Mężczyzna zniknął na zapleczu. Heather usłyszała jakiś trzask – być może na coś wpadł – a potem charakterystyczne pyknięcie, świadczące o aportacji. Dziewczyna stojąca za ladą spojrzała na Heather półprzytomnym wzrokiem, a potem z jej oczu znowu poleciały łzy. W pierwszej chwili posłuchała Wood i zrobiła parę kroków w stronę wyjścia, ale zaraz przystanęła.
- N…nie… sklep! Wszystko spłonie – jęknęła, odwracając się z powrotem w stronę ognia. Dłoń się jej trzęsła, dwukrotnie więc próbowała rzucić zaklęcie, zanim udało się jej wykonać prawidłowy gest. W końcu z różdżki wytrysnął jednak strumień ognia, który skierowała na płomienie. Te z sykiem zaczęły wygasać.
Sklep i tak był zrujnowany. Jej starania w celu jego otworzenia i poprowadzenia, zmarnowane. Straciła wiele wyposażenia oraz eliksirów. Gdyby jeszcze pozwoliła, aby spłonął budynek, który w tej chwili mogła odsprzedać, musiałaby ogłosić bankructwo. Życie było najważniejsze, ale teraz, kiedy sprawca uciekł i niebezpieczeństwo minęło, Guinevere Sprout zaczęła też myśleć o przyszłości. Przyszłości, która nie rysowała się dla niej w radosnych barwach.
Cofnęła się bliżej wejścia. Pomieszczenie wypełniały w końcu dym, pył, zapach eliksirów, który mógł jej zaszkodzić. Nie zamierzała jednak pozwolić, aby wybuchł tutaj wielki pożar, mogący strawić kamienicę albo i roznieść się na Pokątną… Gasiła więc ogień, przełykając przy tym łzy. Teraz już nie strachu, a rozpaczy nad tym, że właśnie zrujnowano jej świeżo otwarty biznes i wszystkie marzenia. Ale żyła, prawda? To liczyło się najbardziej. Dopiero kiedy skończyła, skierowała spojrzenie na Heather. Była od niej chyba niewiele starsza, raczej nie Gryfonka, bo raczej się nie kojarzyły. Twarz miała krągłą, piegowatą, włosy ciemne.
- Dziękuję – powiedziała i otarła rękawem policzek. Na skórze pozostał ciemny ślad: ubrudziła sobie wcześniej ubranie, kiedy pełzała pod ladą. – Nie wiem… nie wiem, co bym zrobiła, gdybyś się nie pojawiła.
Chociaż samo nasuwało się jej: umarłabym. Wątpiła, czy ten naśladowca zechciałby pozostawić ją przy życiu.
Spróbowała zmusić się do uśmiechu, chociaż od razu było widać, że jest to uśmiech z gatunku tych wymuszonych.
– Nawet nie jestem mugolaczką – szepnęła, spuszczając wzrok. Najwyraźniej nie potrafiła zrozumieć, dlaczego padła ofiarą ataku. – Moi rodzice, a nawet dziadkowie i pradziadkowie, są czarodziejami. Nigdy się nie mieszałam. Nie wypowiadałam… na temat czystej krwi. Ja tylko robię eliksiry. Ostatnio byłam na randce z chłopcem, którego rodzice są mugole. I tylko dlatego? Tylko dlatego… to wszystko? – zapytała. Chyba nawet nie Heather. Było to pytanie kierowane raczej w przestrzeń, do nikogo konkretnego. Jednocześnie machnęła ręką, wskazując na ten obraz zniszczenia, który pozostał po ataku zaledwie jednej osoby.