Laurent, Anthony, Stanley
Marianne miała zimną, gliniastą skórę. Przypominała bardziej porcelanową laleczkę niż żywą kobietę. Przekazywanie jej energii nie zadziałało. To znaczy, być może zadziałało w jakiś trudny do opisania sposób, ale ani Laurent nie poczuł jego wpływu na siebie, ani nie zobaczył by cokolwiek zmieniło się w leżącej na łóżku Marianne. Dziewczyna pozostawała tak samo blada i nieruchoma, nie krwawiła – mimo że ciągle miała widoczne szramy po cięciach na rękach a oddychała tak słabo, że ledwo dało się wyczuć jej tętno. Nie zareagowała również nijak na opiekuńcze działania Anthony’ego.
Ale jeśli się wsłuchali odpowiednio mocno, mogli odnieść wrażenie, że sami oddychają w tym samym powolnym tempie co Marianne. Wszystko w tym miejscu pulsowało w rytm tego powolnego, agonalnego oddechu. I może nie trzeba było oddawać żadnej energii, może sama ją pobierała? Albo pobierało ją coś innego z jakiegoś innego powodu a Marianne pozostawała tylko jednym z elementów tej układanki?
Chociaż wyrwali się z cudzych snów i już wiedzieli kim są i co tutaj robią, nie ocknęli się na pokładzie Perły Morza. Przeciwnie, ciągle trwali w cudzym śnie. Jedyna różnica polegała na tym, że wcześniej sen próbował udawać rzeczywistość i chociaż omamił ich cudzymi wspomnieniami - coś (a może oni sami i tkwiące w nich czarodziejskie moce) próbowało ich obudzić. Teraz cudzych wspomnień niby już nie było, a jednak w jakimś stopniu nadal w nich trwali. Pozostał statek taki, jak w tamtego feralnego dnia.
Czas powoli mijał a Laurent, Anthony, Stanley – chyba już wiedzieli, co się stanie, gdy upłynie zupełnie.