Rozliczono - Florence Bulstrode - osiągnięcie Badacz Tajemnic
Wiedział doskonale jak nikt inny (no, może poza samą Florence?), żeby nie pchać się tego dnia na Pokątną. No wiedział. I co mu z tego przyszło? Siedział oklapnięty, zmizerniały i nieszczęśliwy w kuchni Florence, poobijany i z rozciętą wargą. Nie wiem, czego ludzie nie rozumieli w "tylko nie po twarzy". Wiedzieć, dostosować się, wykonać - trzy kroki. Laurent wiedział, dostosował się. Nie wykonał. Wiedział, że musi być ostrożny, bo jakiekolwiek marsze kojarzyły mu się po prostu z zamieszkami. I czasami, wiecie, człowiek ma takie przeczucie... jakby ktoś ci szeptał prosto do uszka, żebyś tego jednak nie robił. Lub wręcz przeciwnie - żebyś właśnie to zrobił. I to teraz, zaraz, bo jutro - jutro to będzie futro, jak to zabawnie mawiali. Dostosował się do tego - specjalnie popatrzył na mapy, gdzie to ten huczny marsz właśnie się odbywał i jak dostać się do miejsca docelowego tak, żeby to gówniane wydarzenie ominąć. Ha! Gówniane... Tak, gówniane w jednej części jego duszy. Bo nie chciał problemów, nie chciał, żeby stało się coś złego, bo to upierdliwe, bo musiał nagle chodzić na palcach i liczyć na to, że się w nic nie wplącze. I nawet nie to, żeby przyciągał kłopoty. Po prostu na takich wydarzeniach kłopoty same znajdowały takich jak on. I chociaż nie lubił tego określenia, to aż chciało się tu wytknąć: chłopaczków do bicia. Więc tak, wziął na to poprawki. I niestety też nie był tka wielkim optymistą, żeby naprawdę liczyć na to, że nic się nie stanie. Ale musiał. Po prostu musiał, bo to, że marsz trwa niestety nie oznacza, że można nagle przełożyć istotne spotkanie w Ministerstwie. Bardzo istotne, bo Laurent ciągle walczył o wszystkie regulacje prawne i inne pierdoły związane ze swoim rezerwatem dopiero co w zasadzie powstałym. Więc nie, nie mógł się po prostu zaszyć w domu. Takim sposobem wykonał - z minusem. Tym, który właśnie obejmował ten "nadmierny optymizm".
Było późne popołudnie, wieczór w zasadzie. Laurent siedział przy stoliku w kuchni Florence z chudymi i bladymi dłońmi, ciągle rozedrganymi, opartymi na kubku ciepłej herbaty. Dokładnie tego potrzebował. Tego i pozbycia się bólu. Nie chciał nawet wracać do domu. Strach ciągle chodził mu po plecach, wprawiał w niepokój. Widział właśnie coś, co nie uciekało łatwo z głowy. Obraz ludzkiego zezwierzęcenia, kompletnej pierwotności w miejscu, w którym każdy chwalił się ludzkością, społeczeństwem i morałami. Dobre intencje nie miały tam znaczenia, a każdy zły ruch mógł przyczynić się do śmierci. Tak, śmierci. Okrutnej śmierci, która migotała blondynowi przed oczami i robiło mu się od tego słabo. Naprawdę sądził, że może tam umrzeć. Zadeptany pod ludzkimi kopytami. Trzymał się jak szalony brzegów, domów, murów, żeby tylko nie upaść, żeby tylko nie skończyć na bruku. Nie wstałby. Ciągle tłukło mu się po głowie, że już by więcej nie wstał.
- Dziękuję, że mnie przyjęłaś. - Odetchnął, odszukując kobietę spojrzeniem. Miał jeszcze siostrę, miał ojca, macochę. Ale, cholera, jak trwoga to do Florence. Mimo, że wcale nie była aż tyle starsza od niego, mimo tego, że w zasadzie ta różnica wieku zanikała na takim etapie, to była dla niego w sumie jak... jak matka. Traktował ją jak bardzo bliską ciotkę, z którą w sumie można konie kraść. Tylko bez kradzieży. Tak, bez kradzieży, bo to przecież niemoralne... - Wiedziałaś, że przyjdę? - Zagaił bardziej z ciekawości, albo po to, żeby w ogóle coś mówić. Już znał te paskudne sztuczki Flo (paskudne!), którymi manipulowała dzieciaczkami! Bo wiedziała, że coś się wydarzy, więc starała się albo temu zapobiec, albo szybko gotowa była leczyć skutki. Tak między żarty wkładając, rzecz jasna. Och, jakże był jej wdzięczny, że często sprawdzała, co u dzieciaków, że im pomagała... że teraz przyjęła go tutaj i gotowa była wydmuchać i wychuchać. Potrzebował tego. Pragnął tego.