• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 10 11 12 13 14 … 16 Dalej »
[25.07.1970] Hyde Park - "O ile będzie chciała" Danielle & Ulysses

[25.07.1970] Hyde Park - "O ile będzie chciała" Danielle & Ulysses
Cień Swojego Ojca
Prawdziwa nienawiść to dar, którego człowiek uczy się latami.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Patrząc na niego z daleka widzisz schludnego, nienagannie ubranego mężczyznę. Mierzy około 180 cm wzrostu. Jest szczupły. Nieszczególnie umięśniony. Ma ciemne włosy i jasne, niebieskie oczy. Z bliska okazuje się, że natura obdarzyła go wydatnym nosem i często zaciska usta w cienką linię. Rzadko się uśmiecha. Nie żartuje. Jest spięty. Ma pedantyczne ruchy. Aż do bólu opanowany i kontrolujący.

Ulysses Rookwood
#1
27.03.2023, 00:59  ✶  
Na miejscu pojawił się dobre piętnaście minut przed umówionym czasem. Pogoda była tego dnia wspaniała. Świeciło słońce a na niebie brakowało nawet pojedynczej chmurki. Ulysses przystanął obok wejścia głównego. Patrzył na mijających go mugoli pozbawionym głębszego wyrazu wzrokiem.
Tego poranka jakoś mu nie przeszkadzali. Nie aż tak, jak mogliby przeszkadzać każdego innego dnia, gdy swoimi krzykami i śmiechem, drażnili jego nazbyt czuły słuch. Tym razem było inaczej, ale i on był tego dnia trochę inny. Skupiony na tym, by zrobić dobre wrażenie, niemal odruchowo pojął, że go nie zrobi. Nazbyt się wyróżniał w ten lipcowy dzień. Stał w garniturze, jak prawnik, który zdążył już wziąć udział w jakimś bardzo poważnym spotkaniu, a teraz – może wiedziony chęcią odpoczynku poszedł do parku, tylko przed samą bramą, zabrakło mu nagle odwagi, by wejść do środka.
I tak stał, spoglądając na rozłożonych na kocach ludzi, na biegające dzieci, na wyprowadzających psy, na mijających go wchodzących i wychodzących. Zdawał sobie sprawę z ich istnienia, a jednak oni jakby go nie dostrzegali, choć pewnie wyróżniał się wyjątkowo mocno. Ale jemu to nie przeszkadzało. Myślami błądził wokół Danielle. Układał sobie w głowie spotkanie z nią i ciągle też zakładał, że może jednak go wystawi.
To znaczy, nie. Nie wystawi. Po prostu jest uzdrowicielką i może nagle wypadnie jej jakiś bardzo ważny dyżur w Mungo. Albo okaże się, że przyjechała jej dawno niewidziana krewna i głupio byłoby teraz wyjść z domu. Albo rozboli ją głowa. Przyjaciółka będzie miała nagły wypadek. Albo stanie się coś innego, ale na pewno istotnego. Dużo istotniejszego niż spotkanie w Hyde Parku.
Nastawiał się na odmowę przez ostatnie pięć dni. Każda sowa, która zostawiała mu liścik na biurku, sprawiała, że szykował się na krótkie: Wybacz, jednak nie mogę się z tobą spotkać. Odezwę się kiedyś. To kiedyś było nawet podkreślone. Ulysses uważał takie zdania za całkiem dobre, bo zakładały jakieś kiedyś i były jednocześnie na tyle sprytnie skonstruowane, że nie precyzowały, kiedy.
Zawiesił dłużej wzrok na mijającej go parze. Ona niosła kwiaty, które on jej podarował. Młody Rookwood też myślał o kwiatach, ale nie zdecydował się na ich kupno. Jakby to wyglądało, gdyby je wręczył Danielle? Przyszła na spotkanie ze znajomym by pooglądać biegające psy, a miała chodzić z kwiatami pod pachą? Głupio. Nie na to się pisała. Ulysses pojął już, że uwielbiała psy. Zresztą chciał jej kupić lody. Albo gofry. O ile będzie chciała. Nie dało się chodzić z kwiatami i lodami jednocześnie. To znaczy, dało się, ale było to strasznie niewygodnie.
Nerwica natręctw bywała naprawdę męcząca. A wszystkie jego myśli i plany na ten spacer i tak na końcu sprowadzały się do prostego: o ile Daniele będzie chciała.
the kind one
don't confuse my kindness for weakness
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Mierząca trochę poniżej 160 cm, o okrągłej buzi i dużych, ciemnoniebieskich oczach. Jej włosy sięgają za ramiona, są lekko kręcone o ładnym, ciemnobrązowym odcieniu - najczęściej spina je w taki sposób, by nie przeszkadzały jej w pracy, choć zdarza się i to nie rzadko), by były starannie ułożone; niezależnie od fryzury, we włosy ma wpiętą charakterystyczną, żółtą spinkę w kształcie motyla. Dani ubiera się raczej schudnie, w stonowane barwy, nie wyróżniając się w tej kwestii od reszty społeczeństwa czarodziejów. Mówi z silnym, brytyjskim akcentem. Jej uśmiech, wcześniej szeroki i beztroski, stał się delikatny oraz sporadyczny, a śmiech, głośny i zaraźliwy słychać znacznie rzadziej (najczęściej zarezerwowany jest dla bliskich jej sercu). Pachnie malinami i piwoniami, jednak jest to bardzo subtelny i delikatny zapach.

Danielle Longbottom
#2
27.03.2023, 20:52  ✶  

To, że Danielle i Ulysses różnili się na każdej płaszczyźnie, nie podlegało żadnym wątpliwościom. Coś jednak sprawiło, że pomimo znaczących różnic, które najpewniej rozbiłyby niejedną parę znajomych i spowodowałyby ogrom konfliktów, im udawało się utrzymywać w miarę regularny kontakt. Co więcej, nie był to kontakt wymuszony, chociażby wspólnym miejscem pracy czy zamieszkiwaną okolicą, wszak zajmowali się zupełnie innymi rzeczami w życiu, mieszkali w całkowicie różnych częściach miejscach - na dobrą sprawę mogli kompletnie zapomnieć o swoim istnieniu (to znaczy ona, w końcu Rookwood o niczym nie zapominał). A jednak, nie miała większych oporów by regularnie wysyłać mu sowę - czy to z poważnym, długim listem opisującym jak spędziła ostatnie dni i zapytaniem czy jemu czas mija choć odrobinę lepiej, jak i durnym żarcikiem, zasłyszanym od jakiegoś znajomego w nadziei, że być może Ulli tego akurat nie zna i uda jej się go rozbawić. Niestety, nie miała bladego pojęcia, czy ostatnie wiadomości były w stanie wywołać uśmiech na jego wiecznie poważnej twarzy. Dowiedziała się jednak czegoś innego - tego, że Rookwood ma ochotę spędzić z nią wolny dzień, na co zresztą bez zastanowienia, ochoczo przystała.

