• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 10 11 12 13 14 … 16 Dalej »
[25.07.1970] Hyde Park - "O ile będzie chciała" Danielle & Ulysses

[25.07.1970] Hyde Park - "O ile będzie chciała" Danielle & Ulysses
Cień Swojego Ojca
Prawdziwa nienawiść to dar, którego człowiek uczy się latami.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Patrząc na niego z daleka widzisz schludnego, nienagannie ubranego mężczyznę. Mierzy około 180 cm wzrostu. Jest szczupły. Nieszczególnie umięśniony. Ma ciemne włosy i jasne, niebieskie oczy. Z bliska okazuje się, że natura obdarzyła go wydatnym nosem i często zaciska usta w cienką linię. Rzadko się uśmiecha. Nie żartuje. Jest spięty. Ma pedantyczne ruchy. Aż do bólu opanowany i kontrolujący.

Ulysses Rookwood
#11
14.04.2023, 00:21  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.04.2023, 00:36 przez Ulysses Rookwood.)  
Ulysses zacisnął mocniej rękę na kubku od swojej kawy. Poczuł jak przyjemne ciepło rozlewało się po jego wnętrzu. Oferowana przez Danielle pomoc była miła. Słowa sprawiały, że chciał jej wierzyć, chciał korzystać z jej wsparcia, chciał doszukiwać się w nich czegoś więcej niż się tam znajdowało i jednocześnie nie chciał – za wszelką cenę nie chciał – by poczuła się nim zmęczona.
- Dziękuję – odpowiedział cicho i dość ciężko. Takim głosem, jakby dziękował nie tylko za to, że zaoferowała mu leki na bezsenność, ale też coś innego, o czym tylko on wiedział. Nie przyznałby się do tego na głos, ale w jego życiu nie było wielu osób, o których wiedział, że mógłby zawsze na nich polegać. Pewnie duży wpływ na to miało jego własne zachowanie i to, że zawsze próbował radzić sobie sam (a jeśli nie mógł i potrzebował wsparcia, z góry zakładał sytuację, w której mogło mu zostać odmówione). – Nie musisz się śpieszyć. Dyżur, w czasie którego będziesz miała chwilę wolnego czasu, brzmi bardzo dobrze. Pewnie w Mungo masz mnóstwo pracy.
Uniósł twarz w stronę słońca. Jego promienie przyjemnie łaskotały mu policzki i przypominały, że lada moment zrobi się na tyle ciepło, że Rookwood zacznie żałować ciążącej mu na ramionach marynarki. Napił się kawy, przez lody w środku dość słodkiej i całkiem zimnej.
Chociaż ciągle był spięty i pewnie wyglądał na mało zadowolonego, w rzeczywistości było mu tego dnia jakoś lżej na duszy. Niemal lekko i przyjemnie. Cieszył się wspólnym spotkaniem z Danielle, może nawet wyobrażał sobie po nim za dużo, chociaż znowu wiedział, że nie powinien. Tak jak powinien wreszcie przestać tyle myśleć i analizować wszystko co mówiła i co robiła jego towarzyszka.
Ale czasem dobrze było się zawieść i zrozumieć, że się mylił. Tak jak, teraz gdy zażartowała z tym rozpieszczaniem go. Prawie posłał w jej stronę uśmiech – niepewny, wąski, ale szczery, na tyle rzadko goszczący na jego wargach, że raczej wyglądałby osobliwie.
A potem zamarł. Patrzył na wyciągnięty w jego stronę rożek z sorbetem malinowym. Zastanawiał się co powinien zrobić. Odsunąć się? Spróbować? To była jakaś próba? Test? Znowu czegoś nie rozumiał?
A jednak, jakby wbrew sobie i wbrew wszystkim myślom, które szaleńczo rozbrzmiewały w jego głowie, pochylił się ku trzymanemu przez Danielle sorbetowi. Patrzył jej w oczy, gdy spróbował jego smaku. I choćby go teraz przypalali rozpalonym prętem, nie potrafiłby powiedzieć, jak smakowały.
- Masz rację. Malina jest najlepsza – zgodził się i znowu takim głosem, jakby mówił o czymś zupełnie innym. Chrząknął, chcąc przywrócić swoją głowę na właściwe tory. – To, co? Teraz naleśniki?


