• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Dolina Godryka v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6
1972, Wiosna - 2 maja / Rachunek Sumienia - Pobudka, śpiochy

1972, Wiosna - 2 maja / Rachunek Sumienia - Pobudka, śpiochy
Czarodziejska legenda
Wilderness is not a luxury but a necessity of the human spirit.
wiek
sława
—
krew
—
genetyka
—
zawód
Czarodzieje dążą do zatarcia granicy pomiędzy jaźnią i resztą natury, wchodząc tym samym na wyższe poziomy świadomości. Część z nich korzysta do tego z grzybów, a część przeżywa głębokie poczucie spokoju i połączenia podczas religijnych obrzędów i rytuałów. Ostatecznie jednak ciężko opisać najgłębsze wewnętrzne doświadczenia i uznaje się, że każdy z czarodziejów odczuwa je na swój sposób. Zjawisko to nazywane jest eutierrią.

Eutierria
#1
24.06.2023, 02:59  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.12.2025, 22:45 przez Baba Jaga.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Florence Bulstrode - osiągnięcie Badacz Tajemnic
Rozliczono - Victoria Lestrange - osiągnięcie Życie to przygody lub pustka
Rachunek sumienia
Wątek IV budzi się do życia

Nim ktokolwiek z was otworzył oczy, poczuliście olbrzymi ból. W życiu ludzi rzadko zdarzają się sytuacje, w których cieszymy się z bólu, ale wasz przypadek był jednym z nich. Skoro was bolało, to znaczyło, że żyliście! Żyliście i musieliście mieć się dobrze, bo oddychaliście o własnych siłach, czuliście jak pościel polowego łóżka drapie was w plecy, do waszych nosów docierał zapach kojarzący wam się ze szpitalem, ale też... zapach lasu. Słyszeć zaczęliście dopiero po chwili. Najpierw wydawało wam się, że słyszycie szum, a później ten szum przerodził się w głosy, wiele głosów.

Otworzyliście oczy i nie widzieliście nic. Nawet po zamruganiu kilka razy, po przetarciu ich ręką, po panicznym, werbalnym upewnieniu się, że ktoś inny też tu jest (a leżeliście w czwórkę obok siebie, łóżko w łóżko, z krążącą w pobliżu pielęgniarką) i wokół was wcale nie panuje bezkresna ciemność, wy wciąż... nie widzieliście. Ale to nie był wyrok. Wasz wzrok wracał powoli, bardzo powoli i bardzo niewygodnie, bo kawałkami. Mogliście w ten sposób przekonać się, jak łatwo przeoczyć to, że macie okrojone pole widzenia. Kiedy jakaś parta wzroku wracała, przeżywaliście szok za szokiem, że obszar widzenia powiększał się i powiększał, bo wydawało wam się wcześniej, że osiągnęliście już limit. Mogliście dzielić się tymi doświadczeniami między sobą, ale nie wstając z łóżek, bo poruszanie się sprawiało wam jeszcze problemy. Cała wasza trójk-

No tak, zapomniałam o tym wspomnieć, ale chociaż łóżka były cztery, w tych perypetiach nie towarzyszył wam Atreus. Bulstrode nie obudził się od rana, chociaż wy ocknęliście się około dziesiątej, a zbliżała się już siedemnasta. Urocza kobieta, która dbała o pacjentów w tej części polowego szpitala, co jakiś czas pochylała się nad nim, sprawdzała mu tętno, reakcję gałki ocznej na światło i próbowała was uspokajać. Mówiła, że z waszym przyjacielem na pewno wszystko będzie w porządku, przecież was też spisywano tutaj na straty, odkąd doniesiono tu wasze chciała z Polany Ognisk, a wy obudziliście się jak gdyby nigdy nic. Niestety, chociaż nim znikała za kotarką oddzielającą was od innych pacjentów, bardzo starała się sprawiać pozory pewnej swoich słów, Mavelle usłyszała gdzieś z oddali, jak rozmawia o przypadku Atreusa z kimś innym niż uzdrowiciel. O ile jej słuch nie mylił (a szczerze mówiąc - nietrudno o to, na tym etapie we wszystko mogliście powątpiewać) był to chyba sam arcykapłan. Potwierdzeniem tego, że nie były to majaki, było pojawienie się kaznodziei w waszej części namiotu. Macmillan pochylił się nad Atreusem, wykonał kilka dziwnych ruchów, nie witając się z wami wcale i całkowicie skupiony zawołał na miejsce swoją córkę.

- Zorganizuj transport, Gennie.

Mąż Isobell nie był człowiekiem rozmownym i wcale nie chciał udzielić wam informacji dotyczących tego, co właściwie stało się z Atreusem... a może po prostu tego nie wiedział? Poinformowano was tylko, że nie była to wcale sprawa dla uzdrowiciela, a dla doświadczonego spirytysty, ale w jaki sposób tenże spirytysta miałby go ocucić, pozostawało wielką zagadką, niewypowiedzianą nawet wtedy, kiedy zabierano stąd wpierw Bulstrode'a, późnej jego łóżko.

Zostaliście tutaj w trójkę aż do wieczora, kiedy mogliście wreszcie stanąć na nogi o własnych siłach, ale z tego miejsca musieli odebrać was bliscy. Nie mogliście wrócić do domu teleportując się lub za pomocą sieci fiuu - jeżeli nikt was stąd nie odbierze, poczekajcie na pojawienie się Błędnego Rycerza.

