takowe informacje nie były przekazywane przez lokalnego nauczyciela. A szkoda. Mógłby w ten sposób przyciągnąć do klasy parę nowych twarzy. Charles i Heather na pewno chętni by z nim poszli na te zajęcia. Eh.
— Daj spokój. Na p-pwno jest z nimi w-wszystko w porządku — mruknął do siebie, aby po chwili przekląć pod nosem. Mógł zaprzeczać i wmawiać sobie, że w ogóle się o nic nie martwi, ale byłoby to wierutne kłamstwo. Podszedł do barierki i zacisnął na niej dłonie, starając się patrzeć przed siebie, a nie w dół. Może i nie był teraz na miotle, ale lęk wysokości i tak mu towarzyszył. A ostatnie czego w tej chwili potrzebował to atak paniki wywołany odległością między szczytem wieży, a stałym gruntem. Westchnął przeciągle.
Naprawdę żałował, że obecnie jego życie nie było bardziej stabilne. Z dala od rodziny, z dala od najbliższych przyjaciół i na domiar złego przytłoczony perspektywą zbliżających się egzaminów na koniec VII roku nauki w Hogwarcie, nie potrzebował dodatkowych atrakcji w formie jakiegoś wariata próbującego przejąć władzę w Londynie, akurat, gdy to ram rezydowała znamienita większość ludzi bliskich jego sercu. Uzyskanie od dyrekcji przepustki na żądanie nie było jakieś wyjątkowo łatwe, toteż mógł zapomnieć o częstych wizytach w stolicy, chociażby po to, żeby odwiedzić Świętego Munga na wypadek, gdyby... Potrząsnął głową, odsuwając tę myśl na bok. Nienienienienie, do tego nie dojdzie. Nie. Nie ma, kurwa, mowy.
Musiał skupić się na czymś innym. Listy przyjdą. Na pewno. Jeśli nie wieczorem, to jutro z rana lub podczas obiadu. Jeśli nie, spróbuje się skontaktować z bliskimi jakoś inaczej. Cameron przymknął na dłuższą chwilę oczy, starając się uspokoić swój oddech. Może po manifeście sytuacja w mieście nie była jednak tak zła, jak podejrzewał? Przecież wygłoszenie takiej przemowy nie oznaczało od razu, że nastąpi przewrót i drastyczna zmiana władzy. Ten cały Voldemort to mogła być płotka, prawda? On był jeden, może miał jakichś sojuszników, ale raczej nie mogli się równać z całą resztą społeczeństwa. Biuro Aurorów, Brygada Uderzeniowa... Była cała masa osób, która nie będzie stała bezczynnie, gdy ktoś wygłasza takie groźby.
Poza tym, jak chciał przekonać do siebie społeczeństwo? Chyba nie sądził, że tak po prostu przejmie władzę nad krajem? Mugole nie ingerowali jakoś specjalnie w sprawy czarodziejów, czy naprawdę fakt ich istnienia aż tak burzył światopogląd społeczności? W końcu funkcjonowała Ustawa o Tajności, a o samym istnieniu magicznych dzielnic wiedzieli nieliczni niemagiczni. Grono to zazwyczaj ograniczało się do charłaków lub najbliższych członków rodzin mugolaków. Pierwsza lepsza osoba z ulicy nie mogła tak po prostu wejść na Pokątną czy Peron 9 i 3/4. Oprócz tego, w mocy pozostawały różnego rodzaju zabezpieczenia, a siły Ministerstwa Magii na pewno nie miałyby problemu z dorwaniem kogoś, kto nie powinien mieć dostępu do tej wiedzy. Szybkie Obliviate i sprawa załatwiona, czyż nie? Otwarte przejęcie władzy przez kogoś, kto kierował się takim sentymentem... To wydawało się irracjonalne. Kto chciałby pójść w ślady takiego człowieka? A jednak tak wielu z nich wydawało się zmartwionych, pomyślał z rozrzewnieniem, przypominając sobie twarze Krukonów, którzy spoglądali po sobie podczas audycji radiowe. Całkiem spora liczba uczniów zdawała się poruszona, może nawet przestraszona, ale nikt nie odważył się na to, aby uznać audycję za żart.