W przeciwieństwie do Ulyssesa, nie roztrząsała tego zbytnio. Gdyby to ona otrzymała wiadomość od Rookwooda, że jednak nie mogą się spotkać i na pewno zgadają się w inny dzień, nie doszukiwałaby się w niej żadnego podstępu. Nie miała powodów, żeby nie wierzyć w szczerość Ulyssesa - jeżeli tak napisał, tak najpewniej było. A gdyby to jej faktycznie wypadło coś niecierpiącego zwłoki (byli dorośli, takie sytuacje niestety również się zdarzały)? Cóż... faktycznie, wysłałaby wiadomość z przeprosinami. I propozycją innego terminu, żeby nie stracić możliwości spędzenia czasu razem. Póki co, ani ona ani on nie zrezygnowali z umówionego spotkania, przez co pomimo wyjątkowo ciężkiego tygodnia, nie traciła pogody ducha i tak zwyczajnie cieszyła się na myśl, że się zobaczą.

Dzień zapowiadał się słonecznie. Mając świadomość, że wybierają się w miejsce, które aż roiło się od mugoli, założyła jasną, schludną sukienkę, która raczej nie wyróżniałaby jej z tłumu. Na umówione miejsce dotarła chwilę przez uzgodnioną godziną, co w jej wypadku było niezwykłym, godnym pochwały wyczynem - przeważnie spóźniała się kilka minut, niezależnie od tego, jak wcześnie wyszła z domu. Nietrudno było dostrzec Ulyssesa, który w idealnie skrojonym garniturze i lśniących, wypastowanych butach, wyróżniał się na tle mugoli, ubranych adekwatnie do panującej pogody. Ani przez moment nie uznała tego za dziwne - Rookwood był dokładnie taki, jak zawsze. Dużo bardziej abstrakcyjnym widokiem byłby Ulek w wydaniu wakacyjnym, ze słomkowym kapeluszem na głowie, we wzorzystej koszuli z krótkim rękawem - wtedy naprawdę zaczęłaby martwić i podejrzewać wystąpienie udaru słonecznego.

Na jej twarzy niemal od razu pojawił się uśmiech. Nadchodziła ze strony przeciwnej od tej, w którą wzrok miał skierowany, a w jej głowie pojawiła się szalona myśl, że aż szkoda byłoby zmarnować taką okazję - z jakiegoś powodu uznała, że przywitanie go poprzez zasłonięcie oczu to genialny pomysł, na który nie wpadł jeszcze nikt.

I już prawie to zrobiła, już miała stanąć na palcach, gdy w głowie pojawiła się druga, sprzeczna z poprzednią myśl. Chwila, stop. To jest Ulysses. Przecież on nie znosił wymuszonego dotyku. A zasłonięcie oczu było wymuszonym dotykiem, wszak nie można było ich odsłonić, dopóki druga osoba nie zgadnie, kto za nią stoi. Ograniczyła zatem się do delikatnego, dwukrotnego pacnięcia w ramię. Ot tak, żeby wrócił do rzeczywistości. Zdarzało mu się czasem odpłynąć myślami, co podobnie do eleganckiego stroju w wolne dni, nie wydawało jej się niczym dziwnym. Taki już był, co tu roztrząsać.

- Cześć Ulli.- odezwała się, posyłając mu dosyć typowy dla siebie uśmiech. - Przepraszam, że musiałeś czekać. Mam nadzieję, że nie stoisz tu bardzo długo? - dodała. Bo to, że był tu długo przed czasem, również było dla niej dosyć oczywiste. Pomimo, że nie posiadała tak imponującej pamięci jak Rookwood, przywiązywała szczególną uwagę do przyzwyczajeń ludzi, z którymi miała do czynienia. Wychodziła z założenia, że gdyby każdy nawet w niewielkim stopniu myślał o innych, świat mógłby być po stokroć lepszym miejscem. - To co, kawa? Nie chcę zabrzmieć jak uzależniona, ale kofeiny nigdy dosyć.

Cień Swojego Ojca
Prawdziwa nienawiść to dar, którego człowiek uczy się latami.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Patrząc na niego z daleka widzisz schludnego, nienagannie ubranego mężczyznę. Mierzy około 180 cm wzrostu. Jest szczupły. Nieszczególnie umięśniony. Ma ciemne włosy i jasne, niebieskie oczy. Z bliska okazuje się, że natura obdarzyła go wydatnym nosem i często zaciska usta w cienką linię. Rzadko się uśmiecha. Nie żartuje. Jest spięty. Ma pedantyczne ruchy. Aż do bólu opanowany i kontrolujący.

Ulysses Rookwood
#3
31.03.2023, 15:55  ✶  
Ulysses nigdy nie miał się przekonać, jak zareagowałby tamtego dnia na dotyk dłoni Danielle na swojej twarzy i zasłonięcie mu oczu. I to nie tak, że absolutnie nie znosił cudzego dotyku. Nie znosił dotyku obcych, tych przypadkowych otarć, uścisków dłoni, objęć – które jego umysł później kolekcjonował i zestawiał z innymi, z tymi ważnymi, z tymi jedynymi, które warto było zapamiętać. Bo jego umysł, chociaż posiadał zdumiewający talent do zapamiętywania, nie potrafił oddzielić rzeczy nieważnych od ważnych, wszystkie traktując z jednakową uwagą.
Drgnął, czując dotknięcie. Powoli odwrócił głowę, chyba w sposobie jaki go dotknęła, rozpoznając, że zrobiła to akurat Danielle. Młody Rookwood posłał uzdrowicielce długie, poważne spojrzenie. Coś błysnęło w jego oczach, sprawiło, że przez ułamek sekundy wyglądał prawie na zachwyconego jej widokiem i co zgasło przy mrugnięciu.
Wiedział, że to był ten moment, w którym powinien powiedzieć żart o psie. Koniecznie o psie. I żart powinien być śmieszny. Ale jedyny żart o psie, który w tym momencie przychodził mu do głowy brzmiał: ‘Jak nazywa się pies bez łap?’ ‘Nieważne i tak nie przyjdzie’. A ten nie wydawał mu się szczególnie odpowiedni do opowiadania takiej fanatyczce czworonogów jak Danielle.
I to by było na tyle w kwestii robienia dobrego wrażenia.
- Witaj Danielle – odpowiedział, a potem pokręcił głową. Nie, nie czekał długo. To znaczy pewnie nawet jakby czekał długo, to dalej kręciłby głową. Czemu? Bo to już nie miało znaczenia. Przyszła. Omiótł spojrzeniem jej wygląd, szukając w umyśle właściwych słów, które mógłby powiedzieć. Coś uprzejmego, ale niezbyt nachalnego, co mogłaby potraktować jako komplement, ale jednocześnie nie zabrzmiałoby tak, jakby się narzucał. Dobrze wyglądasz? Nie. Brzmiało tak, jakby uważał, że zazwyczaj źle wyglądała. Ładnie wyglądasz? Tak samo, albo jeszcze gorzej. – Cieszę się, że już przyszłaś.
Ulysses odwrócił wzrok od Danielle. Zainteresował się parkiem. Biegającym wokół pary mugoli szczeniakiem. No i tu znowu przypasowałby dowcip o psie. Tylko tym razem może taki, w którym pies jednak miał łapy.
- A może lody? Lody z kawą? – zaproponował. – Tu niedaleko jest niewielka restauracja. Dalej, jeśli wejdziemy do środka i skręcimy w trzecią alejkę po lewej stronie, trafimy na mugola z mobilną kawiarnią. A jeśli jednak to nadal nie pasowałoby twoim kubkom smakowym, to całkiem blisko jest naleśnikarnia na świeżym powietrzu. Tylko trzeba pójść w prawo. Kawę też można tam kupić.
A wiedział to wszystko, bo dość starannie przygotował się do spotkania z Danielle. Na tyle starannie, że w ciągu ostatniego tygodnia był w Hyde Parku aż dwa razy.
the kind one
don't confuse my kindness for weakness
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Mierząca trochę poniżej 160 cm, o okrągłej buzi i dużych, ciemnoniebieskich oczach. Jej włosy sięgają za ramiona, są lekko kręcone o ładnym, ciemnobrązowym odcieniu - najczęściej spina je w taki sposób, by nie przeszkadzały jej w pracy, choć zdarza się i to nie rzadko), by były starannie ułożone; niezależnie od fryzury, we włosy ma wpiętą charakterystyczną, żółtą spinkę w kształcie motyla. Dani ubiera się raczej schudnie, w stonowane barwy, nie wyróżniając się w tej kwestii od reszty społeczeństwa czarodziejów. Mówi z silnym, brytyjskim akcentem. Jej uśmiech, wcześniej szeroki i beztroski, stał się delikatny oraz sporadyczny, a śmiech, głośny i zaraźliwy słychać znacznie rzadziej (najczęściej zarezerwowany jest dla bliskich jej sercu). Pachnie malinami i piwoniami, jednak jest to bardzo subtelny i delikatny zapach.