Rozgrywkę możecie rozpocząć od dowolnego momentu tej historii. Mistrz Gry nie będzie jej z wami kontynuował. Zaproście do niej kogo tylko chcecie. @Victoria Lestrange @Mavelle Bones @Patrick Steward
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#2
25.06.2023, 22:53  ✶  
Nie była pewna jak długo tak leżała. Ten ból… rozrywał wręcz wewnętrznie. Ani nie wiedziała jak długo wdycha zapach medykamentów, albo lasu – czy to jej się mieszało? Raz jedno, raz drugie, jakby do mózgu nie docierało gdzie właściwie jest? Nim zaczęła słyszeć głosy… też nie wiedziała ile czasu minęło. Nim zaczęła rozróżniać słowa, a poszczególne głosy przestały się zlepiać w jedną szumiącą masę. Wydawało jej się, że otworzyła oczy ale… nic nie widziała, znaczy więc, że wcale ich nie otwarła?
  Mówiono o niej. O nich – całej czwórce. Mówili o nich tak, jakby cudem było, że w ogóle tutaj są, że oddychają. Mówili, że to pewnie tylko kwestia czasu nim odejdą, tacy byli zimni, że są już na granicy życia i śmierci, a Victoria… Victoria tak bardzo chciała otworzyć usta i powiedzieć, że przecież jest tutaj! Że żyje! Że ma się dobrze. Poruszyła ustami, wydobył się z nich cichy jęk kogoś, kto chce powiedzieć, że żyje.
  Ktoś wtedy zauważył, że leżała z otwartymi oczami i wtedy zaczęło się poruszenie.

***

  Wzrok wracał… powoli. Tak jak wszystkie zmysły. Tak jak zaczynało do Lestrange docierać co się w ogóle dzieje. Był dzień po Beltane, Śmierciożercy dopięli swego, były ofiary – śmiertelne. A oni, ich czwórka, byli tutaj w szpitalu polowym i wszyscy myśleli, że ich też stracą. A stało się coś zupełnie odwrotnego. Co chwilę ktoś się obok nich kręcił, oglądał, coś sprawdzał, a wszystko, co Victoria potrafiła o tym pomyśleć to to, że jest jej tak cholernie zimno. I że tak cholernie bolało. Czy to było właśnie umieranie? Czy to samo czuł Sauriel, kiedy rodzina sprezentowała go wampirowi, bo chciał żyć po swojemu? On umarł, a ona…? Oni wszyscy? Mavelle, Patrick – byli tutaj też i również zaczynali kontaktować, tyle rozumiała z rozmów medyków. Był tutaj też Atreus – ale on… z nim było gorzej. Czy nie powinna go zatrzymywać? Tam, wtedy… bo ostatnie co pamiętała to to, że złapała go za rękę, a on powiedział, że…
  Że… co powiedział? I na tym teraz się skupiła. Na przypomnieniu sobie tyłu rzeczy, ile mogła. I z ulgą przyjmowała, że jednak widzi coraz więcej, coraz lepiej.
  To jednak, co sobie przypominała, wcale nie napawało ją spokojem.
  - Przepraszam – rzuciła w którymś momencie w eter, kiedy akurat dano im w końcu chwilę spokoju, bo wszystko wskazywało na to, że naprawdę żyli i nie był to żaden miraż, i że jednak żadne z nich nie wybiera się na… tamten świat. Już tam przecież byli. I wrócili. - Przepraszam, to moja wina – dodała po chwili.
  Miała wyrzuty sumienia. Gdyby nie to, co się stało, gdyby nie to, co jej się wydawało, ubzdurało, jakkolwiek to nazwać… to nie weszliby w ten ogień.
  Nie skończyliby… tak.
  Bo czy ich obecność tam cokolwiek zmieniła? Voldemort i tak dostał to, co chciał. Chociaż może… Limbo przetrwało dlatego, że tam byli? Limbo. Nie wiedziała tego wcześniej, ale takie słowo krążyło z ust do ust tutaj, w tym lazarecie i miało tak strasznie wiele sensu.
broom broom
Throw me to the wolves and
I'll return leading the pack
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Mavelle Bones
#3
26.06.2023, 22:56  ✶  
Zawieszenie w przestrzeni i czasie.
  Ostatnim, co zapamiętała, była ciemność. I ciemność nadal trwała – została w niej zawieszona, wraz z bólem targającym ciało. Zdawało to trwać całą wieczność; a w tym wszystkim narastała jeszcze panika, szarpiąca wręcz za trzewia. Bolało ciało, nie była w stanie się ruszyć, do tego wszechobecna ciemność, zimno, niepewność jutra. To już będzie tak zawsze? Przeżyła, by pozostać w świecie ciemności, gdzie za przewodnika mógł służyć jedynie słuch i węch…?
  Węch. To trochę ułatwiało. Pomagało w zorientowaniu się, że niebyt nie był takim znowu niebytem, a drapiąca pościel to nie złudzenie. Medykamenty i las, inne osoby... las. To musiało oznaczać, że nadal znajdowali się w miejscu feralnego Beltane bądź w pobliżu.
  Zresztą, czy to miało takie znaczenie? Żyli. Cała trójka, nie, czwórka, choć ten dureń Bulstrode jakoś się nie budził. Dureń – dlaczego nie posłuchał, gdy kazała mu się wynosić? Dlaczego szedł dalej i dalej…? Och, zapewne – gdyby tylko mogła – nawrzucałaby mu teraz ile wlezie. Ale była wydrenowana ze wszelkich sił, a i sam auror jakiś takiś… mało komunikatywny.