Odkryj wiadomość pozafabularną
rzut na inicjatywę Ulyssesa, zinterpretuję go sobie samodzielnie
Rzut O 1d100 - 80
Sukces!
the kind one
don't confuse my kindness for weakness
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Mierząca trochę poniżej 160 cm, o okrągłej buzi i dużych, ciemnoniebieskich oczach. Jej włosy sięgają za ramiona, są lekko kręcone o ładnym, ciemnobrązowym odcieniu - najczęściej spina je w taki sposób, by nie przeszkadzały jej w pracy, choć zdarza się i to nie rzadko), by były starannie ułożone; niezależnie od fryzury, we włosy ma wpiętą charakterystyczną, żółtą spinkę w kształcie motyla. Dani ubiera się raczej schudnie, w stonowane barwy, nie wyróżniając się w tej kwestii od reszty społeczeństwa czarodziejów. Mówi z silnym, brytyjskim akcentem. Jej uśmiech, wcześniej szeroki i beztroski, stał się delikatny oraz sporadyczny, a śmiech, głośny i zaraźliwy słychać znacznie rzadziej (najczęściej zarezerwowany jest dla bliskich jej sercu). Pachnie malinami i piwoniami, jednak jest to bardzo subtelny i delikatny zapach.

Danielle Longbottom
#12
17.04.2023, 14:35  ✶  

Nie wiedziała, czy Ulysses faktycznie skorzysta z jej oferty. Chciała jednak, żeby miał świadomość, że jeżeli kiedyś przyjdzie taki dzień, że będzie potrzebował oparcia, dobrego słowa czy czegokolwiek, czego można potrzebować, jest dostępna. Nieznajomym pomagała dlatego, że tak była wychowana i tak było trzeba. Bliskim była gotowa uchylić nieba, jeżeli tylko będzie taka konieczność. Bez cienia wątpliwości, Rookwood zaliczał się do tej drugiej grupy.

Posłała w jego kierunku ciepły, szczery uśmiech. To, że raczej nie odwzajemniał tego gestu i na palcach jednej ręki mogłaby policzyć ile razy widziała go uśmiechniętego, w żaden sposób jej nie przeszkadzało, ani nie zniechęcało.

- Oh, nie przejmuj się tym, ja rzadko kiedy nie jestem na dyżurze - odezwała się. Szybko uświadomiła sobie, że powinna rozwinąć temat. - Większa część mojej rodziny to aurorzy i Brygadziści, co wiąże się z niebezpieczeństwem, większym i mniejszym. Czasem zdarza się, że po jakiejś akcji w ogóle nie idą do Mungo, tylko od razu do mnie, jeżeli akurat jestem w domu - dodała. Lubiła mówić o swoich bliskich, napawało ją dumą to, jakimi ludźmi są. - Myślisz, że w wolne dni nie są narażeni na niebezpieczeństwo? Zapomnij. Pojedynki w ogrodzie to standardowa rozrywka - też brała w nich udział, rzecz jasna. Odnosiła jednak wrażenie, że zarówno Brenna jak i Lucy są znacznie delikatniejsze i dają jej fory. Irytowało ją to niezmiernie. - Do pojedynków dodaj to, że Brenna regularnie wpada do mnie z informacją, że natrafiła na jakąś klątwę, na którą koniecznie muszę rzucić okiem - dodała. Uśmiech nie znikał z jej twarzy. Lubiła mieć poczucie przydatności. - Aurorzy, Brygadziści i ja, na doczepkę. Czasami mam wrażenie, że jestem kompletnie z innej bajki.
Raczej rzadko o tym mówiła, ale zdarzały jej się myśli, że mogła wybrać inną ścieżkę kariery, taka by pasować do reszty domowników.

