Pokłosie tej sesji.
Ten dzień nie zaczął się tak, jak zwykle.
W ciągu ostatnich paru miesięcy Brenna przeważnie budziła się w Wieży Gryffindoru, we własnym łóżku. To znaczy - raz zdarzyło się, że był to Zakazany Las, parę razy fotele w pokoju wspólnym, a raz szklarnia, w którą niechcący ją zamknięta - regułą jednak było raczej dormitorium. I jako reguła, rankiem rzadko czuła się, jakby miała zaraz umrzeć. Bywała małą, hogwarcką dzikuską, ale na ogół mimo wszystko trzymała się szkolnych przepisów, przynajmniej większości z nich.
Tym razem jednak na pewno nie była w dormitorium. I czuła się, jakby miała zaraz umrzeć.
- Niech ktoś zgasi to światło - jęknęła, kiedy słoneczne promienie padły prosto na jej oczy. Odruchowo osłoniła je dłonią, nie unosząc na razie powiek. Bolała ją głowa. Bardzo bolała ją głowa. Bolały ją też plecy. Tym, co miała pod plecami, chyba nie był materac. Chyba nie miała dziś siły iść na lekcje...
...gdy pomyślała o lekcjach, przypomniała sobie wreszcie, że żadnych lekcji nie ma. Wczoraj zdali (miała nadzieję, że zdali) ostatni egzamin. Dziś po południu mieli wsiąść po raz ostatni do Hogwarts Express. A wczorajszego wieczora byli w Hogsmeade, pili w Trzech Miotłach, korzystając z tego, że mogli sobie na to pozwolić po raz pierwszy i potem...
...Brenna niezbyt pamiętała, co było potem.
Odsunęła dłoń od twarzy i otworzyła wreszcie oczy. Tym, co zobaczyła nad swoją głową, był sufit wieży. Niestety, nie Gryffindoru, a... astronomicznej. W dodatku znajdował się zaskakująco blisko. Brenna wprawdzie nie mogła zebrać myśli, ale kojarzyła nieznacznie, że kiedy mieli lekcje, był jakby wyżej. Właściwie tylko raz widziała go z tak bliska. Kiedy jeden z chłopców dla żartów posłał na krokwie pod sufitem ozdobę do włosów jej koleżanki, ona postanowiła ją zdjąć i weszła na belkę pod sufitem. I...
Poruszyła się gwałtownie na tę myśl, co skończyło się w jedyny możliwy sposób. Brenna Longbottom, lat osiemnaście, wczoraj od mniej więcej piętnastej dumna absolwentka Hogwartu, Domu Gryffindora, zleciała z belki. Z jej ust zdążył się jeszcze wydobyć krótki okrzyk, zanim z hukiem uderzyła o podłogę. Na szczęście, zaprawiona po licznych upadkach z drzew, na które wchodziła zawsze z dużym upodobaniem, odruchowo przyjęła taką pozycję, by zamortyzować upadek. Mimo to przez chwilę leżała na posadce, nieco oszołomiona. A kiedy uniosła wreszcie wzrok, dostrzegła, że nie jest sama.
- Tori? - powiedziała, unosząc się na łokciach. Gardło miała suche i straszliwie chciało się jej pić. - Eeee... pamiętasz, co tutaj robimy?