Zaczynała mieć wszystkiego dość. Leżenia, własnej niemocy, niepewności. Czy wzrok całkiem powróci? Coś już widziała, ale nie dość, by uznać to za pełną sprawność. Nie dość, by wiedzieć, że będzie w stanie wrócić do pracy. Czy myślała o niej nawet i teraz, leżąc w polowym szpitalu?
  Cóż, wyglądało na to, że tak, przynajmniej w tych przebłyskach, kiedy nie osuwała się ponownie w bezkresną ciemność.
  Bo przecież cały ten burdel należało posprzątać. Należało złapać trop, pochwycić winnych – nawet jeśli było oczywistym, iż zdecydowanie wykracza to poza proste „szukaj” (och, naprawdę, ileż by za to dała, gdyby dało się w dokładnie ten sposób rozprawić z całą tą cholerną śmierdziosiewną szajkę) – doprowadzić przed oblicze sprawiedliwości. Chociaż… ta potrafiła być nieprzyzwoicie ślepa; wewnętrzna wilczyca obnażała zęby, wydając własne wyroki.
  Tak. Nie Wizengamot, a rozdarcie tętnicy. Nie rozprawy, a zajadła pogoń.
  Ale pragnienia pozostawały pragnieniami. Ich urzeczywistnienie – całkiem inna bajka, nawet jeśli mogła się odgrażać raz za razem, że zrobi to lub tamto.
  Pragnienia mieszały się ze wspomnieniami. Z głosami. Jawa splatała się ze światem snów; aż chwilami nie była pewna, czy faktycznie rejestruje rzeczywistość czy też może utknęła pomiędzy wytworami własnego umysłu.
  Miała dość. Tych wszystkich kręcących się ludzi, szeptów, bólu. Chciała tylko…
  … zwinąć się w kłębek, zniknąć, rozpłynąć się. Zawiodła. Zawiedli. Niby zniszczyli ten cholerny kamień, ale koniec końców – zrobił, co chciał. Osiągnął swój cel.
  Zawiedli.
  Jeśli spróbować przełożyć na rysunek wszystkie odczucia Mavelle, to idealnym ich przedstawieniem byłaby sinusoida. Bo w jednej chwili się wściekała w głębi ducha, w kolejnej pogrążała się w poczuciu beznadziei i marazmu, w jeszcze kolejnej… och, długo wymieniać. Jedno było pewne: naprawdę miała dość.
  I coraz bardziej chciała się stąd wynieść, nawet jeśli oczywistym było, iż najlepsze, co mogła zrobić, to jeszcze leżeć. Leżeć, odzyskiwać siły i… próbować słuchać, wyłapywać słowa spośród morza głosów. Albo po prostu odpocząć – choć to miejsce do tego się nie nadawało. Potrzebowała własnego łóżka i najlepiej jeszcze okładu z psa. Bo dlaczego by nie?
  Nie od razu odpowiedziała, gdy wyłapała przeprosiny Victorii. Kolejna fala złości – Lestrange nie powinna była za to przepraszać. Jedynym winnym był tutaj ten… ten… !!!!!
  - Nie przepraszaj – odezwała się cicho. Nie było potrzeby podnosić głosu; znajdowali się wszak blisko siebie, to raz, dwa… skoro sama słyszała rozmowy innych, to w drugą stronę też musiało to działać – To nie jest twoja wina, tylko... – kichnęła. Co, do cholery? - To jest wina... – znowu nic – Co za…! – zacisnęła dłonie, biorąc gwałtowniejszy wdech. Chyba śniła. Musiała śnić.
  Tyle że to nie był sen.
  - Zrobiłabym to jeszcze raz – dodała w końcu, po kolejnej chwili.
Obserwator
Nie możesz winić lustra za to, że odbicie ci się nie podoba.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Patrick ma ciemne włosy i ciemne oczy. Najczęściej na jego twarzy gości trzydniowy zarost. Jest wysoki, ale nie przesadnie (ok. 185 cm), raczej wysportowany. To ten typ, który rzadko można zobaczyć w garniturze, bo woli ubrania wygodne, które nie krępują jego ruchów. A poza tym garnitury wyróżniają się w tłumie a on lubi się z nim stapiać. Dużo się rusza. Chociaż w towarzystwie potrafi sporo mówić i często żartować, zdaje się, że równie dobrze odnajduje się w swoim własnym towarzystwie. Często można go zobaczyć szkicującego coś namiętnie. Wieczorami można go czasem spotkać w barach. Zawsze wtedy siedzi gdzieś w rogu.