Gest podsunięcia mu pod nos rożka zrobiła bez większego zastanowienia, w przypływie niespodziewanego impulsu. Nie miała pojęcia dlaczego coś podpowiedziało jej, że to będzie idealny pomysł, a Ulysses z pewnością będzie zachwycony, gdy postawi go w takiej sytuacji. Dokładnie taki sam impuls poczuła na początku spotkania, gdy chciała zasłonić mu oczy w geście przywitania - wtedy na szczęście w porę zdążyła się pohamować. Jego reakcja szybko dała jej do myślenia, że tym razem również powinna sobie darować, bo ostatnie na co miała ochotę to sprawianie, że Rookwood czuł się dziwnie i niekomfortowo - i choć wiedziała, że niewiele do tego trzeba, za żadne skarby świata nie chciała być tego prowodyrką. Niestety, było już za późno, żeby się wycofać.

Był zaskoczony? Wahał się? Nieświadomie wstrzymała oddech, nie spuszczając wzroku z jego błękitnych oczu, jakby w nadziei, że wyczyta z nich cokolwiek. Powoli otwierała usta, gotowa powiedzieć "słuchaj, zapomnijmy o tym. Przepraszam, to było głupie, nie przejmuj się, nie pomyślałam, zdarza mi się robić rzeczy bezmyślnie...". Jak się okazało chwilę później, nie było to konieczne.

Nie odwróciła spojrzenia. Jej twarz rozświetlił niemal natychmiast uśmiech, gdy Rookwood w końcu się odezwał.
- A nie mówiłam? - odpowiedziała, zadowolona z siebie, jakby co najmniej odkryła lek na Nocną Marę. - Nie okłamałabym Cię.
Na jego pytanie, energicznie pokiwała głową. To, że miała obie ręce zajęte w żaden sposób nie przeszkadzało jej w planowaniu kolejnego posiłku.
- Mhm. Ale tym razem ja płacé, tak jak się umówiliśmy w listach - odpowiedziała. I żeby poziom rozpieszczania się był taki sam u obu osób. Pozwoliła Ulkowi poprowadzić, on zdawał się znać plan parku znacznie lepiej niż ona.
- Co robisz z oznaczonymi mapami gwiazd? Jeżeli cierpisz na bezsenność, na pewno zrobiłeś ich już bardzo wiele. - zapytała, gdy szli spacerem do kolejnego punktu wycieczki. Kompletnie nie znała się na astronomii, a jednak chciała, by i Ulli miał możliwość rozmowy na temat mu bliski. Lubiła go słuchać. Nie zraziło ją nawet to, że każde jej pytanie mogło brzmieć durnie dla kogoś, kto pasjonował się astronomią i siedział w tym temacie od lat.
- Niektórzy twierdzą, że w gwiazdach jest zapisany los człowieka. Co o tym sądzisz? Uważasz, że to prawda?



let everything happen to you
beauty and terror
just keep going
no feeling is final
Cień Swojego Ojca
Prawdziwa nienawiść to dar, którego człowiek uczy się latami.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Patrząc na niego z daleka widzisz schludnego, nienagannie ubranego mężczyznę. Mierzy około 180 cm wzrostu. Jest szczupły. Nieszczególnie umięśniony. Ma ciemne włosy i jasne, niebieskie oczy. Z bliska okazuje się, że natura obdarzyła go wydatnym nosem i często zaciska usta w cienką linię. Rzadko się uśmiecha. Nie żartuje. Jest spięty. Ma pedantyczne ruchy. Aż do bólu opanowany i kontrolujący.