Danielle Longbottom
#4
31.03.2023, 18:02  ✶  

W spojrzeniu Rookwooda było coś wyjątkowego. Kiedy zawieszał wzrok na dłużej, można było odnieść wrażenie, że jest w stanie przejrzeć swojego rozmówcę na wylot, że nic się przed nim nie ukryje. To uczucie przez jakiś czas towarzyszyło również Longbottom, choć na dobrą sprawę, nieszczególnie jej to przeszkadzało - była szczera w swych intencjach i słowach, nie potrzebowała ich skrywać. Przestała zwracać na nie uwagę już dawno temu -Ulysses tak już miał, co tu roztrząsać. Nawet, jeżeli czytał z niej jak z otwartej księgi (co w przypadku Dani nie było trudne), wciąż utrzymywali regularny kontakt, chciał się widywać i rozmawiać. To chyba świadczyło, że nie jest aż tak złą koleżanką... prawda?

Kiedy odwrócił się i przywitał ją, posłała mu najbardziej typowy dla siebie uśmiech. Niewiele osób mówiło do niej pełnym imieniem i raczej nie zdarzało się to często. Pełnej formy używała chociażby jej siostra, gdy Dani zirytowała ją jakąś nieistotną pierdołą. Albo pacjenci w Mungo. Albo jej ojciec, gdy znów przepracowywała się, biorąc dodatkowe dyżury, mimo że wcale nie musiała. I, rzecz jasna Ulysses. Ale on akurat zawsze tak ją nazywał, przestała zwracać na to uwagę.

- Dobrze Cię widzieć.- odpowiedziała gładko. Lekkim ruchem podbródka wskazała na idealnie zawiązany, przygładzony krawat, jaki miał na sobie Rookwood. - Nie widziałam go chyba wcześniej, nowy? Pasuje Ci do koloru oczu.- dodała. Zdawała się kompletnie nie przejmować tym, że jej słowa na dobrą sprawę mogą brzmieć jak wymyślony na poczekaniu banał. A nie była świadoma jak banalnie zabrzmiał jej komplement, bo po prostu powiedziała to, co w tym momencie przyszło jej na myśl.

Jej wzrok podążył na spojrzeniem Ulyssesa - kiedy dostrzegła małego szczeniaka, który cieszył się ze spaceru z rodziną i zachowywał się, jakby był to najlepszy dzień w jego życiu, nie potrafiła powstrzymać uśmiechu. Na taki widok nie sposób było się nie rozczulić, co zresztą wymalowane było na jej twarzy. Jej myśli szybko wróciły do tematu kofeiny.

- Nie spodziewałam się, że znasz Hyde Park tak dobrze. Byłam pewna, że wolisz spokojniejsze i cichsze miejsca. - wypaliła w pierwszej chwili. Tak jej się wydawało. Rozmyślała nawet, gdzie mogłaby go zaprosić następnym razem i już nawet wpadła na fajny pomysł - jeżeli tylko Ulli nie będzie miał jej dosyć po dzisiejszym dniu.

O tym, że wiedza Rookwooda na różne tematy jest ponadprzeciętna, dowiedziała się przy jednym z pierwszych spotkań. Dziś, jako dorosła, wciąż nie mogła wyjść z podziwu, że można wiedzieć tak wiele, na tak różnorodne rzeczy. Lubiła go pytać o ciekawostki z jakiejś konkretnej dziedziny, lubiła słuchać jego obszernych, szczegółowych odpowiedzi. To, że doskonale znał rozmieszczenie punktów gastronomicznych w mugolskiej okolicy, mimo wszystko było zaskakujące.

Zastanowiła się chwilę nad odpowiedzią. Jej błysk w oku oraz lekkie uniesienie brwi mogły zasugerować, że właśnie wpadła na jakiś genialny pomysł. W końcu... ona miała same genialne pomysły.
- A co Ty na to, żeby... - urwała. Napięcie trzeba było stopniować. -... powolnym spacerkiem udać się po kawę z lodami, a potem ruszyć w stronę naleśników? Istnieje szansa, że wypijemy ją po drodze, więc w naleśnikarni będzie można kupić drugą. Albo dopić pierwszą, jeżeli nie wyrobimy się po drodze. - posłała mu pełen zadowolenia (z samej siebie oczywiście) uśmiech. - Po co mamy się ograniczać? Poza tym, jesteśmy dorośli, mamy pełne prawo zjeść dwie słodkie rzeczy. I nie musimy wybierać. - oznajmiła. To był wspaniały przywilej dorosłości. Nietrudno było zauważyć, że pomysły Rookwooda w pełni ją satysfakcjonują i co więcej, szczerze cieszyła się na myśl o lodach. I kawie. I naleśnikach. Do tego spacer i rozmowa z Ulysseem, nic więcej do udanej soboty jej nie było trzeba. - Oby tylko mieli dostępną malinę... zresztą, nieistotne, wszystko poza orzechami jest super. - ożywiła się i tak sobie nawijając, ruszyła w stronę, którą wskazał wcześniej Rookwood.



let everything happen to you
beauty and terror
just keep going
no feeling is final
Cień Swojego Ojca
Prawdziwa nienawiść to dar, którego człowiek uczy się latami.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Patrząc na niego z daleka widzisz schludnego, nienagannie ubranego mężczyznę. Mierzy około 180 cm wzrostu. Jest szczupły. Nieszczególnie umięśniony. Ma ciemne włosy i jasne, niebieskie oczy. Z bliska okazuje się, że natura obdarzyła go wydatnym nosem i często zaciska usta w cienką linię. Rzadko się uśmiecha. Nie żartuje. Jest spięty. Ma pedantyczne ruchy. Aż do bólu opanowany i kontrolujący.