Myśli chłopka mimowolnie powędrowały w kierunku rodziców i rodzeństwa. Jak oni zareagowali na te wieści? Może nie byli czarodziejami czystej krwi, ale chyba nie byli na celowniki tych całych Śmierciożerców, prawda? Cameronowi zrobiło się słabo na samą myśl, że banda czarnoksiężników mogłaby obrać sobie za cel rodzinną aptekę. Przecież oni nikomu nie zagrażali, leczyli ludzi, na Merlina. Stanowili swego rodzaju alternatywę dla medyków ze Szpitala św. Munga i starali się pomóc swoim klientom, jak mogli. Nie dyskryminowali nikogo, kto przyszedł do nich po pomoc. Czy to mogłoby być powodem, żeby zrobić im krzywdę? Skoro nie mieli nic przeciwko mugolakom, znaczyło, że automatycznie stali się wrogami zwolennikom Czarnego Pana?
Cameron zaczął chodzić to w jedną, to w drugą stronę, ignorując chłodny wiatr, który uderzał w jego policzki i dodatkowo targał włosy, które i tak już były w nieładzie. Panująca na wieży cisza, z wyjątkiem cichego świstu wiatru, niemalże go ogłuszała. Za bardzo przywykł do tego, że gdzie by nie poszedł, tam coś się nie działo, więc teraz, pomimo tego, że szukał samotności, irytowało go to, że nic się nie działo. Denerwowało go to, że nie słyszy tupania Heather, którą zawsze roznosiła energia i komentarzy Charlesa, który zapewne próbowałby odwrócić ich uwagę od tego, co ich akurat dręczyło. Brakowało mu nawet Menodory i Fernie, które zapewne krążyły teraz gdzieś po zamku lub przesiadywały w bibliotece. Już sam nie wiedział, czego chciał. Nie miał kontroli nad zdarzeniami poza Hogwartem, nie miał informacji na temat bliskich i już zaczynało go nosić.
W pewnym momencie zatrzymał się w pół kroku, a jego wzrok zawisł na znajdującej się w pobliżu zamku sowiarni. Zmrużył oczy, starając się określić, czy przypadkiem nic mu się nie przywidziało, jednak im dłużej spoglądał w tym kierunku, tym bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że coś zbliżało się do granicy szkoły. I to nawet nie jeden coś, a kilka – może wręcz kilkadziesiąt – cosiów. Czyżby wieczorna poczta przybyła tego dnia wcześniej? Na samą myśl o tym, jakie zawiniątka mogą być przytroczone do nóżek pewnej sowy, serce zabiło mu szybciej. Nie ruszył się jednak z miejsca, pozwalając sobie poobserwować jeszcze chwilę swego rodzaju chowańce uczniów Hogwartu.
Zgodnie z jego oczekiwaniami część sów poszybowała w kierunku wieży sowiarni, jednak równie duża część ptaków skierowała się w okolice Wielkiej Sali. Proszę, niech coś przyjdzie, błagał w myślach Krukon, ruszając w stronę schodów, aby następnie zacząć z nich zbiegać lub wręcz przeskakiwać co chwilę kolejne cztery czy pięć stopni, przytrzymując się co jakiś czas barierki. Że też Hogwart nie pozwalał starszym uczniom na teleportacje wewnątrz zamku. Znaczącą ułatwiłoby to przemieszczenia się po tym wielkim kompleksie. Cóż, teraz pozostało tylko dostać się na parter, przejść przez kilka skrótów w portretach, przemknąć się przez dziedziniec, kamienny krąg, błonie, a na koniec wdrapać się na wieżę sowiarni. Eh, gdyby nie darzył swoich bliskich tak intensywnymi uczuciami, to raczej by się nie zdecydował na takie poświęcenie.