Ulysses Rookwood
#13
24.04.2023, 23:45  ✶  
Ulysses wiedział, że skorzysta z oferty Danielle. Nawet nie dlatego, że rzeczywiście będzie potrzebował dodatkowej porcji eliksiru nasennego (od uwarzenia go miał przecież od tego aż dwójkę zaufanych czarodziei), ale by po prostu odezwać się do towarzyszącej mu uzdrowicielki. Przydatny pretekst, dzięki któremu będzie mógł sobie dopowiedzieć, że wcale się jej nie narzuca.
A póki co pozostawało mu ukradkiem spoglądać na jej twarz. Miała śliczny uśmiech, który sprawiał, że robiło mu się cieplej w środku. Słuchał, gdy opowiadała o pracy i rodzinie.
- Nie jestem ekspertem, ale wydaje mi się, że w takim zespole jesteś niezbędna – odpowiedział, nieco przeciągając kolejne wyrazy. W końcu nie było dobrej drużyny bez uzdrowiciela w składzie. Młody Rookwood zmarszczył brwi, wahając się, czy powinien zadać kolejne pytanie. – A z jakiej bajki ty jesteś? – zapytał wreszcie.
I pewnie była to dość płytka ocena, ale jemu wydawało się, że pasowała właściwie do każdej. Nawet do tej, w której on grał główną rolę. Potrafiła zmotywować go do działania. I zmusić do robienia takich rzeczy, których normalnie wcale nie robił.
To przez Danielle zaangażował się w marsz na rzecz praw charłaków. To przez Danielle spróbował teraz jej loda. I to w samym środku parku. Sam nie do końca rozumiał, czemu chciał przy niej przekraczać kolejne granice. Albo inaczej. Rozumiał aż nazbyt dobrze, ale nie chciał się do przyczyny przyznać nawet przed sobą.
Pokiwał potakująco głową. Cóż, ona by go nie okłamała. A on dalej, mimo że był obdarzony ponoć zdumiewającą pamięcią, nie miał zielonego pojęcia jak smakowały te lody malinowe. Za to z niemal fotograficzną dokładnością mógłby opisać kolor jej oczu i migoczące w nich iskierki.
Ulysses wolałby sam zapłacić za naleśniki. Ale wtedy to prawie wyglądałoby tak, jakby to była randka i chociaż nie miałby nic przeciwko temu, żeby to tak wyglądało to… to Danielle mogła mieć.
- Jeśli chcesz – odpowiedział wreszcie. Upił trochę swojej kawy, by zająć czymś usta i zyskać parę cennych sekund, na powiedzenie czegoś jeszcze. Najlepiej na odnalezienie jakiejś błyskotliwej riposty, która sprawiłaby, że zapłaciłby za naleśniki, ale jego towarzyszka nie poczułaby się niezręcznie. I jak zwykle zabrakło mu właściwych słów. – Niewiele. Opisuję. Zwijam. Chowam – opisał. – To właściwie moje hobby. Nic szczególnie przydatnego. Raczej coś, co od zawsze lubiłem robić, co czasem może przynieść jakąś korzyść, ale… - wzruszył ramionami. Ale nie było poważnym zawodem.
Ojciec nigdy nie powiedział mu, że zajmuje się głupotami, ale Ulysses wiedział, że to robił. To było jak coś, czym nie należało się chwalić. Niepoważne hobby. Jeszcze bardziej niepoważne niż rysowanie lub granie na jakimś instrumencie. Prawie pozbawione magii, dla dziwaków, ale on przecież był dziwakiem.
- Nie mam pojęcia, Danielle – przyznał z pewnym zażenowaniem czającym się w matowym głosie. Gdyby był błyskotliwszy, bardziej empatyczny i wiedział czego szukać, może rzeczywiście umiałby odczytać z gwiazd coś o cudzym losie. –Ja… raczej nie próbuję odszukać w nich przeznaczenia. Lubię to, że wydają się niezmienne a jednocześnie są bardzo zmienne choć powtarzalne. Niektóre zjawiska dzieją się tylko raz na kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt lat. Lubię mieć świadomość, że mogę je obserwować. Opisać. Oznaczyć. Patrząc w gwieździste niebo nocą, zawsze spoglądamy w przeszłość. Nie wiem jak się to ma do ludzkiego losu, ale... - zająknął się, jakby o czymś usilnie myślał. - Czasami moje obliczenia i wykresy numerologiczne pomagają w pracy archeologicznej.
Ulysses posłał kontrolne spojrzenie na Danielle, jakby sprawdzał, czy jej czasem nie zanudził. Powoli zbliżali się do miejsca, gdzie sprzedawano naleśniki.
the kind one
don't confuse my kindness for weakness
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Mierząca trochę poniżej 160 cm, o okrągłej buzi i dużych, ciemnoniebieskich oczach. Jej włosy sięgają za ramiona, są lekko kręcone o ładnym, ciemnobrązowym odcieniu - najczęściej spina je w taki sposób, by nie przeszkadzały jej w pracy, choć zdarza się i to nie rzadko), by były starannie ułożone; niezależnie od fryzury, we włosy ma wpiętą charakterystyczną, żółtą spinkę w kształcie motyla. Dani ubiera się raczej schudnie, w stonowane barwy, nie wyróżniając się w tej kwestii od reszty społeczeństwa czarodziejów. Mówi z silnym, brytyjskim akcentem. Jej uśmiech, wcześniej szeroki i beztroski, stał się delikatny oraz sporadyczny, a śmiech, głośny i zaraźliwy słychać znacznie rzadziej (najczęściej zarezerwowany jest dla bliskich jej sercu). Pachnie malinami i piwoniami, jednak jest to bardzo subtelny i delikatny zapach.