Ulysses Rookwood
#5
01.04.2023, 02:13  ✶  
Nie, to nie Rookwood miał wyjątkowe spojrzenie. To Danielle, przynajmniej według jego osobistych obserwacji, nosiła w sobie coś niezwykłego. Gdyby było inaczej, nie czułby się przy niej tak dobrze i niewłaściwie jednocześnie. I chociaż zazwyczaj nie wiedział co powiedzieć, przy niej trochę bardziej niż przy całej reszcie, chciał dobrze wypaść.
Nawet jeśli robił to częściowo nieświadomie. Jak z tym krawatem.
Krawat był rzeczywiście nowy, choć wyglądał bardzo podobnie do wszystkich innych krawatów, które miał. Ulysses nie zdawał sobie nawet sprawy z tego, że wstrzymał oddech. I nie wiedział czemu to zrobił. Uwaga była miła. Naprawdę miła. Nawet jeśli nigdy nie przyszło mu do głowy by dobierać ubrania do koloru swoich oczu. W ogóle nie myślał o swoich oczach.
- Tak. Jest nowy – przyznał się.
A potem przyszło mu się cieszyć, że obydwoje patrzyli na szczęśliwego szczeniaka. Zachowanie cudzego zwierzęcia przyjemnie przywracało do rzeczywistości. W dodatku Danielle sprawiała wrażenie zadowolonej, a on zaprosił ją do Hyde Parku tylko dlatego, że było tu dużo psów a ona lubiła psy. Oto cała tajemnica.
Choć gdyby miał powiedzieć prawdę, w środku naprawdę było miło. I obecność innych ludzi nie przytłacza tu aż tak bardzo, jak mogłaby.
- Hyde Park liczy około stu pięćdziesięciu dziewięciu hektarów co daje milion pięćset dziewięćdziesiąt tysięcy metrów kwadratowych a to z kolei wydaje się wystarczająco dużą powierzchnią by można było zaznać tu odrobiny ciszy i spokoju – rzucił pierwsze, co mu przyszło do głowy. Choć zaraz pojął, że gdyby miał być precyzyjny, ostateczna powierzchnia parku była mniejsza od podanej przez niego liczby o mniej więcej jedenaście tysięcy sześćset siedemdziesiąt metrów kwadratowych. A i to w przybliżeniu.
Ale może takie szczegóły nie niepokoiły umysłu Danielle. Może szczęśliwie nie zastanawiała się nad takimi rzeczami. A i on nie myślał o Hyde Parku wcale, póki nie zaczęła go zasypywać listami z żartami o psach, a skoro nie mógł jej podarować psa, to mógł przynajmniej zabrać ją do miejsca, gdzie było dużo psów.
Korciło go, żeby podać jej ramię, ale nie wiedział czy w ogóle zgodziłaby iść obok niego, trzymając się jego ręki. I jak wyglądałoby to z boku. A nawet nie z boku, ale w Danielle oczach. Stał, rozważając za i przeciw, a wtedy ona, kompletnie nieświadoma jego myśli, ruszyła przodem.
- Właściwie możemy tak zrobić – zgodził się z nią, jak na siebie wyjątkowo szybko. Rzeczywiście nie byli już dziećmi i mogli jeść to, na co mieli ochotę (nawet jeśli jako rodzice nie pozwoliliby własnym dzieciom na porcję lodów, słodkiego napoju i naleśników podczas jednego spaceru). – Więc… nie lubisz orzechów, ale lubisz kawę. Dużo kawy – powiedział, kierując się za nią w stronę ich pierwszego przystanku. – I sorbety owocowe. Malinowe najbardziej?
the kind one
don't confuse my kindness for weakness
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Mierząca trochę poniżej 160 cm, o okrągłej buzi i dużych, ciemnoniebieskich oczach. Jej włosy sięgają za ramiona, są lekko kręcone o ładnym, ciemnobrązowym odcieniu - najczęściej spina je w taki sposób, by nie przeszkadzały jej w pracy, choć zdarza się i to nie rzadko), by były starannie ułożone; niezależnie od fryzury, we włosy ma wpiętą charakterystyczną, żółtą spinkę w kształcie motyla. Dani ubiera się raczej schudnie, w stonowane barwy, nie wyróżniając się w tej kwestii od reszty społeczeństwa czarodziejów. Mówi z silnym, brytyjskim akcentem. Jej uśmiech, wcześniej szeroki i beztroski, stał się delikatny oraz sporadyczny, a śmiech, głośny i zaraźliwy słychać znacznie rzadziej (najczęściej zarezerwowany jest dla bliskich jej sercu). Pachnie malinami i piwoniami, jednak jest to bardzo subtelny i delikatny zapach.

Danielle Longbottom
#6
01.04.2023, 19:02  ✶  

Gdyby tylko wiedziała, że ktokolwiek w taki sposób o niej myśli. Zdecydowanie nie uważała, żeby miała posiadać choć najmniejszą cząstkę niesamowitości w sobie. A kto według niej był niesamowity? Jej siostra i kuzyni. O, oni to dopiero byli niesamowici. Wszyscy godnie reprezentowali swoje nazwisko, spełniali się w roli aurorów i narażając swoje życie i zdrowie, robili wszystko by inni czarodzieje mogli czuć się bezpiecznie. Obserwowała ich z boku, z nieukrywanym podziwem. Trzymając kciuki i wspierając, gdy tylko tego potrzebowali - dobrze odnajdywała się w roli bohatera pobocznego. Poza tym, ona nie była nawet w Gryffindorze. Oczywiście, Tiara zasugerowała, że jeżeli tylko ma taką ochotę, może ją tam umieścić, jednak jedenastoletnia Dani powiedziała jej wtedy, by robiła to, co uważa za słuszne - i takim oto sposobem skończyła jako Longbottom w żółtych barwach. Jej rodzina nie miała wybujałego ego i nie uznała tego za hańbę, na szczęście.

Jeżeli park faktycznie był tak duży jak wspominał Ulysses - a ani przez moment nie wątpiła w wiarygodność jego wiedzy, faktycznie nie powinno być problemu ze znalezieniem spokojniejszego miejsca. Nawet przy takim natężeniu ruchu, który był raczej typowy dla sobotniego, słonecznego przedpołudnia. Oczywiście, wiedziała że Hyde Park jest dużym miejscem. Każdy to wiedział, nawet ludzie spoza Londynu jak i zza granicy. Oczywiście, nie miała pojęcia jak dużym i nigdy nie przyszło jej na myśl, by zaprzątać sobie tym głowę.
- W takim razie musimy znaleźć miejsce, w którym będzie cicho, a jednocześnie będziemy mieć widok na wszystko.- oznajmiła, jakby była to najważniejsza misja tego dnia. W ułamek sekundy uświadomiła coś sobie - posłała mu wtedy krótkie spojrzenie. I nawet brwi zmarszczyła. - Niech zgadnę. Wiesz dokładnie, gdzie takie miejsce się znajduje.- oświadczyła. Nie brzmiała jakby była tym rozczarowana, bardziej stwierdziła fakt, który w tamtym momencie wydał jej się oczywisty. - Prawda?