Szaleńczy bieg przez rozległe korytarze i klatki schodowe Hogwartu nie był czymś, do czego chłopak był przyzwyczajony. Zdarzało mu się umykać przed prefektami czy nauczycielami patrolującymi korytarzami, jednak teraz dosłownie mknął przez zamek, chcąc za wszelką cenę dostać się do budynku sowiarni. Niestety, należało brać poprawkę na to, że młody czarodziej bywał wyjątkowo niezdarny, toteż w drodze na parter dwa razy wywalił się na kamiennych stopniach, wpadł na kilku uczniów z niższych roczników i prawie połamał sobie kark, gdy stwierdził, że świetnym pomysłem będzie skok mniej więcej z połowy schodów na półpiętro, przez co uderzył głową w ramę jednego z obrazów.
Jego lokatorka zdecydowanie nie była z tego zadowolona i wydarła się na niego, wytykając brak manier. Lupin miał to jednak cóż, głęboko w poważaniu. To, co myślały o nim obrazy w Hogwarcie, nie było jego zmartwieniem. Może gdyby był na pierwszym roku, to by się przejął ich jękami i przytykami, jednak teraz, gdy był już na siódmym roku? Mogły sobie gadać lub nawet naskarżyć opiekunowi domu. Jeszcze tylko kilka miesięcy i więcej ich nie zobaczy, gdyż nie planował, aby jego noga postała w murach tej szkoły przez dłuższy czas. Teraz jednak musiał skupić się na dotarciu do sowiarni.
— Na Matkę, dzięki niech będą Merlinowi! — wykrzyknął Cameron, odczepiając od sowy list z rodzinnego domu. Po samym rozpoznał, że wiadomość wyszła spod ręki jego ojca.
Chłopak omiótł wzrokiem list, ignorując ozdobniki w formie uroczystego powitania i zakończenia listu, skupiając swoją uwagę na głównej części listu. Tak jak podejrzewał, do jego rodziny także dotarły doniesienia na temat manifestu Lorda Voldemorta. Na szczęście tej samej nocy nie doszło w okolicy do zamieszek, które w jakikolwiek mogłyby wpłynąć na funkcjonowanie apteki. Zamiast tego w okolicy pojawili się jednak dziennikarze, którzy zbierali opinie na temat całego zajścia, zapewne przygotowując się do wypuszczenia kolejnego artykułu. Zapewne nie pierwszego i nie ostatniego, który miałby omawiać sprawę Czarnego Pana. Cameron otrzymał jednak najważniejszą informację – z rodziną było wszystko w porządku, chociaż zapowiedź czarnoksiężnika nie napawała nikogo entuzjazmem. Teraz tylko dostać wiadomość od reszty, pomyślał.
Cecylia i Cedric zdecydowanie byli bardziej rozsądni od niego, więc wątpił, aby wciskali rodzicom jakiś kit. Skoro żyli i nie donieśli o żadnym wypadku, to zapewne dalej byli w jednym kawałku. Teraz musiał tylko martwić się o dwójkę swoich głupków: Heather i Charliego. Może dla pewności powinien napisać jeszcze jeden list? Albo zaadresować je do miejsca ich pracy. Kto wie, może przez te nowe informacje mieli pełne ręce roboty i nie mieli jak się urwać z roboty, nie mówiąc nawet o odpisywaniu na żadne listy wysłane na adres domowy? Gdyby coś się działo, będą siebie szukać, dodał do tych rozmyślań. Tak, co do tego nie miał wątpliwości. Gdyby groziło im jakieś niebezpieczeństwo, szukaliby się nawzajem. A to znacząco zwiększało ich szanse na przeżycie. Cameron uśmiechnął się lekko, podniesiony na duchu. Jeszcze nic się nie stało, ale na ten moment był w stanie zaakceptować taki obrót spraw. Najważniejsze, że jego najbliżsi byli względnie bezpieczni. To był jego priorytet.
