- Czerwiec 1970 -
Wraz z nadejściem czerwca, nadeszła letnia pogoda oraz coroczny problem Stanleya - urodziny jego matki, Anne. Według Borgina był to najgorszy okres w roku (nie wliczając w to oczywiście zimy), głównie dlatego, że nigdy nie wiedział co takiego mógłby jej sprawić, aby była zadowolona z prezentu. Zawsze powtarzała mu, że nic nie musi jej dawać, ponieważ nic nie potrzebuje do szczęścia. Andrew, jako dobry syn, uważał, że należy jej się odpowiedni podarunek z okazji jej święta. Wszak urodziny obchodzi się raz w roku (albo jak co niektórzy co 4 lata) i chyba każdy lubi dostawać prezenty.
Każdą wolną chwilę spędzał nad próba wymyślenia tego co mógłby dla niej przynieść. Nie ważne gdzie się znajdował - czy to w pracy czy na spotkaniu ze Stellą. Czas mijał nieubłaganie, a im bliżej było tego dnia, tym w jego głowie była większa pustka. Nie potrafił wpaść na nic kreatywnego. Nic co według Stanleya, nadawało się na idealny prezent.
W tej całej desperacji, przygotował sobie nawet listę rzeczy, które do tej pory jej podarował. Ku własnemu negatywnemu zaskoczeniu, zrozumiał, że większość rzeczy na jakie się do tej pory zdecydował to były książki - wszelkiej maści atlasy lub podręczniki o eliksirach czy przyrodzie. Patrząc na ten spis stwierdził, że poprzeczka nie jest de facto zawieszona wysoko - wszystko będzie lepsze od kolejnego tomu o grzybach.
Podczas jednej z przerw od wypełniania raportów w Ministerstwie, przypomniał sobie, że koniec końców, panna Avery jest artystką. I to nie byle jaką. Gama jej umiejętności była przecież szeroka - potrafiła zarówno grać jak i malować. I w tym przypadku, ta druga umiejętność wydała mu się kluczowa. Malowanie obrazów To by był prezent na poziomie.
Zdecydowanie się na malowidło nie stanowiło jednak koniec problemów. W końcu musiał po raz kolejny poprosić o przysługę Stellę. Walczył sam ze sobą czy powinien to zrobić. Z tyłu głowy miał, że przecież już jej wisi jedno życzenie, a teraz miałaby do tego również dołączyć przysługa. Z drugiej strony mógł pójść do innego specjalisty i zbankrutować.
Decyzja zapadła dosyć szybko. Poprosi o pomoc Avery. Nie pierwszy i nie ostatni raz zresztą W tym wszystkim pocieszał go fakt, który głosił, że dziewczyna mu nie odmówi. Nawet jakby przyszedł z tym pomysłem w środku nocy - tak jak miał w zwyczaju. Tym razem Stanley postawił na pełną klasę - pojawi się trzeźwy i w ciągu dnia.
Jak pomyślał, tak też zrobił. Zaszedł na ulicę Pokątną pod wieczór, kupując zawczasu bukiet dali - czyli dokładnie tych kwiatów, które ona uwielbiała. Jako, że wraz ze Stellą znali się już trochę czasu, dziewczyna zdawała sobie pewnie sprawę, że z takim bukietem przychodził zazwyczaj kiedy potrzebował jakiejś pomocy albo miał kolejny genialny pomysł. Tak też było przecież tym razem.
Tabliczka z napisem S. Avery znajdowała się w tym samym miejscu co zawsze - co oznaczała tylko jedno, nie wyprowadziła się jeszcze stąd. Chociaż i tak nie miała powodu, więc dlaczego miałaby to w ogóle robić? Zapukał trzy razy do drzwi na ostatnim piętrze. Kiedy czekał, aż drzwi się otworzą, skorzystał z okazji aby poprawić swój krawat, aby wyglądać jak najlepiej.
- Cześć - przywitał się ze swoją wybawczynią, która jeszcze nie miała pojęcia, że nią została - Proszę to dla Ciebie. Bukiet dali. Tak jak lubisz - wręczył jej kwiaty. Tym razem jednak nie było żadnego szklanego flakonika. Głównie dlatego, że za swój poprzedni taki wybryk dostał solidny opieprz od Anne. I to tylko dlatego, że za późno powiedział do kogo ten flakon trafił.
Wszedł do środka i zgodnie z tym co miał w zwyczaju robić w jej mieszkaniu - udał się na kanapę w salonie. Każde wejścia Stanleya wyglądało prawie tak jakby przychodził tutaj na jakąś terapię. Pukał do drzwi, witał się z właścicielką, przekazywał jej kwiaty (o ile takie aktualnie miał), wchodził do środka i zajmował miejsce na kanapie. A Stella siadała albo obok niego albo na fotelu naprzeciwko i zamieniała się w słuch.
- Mam do Ciebie prośbę - zaczął z lekkim zawahaniem - Tylko Ty jesteś w stanie mi pomóc. Potrzebuję znaleźć prezent dla Anne - rozpoczął tłumaczenie swojej dzisiejszej wizyty. I to nie tak, że na Pokątnej pojawiał się tylko wtedy kiedy coś chciał albo potrzebował. Potrafił też przyjść bez większego celu albo pod wpływem alkoholu. Teraz jednak miał bardzo jasny cel, który zaliczał się jednak do tej pierwszej grupy - Pomyślałem, że sprezentuję jej jakiś obraz. I tutaj pojawiasz się Ty, cała na biało… - oznajmił, a następnie przyjrzał się jej aby wybadać reakcję. Nie chodziło mu przecież, że ma dosłownie być ubrana na biało, a raczej, że teraz jest moment w którym musi go uratować. Ponownie…
"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina
"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972