Poza tym, że Ulysses miał nie dowiedzieć się w jaki sposób zareagowałby na dotyk jej dłoni na swojej twarzy, miał również nie dowiedzieć się, jaka byłaby jej reakcja na podanie ramienia. Tak jak ona nie miała dowiedzieć się, że w ogóle przyszło mu do głowy, żeby to zrobić. Ogrom niedopowiedzeń, a to dopiero pierwsze kilka minut spotkania.

Nie szła zbyt szybko - choć wystartowała jako pierwsza, zwolniła swój krok w taki sposób, by szli obok siebie. Ulysses chyba nie był świadomy tego, że niewiele było jej potrzeba, żeby się rozgadała. A może doskonale o tym wiedział, a słowa jakie do niej skierował były dobrze przemyślane? W każdym razie swoim pytaniem sprawił, że komora maszyny losującej jest pusta, następuje zwolnienie blokady i rozpoczynamy losowanie opowieści z życia Longbottom.
- To nie jest tak, że ich nie lubię. - zaczęła. Biedny Rookwood. - Jeżeli dobrze kojarzę, mają interesujący smak i wiem, że do wielu rzeczy pasują. Problem jest taki, że za każdym razem gdy je spróbuję, one próbują mnie zabić. Dosłownie, w ogóle nie przebierają w środkach. Do dziś pamiętam, gdy tata zrobił dla nas śniadanie, a do picia przygotował kakao. Chciał dobrze, więc dodał orzechy. Niestety, skończyło się tak, że zamiast rodzinnej niedzieli, cały dzień spędziliśmy w Mungo, gdzie uzdrowiciele próbowali sprawić, żebym się nie udusiła. Wyobrażasz to sobie? Orzechy! Mam wrażenie, że tojad zrobiłby mi mniejszą krzywdę. - urwała. Mimo, że historia nie była z tych wesołych, nie opuszczał jej uśmiech i rozbawienie. Ożywiła się, biorąc głębszy wdech, a to mogło sugerować tylko jedno - kolejną ciekawostkę. - Oh, albo w szkole, kiedy odkryliśmy, że kuchnia jest blisko Pokoju Wspólnego, regularnie ją odwiedzaliśmy. Efektem jednego z tych napadów było obudzenie się w Skrzydle Szpitalnym. Gdyby nie Patrick, nie byłoby mnie tu dziś. A to tylko dlatego, że czekolada którą dały nam skrzaty posiadała śladowe ilości orzechów. Oczywiście, nie byłam na nie zła, nie mogły tego wiedzieć. Ale później bardzo pilnowały, żeby to co od nich dostaję nie miało styczności z tą trucizną. Od tamtego czasu bardzo się pilnuję, bo zdecydowanie lepiej odnajduję się po drugiej stronie łóżka, gdy jako uzdrowicielka stoję obok, a nie na nim leżę i walczę o życie. - posłała Rookwoodowi wesołe spojrzenie. Oczywiście, zdawała sobie sprawę z tego, że dużo mówi. Ale jak tu nie mówić, gdy miała mu tyle rzeczy do opowiedzenia?
Energicznie pokiwała głową.
- Nie wiem, jak ludzie mogą funkcjonować bez kofeiny. Choć zaczęłam ją pić bardziej z przymusu, gdy na stażu próbowałam zapamiętać wszystko, a żeby to zrobić, musiałam spędzać dnie i noce nad książkami. I tak już zostało. Ale dyżuru bez kawy nie jestem sobie w stanie wyobrazić, chyba usnęłabym na stojąco. Ile średnio wypijasz kubków kiedy jesteś w Ministerstwie? Ciekawa jestem, czy pobijesz mój wynik. - zerknęła na niego. Jej uśmiech był szeroki, a w oczach pobłyskiwały wesołe iskierki. Ponownie pokiwała głową. - Dokładnie tak. A co do malin...- zaczęła i urwała. Chyba uświadomiła sobie, że jej gadatliwość może być przytłaczająca. - Nieistotne, za dużo gadam. Teraz twoja kolej. Dwa losowe fakty z twojego życia, które pierwsze przyjdą Ci do głowy. Może być na temat jedzenia. - oznajmiła, przyglądając mu się bez większego skrępowania.

Mimo, że ich krok był raczej niespieszny, rozmowa przebiegała w taki sposób (przynajmniej uzdrowicielce), że ani się zorientowali, a w zasięgu wzroku pojawiło się miejsce, o którym wcześniej wspominał Ulysses.



let everything happen to you
beauty and terror
just keep going
no feeling is final
Cień Swojego Ojca
Prawdziwa nienawiść to dar, którego człowiek uczy się latami.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Patrząc na niego z daleka widzisz schludnego, nienagannie ubranego mężczyznę. Mierzy około 180 cm wzrostu. Jest szczupły. Nieszczególnie umięśniony. Ma ciemne włosy i jasne, niebieskie oczy. Z bliska okazuje się, że natura obdarzyła go wydatnym nosem i często zaciska usta w cienką linię. Rzadko się uśmiecha. Nie żartuje. Jest spięty. Ma pedantyczne ruchy. Aż do bólu opanowany i kontrolujący.