Cedric, Cecylia, Charles, Heather... Nikt mu jeszcze nie odpisał. Może powinien był wygrzebać z kufra te kilka dodatkowych monet i znaleźć sowę, która szybciej dotarłaby do Londynu? Z niecierpliwością oczekiwał odpowiedzi, a bezczynne siedzenie w szkolnych murach zaczynało grać mu nerwach, wzmagając poczucie bezsilności. Jednego był jednak pewny ponad wszelką wątpliwość. To nie tak powinien wyglądać jego ostatni rok nauki w Szkole Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie. Izolacja od najlepszych przyjaciół była wystarczająca dołująca, ale teraz było dużo gorzej.
Nie zasługuję na to, pomyślał. Słowa te rozbrzmiewały w jego głowie za każdym razem, kiedy na horyzoncie majaczyło widmo problemów. Nie miało znaczenia, czy dotyczyło to kolejnego sprawdzianu praktycznego z zaklęć i uroków, kryzysów osobistych, czy wszelkiego rodzaju incydentów, do jakich dochodziło, chociażby w Londynie. Wystarczyło sobie przypomnieć zamieszki na Marszu Charłaków pod koniec zeszłego lata. „Przyjazna i bezpieczna stolica”. Phi, dobre sobie. Teraz wcale nie było lepiej, co poniektórzy powiedzieliby, że wręcz było coraz gorzej. Media z niemałym zapałem opisywały coraz to nowe wypadki i to nie tylko na ramach czasopism i gazet plotkarskich, a nawet w ramach audycji radiowych na żywo.
To właśnie jedna z tych audycji wprawiła go w niemałe osłupienie. Manifest czarnoksiężnika znanego jako Lord Voldemort, który postanowił obwołać się Czarnym Panem i swego rodzaju zbawcą tej części społeczeństwa czarodziejów, która mogła się pochwalić czystą krwią. Kiedy w Pokoju Wspólnym Krukonów rozbrzmiały cytaty przytoczone przez spikera radiowego, Cameronowi wydawało się, że to jedno z ogłoszeń dotyczące jakiejś niszowej grupy radykałów, która chowała się po lasach i po prostu głośno szczekali. Mały oddział Aurorów i jedno śledztwo dziennikarskie później, a wszyscy o tym zapomną, co nie? Och, jak głupi był. Nawet nie przewidywał, jak to wydarzenie wpłynie na otaczający go świat w ciągu najbliższych miesięcy, a nawet lat.
W pewnym kręgach obecny status quo względem mugolaków był zapewne krytykowany, ale raczej mało kto myślał poważnie o tym, że mugoli zasługiwali na zniewolenie pod butem czarodziejów i czarownic. Przynajmniej tak się wydawało Lupinowi. Niemagiczni może i nie parali się magią, ale to wciąż byli ludzie. Poza tym, czy ich światy naprawdę przenikały się na tyle mocno, aby wystąpiły poważne problemy? Okej, potrafił zrozumieć krytykę tego, że czarodzieje zostali poniekąd zepchnięcie do „podziemia”. Kilka magicznych wiosek rozsianych po kraju i kilka ulic w magicznej dzielnicy, gdzie wszyscy mogli dowolnie korzystać ze swoich umiejętności, wypadało stosunkowo... słabo w porównaniu z tym, że mogliby mieć całą metropolię rozmiarów Londynu. To mogło być frustrujące.
Tej utopijnej wizji świata nie dało się jednak wcielić w życie. A przynajmniej nie tak, aby nikt nie ucierpiał. Sądząc po tej audycji, Czarny Pan raczej ma to gdzieś, pomyślał z przekąsem, pokonując ostatnie stopnie, aż stanął na swoistym tarasie widokowym, z którego korzystali uczniowie podczas lekcji Astronomii. Cameron nigdy nie był zbytnio zafascynowany niebem, czy gwiazdami, a już na pewno nie w kontekście akademickim. Miał wrażenie, że zajęcia te zahaczały nieco o Wróżbiarstwo, a w tym nie był zbytnio zainteresowany. Gdyby na lekcjach mówiono by o tym, że niektóre zaklęcia lecznicze działały lepiej podczas określonych faz księżyca... To już by przykuło jego uwagę. Niestety, z tego, co się orientował, takowe informacje nie były przekazywane przez lokalnego nauczyciela. A szkoda. Mógłby w ten sposób przyciągnąć do klasy parę nowych twarzy. Charles i Heather na pewno chętni by z nim poszli na te zajęcia. Eh.
