30.03.2023, 21:19 ✶
Ostatnie tygodnie zdecydowanie nie należały do najłatwiejszych. Niespokojny i płytki sen, problemy z zachowaniem skupienia na dłuższą metę, a niekiedy nawet lekkie ataki paniki. Co gorsza, w jego życiu nie działo się aktualnie nic, co mogłoby faktycznie powodować tego typu rzeczy. Sam Cedric zrzucał to na pracę. I chociaż faktycznie ostatnio było więcej problematycznych przypadków, nie było to dla niego aż tak nowe. Praca w Mungu uświadamiała, że ludzka głupota nie ma absolutnie żadnych granic. Jasne, nie było to normą, ale naprawdę duża pula pacjentów trafiała do nich z powodu źle rzuconego zaklęcia albo pomylonych składników eliksiru. Lupin nie zamierzał jednak ich oceniać. Jeśli ktoś potrzebował pomocy, po prostu jej udzielał. Nawet teraz, w momencie gdy zdecydowanie było z nim gorzej, dzielnie nabijał kolejne nadgodziny. Tyle dobrego, że ostatnimi czasy pracował na dziennych zmianach, także czasami miał wolne wieczory. Na przykład dzisiaj, chociaż to akurat było sprawką tego, że po prostu wygoniono go do domu.
Prawdopodobnie dlatego, że jego oczy zrobiły się już zdecydowanie zbyt przekrwione i podkrążone. Gdyby tego było mało, zdecydowanie stracił kilka kilogramów, o czym świadczyły szaty, które leżały na nim nieco luźniej. Może nie było to szczególnie zdrowe i rozsądne, ale raz jeszcze — Cedric nie miał czasu przejmować się sobą, gdy wokół było tylu ludzi, którzy potrzebowali pomocy.
Schodząc ze zmiany, posłał jeszcze Florence spojrzenie zbitego, zdradzonego szczeniaczka, któremu odebrano ulubioną zabawkę. Bo tak, właśnie ona dopilnowała, żeby ordynator nie pozwolił mu dzisiaj zostać dłużej.
Początkowo próbował się kłócić, ale po prostu zabrakło mu sił, aby dalej się spierać.
Tyle dobrego, że nie miał szczególnie daleko. Głównie dlatego, że raczej nie dałby rady przebyć dłuższej drogi. Apteka była jeszcze otwarta, ale wyjątkowo nie zajrzał za ladę. No bo przecież tutaj też mógł pomagać! Czemu więc z tego zrezygnował? To dość proste. Nie był pewien, kto dzisiaj miał zmianę. Jeśli rodzice, nie byłoby aż takiego problemu. Raczej nie zwracali aż takiej uwagi na to, jak wyglądał, a nawet jeśli — rozumieli, że jego praca wymaga pewnych poświęceń. Zgoła inaczej było z Cecylką i to właśnie na nią nie chciał trafić. Czuł, że siostra obdarłaby go ze skóry, gdyby zobaczyła go w takim stanie. W sumie to nie było chyba osoby, której bałby się bardziej. Tak, zdecydowanie.
Obawy okazały się słuszne, bowiem za kasą dostrzegł bardzo znajomą twarz. Oczywiście, że kochał swoje rodzeństwo, ale Cecylka budziła w nim niewspółmiernie więcej respektu niż Cameron.
Na szczęście dla niego, dosłownie wychował się w tym sklepie, także do perfekcji opanował ścieżkę, która pozwalała mu przejść niezauważonym aż do schodów na górę. I chociaż kolejne kroki stawiał nieco chwiejnie, fakt, że nie oberwał żadnym zaklęciem czy butem utwierdziły go w przekonaniu, że faktycznie go nie dostrzegła.
Gdy w końcu dotarł na górę, zaszył się w pokoju. Z cichym westchnieniem zdjął z siebie płaszcz, po czym po prostu padł na łóżko. Przymknął oczy, mając nadzieję, że zaśnie, ale coś nie dawało mu spać. W sumie to był to główny powód tego, jak bardzo źle czuł się ostatnimi czasy, ale starał się o tym nie myśleć.
Chodziło oczywiście o pierścionek, który zakupił na aukcji Longbottomów. Początkowo Brenna sugerowała, żeby zrobił to wtedy, ale ostatecznie nie starczyło mu odwagi. Od tego czasu leżał u niego w szafce, przeważnie. Wyjął go kilka razy, ale gdy tylko myślał o tym, żeby zagadać do ukochanej i przedstawić swoją... propozycję, gubił język w głowie. Puls momentalnie mu przyśpieszał, a oddech robił się nierównomierny. Ale czy słusznie? Czuł, że Dandelion jest tą jedyną. Dlaczego więc tak cholernie się bał zrobić kolejny krok?
Co, jeśli nie będzie dla niej dostatecznie dobry.
— Jestem beznadziejny — westchnął tylko, wpatrując się martwym spojrzeniem w mebel. Po krótkim zawahaniu się sięgnął do niego ręką, wyciągając pudełeczko.
Uchylił je, spoglądając znowu na misterny pierścionek.
— A może spróbuję... — wymruczał, po czym zacisnął palce na biżuterii. Cholera jasna. Dlaczego podejmowanie decyzji musiało być takie trudne.
Prawdopodobnie dlatego, że jego oczy zrobiły się już zdecydowanie zbyt przekrwione i podkrążone. Gdyby tego było mało, zdecydowanie stracił kilka kilogramów, o czym świadczyły szaty, które leżały na nim nieco luźniej. Może nie było to szczególnie zdrowe i rozsądne, ale raz jeszcze — Cedric nie miał czasu przejmować się sobą, gdy wokół było tylu ludzi, którzy potrzebowali pomocy.
Schodząc ze zmiany, posłał jeszcze Florence spojrzenie zbitego, zdradzonego szczeniaczka, któremu odebrano ulubioną zabawkę. Bo tak, właśnie ona dopilnowała, żeby ordynator nie pozwolił mu dzisiaj zostać dłużej.
Początkowo próbował się kłócić, ale po prostu zabrakło mu sił, aby dalej się spierać.
Tyle dobrego, że nie miał szczególnie daleko. Głównie dlatego, że raczej nie dałby rady przebyć dłuższej drogi. Apteka była jeszcze otwarta, ale wyjątkowo nie zajrzał za ladę. No bo przecież tutaj też mógł pomagać! Czemu więc z tego zrezygnował? To dość proste. Nie był pewien, kto dzisiaj miał zmianę. Jeśli rodzice, nie byłoby aż takiego problemu. Raczej nie zwracali aż takiej uwagi na to, jak wyglądał, a nawet jeśli — rozumieli, że jego praca wymaga pewnych poświęceń. Zgoła inaczej było z Cecylką i to właśnie na nią nie chciał trafić. Czuł, że siostra obdarłaby go ze skóry, gdyby zobaczyła go w takim stanie. W sumie to nie było chyba osoby, której bałby się bardziej. Tak, zdecydowanie.
Obawy okazały się słuszne, bowiem za kasą dostrzegł bardzo znajomą twarz. Oczywiście, że kochał swoje rodzeństwo, ale Cecylka budziła w nim niewspółmiernie więcej respektu niż Cameron.
Na szczęście dla niego, dosłownie wychował się w tym sklepie, także do perfekcji opanował ścieżkę, która pozwalała mu przejść niezauważonym aż do schodów na górę. I chociaż kolejne kroki stawiał nieco chwiejnie, fakt, że nie oberwał żadnym zaklęciem czy butem utwierdziły go w przekonaniu, że faktycznie go nie dostrzegła.
Gdy w końcu dotarł na górę, zaszył się w pokoju. Z cichym westchnieniem zdjął z siebie płaszcz, po czym po prostu padł na łóżko. Przymknął oczy, mając nadzieję, że zaśnie, ale coś nie dawało mu spać. W sumie to był to główny powód tego, jak bardzo źle czuł się ostatnimi czasy, ale starał się o tym nie myśleć.
Chodziło oczywiście o pierścionek, który zakupił na aukcji Longbottomów. Początkowo Brenna sugerowała, żeby zrobił to wtedy, ale ostatecznie nie starczyło mu odwagi. Od tego czasu leżał u niego w szafce, przeważnie. Wyjął go kilka razy, ale gdy tylko myślał o tym, żeby zagadać do ukochanej i przedstawić swoją... propozycję, gubił język w głowie. Puls momentalnie mu przyśpieszał, a oddech robił się nierównomierny. Ale czy słusznie? Czuł, że Dandelion jest tą jedyną. Dlaczego więc tak cholernie się bał zrobić kolejny krok?
Co, jeśli nie będzie dla niej dostatecznie dobry.
— Jestem beznadziejny — westchnął tylko, wpatrując się martwym spojrzeniem w mebel. Po krótkim zawahaniu się sięgnął do niego ręką, wyciągając pudełeczko.
Uchylił je, spoglądając znowu na misterny pierścionek.
— A może spróbuję... — wymruczał, po czym zacisnął palce na biżuterii. Cholera jasna. Dlaczego podejmowanie decyzji musiało być takie trudne.