Ulysses Rookwood
#7
08.04.2023, 00:15  ✶  
Ulysses wsłuchiwał się w słowotok Danielle, gdy szli jedną z alejek. Szczęśliwie dla niego samego, uzdrowicielka nie wymagała by był szczególnie aktywnym rozmówcą. A on zyskiwał przez to chwilę czasu na ułożenie sobie jej słów w głowie i wyciągnięcie z nich tego, co jak mu się wydawało było tam najistotniejsze.
Ale też, jeśli miał być zupełnie szczery, kiedy kogoś lubił to lubił słuchać. Lubił zatapiać się w cudzych słowach, mimowolnie przyswajać je i zapamiętywać na zawsze. Aż wreszcie w jego umyśle budował się obraz tej osoby, ułożony ze wszystkiego co sama powiedziała, jak wyglądała, jak się zachowała i w jakich okolicznościach stanęli oko w oko.
Tu okoliczności były piękne, pogoda sprzyjająca a on naprawdę lubił Danielle. I Rookwood sam nie wiedział kiedy, ale nagle stał się trochę mniej spięty niż normalnie. Tak, jakby oddalenie od magicznej części Londynu oczyściło jego własną aurę.
Pokręcił głową, choć tym razem w równym stopniu do własnych myśli, co do zadanego przez nią pytania. Więc to było takie proste. Jego lęki, że rozmowa nie będzie się kleiła okazały się bezpodstawne. Szli obok siebie i mieli o czym rozmawiać.
- Obawiam się, że dzisiejszego dnia będzie tam bardzo gorąco, ale zauważyłem całkiem przyjemną ławkę, siedząc na której ma się bardzo dobry punkt widokowy na trawę, gdzie biega wyjątkowo dużo psów – opisał. – Naprawdę aż tak je lubisz? Psy?
To było jedno z tych zapasowych pytań, które wcześniej sobie ułożył w głowie tak na wszelki wypadek. Ale teraz, gdy miał u swojego boku Danielle, zrozumiał, że naprawdę go to zaciekawiło. Czy rzeczywiście lubiła psy? Czy tylko żarty o psach? Czy miał jej kupić psa? Czy to nie byłby zbyt osobisty prezent?
Idąc, uderzał rytmicznie palcami ręki o biodro. Wystukiwał rytm. Liczył własne uderzenia, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Słowa uzdrowicielki sprawiły, że mimowolnie cofnął się myślami do Hogwartu, do miejsca, którego szczerze nie znosił i cieszył się, że już dawno ukończył.
- Też mam uczulenie na orzechy – wtrącił. – Na orzeszki ziemne – doprecyzował po chwili. Przez chwilę zastanawiał się nawet, czy powinien powiedzieć, jak alergia pokarmowa objawiała się w jego przypadku, ale czy to w ogóle było interesujące? Nie potrafił opowiadać tak barwnie, jak to robiła Danielle. – Dobrze, że wyszłaś z tego cało.
Dla pacjentów dobrze. Dla niej samej dobrze. I dobrze dla niego, choć do tego ostatniego raczej by się nie przyznał. Zabrzmiałoby to co najmniej dziwnie.
- Obawiam się, że nawet nie stanę z tobą do zawodów w piciu kawy. Wypijam najwyżej jeden, dwa kubki – sprostował, posyłając jej dużo łagodniejsze spojrzenie niż wszystkie, którymi obdarzał ją tego dnia.
Drgnął, szukając w głowie jakiegokolwiek faktu o sobie, który mógłby się wydać ciekawy Danielle. I nie potrafił go odnaleźć. Nie tak od razu. Nawet sugestia, by wybrał je losowo go zaskoczyła.
- Uwielbiam astronomię. Potrafię spędzić większą część nocy obserwując niebo i oznaczając układ gwiazd na mapie. A biorąc pod uwagę, że od dziecka cierpię na bezsenność to często mam ku temu czas. – Zawiesił się, zastanawiając czy to już były dwa, czy jeszcze nie. Kochał astronomię. Wieczorami tworzył skomplikowane wykresy astronomiczne. Cierpiał na bezsenność. Trzy.
- Pozwolisz, że za ciebie zapłacę? – zapytał po chwili, gdy zbliżyli się do niewielkiej na wpół otwartej restauracji.
Podszedł do lady by złożyć zamówienie.
the kind one
don't confuse my kindness for weakness
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Mierząca trochę poniżej 160 cm, o okrągłej buzi i dużych, ciemnoniebieskich oczach. Jej włosy sięgają za ramiona, są lekko kręcone o ładnym, ciemnobrązowym odcieniu - najczęściej spina je w taki sposób, by nie przeszkadzały jej w pracy, choć zdarza się i to nie rzadko), by były starannie ułożone; niezależnie od fryzury, we włosy ma wpiętą charakterystyczną, żółtą spinkę w kształcie motyla. Dani ubiera się raczej schudnie, w stonowane barwy, nie wyróżniając się w tej kwestii od reszty społeczeństwa czarodziejów. Mówi z silnym, brytyjskim akcentem. Jej uśmiech, wcześniej szeroki i beztroski, stał się delikatny oraz sporadyczny, a śmiech, głośny i zaraźliwy słychać znacznie rzadziej (najczęściej zarezerwowany jest dla bliskich jej sercu). Pachnie malinami i piwoniami, jednak jest to bardzo subtelny i delikatny zapach.

Danielle Longbottom
#8
11.04.2023, 01:41  ✶  

Większość osób, które znało najmłodszą Longbottom, zgodnie uznawało, że ta jest całkiem dobrym rozmówcą. Dani z łatwością dopasowywała się do drugiej osoby. Była gotowa, zarówno prowadzić dialog, jak i milczeć oraz słuchać, gdyby tylko rozmówca wykazywał potrzebę wygadania się, bez udzielania rad czy oceny. Z kolei, jeżeli ktoś był gotów jej słuchać, ona chętnie rozgadywała się, zarówno na poważne jak i te mniej istotne tematy i nie robiła tego tylko dlatego, żeby zagłuszyć nieprzyjemną, głuchą ciszę - prowadzenie monologu, gdy ktoś wykazywał zainteresowanie jej słowami, było dla niej ogromną przyjemnością. A Ulysses bardzo uważnie jej słuchał, o czym przekonała się już niejednokrotnie, gdy w trakcie rozmowy nagle przytoczył coś, o czym wspomniała dawno temu. Rejestrował w swojej głowie każde jej słowo, zapamiętując je już na zawsze, ani na moment nie odcinając się od rzeczywistości, co byłoby idealnym sposobem na ochronienie własnej głowy przed potokiem bzdurnych informacji, jakimi go częstowała. Ani na moment nie zamartwiała się, czy ich rozmowa będzie się kleiła, bo na dobrą sprawę mogli milczeć całe spotkanie, obserwując wspólnie biegające po parku czteronogi, albo w innych okolicznościach, nocne rozgwieżdżone niebo, a ona i tak nie czułaby się niezręcznie w jego towarzystwie. Na pewno o tym wiedział. Musiał o tym wiedzieć, prawda?

- A Ty nie? Tylko spójrz na nie! Cieszą się nawet z najmniejszych przyjemności, są wolne od bezpodstawnych uprzedzeń, nie chowają urazy - odpowiedziała. Na dobrą sprawę, lubiła każde zwierzę, choć nie ukrywała, że te darzyła wyjątkową sympatią. - Nawet mój Patronus przybrał formę psa. I to goldena w dodatku. W innych okolicznościach bym Ci pokazała... ale to najwyżej następnym razem - dodała. Pogodny uśmiech prawie w ogóle nie opuszczał jej twarzy.

Nie kryła zaskoczenia, gdy wspomniał, że i jego zdrowie i życie jest zagrożone, gdy w grę wchodziły orzechy.
- Aha, zawsze wiedziałam, że z nimi jest coś nie tak - oznajmiła głosem, jakby od dawna miała jakieś przypuszczenia, a te właśnie się potwierdziły. Oczywiście, że była ciekawa, w jaki sposób u niego uczulenie wyszło na jaw, nawet jeżeli byłaby to opowieść informacja jednozdaniowa, wygłoszona z pełną powagą. Nie zamierzała jednak dopytywać. Może nie chciał o tym mówić, bo w przeciwieństwie od niej, walka o życie spowodowana spożyciem orzechów była wspomnieniem traumatycznym, a nie zabawnym?

- Co, naprawdę tylko tyle? Żartujesz sobie - nie, on nie żartował. Dwa kubki wypijała przed dwunastą. W pierwszym odruchu chciała żartobliwie nazwać go staruszkiem (cztery lata różnicy, miała do tego prawo), który musi uważać na swoje słabe serce i nie może przesadzać z kofeiną, jednak w ostatniej chwili ugryzła się w język. Nie chciała, by przez resztę spotkania zastanawiał się, czy Longbottom naprawdę uważa go za starego. Posłała mu dłuższe spojrzenie. - Niech zgadnę. Pijesz czarną, mocną. Bez cukru, albo z minimalną jego ilością, ale bez dodatków - odezwała się, jakby próbowała go rozgryźć. - Nie pytaj skąd to wiem, jakoś tak mi to do Ciebie pasuje. Trafiłam? Powiedz, że tak. Albo nie, powiedz że nie, jeżeli nie trafiłam.