— Daj spokój. Na p-pwno jest z nimi w-wszystko w porządku — mruknął do siebie, aby po chwili przekląć pod nosem. Mógł zaprzeczać i wmawiać sobie, że w ogóle się o nic nie martwi, ale byłoby to wierutne kłamstwo. Podszedł do barierki i zacisnął na niej dłonie, starając się patrzeć przed siebie, a nie w dół. Może i nie był teraz na miotle, ale lęk wysokości i tak mu towarzyszył. A ostatnie czego w tej chwili potrzebował to atak paniki wywołany odległością między szczytem wieży, a stałym gruntem. Westchnął przeciągle.
Naprawdę żałował, że obecnie jego życie nie było bardziej stabilne. Z dala od rodziny, z dala od najbliższych przyjaciół i na domiar złego przytłoczony perspektywą zbliżających się egzaminów na koniec VII roku nauki w Hogwarcie, nie potrzebował dodatkowych atrakcji w formie jakiegoś wariata próbującego przejąć władzę w Londynie, akurat, gdy to ram rezydowała znamienita większość ludzi bliskich jego sercu. Uzyskanie od dyrekcji przepustki na żądanie nie było jakieś wyjątkowo łatwe, toteż mógł zapomnieć o częstych wizytach w stolicy, chociażby po to, żeby odwiedzić Świętego Munga na wypadek, gdyby... Potrząsnął głową, odsuwając tę myśl na bok. Nienienienienie, do tego nie dojdzie. Nie. Nie ma, kurwa, mowy.
Musiał skupić się na czymś innym. Listy przyjdą. Na pewno. Jeśli nie wieczorem, to jutro z rana lub podczas obiadu. Jeśli nie, spróbuje się skontaktować z bliskimi jakoś inaczej. Cameron przymknął na dłuższą chwilę oczy, starając się uspokoić swój oddech. Może po manifeście sytuacja w mieście nie była jednak tak zła, jak podejrzewał? Przecież wygłoszenie takiej przemowy nie oznaczało od razu, że nastąpi przewrót i drastyczna zmiana władzy. Ten cały Voldemort to mogła być płotka, prawda? On był jeden, może miał jakichś sojuszników, ale raczej nie mogli się równać z całą resztą społeczeństwa. Biuro Aurorów, Brygada Uderzeniowa... Była cała masa osób, która nie będzie stała bezczynnie, gdy ktoś wygłasza takie groźby.
Poza tym, jak chciał przekonać do siebie społeczeństwo? Chyba nie sądził, że tak po prostu przejmie władzę nad krajem? Mugole nie ingerowali jakoś specjalnie w sprawy czarodziejów, czy naprawdę fakt ich istnienia aż tak burzył światopogląd społeczności? W końcu funkcjonowała Ustawa o Tajności, a o samym istnieniu magicznych dzielnic wiedzieli nieliczni niemagiczni. Grono to zazwyczaj ograniczało się do charłaków lub najbliższych członków rodzin mugolaków. Pierwsza lepsza osoba z ulicy nie mogła tak po prostu wejść na Pokątną czy Peron 9 i 3/4. Oprócz tego, w mocy pozostawały różnego rodzaju zabezpieczenia, a siły Ministerstwa Magii na pewno nie miałyby problemu z dorwaniem kogoś, kto nie powinien mieć dostępu do tej wiedzy. Szybkie Obliviate i sprawa załatwiona, czyż nie? Otwarte przejęcie władzy przez kogoś, kto kierował się takim sentymentem... To wydawało się irracjonalne. Kto chciałby pójść w ślady takiego człowieka? A jednak tak wielu z nich wydawało się zmartwionych, pomyślał z rozrzewnieniem, przypominając sobie twarze Krukonów, którzy spoglądali po sobie podczas audycji radiowe. Całkiem spora liczba uczniów zdawała się poruszona, może nawet przestraszona, ale nikt nie odważył się na to, aby uznać audycję za żart.