Patrick Steward
#4
29.06.2023, 02:49  ✶  
Patrick nie ucieszył się z bólu. Może wynikało to z nieświadomości, z tego, że dla niego – tak naprawdę – zmęczenie wcale nie minęło, zmieniła się tylko pozycja, w której przebywał. Zmienił się też czas, ale o tym, że się zmienił, w pierwszych kilku sekundach wcale nie wiedział. Zamrugał powiekami, kompletnie nie rozumiejąc co się z nim działo i dlaczego.
Wspomnienia wracały falami a on czuł się trochę jak wyrzucony na brzeg rozbitek. Stragany na Beltane. Longbottom goniący razem z nim za stworzonym z atramentu stworem. Atakujący ich Żywiołak. Spotkanie z dziewczyną o włosach jak zachód słońca. Ściana dymu i ognia. Sporo zdziwienia, gdy Erik perorował nad wygranymi u goblina czerwonymi majtkami (jakby Patrick kiedykolwiek planował je założyć). Upadający Śmierciożercy. Euforia, gdy udało mu się zarzucić wianek na pal. Wstajacy Śmierciożercy. Ogień. Wyczarowany przez niego Patronus, który rozproszył przekleństwo ciążące na żywiołaku. Zalewająca płuca woda, gdy wbiegli do portalu. Szepty. Limbo. Voldemort czerpiący z mocy ognisk. Cudze wspomnienia. Sylwetka ojca Patricka (na jej wspomnienia nawet teraz poczuł żal i irytację). Szeptucha mówiąca o młotku. Naprawdę zniszczył ten kamień młotkiem?
Steward starał się poruszyć głową. Myśli nie do końca składały mu się w logiczną całość. Nie wiedział czemu byli w namiocie, czemu leżeli na łóżkach, czemu niby mieli umierać? Nie znał się ani na limbo, ani na duchach. Nigdy do tej pory wiedza o świecie ezoterycznym nie była mu potrzebna a teraz, powoli zaczęło do niego docierać, że chyba jednak miał bardzo poważne braki.
Mnóstwo braków, bo nic nie pamiętał. Niczego nie rozumiał. Czemu nie widział? Nie słyszał? Chciał unieść rękę. Potrzeć palcami wewnętrzne kąciki oczu. Wstać. Podnieść się. Nie powinien leżeć. Teraz nie było czasu na leżenie.
Zamrugał. Raz. Drugi. Trzeci. Czwarty. Piąty. Dziesiąty. Dwudziesty.
Dlaczego cud? Przecież nic im się nie stało. Czemu z Atreusem miałoby nie być w porządku? Przecież przybiegł, gdy zagrożenie już właściwie minęło. Nawet nie zadrasnęło ich jedno zaklęcie. Przecież wybrali życie.
Zmysły wracały powoli a wraz z nimi wyostrzał się umysł Stewarda.
Odwrócił głowę w stronę kobiet, gdy usłyszał, że są przytomne.
- Co my tutaj robimy? – wychrypiał, posyłając im pytające spojrzenie. A potem jakby dotarło do niego o czym rozmawiały, bo dodał. – Ktoś musiał go powstrzymać. Przynajmniej tego przeklętego kamienia już nie ma.
I jakby wspomnienie kamienia, słowne wspomnienie artefaktu z kosmosu, przeklętego przedmiotu, który ogniskował moc ognisk Beltane i zasilił Voldemorta, to jakby sprawiło, że spróbował podnieść się gwałtownie i usiąść. Nie mógł leżeć. Nie mógł czekać nie wiadomo na co. Musiał napisać list do Albusa. Dyrektor powinien wiedzieć co się wydarzyło ostatniej nocy…
- Potrzebuję pióra. I papieru. I sowy – rzucił w eter, jakby mając nadzieję, że wszystkie trzy pojawią się przed nim. Musiał napisać do Dumbledore’a, to było dużo ważniejsze, niż jego fizyczne samopoczucie.
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#5
29.06.2023, 19:09  ✶  

Byli żywi, czy martwi? Co im się przytrafiło, skoro ich ciała były tutaj cały czas – a przynajmniej tak wynikało z rozmów, że znaleźli ich nieprzytomnych przy ogniu, że Atreus wszedł w ogień i padł nagle, równie bez przytomności. I kiedy dodawało się dwa do dwóch, wynikało jasno, że ten „portal” przeniósł jedynie ich świadomość. Albo… może to nie była świadomość. Może to była… dusza? To coś, czym żywili się dementorzy? Cokolwiek to było – zdarzyło się naprawdę, bo choć wrócili do swoich ciał, to… Najwyraźniej stało się coś, co ich odmieniło. Sam pobyt tam coś im zrobił? To, że rozmawiali z duszami (echem? Cholera wie czym?) swoich zmarłych bliskich? A może to, że byli tak blisko tego krążącego wokół ognia kamienia, lub to, że przy ich obecności rozpękł się na kawałki? Nie umiała wskazać jednej przyczyny, może w ogóle źle myślała, może winne było ognisko, albo wszystko na raz… Skutek był jednak taki, że cała trójka (plus nadal nie budzący się Bulstrode) skończyła tutaj walcząc o życie. A może byli martwi i wrócili – nie potrafiła powiedzieć. Miała tylko nadzieję, że ten nienaturalny chłód przeminie.

Miała też nadzieję, że to zimno, to jedyna niespodzianka, jaką odkryją.

Trzecia nadzieja, jaką miała, to to, że ci wszyscy medycy i inne kręcące się tutaj osoby, które za każdym razem tutaj zaglądały choćby na chwilę, dadzą im w końcu święty spokój, pójdą sobie w trzy diabły i w ogóle wypuszczą ich stąd do… domu. Jakiego domu – do pracy, przecież ten powstały bałagan należało posprzątać. A sądząc po zamieszaniu jakie się tutaj działo – bo kotarki kotarkami, były tylko złudnym wrażeniem prywatności i spokoju – potrzebowali do pomocy każdych rąk. KAŻDYCH. A potencjalnie – tylko ich trójka (względnie czwórka, choć Atreus to ominął większość… zabawy) wiedziała co dokładnie się stało. Bo była pewna, że to wszystko było tak samo rzeczywiste jak twarde i niewygodne łóżko, na którym właśnie leżała. Jak drapiąca skórę pościel, którą próbowała się opatulić, by choć trochę powstrzymać drżenie ciała.

Drżenie ze zmęczenia, czy… z zimna?

Dotarły do niej ciche słowa Mavelle wypowiedziane chwilę później i w rezultacie Lestrange poruszyła się nieco niespokojnie na łóżku, mocniej zaciskając na sobie koc, jakby to miało w czymkolwiek pomóc. Nie pomogło. Czy nie była to jej wina? Trochę jednak była. Gdyby nie ta jej nagła… cholera wie co, wizja? Sen? Jawa? To nikomu nie przyszłoby do głowy włazić w ognisko – bo nikt o zdrowych zmysłach by w rytualny ogień nie właził. Nie skończyliby… tak – i nie chodziło o to, że leżeli w szpitalu polowym, bo to są wypadki przy pracy, nie byli zresztą tutaj jedyni. Chodziło o to, co się z nimi stało, co się przydarzyło.