Słuchała go uważnie.
- W takim razie jestem zaskoczona, że nie spotkaliśmy się w nocy. W ciągu dnia mamy niestety z zerowe szanse na dostrzeżenie gwiazd na niebie... mimo, że dziś jest wyjątkowo bezchmurne - odpowiedziała, posyłając mu delikatny uśmiech. Nie dodała, że ona również doskonale wie, czym są nieprzespane noce. Wiedziała, że te czasem potrafią być błogosławieństwem jak i przekleństwem. Zawiesiła na nim wzrok na dłużej, a z jej oczu można było wyczytać troskę. - Nie chciałbyś, żebym załatwiła dla Ciebie jakiś specyfik, który ułatwi Ci zaśnięcie? - zapytała. Jako uzdrowicielka, miała łatwiejszy dostęp do pewnych rzeczy od osoby spoza branży.

Pozwolisz, że za ciebie zapłacę? odbiło się niczym echo w jej głowie, a ona sama na moment wstrzymała oddech. Na chwilę pozwoliła sobie na myśl, że dzisiejsze spotkanie nie jest zwykłym, przyjacielskim wyskoczeniem do parku, a randką. Równie szybko wybiła ją z głowy. Nie, nie było takiej możliwości, by spojrzał na nią w ten sposób. W końcu... nie była piękną, dystyngowaną czarownicą z dobrego domu, o idealnym rodowodzie i bogactwie. Była tylko uzdrowicielką. A on był po prostu uprzejmy. W końcu... dobrzy znajomi i przyjaciele płacili za siebie czasem. Prawda?

- Jasne - odpowiedziała gładko, a jej ton głosu nie sugerował, jakie myśli przed ułamkiem sekundy na moment zagnieździły się w jej umyśle. Posłała pogodny uśmiech do stojącego za ladą mugola. - Dzień dobry, poproszę flat white i lody. Malinowe, jeżeli macie. Właściwie, jakikolwiek sorbet będzie idealny - powiedziała.
Kiedy tylko oboje otrzymali swoje zamówienia, mogli ruszać dalej w trasę. Na naleśniki. Nieważne, że oboje dłonie miała zajęte równie wspaniałymi rzeczami.
- Rozpieszczasz mnie- zauważyła, pomiędzy łykiem kawy, a spróbowaniem lodów. Szczęśliwie, malinowych. Nie kryła swojego zachwytu, gdy okazało się że są dostępne. - Nie przyzwyczajaj mnie do tego, bo zobaczysz, że stanę się nieznośna



let everything happen to you
beauty and terror
just keep going
no feeling is final
Cień Swojego Ojca
Prawdziwa nienawiść to dar, którego człowiek uczy się latami.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Patrząc na niego z daleka widzisz schludnego, nienagannie ubranego mężczyznę. Mierzy około 180 cm wzrostu. Jest szczupły. Nieszczególnie umięśniony. Ma ciemne włosy i jasne, niebieskie oczy. Z bliska okazuje się, że natura obdarzyła go wydatnym nosem i często zaciska usta w cienką linię. Rzadko się uśmiecha. Nie żartuje. Jest spięty. Ma pedantyczne ruchy. Aż do bólu opanowany i kontrolujący.

Ulysses Rookwood
#9
12.04.2023, 02:39  ✶  
Ulysses podążył spojrzeniem ku biegającym po parku psom. Skupił uwagę na jednym z czworonogów. Czy naprawdę uważał go za uroczego? Nie za bardzo. Właściwie nigdy się specjalnie nie zastanawiał nad swoim podejściem do psów. Ot, zauważał że były i tyle. Te mniej hałaśliwe nie przeszkadzały mu. Te głośne, szczekające i taplające się w wodzie przyprawiały o palpitację serca.
Ale patrząc na jednego z takich pomyślał, że właściwie… właściwie mógłby się przyzwyczaić. W innej rzeczywistości. W takiej, w której mieszkałby z Danielle a ich pies byłby właśnie głośny, szczekający i taplający się w wodzie. Rookwood wycierałby podłogę zaraz po tym, jak czworonóg wbiegałby po spacerze do domu. Bo oczywiście musieliby mieć psa.
- Rzeczywiście, jest coś w nich uroczego – zgodził się, a potem spojrzał na swoją towarzyszkę z ukosa.
Danielle Longbottom. Uzdrowicielka. Ma śmiertelnie niebezpieczne uczulenie na orzechy. Kocha psy, najbardziej labradory. Nawet jej Patronus przybrał formę psa. Puchonka. Dobre relacje z ojcem. Ma siostrę. Jest uzależniona od kawy. Uwielbia maliny. Nie potrafi siedzieć na tyłku, gdy komuś innemu dzieje się krzywda. Żywiołowa. Głośna. Potrafi dopasować się do każdej okazji.
Totalne przeciwieństwo Ulyssesa.
Nie miał zielonego pojęcia, czemu chyba go lubiła.
Pokręcił głową.
- Najczęściej piję kawę z kardamonem, szafranem i goździkami. Bez cukru – odpowiedział. Więc częściowo miała rację. Pijał czarną. Ale czemu z przyprawami? Bo w nich wyrażała się jego tęsknota za orientem, za podróżowaniem razem z Cathalem, za pracą archeologa (której nigdy nie doświadczył a jedynie zdarzało mu się być konsultantem). – Jest dość mocna i gorzka w smaku. Ale nie mam problemu i z innymi wariantami.
Zasadniczo Ulysses miał aż dwójkę pomocników, którzy pomagali mu w walce z bezsennością, ale słysząc propozycję Danielle… To było jak ofiarowanie mu pretekstu do częstszego kontaktu. Nie musiałby więcej zastanawiać się nad tym, w jaki sposób zasugerować jej, że mógłby się z nią spotkać, gdyby tylko chciała. Nie musiałby biedzić się nad listami i poprawiać je wielokrotnie, byle w końcu wysłać ich najbardziej bezosobową i nieciekawą wersję (ale nie napraszającą się, bo wolał by miała szansę znaleźć szybkie usprawiedliwienie niż napisać mu, że posuwał się za daleko).
- A mogłabyś to zrobić? – zapytał wbrew własnemu rozsądkowi, który podpowiadał mu, że lada moment w jego pokoju będzie aż za dużo specyfików na bezsenność i największym problemem będzie powstrzymanie się przed wypiciem ich wszystkich na raz.
Przynajmniej w swojej głowie Ulysses robił wszystko, byle tylko okazać Danielle, że się nią interesował, ale jednocześnie bardzo mu zależało na tym, by nie pomyślała, że jej się narzucał i miała ciągle otwartą furtkę, gdyby zechciała uciec. Ba, często szerzej otwierał ową furtkę, w myślach niemal prowadził czarownicę do niej i powtarzał jak mantrę: och, z pewnością musisz już wyjść. A gdy ona tłumaczyła mu, że jednak wcale nie musi, patrzył skonsternowany i zachwycony jednocześnie.
Obserwował ją, jak składała zamówienie. A potem poprosił o kawę z gałką lodów waniliowych w środku. Nawet nie dlatego, że jakoś specjalnie przepadał za tym smakiem, ale pomyślał, że wyglądałby idiotycznie z kubkiem kawy w jednej ręce i lodem w drugiej. Zapłacił, a potem odebrał swoje zamówienie.
Wyszli z powrotem na świeże powietrze. Ulysses zamarł na kilka sekund. Przeprocesował jej ostatnie zdanie, zdając sobie sprawę, że powinien teraz odpowiedzieć flirtem. Może niezbyt nachalnym, żeby jej nie przestraszyć, ale jednocześnie na tyle wyraźnym by mogła go bez przeszkód wychwycić i pociągnąć lub uciąć. Tylko, że w głowie miał pustkę. Żadnego: „muszę się w takim razie postarać by zobaczyć twoją najbardziej nieznośną wersję”, „chętnie poznam tę nieznośną stronę Danielle”, choćby banalnego: „chcę cię rozpieszczać” lub jeszcze bardziej banalnego: „lubię kobiety, którym nie trzeba wiele do szczęścia”. Pustka. Kompletna pustka. Aż wreszcie:
- Czy to znaczy, że nie powinienem cię więcej zapraszać do Hyde Parku?
the kind one
don't confuse my kindness for weakness
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Mierząca trochę poniżej 160 cm, o okrągłej buzi i dużych, ciemnoniebieskich oczach. Jej włosy sięgają za ramiona, są lekko kręcone o ładnym, ciemnobrązowym odcieniu - najczęściej spina je w taki sposób, by nie przeszkadzały jej w pracy, choć zdarza się i to nie rzadko), by były starannie ułożone; niezależnie od fryzury, we włosy ma wpiętą charakterystyczną, żółtą spinkę w kształcie motyla. Dani ubiera się raczej schudnie, w stonowane barwy, nie wyróżniając się w tej kwestii od reszty społeczeństwa czarodziejów. Mówi z silnym, brytyjskim akcentem. Jej uśmiech, wcześniej szeroki i beztroski, stał się delikatny oraz sporadyczny, a śmiech, głośny i zaraźliwy słychać znacznie rzadziej (najczęściej zarezerwowany jest dla bliskich jej sercu). Pachnie malinami i piwoniami, jednak jest to bardzo subtelny i delikatny zapach.

