Tutaj też patrzono przychylnie na zdolnych. Po prostu nieprzychylnie patrzono na tych, którzy przy tej zdolności łamali prawo i nie dopasowywali się do niego. To nie było trudne - wystarczyło pójść i zarejestrować swoje przemiany. Łatwo z tego zrobić obróconą kartę niesprawiedliwości, kiedy się tego nie robi, a potem są wyciągane z tego konsekwencje. Fałszywe uśmiechy nie miały z tym niczego wspólnego, bo te królowały wszędzie tam, gdzie były pieniądze. Anglia się tym wcale nie wyróżniała na tle świata. Prawdą było jednak to, że budowanie relacji wymagało czasu i że nie wszystkich chciałeś mieć za bliskich przyjaciół z bardzo różnych względów. Chociażby z powodu już poruszonego - każdy potrzebował znajomych, z którymi może porozmawiać nieco luźniej, niekoniecznie od razu wykładając swoje wszystkie karty na stół. Czasem i niekoniecznie w ogóle je wykładając. Utrzymywanie takich znajomości też było bardzo ważne. Laurent starał się trzymać w tym jakiś zdrowy rozsądek, bo miał podobną przypadłość - zbyt szybko i zbyt intensywnie potrafił się zatopić w niektórych osobach, a pragnienie uratowania ich zaczynało rządzić jego życiem. Nie wszystkim pomóc się dało i nie wszyscy pomocy nawet chcieli i oczekiwali. Niektórzy byli po prostu źli. Dotknięci chorobą, albo poddający się temu złu z przyjemnością. Im się pomóc już nie dało.
Słyszał o tym, że niektórzy potrafili stosować metodę wahadełka podczas leczenia. Albo kiedy chcieli wydobyć czyjeś wspomnienia. Pomagało to wejść do podświadomości... czy jakoś tak. Znów - nie znał się na tym, ledwo obiło się mu o uszy, że taka metoda istnieje. Całkiem ciekawe było to, że kiedy człowiek ci mówił, że jest lekarzem, to podświadomie (skoro o tym mowa) nabierało się do niego większego zaufania. Zawód ten wymagał długich lat nauki i niezwykłej precyzji, ci ludzie musieli być zwyczajnie "ogarnięci", jakby to co poniektórzy ujęli. Sporo czarodziei wyśmiałoby nazwanie wróżbiarstwa sposobem leczenia. Laurent zaś rozumiał to w pełni. I był świadom dotykającego go efektu "lekarz - więc godny zaufania", chociaż nie potrafił powiedzieć, czy reagowałby dużo inaczej na jakiegokolwiek innego wróżbitę. Nie miało to znaczenia, bo nie korciło go, żeby szukać dotąd, tak i po tej sesji raczej nie poszedłby do nikogo innego. W końcu, rzeczywiście, tak jak z lekarzem - kiedy masz sprawdzonego, któremu ufasz i który zna się na swojej pracy i robi to dobrze to nie szukasz innego tylko po to, żeby przekonać się, że twój jest najlepszy. To znaczy - bywały i takie przypadki, że coś sobie samemu należało udowodnić, ale Laurent w tym wypadku taki nie był.
Przeszedł go zimny dreszcz. Drgnął, kiedy kobieta gładko potwierdziła jego słowa i przypuszczenia. Bo to nawet nie było pytanie, na które nie znałby sam odpowiedzi na zasadzie domyśleń. To musiało się wydarzyć, prędzej czy później. Tylko blondyn ciągle miał nadzieję, że jednak wydarzy się później. Albo najlepiej - nigdy. Samorozwiązywalne się problemy byłyby cudowne. To, że udajemy, że problem nie istnieje nie sprawia jednak, że on się rozwiązuje. Nadal tam jest, czając się w kącie i czekając na odpowiedni moment, chwilę słabości. Człowiek z czasem powinien się w końcu nauczyć, że nie ma czegoś takiego jak osiągnięcie szczęścia bez ruszenia palcem. Może i byli jacyś wyjątkowi szczęśliwcy, którym skapło samo, ale zazwyczaj to tak nie wyglądało. Co było jednak bardziej zatrważające od spotkania z Dante to kolejne słowa. Może oznaczać stratę przyjaciela. Laurent się spiął, zacisnął palce, wziął głębszy oddech, który stał się trochę szybszy, gdy jego serce zaczęło bardziej niespokojnie uderzać. To tylko jedna z możliwych dróg, niekoniecznie musi się wydarzyć. Spokojnie. Nie unikniesz przyszłości, ale tak jak powiedziała Guinevere - są możliwości, aby z nią walczyć. Nie zamierzałeś się przecież poddawać i dać się porwać temu nurtowi.
- Czy New Forest ucierpi na podjętych przeze mnie decyzjach? - Na tym, że podjął się walk z Ministerstwem, że jego uwaga była mocno rozproszona, że Dante znowu pojawił się w jego życiu. Ciągle siedziało mu to w głowie. Ciągle się o to obawiał. A teraz to pytanie, przy okazji odpowiedzi Guinevere wręcz samo się nasuwało na usta. - Jak mam ochronić swoich bliskich? - Ludzie lubili pytać o miłość, lubili pytać o szczęście, fortunę. Każde pytanie Laurenta było podsycone fatalizmem. Zadawał je, ale wcale nie spodziewał się pozytywnej odpowiedzi. I czy ucierpi moja rodzina. Ale to pytanie zmienił. Bo wiedział, że ucierpi, jeśli odpowiednio nie porozgrywa tego, co przedstawiono mu na planszy. Więc to nie było istotne CZY. Ważne było JAK do tego nie doprowadzić. Więc zdecydował się to pytanie zadać nieco inaczej.