Danielle Longbottom
#14
09.05.2023, 21:10  ✶  

Nie przeszkadzało jej, że Ulysses nie był aktywnym członkiem dyskusji. W przypadku całkiem innej osoby, najpewniej w którymś momencie zaczęłaby się zastanawiać, czy oby na pewno nie jest przytłaczająca, być może nawet poczułaby się niekomfortowo. Ale to był Ulek. Ktoś, w czyim towarzystwie (pomimo znaczących różnic na niemal każdej płaszczyźnie), czuła się komfortowo. Podczas gdy ona wyrzucała z siebie potok słów, chaotycznie lawirując pomiędzy niezwiązanymi ze sobą tematami, jego wypowiedzi były krótkie, znacznie lepiej przemyślane. Rookwood miał jednak w sobie pewną cechę, której być może nawet nie był świadomy, a którą ona z całego serca doceniała.
Dawał jej przestrzeń.

Umożliwiał jej nie tylko swobodną wypowiedź, ale i przede wszystkim bycie sobą. Pomimo chaotycznej osobowości jaką posiadała, zdawał się ją lubić - w końcu, gdyby było inaczej, nie proponowałby spotkań, a na zaproszenia z jej strony znajdywałby jakąś sprytną wymówkę. Przy nim mogła gadać w swoim stylu, a jemu to nie przeszkadzało - a nawet jeżeli, ani razu nie dał jej powodów, żeby tak myśleć. Bez wchodzenia w zdanie, oceniania, czy krytycznego spojrzenia. Co więcej, niezależnie od tego o czym i jak dużo mówiła, wiedziała doskonale, że słucha jej uważnie. I choć wszystko to brzmi jak prosty do spełnienia warunek, wcale tak nie było, przynajmniej w jej oczach. Wielu ludzi było egocentrycznych, zbyt skupionych na własnym ja, by udostępnić przestrzeń drugiej osobie.

Zastanowiła się przez chwilę, w odpowiedzi kiwając jedynie głową. Pewnie miał rację. Z drugiej strony chciałaby, żeby przestano traktować ją jak słabszą, którą trzeba bronić i której należy dawać fory. Tą myśl zachowała jednak dla siebie.

Pytanie które jej zadał, zdecydowanie wymagało chwili namysłu. Nie po to, żeby odpowiedź była charyzmatyczna i błyskotliwa, tylko dlatego, że na dobrą sprawę, sama nie wiedziała z jakiej bajki była.

- Dobre pytanie - odpowiedziała. Nawet nie próbowała ukrywać, że się zastanawia. - Chyba nie istnieje żadna, w której grałabym główną rolę. Na ten moment przeważnie jestem bohaterem pobocznym - dodała. I choć te słowa mogły zabrzmieć gorzko, ton głosu ani wyraz jej twarzy nie uległy zmianie - wciąż były pogodne.

Kiwnęła głową, ponownie. Chciała. W końcu taka była umowa. Gdyby wiedziała co mu chodzi po głowie, szybko zmieniłaby zdanie, bo i ona nie miałaby nic przeciwko, by ich dzisiejsze spotkanie zaliczyć jako randkę. Byli jednak wyłącznie znajomymi, a Rookwood przecież życiu nie spojrzałby na nią w inny, bardziej romantyczny sposób. Przyglądała mu się uważnie gdy mówił o astronomii. Jej brew lekko drgnęła.