Myśli chłopka mimowolnie powędrowały w kierunku rodziców i rodzeństwa. Jak oni zareagowali na te wieści? Może nie byli czarodziejami czystej krwi, ale chyba nie byli na celowniki tych całych Śmierciożerców, prawda? Cameronowi zrobiło się słabo na samą myśl, że banda czarnoksiężników mogłaby obrać sobie za cel rodzinną aptekę. Przecież oni nikomu nie zagrażali, leczyli ludzi, na Merlina. Stanowili swego rodzaju alternatywę dla medyków ze Szpitala św. Munga i starali się pomóc swoim klientom, jak mogli. Nie dyskryminowali nikogo, kto przyszedł do nich po pomoc. Czy to mogłoby być powodem, żeby zrobić im krzywdę? Skoro nie mieli nic przeciwko mugolakom, znaczyło, że automatycznie stali się wrogami zwolennikom Czarnego Pana?
Cameron zaczął chodzić to w jedną, to w drugą stronę, ignorując chłodny wiatr, który uderzał w jego policzki i dodatkowo targał włosy, które i tak już były w nieładzie. Panująca na wieży cisza, z wyjątkiem cichego świstu wiatru, niemalże go ogłuszała. Za bardzo przywykł do tego, że gdzie by nie poszedł, tam coś się nie działo, więc teraz, pomimo tego, że szukał samotności, irytowało go to, że nic się nie działo. Denerwowało go to, że nie słyszy tupania Heather, którą zawsze roznosiła energia i komentarzy Charlesa, który zapewne próbowałby odwrócić ich uwagę od tego, co ich akurat dręczyło. Brakowało mu nawet Menodory i Fernie, które zapewne krążyły teraz gdzieś po zamku lub przesiadywały w bibliotece. Już sam nie wiedział, czego chciał. Nie miał kontroli nad zdarzeniami poza Hogwartem, nie miał informacji na temat bliskich i już zaczynało go nosić.
W pewnym momencie zatrzymał się w pół kroku, a jego wzrok zawisł na znajdującej się w pobliżu zamku sowiarni. Zmrużył oczy, starając się określić, czy przypadkiem nic mu się nie przywidziało, jednak im dłużej spoglądał w tym kierunku, tym bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że coś zbliżało się do granicy szkoły. I to nawet nie jeden coś, a kilka – może wręcz kilkadziesiąt – cosiów. Czyżby wieczorna poczta przybyła tego dnia wcześniej? Na samą myśl o tym, jakie zawiniątka mogą być przytroczone do nóżek pewnej sowy, serce zabiło mu szybciej. Nie ruszył się jednak z miejsca, pozwalając sobie poobserwować jeszcze chwilę swego rodzaju chowańce uczniów Hogwartu.
Zgodnie z jego oczekiwaniami część sów poszybowała w kierunku wieży sowiarni, jednak równie duża część ptaków skierowała się w okolice Wielkiej Sali. Proszę, niech coś przyjdzie, błagał w myślach Krukon, ruszając w stronę schodów, aby następnie zacząć z nich zbiegać lub wręcz przeskakiwać co chwilę kolejne cztery czy pięć stopni, przytrzymując się co jakiś czas barierki. Że też Hogwart nie pozwalał starszym uczniom na teleportacje wewnątrz zamku. Znaczącą ułatwiłoby to przemieszczenia się po tym wielkim kompleksie. Cóż, teraz pozostało tylko dostać się na parter, przejść przez kilka skrótów w portretach, przemknąć się przez dziedziniec, kamienny krąg, błonie, a na koniec wdrapać się na wieżę sowiarni. Eh, gdyby nie darzył swoich bliskich tak intensywnymi uczuciami, to raczej by się nie zdecydował na takie poświęcenie.
