• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[20.06.1972] Wielkie pranie

[20.06.1972] Wielkie pranie
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#11
10.09.2023, 12:27  ✶  

Ludzie tworzyli między sobą więzi. Łączył ich kontakt. Nawiązywali połączenie między sobą na bardzo różnych liniach, czasami nawet im samym niezrozumiałych. Nie potrzebowali nawet ich rozumieć. Wystarczyła świadomość tego, że spoglądali sobie w oczy i coś rozumieli. Że słyszeli głos, którego słuchać chcieli. Nie wszystko musiało być w ludzkim życiu skomplikowane, tak i nie wszystkie nici splatające ręce i palce były poplątane. Niektóre były całkowicie proste. Inne porwane, posplatane wielokrotnie, tworząc supły. Jeszcze inne mieszały się z kolorami pozostałych więzów i... supeł gordyjski, niby taki prosty do rozwiązania, a jednak nikt dotąd nie był w stanie go rozsupłać. A ten, kto był, w zasadzie oszukiwał. bo przecież przecięcie wcale nie było rozwiązaniem. Nawet jeśli po przecięciu możesz dwa sznurki związać z powrotem to nie będą już nigdy takie same. Tak jak cienkie nitki tak ludzie bywali delikatni. Potrafili być też twardzi i wytrzymali jak liny żeglarskie, które splatały maszty. Wszystkie te różne wiązanki wiły się wokół człowieka i sięgały do innych. To, jak dbasz o te połączenia i czy przejmujesz się ich napięciem, lekkością, tym, czy gniły, czy może obrastały mchem - to wszystko twoja sprawa. Potem sobie uzmysławiasz, że przecież sznury nie są tylko twoje - one łączą dwie istoty. Ach tak... empatia, troska o drugą osobę - nie każdy to w sobie nosił. I to nawet nie było złe, nie każdy musiał być empatyczny. Dopóki starasz się być w porządku, dopóty kontakt potrafił się utrzymywać. Albo dopóki druga strona nie chciała nagle czegoś więcej. Czegoś, czego nie mogłeś jej zapewnić.

Nić z Guinevere nie została przecięta. Był bardzo długa, ciągnąca się do samego Egiptu, więc zamiast się napinać to leżała na podłodze i ciągnęła gdzieś daleko, daleko za łąki, pola i morza. Snuła między piaskami jak kobra królewska. Teraz została lekko pociągnięta. Nadal była tak samo kolorowa i jasna. Nie wszystkie znajomości musiały być bliskie choćby z tego powodu, że potrzebujesz ludzi, przy których możesz nie myśleć o problemach, o tym, jak ciężko coś powiedzieć, a czego mówić nie chcesz. Nie zawsze trzeba obrabiać poważne tematy, martwić się tym, co będzie jutro. Potrzebujesz również ludzi, z którymi nie będziesz się wypytywać o to, co złe i co boli. Potrzebujesz osób, które będą sprawiały, że z całkowitą lekkością uniesiesz się na różowej chmurce zapominając o dniu wczorajszym.

Sięgnął po swoją biżuterię, kiedy mały nicpoń, śliczny i uroczy, został w końcu pochwycony przez kobietę i zaczął powoli wsuwać je na palce po podniesieniu się. Spoglądał przy tym raczej na samą Ginny i na właściciela wdzięcznego imienia - Brylancika. Te stworzenia były tak absolutnie pocieszne i kochane... i tak szalenie niebezpieczne w nieodpowiednich rękach. Nie to, żeby same stwarzały dla ludzi niebezpieczeństwo. Stworzyły zagrożenie dla siebie i właściciela, kiedy kradły. Nie znały pojęcia moralności - dla nich był to instynkt, zasób do schowania. Choć... wysoka samoświadomość tych zwierząt sprawiała, że to pojęcie moralności wręcz prosiło się o westchnienie. Bo Laurent nie wątpił, że niuchacz chowany w domu dobrze wiedział, że kradzież jest zła. Po prostu nie potrafił się powstrzymać. To było silniejsze od niego. Tylko czy to pojęcie dobra i zła czy już kwestia odpowiadania na reakcję właściciela i ludzi wokół? Raczej to drugie. Niuchacze były niezwykle inteligentne i sprytne. I bardzo pomocne, jeśli tylko się je rozumiało.

- Haha... obawiam się, Pani McGonagall, że próby chowania czegokolwiek przed tym stworzeniem są bezcelowe. - Niuchacze potrafiły coś wyczuć i zwędzić nawet ze świetnie strzeżonych banków, więc co tu mówić o domowych skrytkach... łatwość, z jaką potrafiły prześlizgiwać się przez wszystkie przejścia i zakamarki sprawiała, że niemal się wierzyło, że przenikają przez ściany. Wszędzie były w stanie wślizgnąć te swoje łapki. Laurent uśmiechnął się ze słodyczą, kiedy patrzył na małego złodziejaszka, który teraz potrafił wszystkie swoje skarby. Bogowie jedni wiedzieli, skąd on to wszystko miał. Nie dziwiło go, że Ginny wiedziała, jak postępować z tym stworzonkiem, skoro tutaj zapewne regularnie stwarzał problemy. - Trzyma do Pani w domu, czy sam się zakrada? - Zapytał z ciekawości, bo trzymanie niuchacza w domu to zawsze był zły pomysł i stanowczo odradzał każdemu, kto na taki pomysł wpadał. Owszem, niuchacze były kochane, słodkie, pełne miłości, ale... niestety - powodowały duże kłopoty i potrafiły narobić dużych szkód. Zdecydowanie ich miejsce nie leżało w domu. Jednak udomowione niuchacze potrafiły robić właśnie to - błyskawicznie uczyły się, gdzie są cenne rzeczy i wtedy jak już je brało na złotobranie to wpadały jak dzik w żołędzie.

- Bardzo wdzięczne imię dla niuchacza. Pasuje do takiej piękności. - Pochwalił, spoglądając na zwierzę. Laurent wyciągnął różdżkę i accio przywołał do siebie zegarek, który podkradł mu Brylancik z kieszeni.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Róża Pustyni
Wszystkie przyzwoite przepowiednie są do rymu.
wiek
32
sława
II
krew
półkrwi
genetyka
jasnowidz
zawód
uzdrowicielka w grupie archeologicznej, wróżbitka
Ginevra rzuca się w oczy. To szczupła i dość wysoka kobieta, sięgająca 177 cm. Ma owalną twarz, opaloną skórę i jasnobrązowe oczy; włosy długie do pasa, ciemnobrązowe, proste i grube. Ubiera się raczej schludnie niż byle jak. Jej usta często zdobi psotliwy uśmieszek. Mówi z akcentem, słychać, że nie jest z Anglii. Otacza ją mgiełka orientalnych perfum - klasycznej egipskiej mieszanki cytrusów, jaśminu i słodkiego ananasa.

Guinevere McGonagall
#12
10.09.2023, 14:27  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.09.2023, 14:36 przez Guinevere McGonagall.)  

