Brenna nawet w wieku lat niemal siedemnastu nie potrafiła zrozumieć logiki niektórych nauczycieli. Spędzali – jej zdaniem – jakieś pół życia, dbając o to, aby uczniowie nie wchodzili do Zakazanego Lasu. A kiedy ci uczniowie bardzo ich zdenerwowali, co robili?
Wysyłali ich do Zakazanego Lasu.
Ciekawe, czy to była jakaś dziwna, hogwarcka tradycja.
Nie to, żeby Brennie to przeszkadzało. Był piękny, wiosenny dzień, wolała spędzić go na łonie przyrody w śmiertelnie niebezpiecznej puszczy, do której i tak zakradała się od czasu do czasu, ćwiczyć absolutnie nielegalną animagię, niż na czyszczeniu jakichś starych sreber albo kociołków. Poza tym od dawna nie dostała szlabanu – w tym roku ani jednego. Z jednej strony było to zapewne mile widziane, skoro podobno powinna zachowywać się i dawać przykład, z drugiej miała wrażenie, że opiekunka Domu i wszyscy krewni patrzyli na nią podejrzliwie. Jakby oczekiwali, że skoro jest grzeczna, to knuje coś bardzo paskudnego.
Wreszcie odetchną z ulgą.
– Zbierajta tylko takie, co są o, takie duże. Tylko trzymajta się w zasięgu głosu. Żadnego wchodzenia dalej w las. Rozumita? – zakończył instrukcje gajowy. Dotyczyły zbierania ziółek, których bardzo potrzebował nauczyciel od eliksirów, a które nie rosły w szkolnych szklarniach, za to podobno całkiem obficie w Zakazanym Lesie.
– Jasne, jasne. Nie oddalać się, nie wchodzić w las, nie gonić wielkich pająków, nie próbować jeździć na jednorożcach. Srebrzyste liście, białe kwiatki, nie ruszać tych żółtych, bo mogą nam wydrzeć mózgi, i do zebrania nadają się tylko te, co mają minimum dziesięć centymetrów – wyrecytowała Brenna. Chociaż pośród instrukcji gajowego nie było ani słowa o „wielkich pająkach”, „jednorożcach” albo „wydzieraniu mózgu” (a tylko, że mogą wpływać halucynogennie). Może dlatego mężczyzna popatrzył na nią i pokręcił głową z rezygnacją.
– Oj, Longbottom, Longbottom, ty dziewucho nie zginiesz śmiercią naturalną.
– Taka tradycja rodzinna.
Kąciki ust gajowego drgnęły, a potem przeniósł spojrzenie na Kaydena.
– Dasz radę? – upewnił się. Ciężko było stwierdzić, czy pyta o spacer po Zakazanym Lesie w poszukiwaniu ziółek, czy raczej o zniesienie towarzystwa Brenny. Po sześciu latach na jednym roku Delacour mógł być pewny, że zostanie zasypany bardzo dużą ilością gadania. Inny Dom i tylko jedne wspólne zajęcia chroniły go przed tym w miarę skutecznie przez jakieś pięć lat, ale po SUMach mieli już więcej lekcji, ta naturalna bariera więc została obalona.
– Nie zjem go. Nie zjadam ludzi. Jestem pewna, że są bardzo niesmaczni. Wolę pudding. Albo kurczaka.
Gajowy znów pokręcił głową, a potem ruszył pomiędzy drzewa. Razem z nim szło dwóch nieszczęśników z trzeciego roku. Brenna i Kayden zostawali sami, bo jako starsi i teoretycznie bardziej odpowiedzialni powinni nie dać się niczemu zeżreć, nie zgubić się i nie uciec do zamku z krzykiem.
– Wiesz, jak wyglądają te zioła, o których mówił? – zapytała Brenna, spoglądając za odchodzącą grupką. Odwróciła się do Kaydena. Była wysoka jak na dziewczynę: właściwie ogólnie była wysoka, przerastała niejednego chłopca z szóstego roku. Ciemne włosy ścinała dość krótko i dziś, jak niemal zawsze, były niemożliwie rozczochrane. Patriotycznie nosiła na szyi czerwony szalik ze złotym gryfem, chociaż zawiązała go niezbyt starannie i jeden kraniec dyndał z ramienia. Zamiotła nim ziemię, kiedy pochyliła się, by podnieść z trawy koszyk. – Proszę, powiedz, że wiesz. Bo ja to właściwie nie mam pojęcia. A ostatnio na zajęciach pomyliłam diabelskie sidła z bluszczem. Jak to ja będę miała decydować, które mamy zerwać, a które wyżrą nam mózgi to no… skończymy z wyżartymi mózgami. Pewnie dużo osób powiedziałoby, że u mnie i tak nie zauważą różnicy, ale jednak ja jestem do mojego mózgu bardzo przywiązana.
![[Obrazek: qEyGuHF.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=qEyGuHF.gif)