Ale Patrick miał rację – ktoś musiał go powstrzymać. I Victoria w głębi serca to wiedziała, tylko, że teraz wypełniało ją poczucie winy. Świadomość, że gdyby nie to, co jej się ubzdurało, co wiedziała nie wiadomo skąd, to kamienia może i nikt by nie zniszczył (a czy to cokolwiek zmieniało? Tego też nikt nie wiedział), ale oni, ich czwórka, nie wyglądałaby tak. A Atreus nie walczyłby dalej o życie.

- Mavelle? – Victoria uniosła się na jednym ramieniu, by spojrzeć na łóżko ciemnowłosej, która ewidentnie nie umiała znaleźć odpowiednich słów, kilka razy zmieniając zdanie i nigdy go nie kończąc. - Coś cię boli? – w sumie to nie wiedziała w jaki sposób każde z nich to wszystko przeżywało – nie tak do końca. Ale Mavelle tak mocno zacisnęła dłonie, że Tori pomyślała po prostu, że coś sprawia jej ból.

- Pióro i papier może by się znalazło. Ale sowy ci z kieszeni nie wyczaruję – rzuciła do Patricka, ignorując jego pytanie o to, co tutaj robią. No przecież leżą. Leżą, bo większy ruch sprawiał trudność, bo nie mieli dość siły, bo nikt nie chciał ich stąd wypuścić. Bo to, bo tamto. - Po co ci to. I tak nic nie załatwisz, bo wszyscy są tutaj i próbują opanować ten burdel - dodała jeszcze, powątpiewająco patrząc na Stewarda, po czym opadła z powrotem na posłanie, głośno wypuszczając powietrze przez usta, i przetoczywszy się na plecy, by wgapić oczy w górę. W nic konkretnego. Nie chciała myśleć, a i tak to robiła. Chciała po prostu spać, nie myśleć, ale nic to nie dawało. I wydarzenia z nocy kotłowały jej się w głowie, przetykane krótkimi myślami o czymś innym, kimś innym, zastanawiając się, czy Sauriel już wie, co się tu wydarzyło, co teraz robi i czy powie jej coś w stylu, że przecież miała uważać. Chciała go zobaczyć. Jakąś… wydawało by się, jedyną stałą w jej życiu. Mimowolnie przejechała palcem po pierścionku zaręczynowym.

broom broom
Throw me to the wolves and
I'll return leading the pack
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Mavelle Bones
#6
29.06.2023, 21:45  ✶  
- … żyjemy? - mruknęła, podsuwając Patrickowi odpowiedź na jego pytanie. Bo gdyby nie odwrócili cyklu, gdyby nie uparli się, że chcą żyć – zdecydowanie nie znaleźliby się tutaj, w polowym szpitalu. Tylko w worku czy po prostu gdzieś na boku, czekając, aż ktoś się nimi zainteresuje i odda ziemi bądź ogniowi.
  Mruknęła coś bliżej nieokreślonego pod nosem. Tych jebanych kamieni było więcej niż jeden. I jeśli każdy miał taką moc, a nie tylko ten jeden, jedyny… ten skradziony był największy. Co nie znaczyło, że pozostałe nie potrafiły zrobić tego samego, choć może na trochę mniejszą skalę – jeśli rozmiar był wskazówką.
  Ale nie powiedziała nic. Może później, gdy przetrawi sobie parę rzeczy, gdy okoliczności – jej zdaniem – będą bardziej sprzyjać takim rozmowom. Bo szpital, w którym ciągle ktoś się kręcił w pobliżu, w którym ciągle słyszała gwar rozmów i wyłapywała ich treść, bynajmniej się w jej opinii nie nadawał do rozprawiania o szczegółach.
  Nie wiadomo, kto mógł słuchać.
  Zamknęła oczy; i tak niewiele widziała, więc uporczywe wpatrywanie się w któreś z towarzyszy broni i niedoli zdawało się przypominać dłubanie we własnej ranie. Bo nie, to nie tak, że na życzenie nagle dojrzy coś więcej, a zresztą… czuła się tak cholernie zmęczona.
  Może osunięcie się w sen nie było taką głupią opcją? Przynajmniej wtedy by nie myślała, nie roztrząsała, nie analizowała wszystkiego krok po kroku, zastanawiając się, czy przypadkiem nie mogli zrobić czegoś inaczej. I tak dalej, i tak dalej…
  … gorzej, że sen potrafił zamienić się w koszmar.
  Zagadnięta bezpośrednio, obróciła się na bok w tę stronę, z której dochodził głos Victorii. Podciągnęła wyżej koc, jakim była okryta – jakby to magicznie miało sprawić, że ten chłód, który odczuwała, ustąpi ciepłu. Płonne nadzieje…
  - Nie o to chodzi – odparła krótko, po czym zacisnęła wargi. Fala furii. Kolejna, bo coraz bardziej zaczynała rozumieć, co się tam stało, choć oczywiście nie w pełni – odkrycie rozmiarów tej klątwy dopiero miało nastąpić.
  Przypominało to macanie językiem dziury w zębie – bo to przecież nie tak, że miała po prostu odnotować „o, nie mogę o tym typie mówić” i przejść nad tym do porządku dziennego. Nie. Musiała próbować raz za razem, by co chwila odbijać się od niewidzialnej ściany. Tylko jak to przekazać i czy w ogóle…? Cóż, siedzieli w tym burdelu razem, jakkolwiek by nie patrzeć, a sam fakt zaraz wyjdzie na jaw, bo to przecież nie tak, że temat Dzbana zostanie nagle zamieciony pod dywan i przestanie istnieć.
  - Tam, pod koniec… coś się stało. Poczułam coś – zaczęła cicho, rozważając, jak dobrać słowa – I teraz chyba nie mogę… nie mogę... – gwałtowniejszy wdech, sięgnięcie dłonią do gardła. Żeby to najjjaśniejszy szlag trafił.
  - Możemy poprosić, jak ktoś przyjdzie – dodała po chwili, choć z pewnym powątpiewaniem w głosie. W istocie, burdel – czy ktokolwiek w ogóle znalazłby czas na szukanie takich rzeczy, kiedy trzeba zajmować się rannymi? Nie liczyła nawet na to, że ktoś z najbliższych wpadnie zerknąć, co i jak, świadoma, że tam naprawdę musiało być dużo do ogarnięcia.
  Ale za to liczyła, że wszyscy są cali i zdrowi. I tak rodzina Longbottomów już poniosła o jedną stratę za dużo. Przy czym jej myśli pomknęły zaraz jeszcze dalej – bliscy wszak nie ograniczali się tylko do rodziny, nieprawdaż…?
Obserwator
Nie możesz winić lustra za to, że odbicie ci się nie podoba.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Patrick ma ciemne włosy i ciemne oczy. Najczęściej na jego twarzy gości trzydniowy zarost. Jest wysoki, ale nie przesadnie (ok. 185 cm), raczej wysportowany. To ten typ, który rzadko można zobaczyć w garniturze, bo woli ubrania wygodne, które nie krępują jego ruchów. A poza tym garnitury wyróżniają się w tłumie a on lubi się z nim stapiać. Dużo się rusza. Chociaż w towarzystwie potrafi sporo mówić i często żartować, zdaje się, że równie dobrze odnajduje się w swoim własnym towarzystwie. Często można go zobaczyć szkicującego coś namiętnie. Wieczorami można go czasem spotkać w barach. Zawsze wtedy siedzi gdzieś w rogu.

