Że nie wiedziała, że kiedy w kręgu dymu patrzyła na chwiejącego się, upadającego Derwina, na istoty czające się w płonącym lesie, ledwo widoczna sylwetka w masce była właśnie Rookwoodem.
W tej chwili jednak nie myślała już o Saurielu – a o osobach, które z całą pewnością chciała nie ratować, a aresztować. Choć wciąż spowijał ją kamelon, był jednak nie idealny, więc Victoria bez większego kłopotu mogła dostrzec, że Brenna wzięła sobie jej słowa do serca i faktycznie poleciała – przeskoczyła nad mężczyzną, walczącym z więzami i pobiegła dalej, znikając jej z oczu pomiędzy krzewami. Przeciwnik chwilowo próbował się uwolnić, nie atakował Lestrange. Źrebak wydał z siebie kolejne rżenie, już nieco cichsze. Z pewnością chciał uciekać, ale kto wie – może zrozumiał, że Victoria chciała go bronić, nie skrzywdzić?
Brenna tymczasem wpadła w mgłę, kłębiącą się tam, gdzie niegdyś znajdowało się siedlisko jednorożców. W samą porę, aby dostrzec dwóch kolejnych kłusowników, którzy właśnie mocowali się z linami, którymi opletli jednorożca. Ten był bez wątpienia starszy, biały jak śnieg, duży, prawdopodobnie płci męskiej. Usiłował się im wyrwać, aż jeden z mężczyzn wylądował na ziemi i pewnie stąd jego przekleństwa.
Jego problem, zysk Brenny.
Brygadzistka uniosła różdżkę i wycelowała w tego człowieka, który wciąż stał na nogach, ogarnięta wściekłością, jaką odczuwała naprawdę rzadko. Tak, wiedziała, że czasem trzeba polować na magiczne stworzenia. Nie była nawet wegetarianką. Ale na litość bogini księżyca – to były jednorożce! Istoty inteligentne, uosobienie dobra, wypełnione tak wielką magią, że ich rogi dawały rdzenie różdżkom, a krew – dar życia, ale i straszliwe przekleństwo, spadające na tego, kto ją wypił.
Próba ich pochwycenia i zaciągnięcia w niewolę zdawała się jej jeszcze gorsza niż napaść na człowieka.
Szept zaklęcia – podobnie tego samego, którego używała najczęściej. Chciała spowić go więzami.
Slaby sukces...
Akcja nieudana