- A czy przydatności hobby nie określa tego, jaką przyjemność nam sprawia? - zapytała, niejako konfrontując jego tezę. Tego, że czas wolny nie musi być pełen poważnych czynności już nie dodała, przecież musiał to wiedzieć. A może nie wiedział? - Poza tym sam wspomniałeś, że obserwowanie gwiazd pomaga Ci przetrwać bezsenne noce i proszę, już masz drugi argument odnośnie przydatności. Tak na wypadek, jeżeli pierwszy to dla Ciebie za mało - choć nie prowadzili na ten temat długich szczerych rozmów, nietrudno było wywnioskować, że Ulek robi wiele, żeby zadowolić ojca, często kosztem własnego samopoczucia. - Nie musisz być dla siebie taki surowy - dodała, posyłając mu lekki uśmiech. W jej oczach nie był dziwakiem, nawet jeżeli często nie pojmowała jego toku myślenia, a on sam nieprecyzyjnie wyrażał to, co miał na myśli. Bez problemu była w stanie wyobrazić go sobie na dachu wysoko postawionego budynku, stojącego przy teleskopie skierowanym w stronę rozgwieżdżonego, ciemnego nieba. Mogłaby siedzieć gdzieś obok i nie przeszkadzałaby jej panująca dookoła cisza - nie chciałaby go rozpraszać swoim gadaniem.

- Prawdę mówiąc, teoria o przeszłości bardziej do mnie przemawia. Tej, niezależnie od starań, nie jesteśmy w stanie zmodyfikować, natomiast przyszłość... - urwała, szukając odpowiednich słów. -...lubię jednak myśleć, że jesteśmy kowalami własnego losu, zamiast być bezwiednymi marionetkami w rękach przeznaczenia

Pewnie pociągnęłaby temat dalej, gdyby nie to, że jej uwaga w całości skupiła się na jego następnych słowach. Jej oczy rozbłysły jak zawsze, gdy coś ją zainteresuje.
- Naprawdę? Jesteś archeologiem? Pracujesz tylko w okolicy, czy za granicą również? Nad czym ostatnio pracowałeś? - wyrzuciła z siebie potok pytań, które wszystkie na raz pojawiły się w jej głowie. Dopiero po chwili zorientowała się, że dotarli do kolejnego punktu. Oh, to już?
- Myślałam, że czeka nas dłuższy spacer - zauważyła, wzruszając lekko ramionami. - Albo po prostu czas leci zbyt szybko w dobrym towarzystwie. Na co masz ochotę? - zapytała jeszcze, nim złożyła własne zamówienie. - Na wynos i spacer w stronę ławki o której wspomniałeś, czy wolisz zostać tutaj? - tą decyzję zamierzała zostawić Rookwoodowi. Jedzenie na ławce zwiększało szansę pobrudzenia się i o ile jej by to nie przeszkadzało, tak nie chciała, by przez byle plamkę na koszuli Ulek miał popsuty humor przez resztę spotkania.



let everything happen to you
beauty and terror
just keep going
no feeling is final
Cień Swojego Ojca
Prawdziwa nienawiść to dar, którego człowiek uczy się latami.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Patrząc na niego z daleka widzisz schludnego, nienagannie ubranego mężczyznę. Mierzy około 180 cm wzrostu. Jest szczupły. Nieszczególnie umięśniony. Ma ciemne włosy i jasne, niebieskie oczy. Z bliska okazuje się, że natura obdarzyła go wydatnym nosem i często zaciska usta w cienką linię. Rzadko się uśmiecha. Nie żartuje. Jest spięty. Ma pedantyczne ruchy. Aż do bólu opanowany i kontrolujący.

