Końcówka kwietnia zaskakiwała naprawdę wyjątkową pogodą jak na ten moment roku. Gerry wybrała się na polowanie, w końcu potwory same się nie zabiją, a ona nie zamierzała gnić w domu, kiedy słońce aż prosiło o to, aby wyjść na świeże powietrze.
Wposażona w kuszę przemierzała jeden z lasów Walii. Gnała przed siebie, bo wydawało jej się, że dostrzegła pięknego hipogryfa, a to był ten czas w roku, gdy samice składały jaja. Jaja hipogryfów były naprawdę bardzo interesującym towarem dla większości czarodziejów. Yaxley wydawało się, że mogłaby na nich sporo zarobić. Także bez zastanowienia biegła przed siebie, żeby znaleźć gniazdo hipogryfów.
Jako, że tym razem miała mniej szczęścia niż rozumu wybiegła poza obszar lasu. Nie do końca wiedziała, gdzie jest. Dostrzegła jednak ruch w oddali, więc nadal - bez zastanowienia pędziła w tamtą stronę.
Pędziła to chyba jednak zbyt wielkie słowo na określenie tego, co robiła. Gdyż kiedy próbowała podnieść nogi - utknęła. Musiała wejść na teren chroniony i oberwać jakimiś zabezpieczeniami. - KURWA JEGO MAĆ. - Soczyście przeklnęła, zresztą popisała się elokwencją, jak zawsze.
Humor jej się trochę popsuł, gdyż po hipogryfie nie było już śladu, a ona sama nie mogła się ruszyć. Próbowała nawet rzucić jakieś zaklęcie, które pomogłoby jej rozproszyć pułapkę - niestety nie udało jej się to. Nie zamierzała tu kwitnąć do usranej śmierci, jednak nie miała pojęcia, jak się stąd wydostać. Teleportacja również nie działała, czuła, że znalazła się w czarnej dupie.