Tego poranka jakoś mu nie przeszkadzali. Nie aż tak, jak mogliby przeszkadzać każdego innego dnia, gdy swoimi krzykami i śmiechem, drażnili jego nazbyt czuły słuch. Tym razem było inaczej, ale i on był tego dnia trochę inny. Skupiony na tym, by zrobić dobre wrażenie, niemal odruchowo pojął, że go nie zrobi. Nazbyt się wyróżniał w ten lipcowy dzień. Stał w garniturze, jak prawnik, który zdążył już wziąć udział w jakimś bardzo poważnym spotkaniu, a teraz – może wiedziony chęcią odpoczynku poszedł do parku, tylko przed samą bramą, zabrakło mu nagle odwagi, by wejść do środka.
I tak stał, spoglądając na rozłożonych na kocach ludzi, na biegające dzieci, na wyprowadzających psy, na mijających go wchodzących i wychodzących. Zdawał sobie sprawę z ich istnienia, a jednak oni jakby go nie dostrzegali, choć pewnie wyróżniał się wyjątkowo mocno. Ale jemu to nie przeszkadzało. Myślami błądził wokół Danielle. Układał sobie w głowie spotkanie z nią i ciągle też zakładał, że może jednak go wystawi.
To znaczy, nie. Nie wystawi. Po prostu jest uzdrowicielką i może nagle wypadnie jej jakiś bardzo ważny dyżur w Mungo. Albo okaże się, że przyjechała jej dawno niewidziana krewna i głupio byłoby teraz wyjść z domu. Albo rozboli ją głowa. Przyjaciółka będzie miała nagły wypadek. Albo stanie się coś innego, ale na pewno istotnego. Dużo istotniejszego niż spotkanie w Hyde Parku.
Nastawiał się na odmowę przez ostatnie pięć dni. Każda sowa, która zostawiała mu liścik na biurku, sprawiała, że szykował się na krótkie: Wybacz, jednak nie mogę się z tobą spotkać. Odezwę się kiedyś. To kiedyś było nawet podkreślone. Ulysses uważał takie zdania za całkiem dobre, bo zakładały jakieś kiedyś i były jednocześnie na tyle sprytnie skonstruowane, że nie precyzowały, kiedy.
Zawiesił dłużej wzrok na mijającej go parze. Ona niosła kwiaty, które on jej podarował. Młody Rookwood też myślał o kwiatach, ale nie zdecydował się na ich kupno. Jakby to wyglądało, gdyby je wręczył Danielle? Przyszła na spotkanie ze znajomym by pooglądać biegające psy, a miała chodzić z kwiatami pod pachą? Głupio. Nie na to się pisała. Ulysses pojął już, że uwielbiała psy. Zresztą chciał jej kupić lody. Albo gofry. O ile będzie chciała. Nie dało się chodzić z kwiatami i lodami jednocześnie. To znaczy, dało się, ale było to strasznie niewygodnie.
Nerwica natręctw bywała naprawdę męcząca. A wszystkie jego myśli i plany na ten spacer i tak na końcu sprowadzały się do prostego: o ile Daniele będzie chciała.