Danielle Longbottom
#10
13.04.2023, 03:54  ✶  

Tak, to że musieliby mieć psa, nie podlegało żadnym wątpliwościom. Była skłonna pójść na kompromis i wybrać rasę, która w dalszym ciągu jest urocza i cieszy oko, ale nie ma potrzeby wpadać w każdą kałużę pełną brudnej deszczówki, by później cały ten brud i kurz znosić do domu. Weźmy za przykład takiego Cavaliera. Był rozkoszny? Był. Miał miękkie futro, do którego można było się przytulić? Miał. Ponadto, był psem łagodnym, raczej cichym i od szalonych spacerów pełnych atrakcji, wolał wygodnie ułożyć się na kanapie. Bo, oczywiście, pies miałby pełną zgodę, by sypiać wszędzie, gdzie tylko by mu się wymarzyło. Włączając to kanapę, fotel oraz łóżko.

Na dobrą sprawę, rasa psa nie była jedynym kompromisem, na który byłaby skłonna pójść. Mogłaby nawet zgodzić się na ograniczenie ilości kurzołapów, które w jej oczach wprowadzały do domu przytulność, a według Ulyssesa uniemożliwiały utrzymanie perfekcyjnej, lśniącej czystości. I nawet na swoim biurku starałaby utrzymywać się porządek, żeby Ulek za każdym razem gdyby obok niego przechodził, nie dostawał palpitacji serca. Oczywiście, nie zawsze by jej to wychodziło. Mógłby się na nią irytować. Albo ona na niego. A i tak na koniec dnia godziliby się, bo nie można było zakończyć dnia kłótnią.

Kardamon, szafran, goździki - odnotowała w głowie. Było to ciekawe, raczej niecodzienne połączenie. Jako osoba, która bez kawy nie wyobrażała sobie życia, to, z czym piją ją inni ludzie uznawała za fakt dosyć istotny i przywiązywała do niego dużą uwagę. Być może kiedyś umówią się w kawiarni i to ona będzie na niego czekać, z zamówionymi wcześniej filiżankami pełnymi kawy? Cuda się zdarzały. Cuda, w sensie że to ona pierwsza zjawi się na miejscu. Rookwood w tej kwestii nie miał sobie równych.

Zmarszczyła lekko brwi, słysząc pytanie. Nie wiedział? Dlaczego nie wiedział czegoś tak oczywistego jak to, że Longbottom gotowa była mu pomóc?
- Oczywiście, że tak - odpowiedziała. - Ulli, przecież zawsze Ci pomogę, jeżeli tylko będę w stanie to zrobić. A jeżeli nie, to... znajdziemy sposób, żebym była. Wiesz, gdzie mnie szukać. A jeżeli nie, to twoja sowa na pewno wskaże Ci odpowiednią drogę - dodała. Teraz rozmawiali o specyfiku ułatwiającym zasypianie, jednak deklaracja była wiążąca i nie obowiązywała jedynie w tej jednej kwestii. To na pewno musiał wiedzieć. - Zajmę się tym na najbliższym dyżurze. Chyba, że chcesz, żebym podskoczyła do Mungo jeszcze dziś. Albo jutro - nie byłby to dla niej problem.

Ani na moment nie uznała, że to idiotyczne - a zrobiła to, na co nie zdecydował się Ulysses. Obie ręce miała zajęte i ani jej się śniło, żeby przejmować się, czy wygląda głupio czy nie. Lody, zwłaszcza że otrzymała dokładnie takie jakie lubiła najbardziej, i tak znikną za kilka minut.

Tym razem to i ona zawiesiła się na moment. Słysząc odpowiedź Ulyssesa, niemal natychmiast zaczęła zastanawiać się i przypominać sobie wszystko co dotychczas powiedziała i co mogłoby sprawić, że w połączeniu z jej niewinnie, dosyć bezmyślnie rzuconymi słowami o rozpieszczaniu, on doszedł do takich, a nie innych wniosków. Może to, gdy wspomniała, że powinni spotkać się w nocy, kiedy na niebie są widoczne gwiazdy, które mógłby obserwować? Merlinie. Nie miała przecież nic złego na myśli. Przywykła już do tego, że tok rozumowania Rookwooda wychodził poza schemat. Zdecydowanie trzeba było mu przyznać, że wciąż potrafił ją zaskoczyć. Ale nie był jedyną osobą w ich duecie, która potrafiła zaskoczyć tą drugą.
Pokręciła szybko głową, zaprzeczając jego słowom.
- Nie. To oznacza, że i ja powinnam rozpieszczać Ciebie. Tak, żeby poziom bycia nieznośnym był równy, albo chociaż zbliżony - odpowiedziała gładko. Nawet powieka jej nie drgnęła. Drgnęły za to wargi które uniosły się do pogodnego uśmiechu, gdy podsunęła bliżej niego trzymany w dłoni rożek z malinowym sorbetem. Tak, by by mógł spróbować. - Zacznę już teraz. Mówiłam, że malina jest najlepsza



let everything happen to you
beauty and terror
just keep going
no feeling is final
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Danielle Longbottom (5425), Ulysses Rookwood (3927)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa