Murtagh wyszedł tego dnia z biura wcześniej. Nie musiał tego zgłaszać, ani specjalnie się tłumaczyć - był przecież szefem biura. Poza tym sprawy skrzatów domowych nie były zwykle jakoś bardzo palące. Tymczasem było miejsce, w którym Macmillan musiał koniecznie się pojawić we wczesnych godzinach popołudniowych.
Galeria sztuki Loretty Lestrange nie była duża, ale urządzona szykownie, w stylu minimalistycznym. Znajdowała się na parterze w budynku przy Rockland Street, oznaczając się od pozostałych lokali mahoniowym frontonem okraszonym wiosennymi kwiatami.
Brodaty szatyn zatrzymał się przed wejściem, przez chwilę przyglądając się odbiciom mugoli w witrynach. Nerwowo podrapał się po ramieniu, po pierwsze dlatego, że znów nawróciła jego srebrzyca, okraszając bladą skórę jeszcze bledszymi, wręcz srebrnymi krostami; po drugie zaś dlatego, że palce świerzbiły go by sięgnąć po różdżkę i pokazać im jak bardzo nic nie znaczące jest ich życie. Po chwili uczucie minęło, a on pchnął drzwi, wchodząc do środka.
Pierwszą rzeczą, którą zauważało się, widząc Murtagha było to, że jest wysoki. Nie w nienaturalny, podobny olbrzymom, przerysowany sposób, ale jednak zwykle był subtelnie wyższy od pozostałych osób, znajdujących się w pomieszczeniu. Drugą rzeczą, którą można było zaobserwować to połączenie brodatej, nieokrzesane twarzy i lekko zapadniętych oczu kogoś, kto stale niedojda z idealnie skrojoną, czarną marynarką, golfem i spodniami. Szatę czarodzieja, którą zdjął po wyjściu z Ministerstwa, przewieszoną miał przez prawe przedramię.
Inteligentne oczy prześlizgnęły się po całej galerii, po czym mężczyzna skierował swoje kroki w stronę jednego z ruchomych obrazów.