Patrick Steward
#7
02.07.2023, 17:46  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.07.2023, 17:55 przez Patrick Steward.)  
Patrick zignorował odpowiedź Mavelle. Nie był w nastroju na dziwne żarty, a nie widział powodu, dla którego mieliby zginąć. Cofnęli rytuał. Zniszczył kamień. Voldemort nawet nie próbował ich atakować a jego przydupas wypuścił różdżkę z rąk. Po wszystkim, Steward pamiętał ogarniające go przejmujące zmęczenie, ale tylko tyle. Żadnego powodu do umierania.
Teraz też był zmęczony. Przemarznięty do szpiku kości, zdezorientowany i osłabiony. Zmrużył oczy. Zamrugał, gdy nieposłuszny wzrok to wyostrzał się, to tracił na ostrości. Obraz falował. Zmieniał kształty. Jak w kalejdoskop, któremu wystarczyły jedynie mrugnięcia powiek Stewarda. Jakaś część jego umysłu, nie była w stanie dać wiary uzdrowicielom mówiącym o tym, że ich stan był beznadziejny a życie było cudem. Gdyby jeszcze został zraniony lub trafiony jakimś paskudnym zaklęciem, ale bez tego…?
Nie przeszkadzał towarzyszkom w rozmowie. Zajęty był próbą dźwignięcia się z łóżka. Kręciło mu się w głowie. Czuł ogarniającą go słabość – ale zamiast dać sobie spokój, irytował się tylko na to, jak beznadziejnie kruche okazywało się jego ciało. Obrazy z kalejdoskopu przed jego oczami błyskały coraz szybciej. Nie miał czasu na to, by teraz wypoczywać. Musiał napisać list. Musiał zawiadomić Dumbledore’a. Musiał działać. Nie było czasu do stracenia. Kto wie, ile już go stracił?
Oczywiście, gdyby przyszło mu się racjonalnie zastanowić, zrozumiałby, że dyrektor pewnie już wiedział o wszystkim, co stało się tej nocy więcej od niego samego. Patrick nie był naiwny, zdawał sobie sprawę, że dyrektor miał wiele źródeł. Ale o zniszczeniu kamienia, nie mógł wiedzieć. Nie, bo wiedział o tym tylko Steward, Mavelle, Lestrange, Voldemort i jego przydupas. Chyba nawet Atreus nie zdawał sobie sprawy z tego, co się właśnie stało.
- Gdzie papier i pióro? – zapytał, rozglądając się po namiocie.  Sowę znajdzie sam. Choćby miał się stąd wyczołgać na czworakach.
Steward wbił wzrok w ziemię. Zastanawiał się, czy ma w sobie dość sił i będzie w stanie ustać na własnych nogach. Nie potrzebował ich zbyt wiele. Tylko tyle, żeby zrobić parę kroków, napisać kilka słów do dyrektora i potem znowu mógł osunąć się w nicość. Na jakąś godzinę albo dwie. Nie więcej, bo trzeba było działać i nie mniej, bo… bo chyba naprawdę potrzebował odpoczynku.
Wysunął nogi spod koca. Opuścił je na ziemię. No to najłatwiejsze było za nim, teraz tylko: na raz, na dwa, na… Ale siedział na tyłku. Oddychał ciężko i szybko, pokonany przez niewielki wysiłek fizyczny. Miał dreszcze z zimna. Świat wirował dookoła niego i potrzebował chwili, by się uspokoić.
- Czego nie możesz? – zapytał Mavelle, mając nadzieję, że pytaniem choć na chwilę oderwie umysł od własnej niemocy.
No to jeszcze raz: na raz, na dwa, na trzy, na cztery...
Patrick stanął na własnych nogach. Zrobił krok i drugi, ale nie miał czasu na cieszenie się własnym sukcesem, bo po nich zawirowało mu w głowie jeszcze mocniej niż dotyczas a w nogach poczuł okrutną słabość. Zachwiał się i poczuł, że traci równoagę. Sił miał mniej niż chciałby przyznać.
Dama z Lumos
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Kasztanowe włosy zwykle ma ciasno spięte, odsłaniając bladą, trochę piegowatą twarz. Oczy ma jasne, o uważnym spojrzeniu. Około metr sześćdziesiąt dziewięć wzrostu.

