Budynek Ministerstwa Magii nie był obcy Laurentowi Prewettowi. Wręcz przeciwnie - swojego czasu bywał tu często. Zbyt często. Teraz raczej od przypadku, kiedy potrzeba było sprawdzić, co nowego wymyślili w przepisach, uregulować jakieś dokumenty, ewentualnie złożyć takowe z powodu różnych prac. To "od przypadku" było więc o wiele częściej, niż przeciętny obywatel to miejsce odwiedzał. Tak to niestety bywało, kiedy prowadziło się własną działalność gospodarczą, jak to ładnie nazywano w tym "slangu prawnym". Więc przychodził tutaj, czasami szamotał się z urzędnikami, ale starał się być zawsze miły, sympatyczny, uśmiechnięty. Wtedy więcej można było zrobić, a Pani Bożenka przepychała dokumenty jako pierwsze, mimo, że były ostatnie w kolejce. Wyżywanie się na ludziach, wylewanie na nich swojej frustracji, zupełnie niczego nie dawało i niczego nie zmieniało na lepsze. Szczególnie, że zazwyczaj to nie ci ludzie w tych okienkach byli odpowiedzialny za te wszystkie opóźnienia. A nawet jeśli, bo się pomylili, to przecież każdy miał prawo do pomyłek. Ludzie nie byli maszynami... a nawet maszyny miały swoje usterki, czkawki i zaczynały robić dziwne i błędne rzeczy. Coś takiego jak doskonałość było mrzonką. Więc tak - Laurent Prewett był jednym z tych ludzi, którzy nie przychodzili do Ministerstwa z nosem na kwintę.
Dzisiejszego dnia było trochę inaczej.
Gdyby nie to, że obecność jarczuka wywołaby niemałe zamieszanie w samym Ministerstwie to przyprowadziłby ten pomiot piekielny ze sobą. Tylko dlatego, żeby czuć się bezpieczniej. Siedzenie we własnym domu dawało poczucie bezpieczeństwa tylko i wyłącznie dlatego, że siedziała przy nim Florence. Wychodzenie z niego było tak samo bezpieczne, jak siedzenie w nim. Tak samo bezpieczne, jak spanie. A skoro tak, to gdzie było najlepiej? Mimo wszystko - chyba w tłumie ludzi. Tam, gdzie można krzyknąć i gdzie ktokolwiek może na cokolwiek zareagować. Laurent miał mały problem z odróżnieniem snu od jawy. Łapał się co jakiś czas na niepewnym zastanowieniu, czy to, co się wokół niego dzieje to jawa, czy może jednak już sen, z którego zapomniał się obudzić. Czy zaraz ktoś wyskoczy z tego tłumu i zacznie go gonić z nożem, a ludzie przed nim rozstąpią, będą go przepuszczać właśnie po to, żeby zablokować jego samego. Zastąpić mu drogę, żeby nie mógł uciec. Ludzie nagle stali się straszni. Jeszcze bardziej nieczuli i obcy, niż miał ich do tej pory. Ci sami, którzy mieli pomóc, mogli być zupełnie głusi i niemi na wszystko, co się działo. Uciekać, żeby tylko ratować siebie samego. Więc gdzie w końcu było bezpiecznie i gdzie miało być dobrze? Potrzebował jakiegoś powrotu do normalności. Jakiegoś ułożenia na nowo swojego mózgu, który teraz absolutnie wariował. Przekonywał siebie samego, że będzie lepiej, o wiele lepiej, kiedy tylko zgłosi wszystko do aurorów i ktoś z tych odważnych ludzi, którzy zajmowali się takimi zwariowanymi sprawami, zapewni go, że wszystko będzie dobrze. Najbardziej chciał usłyszeć, że już go złapali - i nie ma się czym przejmować. Już ten psychopatyczny morderca siedzi za kratami Azkabanu.
Mając odpowiednie nazwisko wiele drzwi było łatwiejszych do przejścia, ale niektórzy wyznawali całkowicie zdrową zasadę, że nie ma równych i równiejszych. Zazwyczaj ci, którzy nie mogli za dużo stracić przez takie wysokie ideały. Nie chciał się tutaj na nikogo powoływać ani wciskać na siłę, dlatego zwyczajnie, po ludzku, poczekał. Wyjątkowo donikąd mu się nie śpieszyło. Usiadł na krześle, smętnie wpatrując się w podłogę korytarza, blady i zmęczony samą wycieczką do tego miejsca. I chyba osoba odpowiedzialna za rejestrację osób chcących zgłosić przestępstwa po prostu zlitowała się nad nim i zaproponowała, że pani Victoria Lestrange akurat ma chwilę czasu, więc może go przyjąć. To go troszkę pobudziło, wykiełkowało jakąś małą nadzieją w sercu, że pojawiło się znajome imię i nazwisko. Został poprowadzony do pokoju, w którym Victoria rezydowała i zaanonsowany, żeby się upewnić, czy Lestrange rzeczywiście będzie miała teraz czas go przyjąć, nim wpuszczono go do środka. Podziękował ślicznie recepcjonistce, uśmiechając się do niej wdzięcznie, ale kiedy tylko kobieta wyszła uśmiech zniknął z jego twarzy. Rzadko kiedy można było odróżnić, który uśmiech Laurenta był tym całkowicie szczerym, a który tym udawanym.
- Dzień dobry. - Mogli się znać i latami, ale Laurent rzadko kiedy używał zwrotów takich jak "cześć", "hej" i tym podobnych. Jakoś nie weszły mu w nawyk. Przeszedł przez pokój i usiadł na krześle naprzeciwko biurka kobiety. - Cieszę się, że cię widzę, chociaż okoliczności są mało sprzyjające. - W końcu to była praca Victorii i zamierzał szanować jej czas w niej. Uśmiechnął się do niej krótko, ze zmęczeniem, ale i sympatią - jak najbardziej. - Przychodzę jako ofiara przestępstwa i twoja obecność napełnia mnie chociaż odrobiną nadziei, że nie weźmiesz mnie za wariata. Z tego co się orientuję, jedno już podobne zgłoszenie mieliście tego typu. - Laurent mówił ciszej niż zazwyczaj, jego oczy nie były uważne i skupione jak zawsze - podkrążone prezentowały sobą znużenie, a napięte ciało - stres.