Nie znali się dobrze, mało co o sobie wiedzieli – bo ile się można dowiedzieć w tak krótkim czasie… Zależy też co się robi, ale Guinevere skupiła się wtedy w lwiej części na tym, by pokazać Laurentowi Egipt, by pomóc mu się tam odnaleźć, zasmakować orientalnych rzeczy i dopilnować, by mu się nie stała krzywda. Jasne, rozmawiali, w innym wypadku nie polubiłaby go na tyle, by słać sowę po przeprowadzce do Anglii. Ale to nie była ta znajomość, w której wiesz na co stać druga osobę, nie. Tak naprawdę… To była znajomość niemalże świeża, z czystą kartą. Z tą różnicą, że nie musieli się sobie przedstawiać i nie było tego niezręcznego milczenia. Nie musiało go być, bo podstawowe informacje o sobie mieli, tak samo jak punkty zaczepienia do rozmowy. Mieli tak naprawdę różne kierunki, w których ta znajomość od tego punktu mogła się rozwinąć, bo nie była niczym blokowana, ani przysłonięta, żadna z dróg nie była zamknięta. A Guinevere nie była osobą ciężką; nie miała też problemu by znaleźć temat do rozmowy, poprowadzić jakoś dyskusję, opowiedzieć o czymś… Zrobić jakiś lekki psikus dla rozładowania napięcia. Była dość interesującą osobą, choć rzecz jasna to kwestia gustu. Na pewno miała w sobie coś, czym mogła fascynować.

Jeśli ktoś udomowił niuchacza i wychodził z nim na salony, jako z wiernym pupilkiem, to sam prosił się o kłopoty, to było oczywiste. W ogóle trzymanie takiego w domu prosiło się o kłopoty, dokładnie tak, jak myślał o tym Laurent. I Guinevere o tym wiedziała. I wszyscy domownicy tejże rezydencji na pewno również. Odgłosy, jakie dobiegały z otwartego okna, krzyk i te brzdęki, przesypywanie się czegoś – teraz wydawało się być oczywistym co to było i dlaczego. Czy Brylancik był udomowionym zwierzakiem mieszkającym z McGoinagallami? Nadanie zwierzakowi imienia sugerowało, że owszem. Ale sugestia nie zawsze była prawdą, często była tylko jakimś zakrzywieniem rzeczywistości.

– Och, wiem, wiem – starsza kobieta westchnęła. Jak na swój wiek trzymała się naprawdę nieźle, ale z drugiej strony czarodzieje byli raczej długowieczni, to i nie powinno dziwić, że kobieta w jej wieku nadal miała werwę. Ostatecznie Minerva McGonagall, profesor transmutacji z Hogwartu, była w bardzo podobnym jej wieku i również była bardzo gibka – lecz tu akurat nie można było mówić o wspólnych genach. Babcia Guinevere była żoną brata Minervy. Wżeniła się w ten ród. – I tak próbuję – a Brylancik próbował też. Zakradał się i jak zwietrzył trop… Kto wie, może nawet traktował to jako zabawę. Tylko czekał aż babcia schowa swoje skarby a potem szukał! – Kochanieńki, mamy tu nieopodal całe stadko, siedzą w norkach. Ale Brylancik przychodzi do nas regularnie – wyjaśniła mu czarownica i uśmiechnęła się ciepło do Laurenta. - Wkrada się przez okno, albo drzwiami jak nikt nie zauważy, a potem buszuje po domu – błyskotki przestały się wysypywać na spódnice Ginevry, więc ta odwróciła zwierzaka z powrotem i przytuliła go do siebie jak misia.

- No już, nic się nie stało przecież – powiedziała z czułością do niuchacza, a pani McGonagall westchnęła i różdżką pozbierała wszystkie kosztowności. No, prawie wszystkie. Bo kilka błyskotek zostawiła, zdaje się że celowo.

- Brylancik chyba po prostu nas lubi – dodała babcia i ponownie spojrzała na Laurenta. - Jeszcze raz najmocniej przepraszam. Halsey McGonagall – wyciągnęła do Laurenta pomarszczoną dłoń, by go już teraz odpowiednio przywitać. - Proszę się rozgościć, nie będę wam przeszkadzać – i z tymi słowami teleportowała się, a razem z nią wszystkie błyskotki (prawie wszystkie), które skradł niuchacz.

- Teraz już koniecznie musimy iść na spacer – stwierdziła Ginny, podnosząc się powoli z trawy. Zręcznie ręką zgarnęła kilka świecidełek, które babcia zostawiła dla Brylancika, a i samego niuchacza nadal trzymała, żeby jej nie zwiał. - Dasz mi chwilę? Odniosę kwiaty i dokończę z tym praniem…

Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#13
10.09.2023, 16:09  ✶  

W żadnym wypadku nie chciał być wścibski, tak jak nie chciał wyjść na nieuprzejmego sugerując swoim pytaniem, że kobieta popełnia błąd. Bo i zresztą nie taki był przekaz pytania - nie było żadnego ukrytego dna. Niuchacze potrafiły się wkradać do domu, a latem? W ogóle nie było to problemem ani wyzwaniem. Otwarte okna, pootwierane drzwi - obce koty potrafiły włazić do mieszkania i różne inne zwierzęta. Laurent tego nie doświadczał, ale domu Laurenta pilnował demon, którego ludzie pieszczotliwie nazywali "pies". Co prawda miał chronić przed ludźmi, nie przed niuchaczami czy kotami, ale rozumiało się samo przez się, że żadne zwierzęta nie podchodziły do jego posesji. A nawet jak podchodziły to raczej spieprzały szybciej niż się zbliżyły.

- Naprawdę? - Czyli stado niuchaczy sobie tutaj po prostu mieszkało, a Brylancik najwyraźniej szukał być może nawet więcej niż złota. Towarzystwa - ot co. Towarzystwa ludzkiego, bo przecież niuchacze potrafiły się bardzo łatwo przywiązać do człowieka. Nawet jeśli cała reszta jego rodzeństwa była dzika i ludzi wolała unikać. Przez moment aż kusiło go zapytanie, czy nie mógłby go zabrać do siebie, ale nie był nawet pewien, czy to dobry pomysł. Głównie dlatego, że jego czas był naprawdę ograniczony, a niuchacz by go wcale nie rozszerzył. Zresztą stworzenie wyglądało, jakby bardzo lubiło mieszkańców tego domu. Nawet jeśli sprawiało im problemy przy tym. - Wygląda, jakby bardzo polubił nawet bardzo wasze towarzystwo. - Tak po prostu. Błyskotki - o, to na pewno. Ale oprócz tego właśnie ich towarzystwo. Więź, o której było wspomniane, mogła dotyczyć przecież nie tylko ludzi. Tworzona między stworzeniami magicznymi i zwierzętami potrafiła rozkwitać i nabierać kolorów, aż w końcu tworzyło się coś niesamowitego. Unikalnego. Między Brylancikiem a tymi kobietami też ta nić istniała. Więc tak, zgadzał się z tym, co powiedziała kobieta. - Laurent Prewett, miło mi panią poznać. - Ujął dłoń kobiety i ucałował ją. - Dziękuję za miłe powitanie. - I oby więcej kłopotów nie było! Choć to rzeczywiście było przezabawne, to trochę kobiecie krwi napsuło, było widać. Teraz Brylancik będzie musiał bronić swoich cennych skarbów przed innymi niuchaczami, to będzie dopiero dla niego wyzwanie!

- Musi wam często sprawiać problemy. - Wspomniał, kiedy już zostali sami. - Niewiele osób wie, jak sobie z nimi skutecznie radzić. - Ze względu na to, jakie zamieszanie robiły nie cieszyły się ani popularnością, ani chęcią do tego, żeby były przygarniane do domów. Więc o tym, jak sobie z nimi radzić wiedziały osoby już po prostu znające się na rzeczy. Lub właśnie takie, które były zmuszone sobie z nimi radzić na co dzień. Tym nie mniej chyba w Egipcie nie miała z nimi problemów, więc może babcia ją nauczyła? Zamiłowanie do zwierząt było od kobiety wyczuwalne wręcz na kilometr i widoczne gołym okiem. - Oczywiście, tyle czasu, ile potrzebujesz. Zajmę się małym złodziejaszkiem. Bez obaw, poradzę sobie. - Zapewnił, wyciągając dłonie po słodkiego włamywacza do posiadłości McGonagall. Może i Guinevere pochodziła z Egiptu, może i jej uroda się wyróżniała, ale idealnie pasowała nagle do tego miejsca. Do tej zieleni, sów zamieszkujących las, koni biegających po łąkach i niuchaczy ryjących w ziemi swoje norki. Brakowało tylko jej kociej formy i dzwoneczka na szyi, kiedy siedząc na słońcu na ławce myłaby sobie łepek.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Róża Pustyni
Wszystkie przyzwoite przepowiednie są do rymu.
wiek
32
sława
II
krew
półkrwi
genetyka
jasnowidz
zawód
uzdrowicielka w grupie archeologicznej, wróżbitka
Ginevra rzuca się w oczy. To szczupła i dość wysoka kobieta, sięgająca 177 cm. Ma owalną twarz, opaloną skórę i jasnobrązowe oczy; włosy długie do pasa, ciemnobrązowe, proste i grube. Ubiera się raczej schludnie niż byle jak. Jej usta często zdobi psotliwy uśmieszek. Mówi z akcentem, słychać, że nie jest z Anglii. Otacza ją mgiełka orientalnych perfum - klasycznej egipskiej mieszanki cytrusów, jaśminu i słodkiego ananasa.

Guinevere McGonagall
#14
10.09.2023, 17:48  ✶  

Nikt tu jego pytań jako wścibskie chyba nie odebrał. Ginny była zbyt zajęta „zabawą” z niuchaczem, Halsey McGonagall z kolei wyglądała, jakby odebrała je jako zwykłą troskę i rozmowę. Nie zaś jako wtrynianie nochala w nieswoje sprawy, czy ocenianie czegoś, co znało się tylko powierzchownie. Nie doszukiwała się w słowach młodzieńca czegoś, co mogło tam się skrywać, ale jednak tego nie robiło. Zamiast tego czarownica po prostu uśmiechała się ciepło, choć było widać, że jest trochę zmęczona gonitwą za małym psotnikiem. Caaałkowicie niewinnym, tak to przynajmniej wyglądało, kiedy przytulał się do Guinevere.

– O tak – potwierdziła babcia. – W okolicy jest naprawdę sporo zwierzaków. To miejsce tętni życiem – powiedziała łagodnie i rozejrzała się wokół, jakby chciała to pokazać. Na pierwszy rzut oka mogło to tak nie wyglądać wcale. A Brylancika pewnie nikt by nie oddał Laurentowi. Może i malec był nicponiem, ale to do nich tutaj przychodził i psocił. Psocił aż miło! Tutaj nie dało się nudzić z takim koleżką, który przychodził w odwiedziny.

Pani McGonagall wydawała się być zdziwiona, gdy usłyszała nazwisko Laurenta, ale to zdziwienie zaraz przykryła uśmiechem, gdy i jej dłoń ucałował, a później faktycznie – zostali sami. W trójkę – bo z Brylancikiem.

– Jest stałym bywalcem i umilaczem czasu – przyznała Guinevere, głaszcząc plecki niuchacza. Zgadzało się, w Egipcie nie mieli takich zwierzątek, ale odkąd pod koniec kwietnia przeniosła się do Anglii, to musiała się szybko nauczyć co i jak z tymi niuchaczami. Dziadkowie wszystko jej wytłumaczyli i pokazali, a oni tutaj mieli z nimi styczność na co dzień właściwie, jak zresztą widać na załączonym obrazku. Skoro więc Brylancik cyklicznie włamywał się do domu, no to cyklicznie był goniony, a Guinevere często za nim biegała właśnie pod postacią kota – bo tak było jej łatwiej wcisnąć się w różne dziury, jak wiadomo: koty są cieczą. – Babcia mówi czasem, że ja sama jestem jak niuchacz. Może to powinno być moje zwierzę totemiczne – parsknęła ze śmiechu. Albo sroka. A nie jakiś tam wilk. No i może powinna się zamieniać w srokę, a nie sokoła, ale w Egipcie to z tymi ptakami miała styczność. – Pewnie dlatego tak dobrze się dogaduję z Brylancikiem – i nie chodziło o to, że była kleptomanką, skąd. Po prostu… Ach… Zbierała różne pierdoły, niepotrzebne bibeloty, niekoniecznie świecidełka, ale gromadziła różne śmieci. A przynajmniej śmieci dla innych osób. Miała coś zachomikowanego chyba z każdych prac archeologicznych i wykopów, na jakich pracowała. A Brylancik zakradał się czasami do jej pokoju i jej rzeczy tez próbował zwinąć – te bardziej błyszczące rzecz jasna. A nie jakieś zmurszałe kamyczki.

Z westchnięciem przekazała niuchacza w wyciągnięte ręce Laurenta i uśmiechnęła się słodko do Brylancika. Do Laurenta zresztą też. Złapała za swoją różdżkę i jednym machnięciem rozwiesiła te rzeczy, które jeszcze zostały, a później drugim odwiesiła prześcieradło, które spadło. Trzecim – wyczyściła je z trawy i Brylancikowych łapek. A następnie złapała za bukiecik i pobiegła do domu, chcąc wstawić go do wazonu, żeby jej nie zwiędnął. Kwiaty zbyt jej się podobały, to był taki miły gest… i tam natknęła się na babcię, która już zaczęła robić do niej oczy, no bo oczywiście, że już zrozumiała kim był gość, którego próbował okraść niuchacz.

– Ten kawaler to do ciebie? Gdzie ty go poznałaś?

– Do mnie. Później ci powiem – nie miała teraz ochoty na plotkowanie z babcią, zresztą czasu też nie – nie kiedy Laurent czekał na zewnątrz z niuchaczem. Dlatego zaraz do nich wróciła, obiecując babci, że powie jej więcej, ale kiedy indziej.

– No. Gotowe. Idziemy? Mam nadzieję, że ci się spodoba – świecidełka ukryła w kieszeni, tak samo, jak swoją różdżkę. Jednym zręcznym ruchem ściągnęła tasiemkę, która przytrzymywała jej włosy w upięciu i te rozwinęły się, opadając miękko na jej ramiona i plecy, zaraz się układając zgrabnie – były proste, do pasa, ładnie przycięte po bokach tak, ze nie układały się w prostą jak od linijki masę.

Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#15
10.09.2023, 18:49  ✶  

Ponieważ to stworzenie w całej swojej winie pozostawało całkowicie niewinne. Nie można mierzyć człowieka miarą ptaków tylko dlatego, że tak jak one zakładał swoje gniazdo. Tak i nie zmierzysz ptaka miarą człowieka. To samo tyczyło się wszystkich stworzeń. Ludzie zapominali, że nawet widząc słodkiego pieska pozostawał on zwierzęciem drapieżnym z natury i mógł zrobić krzywdę, jeśli nie będziesz rozumiał jego zachowań. Ginny nagle stała się prawie jak bratnia dusza - obmalowana w tę zieleń terenów wokół i tą miłość do natury, którą można było z kimś podzielić. Całe to miejsce wyglądało sielankowo, spokojnie i przytulnie. Zupełnie inaczej niż miejsca, wokół których bywał czy się wychowywał. Bliżej jego kawałka raju, który stworzył - z tym, że New Forest nie było otwarte dla wszystkich i nie można było po nim chodzić samopas ciesząc się zwierzętami. Bo owszem, biegały tam, były tam różne stworzenia, te niegroźne również. Nadal był to jednak rezerwat. Więc oto trafił do drugiego raju. Do takiego, o którym zazwyczaj mówili miastowi - że wybierają się na wczasy bardziej na wieś, żeby doświadczyć "wolnego od miasta życia". Zazwyczaj byli zawiedzeni, kiedy wracali i większość uważała, że "to nie będzie dla nich". Ale niektórym się podobało. Jeszcze inni chcieli tam zostać na dłużej.

- Ach tak? - Zapytał z uśmiechem i błyskiem w oku, kiedy odebrał maleństwo i przytulił do siebie, przesuwając palcami po gładkim, aksamitnym futrze. Był taki przyjemny w dotyku, prawie się w nim rozpływał. I rzeczywiście, jeśli ktoś miał szansę prześlizgnąć się za niuchaczem to kot! Choć i one były marnymi artystami w porównaniu do tych złodziejaszków. - Czyli lubisz zachodzić mężczyzn od tyłu i wsuwać im dłonie do kieszeni? - Zaczepił ją lekko, spodziewając się, że żart zostanie tak samo gładko przyjęty jak wszelkie poprzednie drobne słówka. Pozwoli im się toczyć, pozwolą oboje, tylko po to, żeby się lekko pobawić, pośmiać, poczarować. Śmiałość tej kobiety sprawiała, że kusiło, by zrobić parę kroczków odważniejszych. Nie była osobą, z którą trzeba było się uczyć tańczyć - ona sama do tego tańca wciągała i szybko pokazywała, że ma w sobie płomień gorącego Egiptu. I nie, nie wiedział, połączeniem jakich imion jest jej imię, historia nie była jego głównym konikiem, choć nie to, że był ignorantem. A to połączenie było tak nietypowe, że wymagałoby to jednak skupienia się na tym i rozparcelowania. Symbolika była ciekawa, ale wymagałaby przestudiowania. To było zaś trudne w ogniu rozmowy. - Więc to nie kwestia umiejętności, tylko znalezienia swojego zwierzęcia totemicznego, jeśli dobrze rozumiem aluzję? - Zaśmiał się delikatnie. Nie było to akurat tematem bardzo obcym, bo sam wspominał, że dla niego jest to pracą - zajmowanie się takimi stworzeniami. I to w zasadzie w całym przekroju. Natomiast lubić stworzenia magiczne a potrafić się nimi zająć to była bardzo duża różnica. Jeśli dobrze zrozumiał małą aluzję to rzeczywiście babcia nauczyła ją, jak sobie z tymi słodziakami radzić. Fakt, że Brylancik był ewidentnie oswojony i przyzwyczajony do tej... nie da się inaczej tego określić niż: zabawy na pewno dużo ułatwiał. - Jestem naprawdę pod wrażeniem. Widać na twojej twarzy wymalowaną miłość do stworzeń. - Ludzie lubili, kiedy się ich chwaliło, to była niezaprzeczalna prawda tego świata. Lubili być doceniani. A Laurent nie szczędził dobrych słów, bo niby dlaczego miałby to robić? Coś takiego naprawdę zasługiwało na wyróżnienie i pochwałę. Opływało ciepłem jego serce.

Poczekał na kobietę i nie nudził się wcale. Pozwolił niuchaczowi zaznajomić się z jego zapachem i powędrować po jego głowie, ramionach, pozaglądać za ubrania i połapać jego kolczyki - tylko podsuwał mu palec co rusz, żeby czasem go tych kolczyków nie pozbawił i skupił z powrotem na nim samym. Nie wiedział, jak się tutaj komunikowali z tym zwierzęciem dokładnie, bo te zazwyczaj, oswojone, reagowały na konkretne dźwięki, ton głosu, albo słowa czy gesty. Tym nie mniej niuchacz aktualnie pozostawał grzeczny. Zdawał sobie sprawę ewidentnie, że zabalował i teraz świecił swoimi czarnymi jak perełki oczkami, zgrywając wielkie niewiniątko. Jakoby co złego, to nie on! Kiwnął głową do Guinevery, ujmując go, żeby zwrócić do właścicielki.

- Niemalże czuję, jakby twoja praca minęła się z powołaniem - kolejny raz mam okazję podążać twoim krokiem po nieznanych mi terenach. - Tylko wtedy były naprawdę nieznane, a tutaj... po prostu nigdy nie był w tej konkretnej okolicy. - Wspominałaś o koniach i twoja babcia, jak mniemam?, wspomniała o niuchaczach... hodujecie tutaj zwierzęta? Czy to jakaś forma schronienia dla nich? - Bo jeśli to drugie to pożerało na pewno sporą ilość funduszy rodziny. I być może szukali patronów. A o ile Laurent miał dystans do wydawania pieniędzy i gromadził je tylko trochę mniej maniakalnie od niuchaczy to akurat zwierzęta były czymś, co na pewno chętnie by wspomógł.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Róża Pustyni
Wszystkie przyzwoite przepowiednie są do rymu.
wiek
32
sława
II
krew
półkrwi
genetyka
jasnowidz
zawód
uzdrowicielka w grupie archeologicznej, wróżbitka
Ginevra rzuca się w oczy. To szczupła i dość wysoka kobieta, sięgająca 177 cm. Ma owalną twarz, opaloną skórę i jasnobrązowe oczy; włosy długie do pasa, ciemnobrązowe, proste i grube. Ubiera się raczej schludnie niż byle jak. Jej usta często zdobi psotliwy uśmieszek. Mówi z akcentem, słychać, że nie jest z Anglii. Otacza ją mgiełka orientalnych perfum - klasycznej egipskiej mieszanki cytrusów, jaśminu i słodkiego ananasa.

Guinevere McGonagall
#16
11.09.2023, 08:48  ✶  

Ginny nie za dobrze znała się na opiece nad magicznymi stworzeniami, zawsze to co innego zaprzątało jej głowę. Nie można było jednak odmówić jej tego, że zwierzęta w jakimś stopniu studiowała, bo inaczej chyba by jej się nie udało po prostu przemienić jako animag – musiała więc trochę czasu poświęcić na obserwację i na wybranie zwierzęcia, w którego chciałaby się całe życie zmieniać. Jej wybór padł na sokoła – był wolny, a i ona chciała być wolna. Iść gdzie chce, robić co chce, i właśnie tak się stało. Był też w Egipcie, tym starożytnym, świętym ptakiem, w którego zamieniał się jeden z bogów, Horus. A i zdolności Trzeciego Oka nazywane były Okiem Horusa – tu wszystko miało znaczenie w symbolizmie, całe jej życie, odkąd nauczyła się chodzić, mówić i dostrzegać różne rzeczy. Drugim wyborem był kot – równie piękny, równie niezależny, milutki… i kolejne zwierzę czczone przez starożytnych. Kolejny symbol. Ale to były godziny obserwacji i godziny rysunków, kiedy Guinevere rysowała różne zwierzęta w różnych pozycjach i otoczeniu – i te magiczne również. Nie umiałaby się pewnie zająć takimi niuchaczami, wiedzieć czym dokładnie karmić, kiedy pielęgnować i tak dalej. Ale z przyczyn koniecznych musiała szybko przyswoić jak je łapać i jak sprawić by oddały co ukradły, nie czyniąc im przy tym żadnej krzywdy, bo tego absolutnie nie chciała. Jej dziadkowie się na tym znali, a półtorej miesiąca w Anglii wystarczyło, żeby pojąć chociaż to. I nawiązać jakąś więź z przyjaznym, chociaż wciąż dzikim, zwierzęciem.

- Może… – stwierdziła w odpowiedzi na zaczepkę Laurenta. - Pod warunkiem, że mają coś ciekawego do zaoferowania – nie pomylił się, zostało to gładko przyjęte i równie gładko odparowane. I wcale nie tak jednoznacznie, nie dała się złapać na tę sugestię, że każdemu mężczyźnie wsadziłaby rękę do kieszeni… albo jeszcze gdzieś indziej. Bo nie każdemu. Nie żyła w celibacie, żadne takie, ale szanowała się i nie zwiedzała różnych sypialni. Ot… jak się złożyło, tak się złożyło, ale raczej nie była z gatunku tych kobiet, które szukają przygód, zwłaszcza tych chwilowych. - O tak. No spójrz tylko. On zbiera świecidełka, ja zbieram… może nie klejnociki, ale mnóstwo pamiątek z różnych miejsc. Żebyś ty wiedział ile mam kamyków z różnych wykopalisk tylko dlatego, że akurat potrzebowali opinii eksperta i przyjechałam na tydzień albo dwa zobaczyć co i jak – więc nie chodziło o wsadzanie łap w męskie spodnie, a o zbieractwo. Tak czy siak – wydawało jej się, że Laurent dobrze zrozumiał jej aluzję, a ona jego: że słabo się znała na zajmowaniu się zwierzętami i chodziło tutaj o zupełnie coś innego.

Uśmiechnęła się do Laurenta w odpowiedzi; tak miała w sobie miłość do stworzeń. Ale nie odpowiedziała w tej chwili, zamierzała myśl rozwinąć gdy już będą w drodze.

Przyjęła niuchacza z powrotem, gdy wróciła – nie była co prawda jego właścicielką, Brylancik nie należał do nikogo innego, jak tylko do samego siebie, ale na pewno z nią i jej zapachem był bardziej zaznajomiony i lepiej się czuł w jej obecności.

- Gdzie tam, nie minęłam się z powołaniem w żadnym wypadku. Robię dokładnie to, co zostało mi zapisane, nie miej do tego absolutnie żadnych wątpliwości. Zostałam wybrana do tego co robię, co lubię i czym się zajmuję i nie ma w tym żadnej pomyłki – nigdy nie wątpiła. Ktoś oświecony, z darem, nawet nie wyćwiczonym (i według jej matki zmarnowanym – ale Guinevere zawsze odpowiadało jej, że tak właśnie miało być i że świat ucierpiałby w innych miejscach, gdyby całkowicie oddała się jasnowidzeniu), tak jak ona, musiał być pewien swoich wyborów i miejsca, w którym się znalazł, skoro wokół widział różne znaki. A ona je widziała, tak jak rozczytywała symbole, które nie każdy w ogóle dostrzegał. - Nie hodujemy żadnych zwierząt. Wszystkie stworzenia, jakie tutaj mieszkają, nie należą do nikogo. Moja rodzina opiekuje się tym miejscem od lat. Pilnują, żeby nikomu z małych i dużych mieszkańców nie działo się nic złego, pomagają, kiedy jakieś są ranne, dokarmiają, kiedy nie mogą same znaleźć pożywienia. To ostoja dla zwierząt – wyjaśniła mu, nie patrząc na Laurenta, a na morze trawy rysujące się przed nimi, kiedy prowadziła ich wydeptaną ścieżką. - Tak nawiązując do tego, co powiedziałeś wcześniej… Kocham wszystkie stworzenia, bo wszyscy mamy i mają prawo, żeby żyć. Ten świat jest za duży i zbyt piękny, żeby się nim nie dzielić.

Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#17
11.09.2023, 14:31  ✶  

Dąłby się zafascynować tym wszystkim. Każdą z tych tajemnic i subtelności, jakie kobieta wplatała w swoje życie i tworzyła z nich naszyjnik koralowy. Każda perełka była wyjątkowa i żadna nie była tam przypadkiem. To była piękna opowieść, pełna powiązań, symboliki, znaczeń. Jak dobra historia czy nawet legenda zawierała w sobie nutkę mistycyzmu, ziarno prawdy i szlachetne zamknięcie w postaci morału. Założone na sznur z nieprzypadkowych słów mogłoby się stać ozdobą szyi wielu - tymczasem nosiła ją właśnie Guinevere. Kobieta o szlachetnym sercu na dłoni i psotliwym umyśle, którym osładzała innym codzienność. Laurent nie zdawał sobie zupełnie sprawy z tego, jakie bogactwo ta niewiasta skrywała, jak wiele mógłby od niej usłyszeć, jak wiele się dowiedzieć. Wiedział tylko, że była skarbem - nie tym zatopionym na dnie oceanów, skądże. Nikt nie zakopał jej też wśród złocistych piasków Karaibów. Niczym sprytny lis stała tam, gdzie była najbardziej widoczna - lśniła i odbijała blask słońca, a ludzie, niby ślepi, nie dostrzegali bogactw, jakie potrafiły się wysypywać z jej dłoni. Błogosławieni ci, którzy zauważyli zawczasu i zdążyli dotknąć tego skarbca. Dotknąć, ale nie obrabować, nie splugawić. Bardzo daleko temu wszystkiemu było jeszcze do tego, żeby Laurent się przekonał jak wiele czystości tak naprawdę ta psotliwa kobieta w sobie nosiła.

Nie odpowiedział a jedynie uśmiechnął się filuternie, spoglądając na nią przez moment spod kurtyny długich rzęs. Nie potrzeba było na to odpowiedzi. Laurent potrafił być odważniejszy w swoich wypowiedziach, jeśli trafił na osobę, której to pasowało. Potrafił podjąć żarty, choć nigdy nie był przekonany co do tego, żeby był zabawnym gościem. Czego jednak nie potrafiły, albo raczej do czego nie chciał się posuwać, to do wulgarności. Mógł się zbliżyć do tej granicy na tyle, na ile chociażby ta zaczepka została położona - nie dalej. I pozwolił sobie na nią tylko i wyłącznie dlatego, że Guinevere sama rysowała relację luźną kreską, bez sztywnych ram. To było płynne - i podobało mu się. Pozostawiało bardzo wiele pola swobody, jakby... jakby można było przy niej latać. Rozłożyć ręce, przebiec się po łące, nie szczędzić sobie dziecinności w banalności swego zachowania. Nie wiedział, czego innego miałby się po niej spodziewać - było dokładnie tak samo jak wtedy w Egipcie. Choć nie, może nie tak samo. O wiele bardziej swobodnie, bo wtedy jeszcze uczył się i dawał zadziwiać, jak bardzo otwarta była. Ważne: otwarta nie znaczyło, że nie szanująca siebie, oj nie. I nawet do głowy mu nie strzeliło, nawet wypowiadając to zdanie, że mogłoby nawiązywać do latawicy, że ona sama była... niee, oj nie. To o sobie miał takie kiepskie mniemanie, o żadnym innym człowieku nie.

- Czy wiesz, że z niuchaczem można się zaprzyjaźnić do tego stopnia, że niektórzy wykorzystują je do poszukiwań skarbów? Mają również tak wyczulony węch, że odpowiednio je rozumiejąc i się z nimi komunikując potrafią nawet odnaleźć osoby po zapachu. - Niewiele osób zdawało sobie sprawę z tego drugiego. Z pierwszego? Niektórzy, raczej zainteresowani. Bo skłonność do kradzieży i znajdowania świecidełek to jedno. Ale że te skubańce potrafiły wyczuwać drogocenności pod ziemią, przed kamienie, na naprawdę bardzo dużych głębokościach! A tym bardziej niesamowite było, że nawet w tłumnym mieście potrafiły odnaleźć jedną, konkretną osobę. To nie był nawet węch, to było coś odrobinkę więcej. Magia. Bo znowu nie były aż tak przewrażliwione na zapachy, nie przeszkadzały im otaczające je wonie, żeby myśleć, że to aż taka wrażliwość. Ach, zresztą - przecież przez ziemię zapachu i tak by nie wyczuwały. Zapach złota? Cóż, dla niuchaczy to musiały być istne perfumy. - Lubisz kolekcjonować? - Dało się to po niej poznać, teraz już z całą pewnością, że miała skłonności do świecidełek, ale najwyraźniej nie tylko chyba do nich. Bo przynajmniej on miał szersze wyobrażenie kamieni, o których wspominała. Te, które nie świeciły, potrafiły mieć równie wielką wartość. I równie czarować swoim wyglądem, choć dla niektórych były to zwykłe kamyczki.

- Cieszę się. Sprawiałaś wrażenie osoby, która odnajduje się w swoim życiu. - Chociaż to niedopowiedzenie. Ale te zdania, jakie teraz wypowiedziała, tchnęły tym, co ludzie określali jako powołanie. Pasja. Niektórzy potrafili mówić o życiu i tym, czym się zajmują, z pasją. Ginny do nich należała. Przyjemnie się ich słuchało, przyjemnie spoglądało na pierś, która nabierała wdechu, by wydobyć z siebie kolejne westchnienia dotyczące swojego życia. A to, co powiedziała jako następne, rozlało się złocistym promieniem po całym jego wnętrzu. Laurent przymknął oczy, czując wiatr we włosach, ciepło dnia, wsłuchując się w śpiew liści opowiadających o historiach, jakie toczyły się w tym miejscu. Świadomość świata nagle stała się błogosławieństwem, nie przekleństwem. Takie piękne słowa. Dokładnie te same, które on chciał nieść. Które chciał pokazywać ludziom. Tylko nie miał do tego tej samej energii, co ona.

- Nie ma większego skarbu na tym świecie niż życie. Twoje słowa są jak anielska piosenka, którą powinien ponieść wiatr do wszystkich uszu. Lub jak modlitwa Matki Gai składana każdego poranka. - Rozchylił powieki, by spojrzeć przed siebie.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Róża Pustyni
Wszystkie przyzwoite przepowiednie są do rymu.
wiek
32
sława
II
krew
półkrwi
genetyka
jasnowidz
zawód
uzdrowicielka w grupie archeologicznej, wróżbitka
Ginevra rzuca się w oczy. To szczupła i dość wysoka kobieta, sięgająca 177 cm. Ma owalną twarz, opaloną skórę i jasnobrązowe oczy; włosy długie do pasa, ciemnobrązowe, proste i grube. Ubiera się raczej schludnie niż byle jak. Jej usta często zdobi psotliwy uśmieszek. Mówi z akcentem, słychać, że nie jest z Anglii. Otacza ją mgiełka orientalnych perfum - klasycznej egipskiej mieszanki cytrusów, jaśminu i słodkiego ananasa.

Guinevere McGonagall
#18
11.09.2023, 21:12  ✶  

- Nie miałam pojęcia. W Egipcie nie widziałam niuchaczy – może gdzieś były, może ktoś je hodował, albo przywiózł, ale Guinevere albo nie widziała, albo o tym nie pamiętała. Czego była pewna to to, że nie występowały tam naturalnie, a większą styczność z tymi zwierzakami zawsze miała w domu dziadków. Oglądała je jako dziecko, ale to właściwe dopiero teraz musiała nauczyć się jak się z takim obchodzić w zupełnych podstawach, by nikomu nie stała się krzywda. Polubiła tego malca. Rozrabiał, ale taką miał naturę, a kim była ona, by się o to złościć? Więc się z nim bawiła – tylko tyle. A Brylancikowi się spodobało i uparcie wracał. Teraz zresztą wtulił się w ręce Ginevry i wyglądał, jakby słodko spał. Słodziak. - Więc ten twój nosek jest taki niesamowity? – zwróciła się tutaj do niuchacza, jakby mógł ją zrozumieć. Pewnie nie mógł. Ale ona i tak gadała. - O ile to ten słodki nosek, a nie po prostu całe ciałko, które w jakiś sposób wyczuwa rzeczy – jak mówiłam, Guinevere guzik się znała. I to dawało jej święte prawo do wysnuwania takich teorii. Niuchacz rzecz jasna nie odpowiedział, tylko wydał ten swój odgłos i zamlaskał, mocniej łapkami owijając się wokół jej ręki. Guinevere wyglądała na rozczuloną.

- Lubię. To jak podróż w przeszłość, kiedy oglądam te wszystkie rzeczy. Pamiętam co jest skąd – wspomnienia to była najwspanialsza pamiątka, ale różne przedmioty też potrafiły wspomnienia przechowywać. Dosłownie – widmowidzowie wszak z tego korzystali, by zobaczyć duchy przeszłości, ale dla McGonagall nie miało to wartości w takim wydaniu. Po prostu przedmioty przypominały jej różne sytuacje, emocje z nimi związane, może jakieś inne, niewiele znaczące szczegóły. – To taka trochę rupieciarnia, to co zbieram. Ale ma dla mnie wartość sentymentalną – nie tłumaczyła się, skąd, bo nie widziała niczego złego w tym swoim dziwactwie. Po prostu wyjaśniała mu co miała na myśli, odrobinę otwierając drzwi do swojego świata. Ale prócz zbieractwa wszelakiego lubiła też biżuterię, głównie ze złota; naszyjniki, łańcuszki, bransoletki, kolczyki, pierścionki z kamykami, albo i bez… teraz jednak nic na sobie nie miała, bo była przygotowana do pracy przy domu, a pomiędzy wszystkim co Brylancik wypuścił ze swojej kieszonki, babcia Ginny pozbierała też część jej własnej biżuterii, widziała to. I nie była ani trochę zła.

– Bo robię to, co sprawia mi radość i mnie interesuje – oso sposób na szczęśliwe życie: rób to, co kochasz, nie mniej i nie więcej. – I dlatego nie potrzebowałam się długo zastanawiać, kiedy dostałam propozycję, żeby przyjechać tutaj do pracy – wcale nie dlatego, że w Egipcie jej nie było, bo była. Po prostu to tutaj, w Wielkiej Brytanii, były rzeczy, które najbardziej ją interesowały. Rzeczy, jakie można było odkryć przypadkiem… albo szukając celowo. Ale łatwiej było natrafić na ślady tutaj, bo w Egipcie nie było ich na pewno. – A ty, Laurent? Robisz to co cię interesuje i sprawia radość? – to było proste pytanie i nie miało na celu w żadnym wypadku oceniać czy osądzać.

Pokierowała ich dróżką, wchodząc w drzewa, w las, który się tutaj zaczynał. Było spokojnie. Przyjemnie – nie gorąco, wiatr tutaj nie wiał zbyt mocno, ale wystarczająco by poruszać liśćmi na drzewach. Ptaki śpiewały, a w powietrz pachniało charakterystycznie roślinnością. Było tak przyjemnie… nie cicho, bo były te wszystkie odgłosy lasu, ale było po prostu spokojnie. Guinevere nie zdawała sobie sprawy z tego, co właśnie się działo we wnętrzu Laurenta, jak na niego podziałały jej słowa – pozornie proste.

– Tak, każde życie jest cenne – każde. – Mogłoby ponieść, ale jeśli ktoś ma zamknięte uszy na życiową prawdę, to choćbyś mówił największe oczywistości, to do nich nie dotrze – niektórych nie dało się zmienić… a Ginny nie zamierzała walczyć z wiatrakami. Po prostu to akceptowała.

– No, jesteśmy – zbliżyli się do skarpy, za którą błyskały jakieś monetki, a gdyby się przyjrzeć, to widać było niedużą dziurę, przysłoniętą jakimś krzakiem. – Chodź, malutki, twoja rodzina na pewno się za tobą stęskniła – powiedziała, delikatnie wyplątując dłoń,, by odstawić Brylancika na ziemię. Ten jednak złapał się mocniej, jakby wcale nie chciał albo tutaj zostawać, albo żeby ta dwójka sobie poszła.

Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#19
12.09.2023, 00:30  ✶  

Racja, niuchacze nie występowały naturalnie na terenach pustynnych. Tam mieli inne stworzenia, równie bogatą faunę jak i florę, tylko nie była widoczna gołym okiem, kiedy przeglądałeś się w morzu złota. Ale jeśli wiesz, na co patrzeć... Tak i przebywając tam - Laurent spoglądał. Bo w końcu, korzystając z wycieczki, zamierzał zobaczyć coś więcej niż tylko konie arabskie. Nie żeby to samo w sobie nie było warte wycieczki, ale trochę szkoda zmarnować cały zachód związany z podróżą. Nie znał też zupełnie tego, czego uczyli w ichniejszej szkole. Podejrzewał, że jeśli nawet chodziło o opiekę nad magicznymi stworzeniami to mieli do czynienia raczej z ichniejszymi, a nie z... no na przykład z niuchaczami. Oprócz tego, że były niektóre zwierzęta, które znano wszędzie i o których się chyba wszędzie też mówiło. Jak abraksany chociażby.

- Jeśli - podkreślił to słowo - wierzyć badaniom to cała magia kryje się rzeczywiście w ich zmyśle powonienia. Co jest niesamowite, bo nie przeszkadzają im jednocześnie bodźce zapachowe w bardziej intensywnej ilości. Jak na przykład pranie, pod którym zanurkował. - Magiczne Stworzenia ogólnie były niesamowite. Nie bez powodu zresztą były właśnie określane mianem magicznych, takich, które nie pasują do świata mugoli, ponieważ miały w sobie coś, co wyróżniało je na tle zwykłych zwierząt. Potrafiły rzeczy, które nie były wytłumaczalne prostą nauką - albo i tą nauką bardziej skomplikowaną. Kobieta wydawała się zainteresowana tematem, dlatego nie miał oporów, żeby jej trochę o niuchaczach opowiedzieć. Kim był, żeby odmawiać wiedzy kobiecie, która ją łaknęła! Czasami po prostu należało uważać wychodząc z takimi tematami, bo nie każdy musiał zainteresowany być. Niektórzy zaś tylko ciekawość udawali. Ludzie po prostu nie byli zero jedynkowi w swoich reakcjach, a szczerość to... szczerość zamieniła się w słowo-pułapkę przez politykę.

- Kiedyś ją bardzo chętnie zobaczę, lub chociaż część z kolekcji, która brzmi dość pokaźnie. - Owszem, kobieta nie była jeszcze babcią, żeby mówić, że ma nazbierane CAŁE ŻYCIE w swojej gablotce, ale brzmiało to tak, jakby rzeczywiście miała już sporo rzeczy. Czy posiadała na to faktycznie gablotkę? Trzymała w skrzynce? Albo może w ogóle jakoś sobie przygotowała ich wystawę w pokoju? Już sam fakt tego, jak ludzie takie rzeczy trzymali mógł wiele powiedzieć o drugiej osobie. - Dla jednego kamyk może być śmieciem, dla innego przypomina o przeżytej miłości. - Sentymentalność więc miała różne podłoża, a tutaj była więcej niż zrozumiała. Nawet jeśli Laurent nie miał skłonności do wielkiego zbieractwa to też miał rzeczy, które zachowywał na pamiątkę BO COŚ TAM. Ewentualnie: bo ktoś tam.

Czasami najprostsze pytania potrafiły sprawić najwięcej problemu. Bardzo dużo osób mu mówiło, albo pytało, czy kocha to co robi. Zazwyczaj pytali, czy to jego pasja. I niby odpowiedź wydawała się oczywista, ale dla niego jakoś nie była. Pytanie padało, a on sobie je powtarzał w duchu. I myślał, czy to co mówi, jest prawdą. Czy to naprawdę TA droga życia, jaką chciał. I były te wątpliwości - czy to po prostu nie była ucieczka? Czy to wszystko nie było podyktowane koniecznością bycia "wystarczająco dobrym"? One były zawsze. Dźwięczały, kiedy tylko padało to nieszczęsne pytanie. Ale Laurent nie zmieniał nawet przy tym swojej mimiki. Nic się nie zmieniało i nie było wielkiego zastanowienia w jego odpowiedzi.

- Na szczęście mogę powiedzieć, że tak. Choć dociera do mnie, że potrzebuję pomocy w tej pracy. Wszystko robię sam i, ach... co rusz słyszę, żebym więcej odpoczywał. - Zaśmiał się cicho i lekko pokręcił głową sam do siebie, do swoich wspomnień, do osób, które o niego dbały. I o których sama myśl przywoływała odrobinę ciepła i uśmiechu. - Na długo przyjechałaś? Bardzo mnie zaintrygowała ta decyzja, chociaż wspominałaś, że to za pracą. Mimo wszystko to naprawdę daleko od domu, a nie wydajesz się zagubiona. - W zasadzie przyjeżdżała do Anglii, wspominała o tym, zagaił jednak nie dlatego, że nie pamiętał, tylko chciał zobaczyć pełniejszy obraz tej sytuacji. Poznać świat widziany jej oczami i z jej doświadczeniami. Bo na pewno był inny niż ten, który znał i widział on.

Niestety. Niestety nie wszyscy potrafili docenić, jak życie cenne było. W tych czasach było to aż za bardzo widoczne.