Florence Bulstrode
#8
02.07.2023, 18:16  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.07.2023, 18:28 przez Florence Bulstrode.)  
W tych godzinach, w których „Zimni” leżeli na łóżkach, już ustabilizowani, Florence starała się roztroić i pomóc tak wielu rannym, jak tylko była w stanie. Chociaż serce wyrywało się ku Atreusowi i Patrickowi, wiedziała, że nie może, nie powinna się nimi zajmować, skoro na miejscu są inni uzdrowiciele, nie mniej utalentowani od niej w takich przypadkach: byli w rękach dobrych specjalistów, a jej przywiązanie mogłoby zakłócić osąd i ostatecznie doprowadzić do katastrofy.
Rozpraszała więc rezultaty zaklęć. Nastawiała złamane kości. Leczyła poparzenia. Niewielki zapas mikstur, który zabrała ze sobą „na wszelki wypadek” topniał w zastraszającym tempie. Poprosiła dwie osoby, aby pobiegły do Sproutów i prośbą, groźbą albo przekupstwem przekonały ich do podzielenia się własnymi zasobami, ale nie miała pojęcia, czy to odniesie jakikolwiek rezultat. A wreszcie, kiedy akurat kończyła zajmować się pewnym czarodziejem, który ucierpiał w wyniku jakiegoś zaklęcia, usłyszała, że po pierwsze – trzy osoby przyniesione z polany się obudziły, po drugie – czwartą trzeba przenieść do Londynu.
Do namiotu Florence weszła po krótkiej rozmowie ze znajomą uzdrowicielką, słowa o kowencie Macmillanów odbijały się jej w głowie (kowen, na litość Munga, dlaczego jej brata chcieli zabierać tam, a nie do szpitala, musiała z całych sił zagryzać język, by nie zacząć protestować, skoro zdecydowano, że to jedyna szansa). Trochę bardziej rozczochrana niż zazwyczaj, w trochę bardziej wymiętych ubraniach, ze wszystkich sił starająca się zachować spokój…
…co spełzło szybko na niczym, bo wkroczyła do namiotu w samą porę, aby zobaczyć, jak Patrick Steward leci na spotkanie podłogi. Nie zdążyła sobie nawet uświadomić, jak bardzo cieszy się na jego widok. (Zresztą, nie uznałaby tego za nic nadzwyczajnego: przecież i bez żadnych popsutych rytuałów cieszyłaby się widząc, że jej przyjaciel, który ledwo co walczył o życie, obudził się i wygląda w miarę dobrze. W miarę.)
Florence rzuciła się ku niemu odruchowo, wyciągając ręce, by go schwytać. Ponieważ jednak była od niego sporo niższa i raczej nie należała do najsilniejszych osób, sprawiło to, że teraz chwiali się oboje, grożąc wspólnym poobijaniem się o ziemię i dobrą chwilę potrwało, nim Bulstrode wreszcie zdołała złapać równowagę.
- Co ty wyrabiasz, Patrick? – spytała, próbując popchnąć go w stronę łóżka, z którego ledwo co wstał. Zignorowała to, jak bardzo zimna była jego ręka. Miała okazję przekonać się, jak są wymarznięci, kiedy się pojawili. I nie do końca nawet rozumiała, dlaczego robiono z tego taką sensację. Noc na zewnątrz, gdy oberwało się czarami, mogła wywołać hipotermię. Teraz zaś, kiedy to nie minęło, przemknęło jej przez myśl, że chyba nie złamano ciągle jakiejś klątwy… – Nie powinieneś wstawać. Musisz leżeć jeszcze przynajmniej przez godzinę. Żadne z was nie powinno wstawać – dodała Florence, te słowa kierując już do całej trójki i obrzucając przy nich podejrzliwym spojrzeniem Victorię i Mavelle, zupełnie jakby spodziewała się, że zaraz postanowią radośnie poderwać się z łóżek i zadeklarować, że idą przeszukiwać las. Dzisiaj już jeden Brygadzista i jedna aurorka usiłowali zrobić im taki numer. Ten pierwszy zemdlał, ledwo postąpił parę kroków, tę drugą Flo zdołała powstrzymać przed otworzeniem sobie ran, kiedy w porę przewidziała jej zamiary.
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#9
02.07.2023, 18:45  ✶  

Przez moment przyglądała się Mavelle po swoim pytaniu, a kiedy dostała odpowiedź, że nie o to chodzi – zmarszczyła brwi. Jeśli nie o to chodzi to o co? Odpowiedź przyszła jednak dość szybko, a przynajmniej szybko jak na jej obecne standardy, kiedy czuła się tak ociężała, jakby taplała się w słoju ze smołą. Bardzo zimną smołą. A czas jakoś tak sobie przelatywał, nie zważając na to, że jej umysł jeszcze nie miał okazji za wszystkim nadążyć.

„Tam pod koniec…” Victoria wysiliła pamięć, cofając się wspomnieniami do wydarzeń, jakich byli świadkami. Domyślała się, że nie chodziło o samą końcówę, bo wtedy nie działo się nic – czekali na zbawienie, aż… No. Więc wcześniej. Wcześniej… Kręcący się kamień, młot nań opadający, Victoria próbująca rozproszyć zaklęcie, aż ją ręka zabolała. Odruchowo spojrzała teraz na swój nadgarstek i przejechała po nim drugą dłonią. Nic na nim nie było. I Voldemort… Który zwrócił się do Mavelle.