Ulysses Rookwood
#15
10.05.2023, 23:41  ✶  
Ulysses ściągnął brwi słuchając odpowiedzi Danielle. Posłał jej ukradkowe, dłuższe spojrzenie. Trochę dziwiło go, że najwidoczniej nie zdawała sobie sprawy z tego, jakie wrażenie potrafiła wywierać na ludziach (czego sam był najlepszym dowodem). Takiego wrażenia nie wywierali poboczni bohaterowie.
- Calineczka – podpowiedział. Skojarzenie akurat z tą bajką Andersena nasunęło mu się samo. Młodemu Rookwoodowi pozostawało tylko mieć nadzieję, że w takim razie on nie był złym ropuchem.
Upił kawy, zastanawiając się, czy czasem nie powinien podać jednak jakiejś innej bajki. Takiej z królewną, królewiczem i całym królestwem do zdobycia. Ale też Danielle wydawała mu się zbyt żywa do roli pięknej lalki, której jedyną rolą byłoby pójście na bal i zostanie czyjąś żoną. Paradoksalnie, może przez spotkanie podczas Marszu Praw Charłaków, prędzej zobaczyłby ją w roli rycerza walczącego ze smokiem niż uwięzionej w wieży piękności.
Nie, żeby nie uważał swojej towarzyszki za piękną. Była prześliczna.
Tak więc Calineczka. Calineczka była idealna.
Ulysses mimowolnie skupił wzrok na idącej kilka metrów przed nimi parze. I znowu nie wiedział. Na tym właśnie polegał jego największy problem. To już nawet nie chodziło o to, że nie potrafił odnaleźć błyskotliwej riposty, ale że nie umiał odnaleźć żadnych właściwych słów.
- Jestem raczej racjonalny – odpowiedział ostrożnie. – Wiem, że moje hobby to tylko hobby. I wiem, że jest wielu lepszych astronomów ode mnie. Bardziej oddanych astronomii. Jeżdżących na sympozja. Łączących zainteresowanie gwiazdami z innymi dziedzinami, wyciągających głębsze wnioski – opisał. Ale on taki nie był. Brakowało mu błyskotliwości, która pozwoliłaby na podobne działanie. Był niezłym obserwatorem i lubił postepowanie według utartych schematów. Potrzebował wskazówki, by ruszyć określonym tropem. Nuda. Wielka nuda. Był cholernie nudnym człowiekiem. Ale nie zmieniało to tego, że lubił astronomię. Sprawiała mu sporo przyjemności. – To dużo bardziej pokrzepiające, prawda? Wiara w to, że jesteśmy panami swojego losu.
Przez chwilę korciło Ulyssesa by skłamać i odpowiedzieć twierdząco. Po cichu marzył o pracy archeologa. Chciał jeździć z Cathalem po świecie, badać ślady po starożytnych czarodziejach. Ale tego nie mógł zrobić ojcu.
- Nie. Pracuję w Czarodziejskim Pogotowiu Ratunkowym – sprostował. – To w Departamencie Magicznych Wypadków i Katastrof.
Milczał, gdy podchodzili do naleśnikarni. Chciał powiedzieć coś jeszcze. O tym, że to wcale nie musiał być koniec ich spotkania, że i jemu czas mijał dobrze w towarzystwie Danielle (choć tu trochę by się rozminął z prawdą, bo bywały chwile, długie i nieznośne, gdy nie potrafił skupić żadnej myśli, bo całym sobą zapamiętywał wszystko co robiła).
- Zobacz. Podali przepis na naleśniki – zauważył, wbijając wzrok w ciemną tablicę na której napisano: „Oryginalne Amerykańskie Pancakes”: 1 i 1/4 szklanki mąki, 1 jajko, 1 i 1/4 szklanki maślanki, 1/4 szklanki cukru pudru, 1 czubata łyżeczka proszku do pieczenia, 1 łyżeczka sody, 1/4 szklanki oleju roślinnego, szczypta soli. I niżej: Należy zmiksować wszystkie składniki na gładką masę o konsystencji gęstej śmietany. Rozgrzać patelnię i na średnim ogniu smażyć pancakes z dwóch stron. Podawać z syropem klonowym, masłem lub cukrem. - Dostosuję się do ciebie.
the kind one
don't confuse my kindness for weakness
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Mierząca trochę poniżej 160 cm, o okrągłej buzi i dużych, ciemnoniebieskich oczach. Jej włosy sięgają za ramiona, są lekko kręcone o ładnym, ciemnobrązowym odcieniu - najczęściej spina je w taki sposób, by nie przeszkadzały jej w pracy, choć zdarza się i to nie rzadko), by były starannie ułożone; niezależnie od fryzury, we włosy ma wpiętą charakterystyczną, żółtą spinkę w kształcie motyla. Dani ubiera się raczej schudnie, w stonowane barwy, nie wyróżniając się w tej kwestii od reszty społeczeństwa czarodziejów. Mówi z silnym, brytyjskim akcentem. Jej uśmiech, wcześniej szeroki i beztroski, stał się delikatny oraz sporadyczny, a śmiech, głośny i zaraźliwy słychać znacznie rzadziej (najczęściej zarezerwowany jest dla bliskich jej sercu). Pachnie malinami i piwoniami, jednak jest to bardzo subtelny i delikatny zapach.