~~*~~
Szaleńczy bieg przez rozległe korytarze i klatki schodowe Hogwartu nie był czymś, do czego chłopak był przyzwyczajony. Zdarzało mu się umykać przed prefektami czy nauczycielami patrolującymi korytarzami, jednak teraz dosłownie mknął przez zamek, chcąc za wszelką cenę dostać się do budynku sowiarni. Niestety, należało brać poprawkę na to, że młody czarodziej bywał wyjątkowo niezdarny, toteż w drodze na parter dwa razy wywalił się na kamiennych stopniach, wpadł na kilku uczniów z niższych roczników i prawie połamał sobie kark, gdy stwierdził, że świetnym pomysłem będzie skok mniej więcej z połowy schodów na półpiętro, przez co uderzył głową w ramę jednego z obrazów.
Jego lokatorka zdecydowanie nie była z tego zadowolona i wydarła się na niego, wytykając brak manier. Lupin miał to jednak cóż, głęboko w poważaniu. To, co myślały o nim obrazy w Hogwarcie, nie było jego zmartwieniem. Może gdyby był na pierwszym roku, to by się przejął ich jękami i przytykami, jednak teraz, gdy był już na siódmym roku? Mogły sobie gadać lub nawet naskarżyć opiekunowi domu. Jeszcze tylko kilka miesięcy i więcej ich nie zobaczy, gdyż nie planował, aby jego noga postała w murach tej szkoły przez dłuższy czas. Teraz jednak musiał skupić się na dotarciu do sowiarni.
— Na Matkę, dzięki niech będą Merlinowi! — wykrzyknął Cameron, odczepiając od sowy list z rodzinnego domu. Po samym rozpoznał, że wiadomość wyszła spod ręki jego ojca.
Chłopak omiótł wzrokiem list, ignorując ozdobniki w formie uroczystego powitania i zakończenia listu, skupiając swoją uwagę na głównej części listu. Tak jak podejrzewał, do jego rodziny także dotarły doniesienia na temat manifestu Lorda Voldemorta. Na szczęście tej samej nocy nie doszło w okolicy do zamieszek, które w jakikolwiek mogłyby wpłynąć na funkcjonowanie apteki. Zamiast tego w okolicy pojawili się jednak dziennikarze, którzy zbierali opinie na temat całego zajścia, zapewne przygotowując się do wypuszczenia kolejnego artykułu. Zapewne nie pierwszego i nie ostatniego, który miałby omawiać sprawę Czarnego Pana. Cameron otrzymał jednak najważniejszą informację – z rodziną było wszystko w porządku, chociaż zapowiedź czarnoksiężnika nie napawała nikogo entuzjazmem. Teraz tylko dostać wiadomość od reszty, pomyślał.
Cecylia i Cedric zdecydowanie byli bardziej rozsądni od niego, więc wątpił, aby wciskali rodzicom jakiś kit. Skoro żyli i nie donieśli o żadnym wypadku, to zapewne dalej byli w jednym kawałku. Teraz musiał tylko martwić się o dwójkę swoich głupków: Heather i Charliego. Może dla pewności powinien napisać jeszcze jeden list? Albo zaadresować je do miejsca ich pracy. Kto wie, może przez te nowe informacje mieli pełne ręce roboty i nie mieli jak się urwać z roboty, nie mówiąc nawet o odpisywaniu na żadne listy wysłane na adres domowy? Gdyby coś się działo, będą siebie szukać, dodał do tych rozmyślań. Tak, co do tego nie miał wątpliwości. Gdyby groziło im jakieś niebezpieczeństwo, szukaliby się nawzajem. A to znacząco zwiększało ich szanse na przeżycie. Cameron uśmiechnął się lekko, podniesiony na duchu. Jeszcze nic się nie stało, ale na ten moment był w stanie zaakceptować taki obrót spraw. Najważniejsze, że jego najbliżsi byli względnie bezpieczni. To był jego priorytet.
Koniec sesji