Wszystko było w jak najlepszym porządku, kiedy skręciła w kolejną uliczkę - jedną z tych bocznych i kryjących swoje cuda przed wzrokiem osób, które wybierały tylko często uczęszczane ulice. Zrobiła zaledwie parę kroków, kiedy do jej nosa doszedł specyficzny zapach. Dziwny i irytujący, na czym tylko przybierał z każdym kolejnym krokiem. Im bardziej się jednak rozglądała i próbowała znaleźć jego źródło, tym bardziej zdawała się dochodzić do wniosku, że w sumie to marnuje czas. Uliczka zdawała się tak typowa, jak tylko mogła, a zapach wydawał się spaść wręcz znikąd. W końcu też zawinęła wcześniej kupionego bajgla w papierek, stwierdzając że od tego wszystkiego odechciało jej się chwilowo jeść i schowała go przewieszonej przez ramię torby, dzielnie jednak idąc dalej.
Im dłużej jednak szła, tym większe zaczynała mieć wrażenie, że coś jest nie tak. Ściany alejki zaczęły zwężać się, nieprzyjemnie przybliżając i ograniczając przestrzeń. A ludzie... No właśnie, w sumie to nie było żadnych ludzi. Jakby nagle zniknęli, za sprawą zaklęcia albo innej klątwy. Nie było nic dziwnego w tym, że istniały miejsca osamotnione, ale w magicznym Londynie ta akurat rzecz, należała do tych raczej niespotykanych. Kiedy wyciągnęła dłoń w bok, żeby oprzeć się o ścianę, początkowo miała wrażenie, że chybiła i dopiero robiąc krok w jej stronę udało jej się wreszcie trafić palcami na chłodną ścianę budynku. Budynku, który podobnie jak reszta kamieniczek zdawał się nienaturalnie wręcz wyciągać ku górze.
Poczuła ciężar w żołądku. Pewnego rodzaju strach, kiedy uświadomiła sobie, że umysł najwyraźniej płatał jej figle. Wyciągnęła krok, szybko przemierzając wąską alejkę, by skręcić w kolejną i przekonać się, że ta wyglądała dokładnie tak samo. Próbowała przypomnieć sobie, jak właściwie powinna wyglądać jej ścieżka. Bo przecież bywała tu nie raz, wycieczkami po mieście urozmaicając sobie czasem czas i jako tako pamiętając rozkład uliczek przy Pokątnej. Z każdym kolejnym zakrętem jednak miała wrażenie, jakby ktoś wpuścił ją do labiryntu i zadręczał tylko bez sensu.
W końcu też zaczęła biec, jakby to miało jej w czymś pomóc. Lekkim krokiem wpadając w kolejne zaułki i alejki, tak samo przytłaczające i nie chcące jej puścić ze swoich objęć. A w końcu... w końcu wzięła głęboki oddech.
Otworzyła szeroko oczy, wyciągając się z gęstej, lepkiej ciemności. Za plecami czuła chłód kamiennej ściany budynku o którą się opierała. Ćmiła ją głowa, a w uszach zdawało się cicho szumieć, chociaż akurat to rozwiewało się powoli, w miarę tego jak zmysły wychwytywały coraz więcej aspektów otaczającej jej rzeczywistości.