- Poczekaj… - Victoria zmarszczył brwi jeszcze mocniej. - Poczekaj. Voldemort. On zwrócił się do ciebie. Rzucił na ciebie zaklęcie, powiedział, ze zostawi ci pamiątkę… Myślisz, że to co stało się tam ma oddźwięk tutaj? – Lestrange ciągle miała problem, by złapać jakiś sens tego, na ile realne były tamte wydarzenia, jeśli ich ciała ciągle znajdowały się tutaj. Najwyraźniej… było to stu procentowo realne. - To o to chodzi? Czy o co innego? – Victoria nie wiedziała jak jej pomóc, bo nie wiedziała w czym jest problem. W czymś jednak ewidentnie był i Mavelle bardzo starała się to przekazać. Uniosła się nieco gwałtowniej na łóżku kiedy Mavelle złapała się za gardło i już była gotowa wołać o pomoc… kiedy ta sama przyszła.

W tym wszystkim nie zauważyła, że Patrick gramolił się na swoim łóżku i właśnie z niego spadał.

Na szczęście nie wyrżnął, bo jakaś kobieta go złapała. A sądząc po rozmowie jaka się wywiązała – znali się. Lestrange wytrzymała to podejrzliwe spojrzenie kobiety bez mrugnięcia okiem.

- Mavelle potrzebuje pomocy – powiedziała bez zawahania, bo co złego to nie ona. Nie wybierała się stąd nigdzie, nie zamierzała pisać żadnych dziwnych liścików nie wiadomo po co, ani się forsować. Po prostu to jak zachowywała się Bones… bardzo ją martwiło. I jako dowód grzecznie opadła z powrotem na swoje posłanie. To była pielęgniarka? Medyczka? Nie ważne – ktoś z personelu medycznego. W każdym razie kobieta nie musiała się martwiuć, bo Victoria miała instynkt samozachowawczy i nie zamierzała się bawić w bohaterkę, żeby po trzech krokach paść i by ktoś musiał ją zbierać, bo musi biec do lasu w sumie nie wiadomo po co. - A Patrick chciał sowę i pióro – mruknęła, po czym zorientowała się co powiedziała. - Znaczy papier i pióro. I sowę też, tylko nie wiem po co – wymamrotała. Nie kryła się nawet z tym, że uważała to za wyjątkowo dziwaczną i bzdurną zachciankę, biorąc pod uwagę w jakiej sytuacji się znaleźli.

broom broom
Throw me to the wolves and
I'll return leading the pack
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Mavelle Bones
#10
02.07.2023, 23:22  ✶  
Gest, który najwyraźniej zaalarmował Victorię nie oznaczał, że się dusiła czy coś w ten deseń. Był raczej wyrazem frustracji, manifestem chęci zdjęcia niewidzialnej obroży, która nie pozwalała mówić. Mówić i – jak się miało w przyszłości okazać – czynić cokolwiek innego. Narysować rebus? Nie. Wskazać zdjęcie, nawet nie samego Voldemorta? Nie. Napisać, przekazać Falami? Nie, nie i jeszcze raz nie.
  Klątwa była rozległa, niemniej jak na razie stykała się tylko z tym, że nagle odejmowało jej mowę. I jeszcze to nieprzyjemne uczucie w języku… szlag. Po prostu szlag. Niech no tylko jeszcze raz stanie z nim oko w oko…!
  Szczegół, że zapewne skończyłaby jako mokra plama, przy całej tej potędze Dzbana. Ale o tym nie myślała. To nie miało znaczenia. Niemalże dyszała teraz żądzą zemsty – choć trzeba jej oddać sprawiedliwość, że zemsta nie byłaby wyłącznie za jej własną krzywdę. Bo krzywd przecież było o wiele, wiele więcej, więcej niż zdawała sobie w tej chwili sprawę.
  Cóż, co się odwlecze, to nie uciecze – rozmiar ich i tak pozna; jeśli nie przebywając jeszcze w szpitalu, z podsłuchanych rozmów czy ewentualnie od gości (o ile przyjdą. Tak wiele do zrobienia, tak mało czasu…), to już po opuszczeniu tego pomieszczenia…? Tak, prędzej czy później przyjdzie jej poznać wszystko.
  - Mówić. Nie mogę mówić – wyrzuciła z siebie dość szybko, mało składnie – bo przecież, jak widać, mówiła. I nawet się te słowa generalnie kleiły, czyli nie były absolutnym, niezrozumiałym bełkotem, z którego dałoby się wyłuskać jedynie poszczególne zgłoski. Wręcz przeciwnie – wyraźne, mimo iż złożone do kupy na pierwszy rzut oka nie miały sensu. Przynajmniej w tej części, gdzie nagle urywała, ewidentnie nie mogąc się wysłowić - - O to – rzuciła, podrywając się nagle do pozycji siedzącej. Patrick wstawał. Patrick ewidentnie chciał się wynieść – co w pełni rozumiała, oczywiście, pewne informacje musiały zostać przekazane – ale też… nie byli u szczytu formy. A on się zachwiał.
  I pewnie kolejna sekunda byłaby tą, w której oboje znajdowali się na podłodze, bowiem odruchowo chciała wyskoczyć z łóżka, żeby złapać Stewarda – ale własne ciało też ją zdradziło. Świat zawirował przed oczami, zanim jeszcze zdążyła dotknąć stopami ziemi, co sprawiło, że koniec końców swego łóżka nie opuściła.
  I jakimś dziwnym trafem w dokładnie tej chwili pojawiła się uzdrowicielka. W zasadzie całe szczęście; Mav mogła odetchnąć z ulgą i z powrotem opaść na łóżko, „podziwiając” nowe walory sufitu. Prawie niczym w Wielkiej Sali!
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Eutierria (592), Florence Bulstrode (1747), Mavelle Bones (2921), Patrick Steward (2194), Victoria Lestrange (3141)


Strony (3): 1 2 3 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa