Tym razem Florence nie korzystała z Sieci Fiuu. Sprawa nie była w końcu tak pilna, a ona i Geraldine mieszkały przy alei Horyzontalnej, zaledwie kilkaset metrów od siebie – i może to właśnie dzięki temu ich kontakt utrzymał się przez lata, mimo odmiennych charakterów, trybu życia oraz tego, że obie miały absorbujące zajęcia. Wieczorem, gdy niebo zaczęło powoli przyjmować granatowy odcień, Bulstrode wyszła po prostu z kamienicy, którą dzieliła z braćmi i skierowała się pod tę, należącą do Yaxleówny.
Dziś nie udawała się z towarzyską wizytą. Ani nawet by leczyć przypadki poparzeń i tym podobnych, z którymi Geraldine nie chciała iść do Munga. Oto czekała ją kolejna próba zniesienia czaru, jaki powstał podczas Beltane… i zastanawiała się, jak tym razem przebiegnie. Nie była pewna, czy łowczyni przyprowadzi także swojego partnera, czy będą próbowały przerwać wszystko bez jego obecności.
Zapukała do drzwi i poczekała, aż te się otworzą.
- Witaj, Geraldine – powiedziała, uśmiechając się do niej lekko, tak że tylko koniuszki ust się uniosły. Florence nigdy nie była wylewna, chociaż i wobec osób, z którymi miała nieco bliższe kontakty, nie trzymała takiego chłodnego dystansu, jak do całej reszty świata. Tego dnia Bulstrode miała na sobie niebieską bluzkę i ciemną spódnicę, jak zwykle schludne, dobrej jakości, ale też niezbyt strojne, a jej kasztanowe włosy zostały związane w wygodny warkocz. – Mam nadzieję, że masz świece? Jeżeli tak, potrzebujemy tylko pomieszczenia, w którym rozstawimy je w kręgu. Ale uprzedzam, chociaż z pierwszą parą wszystko… poszło naprawdę doskonale, to sprawa wciąż jest nowa. Trudno mi zagwarantować, że na pewno wszystko się uda za pierwszym razem.
Sauriel i Victoria byli wolni, a sądząc po zachowaniu Rookwooda, wywołało w nim to raczej euforię niż przygnębienie. Bulstrode zachowywała jednak umiarkowany optymizm, zwłaszcza, jeżeli miały spróbować łamać to wyłącznie na Geraldine.