15.08.2023, 19:51 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.09.2023, 18:40 przez Morgana le Fay.)
adnotacja moderatora
Rozliczono - Brenna Longbottom - osiągnięcie Badacz Tajemnic II
Walentynki były najbardziej męczącym dniem pierwszego kwartału roku. Pomijając już, że wszystko tonęło w mdłym różu oraz czerwieni, to znikały jakieś granice dobrego smaku i wierzono, że miłość przezwycięży każdą przeszkodę. Anthony Borgin zupełnie nie wierzył w te brednie, podobnie zresztą, jak w miłość. Owszem był młody, popularny i przystojny, razem ze swoimi Ślizgońskimi przyjaciółmi — Atreusem oraz Louvainem, uznawali byli za jedne z lepszych partii w szkole. Nic dziwnego. Miał piętnaście lat, był dość wysoki, bo już miał ponad metr i osiemdziesiąt centymetrów, a także był przyzwoicie zbudowany. Ciemne, niesforne włosy, które przy wilgotnym powietrzu Szkocji wiły się w lekkie loczki, dodawały mu tylko uroku. Nie było dla niego żadnym zaskoczeniem otrzymanie mnóstwa kartek lub czekoladek, chociaż nadawczyń większości z nich nawet nie kojarzył z imienia. Niektóre były zdrowo pierdolnięte, naćpane chyba jakimiś eliksirami, bo nie rozumiały grzecznej odmowy. I właśnie się tak złożyło, że późnym popołudniem w dniu zakochanych, Tosiek zmykał po schodach, udając głuchego na wołanie za jego plecami. W kieszeni szaty miał paczkę czekoladek i jakieś serduszko, ale los chciał, że nie zabrał z lochu różdżki. Przeklinał pod nosem z niezadowoleniem, wierząc i łudząc się, że niewiasta z żółto-czarną spódniczką pomyliła go z jego kuzynem Stanleyem. Skręcił gwałtownie, starając się znaleźć schronienie przed niechcianym wyznaniem i wtedy właśnie wpadł na coś miłego, wysokiego i ładnie pachnącego. Podtrzymał ją instynktownie w pasie, aby nie upadła i omiótł wzrokiem twarz dziewczyny, którą okazała się Brenna Longbottom, okrzyknięta największą gadułą w szkole. Zupełnie mu to nie przeszkadzało, uważał właściwie, że była urocza — starsza od niego, dość mądra i miała ładne, długie nogi. Na widok jej oczu do głowy wpadł mu szaleńczy plan, jednak nie miał czasu, aby zapytać jego główny element o zgodę. Uśmiechnął się więc łobuzersko. - Cześć Panno Longbottom. Porywam Cię, zostań moją walentynką. - oznajmił prosto z mostu, podwijając rękawy od szaty, bo usłyszał kroki. Co za uparta baba! Złapał więc Brenne tak, aby przerzucić ją sobie przez ramię, niczym worek najsłodszych, wytrawnych ziemniaczków i pognał jeszcze kilka kroków, a potem wszedł z nią do kanciapy woźnego, a drzwi zamknęły się za nimi z trzaskiem. Odstawił ją ostrożnie, gdy magiczna świeczka zapaliła się, rzucając cienką i delikatną łunę światła, tak, że mógł dostrzec jej twarz. Nim zdążyła się odezwać, wpadając w słowotok, zakrył jej usta dłonią, a do swoich przyłożył palec, robiąc ciche "cśśś". Kroki były coraz głośniejsze, podobnie jak wołanie. Spojrzał dziewczynie w oczy, starając się przybrać niewinny, proszący wyraz. Cofnął jednocześnie dłoń, nie chcąc, aby czuła się niepewnie z nadzieją, że nie zdradzi ich kryjówki. Cóż, nie mógł oprzeć się myśli, że to była całkiem romantyczna perspektywa walentynek ze śliczną dziewczyną. - Myślisz, że poszła?- zapytał szeptem, nachylając się nieco, aby mogła go usłyszeć i próbując nie ruszyć żadną miotłą. Cóż, jeśli tu zajrzy i spotka go z Brenną, to będzie improwizował.