Umówili się przed wejściem do budynku, gdzie miała się odbyć wykupiona przez niego lekcja gotowania. Młody Rookwood zjawił się tam pół godziny wcześniej. Zrobił to trochę dlatego, że nie chciał się spóźnić i nie chciał, by Danielle na niego czekała a trochę dlatego, że nie potrafił oszukać własnej natury. Ale stojąc, czuł się szalenie niewłaściwie. Sam nie do końca był pewien, co właściwie powodowało szalejącą w jego umyśle gonitwę myśli, ale nijak nie potrafił jej opanować. I nie chodziło tylko o to, że chciał dobrze wypaść przed swoją towarzyszką.
Może jednak powinien nałożyć ten krawat. Trudno, najwyżej wpadłby mu do sosu pomidorowego albo do ciasta na makaron. Albo może w ogóle powinien zrezygnować z garnituru, bo gdy obserwował wchodzące do środka pary, nikt nie wyglądał nawet w połowie tak elegancko jak on (chociaż tego popołudnia, przez ten nieszczęsny brak krawata wcale nie wydawało mu się, by wyglądał elegancko). Większość kobiet miała na sobie letnie sukienki a mężczyźni preferowali zwykle jeansy (niektórzy nawet krótkie, bo lato było tego roku dość ciepłe) i t-shirty.
Zacisnął usta w cienką linię, zdając sobie sprawę z jeszcze jednej rzeczy: powinien coś przynieść Danielle. Ale, chociaż biedził się nad tym przez ostatnie kilka godzin, nie potrafił wymyśleć, co właściwie miałby jej podarować. Co dawało się drugiej osobie przy takiej okazji? Kwiaty odpadały. Coś do jedzenia? Przecież szli na lekcję gotowania. To nie miało sensu. Fartuch? Tu, nawet nieskora do elastyczności natura Ulyssesa zżymała się na myśl o przynoszeniu kobiecie fartucha (brakowało, by do kompletu miał jej jeszcze tylko podarować miotłę albo proszek do prania).
Stanowczo nie powinien rezygnować z krawatu. Mając go na sobie, nie myślał przynajmniej o tym, jak idiotycznie bez niego wyglądał…