Danielle Longbottom
#16
14.05.2023, 20:31  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.05.2023, 20:35 przez Danielle Longbottom.)  
Kompletnie nie zdawała sobie sprawy, że ma lub może mieć jakiś wpływ na działanie innych osób. Takie umiejętności przypisywało się liderom grupy lub komuś, kto przez ogół uznany był za wzór do naśladowania. A Danielle? Przecież nie była ani jednym, ani drugim.
Nie powstrzymała uśmiechu, gdy usłyszała jego słowa. A właściwie, słowo. Było raczej lakoniczne i nie wyjaśniało, dlaczego w ten sposób o niej myśli, nie zmieniało to jednak faktu, że kąciki jej ust uniosły się do góry, a jej policzki delikatnie zaczerwieniły się. Tylko, gdy Ty obiecasz, że będziesz jaskółką. Lub elfem.
W przeciwieństwie do Ulka, nie zwróciła uwagi na idących przed nimi mugoli - była skupiona na swoim rozmówcy oraz biegających dookoła psach. Na dobrą sprawę, ktoś przyglądający się im z boku, również mógłby wziąć ich za parę i jak nie miała nic przeciwko, tak Ulek mógłby mieć - z szacunku do niego oraz ich relacji, pilnowała, by jej myśli nie pozwalały sobie na zbyt wiele. Kolegowali się, kropka. Ulek był poza jej ligą, kropka.
Wiedziała, że Ulysses jest racjonalnym do bólu człowiekiem. Nie zdziwiło ją zatem jego podejście, nawet do tak prozaicznej czynności, jaką był czas wolny.
- Więc niech będą twoją inspiracją. I być może kiedyś Ty staniesz się czyjąś - odpowiedziała, nim zdążyła ugryźć się w język. Nie uważała go za nudnego. Co więcej, był jedną z najbardziej interesujących osób w jej otoczeniu, i pod wieloma względami. Lubiła go słuchać, dowiadywać się co myśli na temat który poruszała, lub gdy opowiadał ciekawostkę związaną z czymś, o czym nie miała bladego pojęcia. Ponadto, sposób rozumowania Rookwooda często wychodził poza schemat, co zmuszało ją do refleksji oraz gry pod tytułem "Co autor miał na myśli?". Jak dotychczas, chyba całkiem nieźle jej to szło - dogadywali się. Nie uważała go za niezręcznego towarzysko, nudnego czy niebłyskotliwego. Naprawdę lubiła spędzać z nim czas.
- Wiem, gdzie pracujesz - odpowiedziała szybko. Jedno nie wykluczało drugiego. - Wspomniałeś o odkryciach archeologicznych, na które miałeś wpływ. Byłam pewna, że mówisz o swoich własnych - dodała, szybko prostując to, o czym wcześniej pomyślała. ‐ Więc... co takiego odkryłeś?
Zwróciła uwagę na wypisany skrupulatnie przepis, który wskazał Ulysses. Być może był to przepis lepszy od tego, który skrywał przed nią ojciec? Musiała się przekonać.
- Gdybym tylko wiedziała, zabrałabym ze sobą coś do pisania... - westchnęła orientując się, że nie jest odpowiednio przygotowana. Kątem oka zerknęła na Rookwooda i ułamek sekundy wystarczył, by jej twarz rozświetlił uśmiech. - Przecież mam ciebie - dodała, w przypływie krótkiej ekscytacji łapiąc go pod ramię. Wtedy też podszedł do nich mugol, wskazując jeden z wolnych stolików. To sprawiło, że żadne z nich nie musiało podejmować tak skomplikowanej decyzji. Zjedzą tu, a potem pójdą na dalszy spacer, przecież im się nigdzie nie spieszyło.

Koniec sesji


let everything happen to you
beauty and terror
just keep going
no feeling is final
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Danielle Longbottom (5425), Ulysses Rookwood (3927)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa