To nie miało tak wyglądać. To absolutnie nie miało tak wyglądać. Przyjechał do Londynu, by nauczyć się więcej o magii leczniczej. Tak, udało mu się odnaleźć profesora, który daje mu prywatne lekcje. Tak, udało mu się dostać własny gabinet do praktyki własnej. Ale gdyby tylko mógł, z całym szacunkiem i wdzięcznością podziękowałby za tą szansę i zwiał do domu. Chciał być lekarzem. Lekarzem ludzi potrzebujących. Nie magicznych nazistów!
Gdy przyjechał do Wielkiej Brytanii, nastroje związane z czystością krwi były bardzo podbuzowane. Gdyby tylko wcześniej wiedział o sytuacji politycznej, nie opuszczałby domu za nic w świecie. Teraz jednak nie tylko znajdował się w najniebezpieczniejszym miejscu, ale i był podnóżkiem Adolfa... to znaczy Voldemorta. Mówią, że wrogów trzymać blisko. Ale Ezechiel bardzo dziękował za takie rady i wolał siedzieć w swojej norze.
Jego gabinet był całkiem przestronny i posiadał spore zaplecze medycznych przyrządów oraz składników eliksirów. Gdy nie miał lekcji, ani nie odbywały się żadne ciekawe seminaria dla uzdrowicieli, siedział tutaj i warzył przydatne mikstury.
Wtem jakiś rozległ się na korytarzu. Zapewne kolejny "pacjent". Ezechiel zapiął guziki swojej białej szaty i ubrał rękawiczki. Cóż tym razem miał dla niego los.