- Prawie jak dziecko, które próbuje przekonać matkę, że jeszcze tylko pięć minut. - Uśmiechnął się ciepło na ten widok, że niuchacz wcale niekoniecznie chciał wracać do domu. Lepiej mu było z Ginny. - Nie można mu się dziwić. - Słowa "również bym nie puścił" prawie zatańczyły w powietrzu.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Róża Pustyni
Wszystkie przyzwoite przepowiednie są do rymu.
wiek
32
sława
II
krew
półkrwi
genetyka
jasnowidz
zawód
uzdrowicielka w grupie archeologicznej, wróżbitka
Ginevra rzuca się w oczy. To szczupła i dość wysoka kobieta, sięgająca 177 cm. Ma owalną twarz, opaloną skórę i jasnobrązowe oczy; włosy długie do pasa, ciemnobrązowe, proste i grube. Ubiera się raczej schludnie niż byle jak. Jej usta często zdobi psotliwy uśmieszek. Mówi z akcentem, słychać, że nie jest z Anglii. Otacza ją mgiełka orientalnych perfum - klasycznej egipskiej mieszanki cytrusów, jaśminu i słodkiego ananasa.

Guinevere McGonagall
#20
12.09.2023, 10:15  ✶  

- Czyli jednak słodki nosek – zawyrokowała, bo to przesądzało sprawę do końca. - Sporo wiesz o niuchaczach – zauważyła i uśmiechnęła się. Pamiętała, że Laurent zajmował się czymś związanym z magicznymi zwierzętami, więc nie powinna być zdziwiona… i nie była. Po prostu zwróciła uwagę na fakt. - Właściwie to jest fascynujące. Mieć taki dobry węch i jednocześnie nie być przytłoczonym zapachami – ona czasami była przytłoczona pod postacią kota. Wszak koty też miały bardzo dobry węch, na pewno lepszy od ludzkiego, i wspaniały słuch. Bodźców było jednak czasami odrobinę za dużo. - Dla mnie to czasami za dużo. Koty mają znacznie mocniej wyostrzone zmysły i jeśli jestem w mieście, to potrafi być tego trochę za dużo – chociaż zwykle udawało się skupić na tyle, żeby to od siebie odepchnąć. Ale zazwyczaj była później znacznie bardziej zmęczona i wolałaby odpocząć. Tutaj, poza miastem, na szczęście nie było tego problemu. I Laurent dobrze ocenił – była całkiem zainteresowana tematem. Może dlatego, że akurat niosła w rękach niuchacza.

- Hehe, zapraszam – zaśmiała się cicho, i wyciągnęła w górę jeden kącik ust. Nie miała nic przeciwko, natomiast bardzo wątpiło, by te wszystkie kamyczki i duperelki faktycznie Laurenta mocniej zainteresowały, bo dla osoby trzeciej raczej nie było tam nic nadzwyczajnego. Jakiś archeolog pasjonat… no może. Chyba, że Laurent chciał przy okazji posłuchać jakichś historii związanych z daną pamiątką – w takim razie Guinevere zapewne mogła mu umilić czas. Tym niemniej – za gablotą tego wszystkiego nie trzymała, a w różnych szkatułkach, żeby się nie kurzyło i by łatwiej było przechowywać te wspomnienia. - To akurat fakt, nie mi oceniać. Ale zwykle staram się wybrać coś, co mi się podoba – by dodatkowo cieszyło oko. Jednak w jej przypadku zdecydowana większość tych przedmiotów to jednak "bo coś tam".

Guinevere zapytała o to tylko dlatego, że temat sam wypłynął, a ona złożyła mu taką a nie inną deklarację odnośnie własnych odczuć względem pracy. Widziała już ludzi, którzy pracowali bo ich coś interesowało, i widziała takich, którzy pracowali bo przecież jakoś trzeba zarobić na życie – ale o ile się orientowała, to akurat Laurentowi pieniędzy nie brakowało. Uśmiechnęła się jednak na jego wypowiedź – ta była nie tak gorliwym zapewnieniem jak jej, co odnotowane zostało. I gładko przeszło do tego, że jest zosią-samosią.

- Dostrzeżenie problemu to pierwszy krok do jego rozwiązania – zgodziła się z nim i odwróciła na moment w jego kierunku, przyglądając się z odrobiną większej uwagi. - Bo powinieneś. Powiedzenie, że w zdrowym ciele zdrowy duch nie wzięło się z niczego. Każdy musi prędzej czy później odpocząć, a brak tego w dalszej drodze prowadzi do mnóstwa innych nieprzyjemności, to jak reakcja łańcuchowa – Ginevrze nie potrzeba było wiele, by mówiła. I to o różnych rzeczach. A to, że miała w zasadzie… trzy różne, pozornie niepowiązane że sobą zawody, potęgowało efekt tego, że ta kobieta ma bardzo rozległą wiedzę. Bo miała – ale głównie w obrębie tego, czym zajmowała się na co dzień i co ją tak pasjonowało. - Aj wybacz. Zboczenie zawodowe – roześmiała się i pokręciła głową.

- Myślę, że na długo. Wykopaliska zabierają trochę czasu, a poza tym tu jest wszystko co mnie najbardziej interesuje. A później… kto wie. Może pójdę w ślady ojca i tak mi się spodoba, że zostanę na stałe – zaśmiała się, ale było w tym mnóstwo prawdy, bo jabłko naprawdę nie padało daleko od jabłoni. - Daleko, ale całe życie co jakiś czas z rodzicami przyjeżdżaliśmy, żeby nie zatracić kontaktu z resztą rodziny. A jak już przyjeżdżaliśmy to nie na tydzień, zwykle na dłużej. Na miesiąc. Więc nie czuje się tu całkiem obco, no i język. Dobrze wiesz, że to znacznie zmienia sprawę. Ale największą różnicą jest to, by nie być tu całkiem samemu, a ja mam tu rodzinę rodzinę. Dziadków, ciotki, wujków... No i znam ludzi, z którymi pracuje… a przynajmniej część z nich, to daje zupełnie inne odczucia względem miejsca – to nie tak, że znała wszystkie niuanse, bo nie była to prawda. Pewne rzeczy wydawały jej się dziwaczne. Ale się starała dopasować, tak po prostu. No i jeśli dodatkowo oferowała swoje usługi jako wróżbitka, to jej orientalne pochodzenie robiło za małą ciekawostkę. Ludzie z jakiegoś powodu chętniej przychodzili do takiej osoby. - Jak Shafiq do mnie napisał to nie musiałam się długo zastanawiać, żeby się spakować i przyjechać. Tylko musiałam pozamykać swoje sprawy w Egipcie, więc chwilę mi zajęło – uśmiechnęła się pod nosem. Mówiła rzecz jasna o kierowniku wykopalisk, z którym pracowała też w Egipcie.

Westchnęła, ale to nie był odgłos wyrażający zmęczenie i zniecierpliwienie, a rozczulenie.

- I co ja mam z tobą zrobić, urwisie – pogłaskała niuchacza po głowie. - Przecież to nie na zawsze. Dobrze wiem, że znowu się wkradniesz do domu – ale jak tu się na takiego słodziaka gniewać… - Nie można mu się dziwić? – powtórzyła za nim i roześmiała się. - A niby dlaczego?

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Guinevere McGonagall (10820), Laurent Prewett (11237)


Strony (3): « Wstecz 1 2 3 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa