Krew ściekała jej z głębokiej rany na przedramieniu i z wierzchu dłoni, gdzie nóż przejechał niezbyt prosto i skręcił na nadgarstek. Wszystko bolało ją niesamowicie i piekło, Victoria kilka razy syknęła z bólu, nawet klęknęła, odruchowo zasłaniając drugą ręką głowę, kiedy książki sypały się na podłogę. Ta ranna bolała zbyt mocno, by robić jakieś gwałtowne ruchy. A potem usłyszała zwierzę… Miękki skok, ciężkie opadanie ciała. Warknięcie. Potem czyjeś sapnięcie. Słyszała kotłowanie się i szamotanie ciał, uderzenie i kolejny hałas upadającego regału.
Lumos. Koniec jej różdżki zapłoną światłem, dając wizję na scenę, na kompletny bałagan, porozrzucane książki – niektóre otwarte wydawały z siebie dźwięki, te łączyły się ze sobą w kakofonii. Teraz w tym świetle Victoria zobaczyła Brennę turlającą się po ziemi. Światło różdżki dawało go tylko trochę, nie robiło się nagle jasno w otoczeniu – ale na tyle, by Lestrange zobaczyła, jak jej biała koszula nasiąkała krwią, jak ta zaczęła kapać jej na spodnie, na podłogę, na książki…
Zakręciło jej się w głowie.
Na komendę Brenny podniosła się jednak, nie dość szybko, ale jej towarzyszka złapała ją za rękę i pociągnęła. Gdyby nie to, to tę ranną przycisnęłaby do brzucha, by jak najmniej nią ruszać, ale po prostu pobiegła, dała się ciągnąć, mocno zaciskając usta, by nie wydawać z siebie dźwięków świadczących o słabości. O bólu. Rany na tej białej koszuli były bardzo widoczne – Brenna nie musiała ich dużo szukać, jasne było, że chodziło o rękę.
Musiała się zatrzymać, musiała złapać oddech. Gdy ten długi korytarz (zbyt długi…) się skończył, zakręciła i na moment nabrała powietrza ustami, a następnie zaczęła się macać po kieszeniach na spodniach. Ranna ręka tręszła jej się trochę, a może cała się trzęsła… Z nerwów. Z bólu.
- Nie ma. Nie mam. Eliksirów – na rany – zawsze nosiła ze sobą chociaż jedną fiolkę na wszelki wypadek, a teraz jej nie miała. Na szczęście miała różdżkę, a jeszcze niedawno wydawało jej się, że jej nie ma. - Jasna cholera – znowu zacisnęła usta i podniosła głowę. Niedaleko były jakieś drzwi. Nie główne wyjście, ale przejście na zaplecze… Przecież wiedziała (kto jak kto, ale ona wiedziała…) że tam znajduje się tylne wyjście z biblioteki. - Chodź za mną – rzuciła do Brenny i rzuciła się do tych drzwi, by je otworzyć. Cicho zamknęła za nimi drzwi i przeprowadziła je przez kilka pomieszczeń.
- Nie wiem co się dzieje, Brenn. Mam wrażenie, że nic tu do siebie nie pasuje, że umyka mi coś ważnego – głos jej się trząsł, a po drodze zgarnęła z wieszaka czyiś płaszcz, by zrobić sobie na szybko bardzo prowizoryczny temblak. Miała uczucie, ze gdy trzyma rękę nisko, to jest tylko gorzej. - Nie wiem co to za facet. Nie wiem… Nie wiem. Nie rozumiem, ja… – niemalże kopniakiem otworzyła kolejne drzwi i uderzyło ją nagłe jaskrawe światło, a przynajmniej jaskrawe w stosunku do półmroku i ciemności jakie panowały w bibliotece. Kobieta musiała aż zmrużyć oczy. Ale kiedy zrobiła trzy kroki uświadomiła sobie, że wcale nie jest w środku Londynu, tyko… Gdzieś… W Dolinie Godryka. Tak to przynajmniej wyglądało. Jak jedno z pól. Porośnięte wysoką kukurydzą, tak wysoką, że była chyba gdzieś jej wzrostu.
- Co jest, kurwa – już się nie ugryzła w język (tak, ta elegancka i elokwentna dama znała najwyraźniej takie nieprzystojące słowa). To było dla niej trochę za dużo. Nawet odwróciła głowę… i nie zobaczyła żadnych drzwi, przez które przeszły. Za nimi były… kolejne pola uprawne.